Rozdział 1

Marzyć o podróżach i związanych z nimi przygodach zacząłem dosyć wcześnie, tak mniej więcej w wieku dziewięciu lat. Oczywiście słowo „wcześnie” uwzględnia czasy i okoliczności, w których dane mi było obchodzić te dziewiąte urodziny. Dzisiaj uruchomienie marzeń o podróżach dopiero w tym wieku, mogłoby być poczytane za oczywisty objaw opóźnienia umysłowego lub za dowód na dotychczasowe niezdrowe zainteresowania rzeczami, o których nie rozmawia się z mamusią lub tatusiem. Niemniej to właśnie wtedy przeczytałem swoją pierwszą „poważną” książkę. Trzy grube tomy „Winnetou” Karola Maya przenosiły mnie w świat dzikiego zachodu Ameryki Północnej drugiej połowy XIX wieku. To było jak wirus. Kiedy tylko otwierałem książkę, przestawałem istnieć we współczesności, mentalnie przemierzałem już bowiem równiny dzikiej prerii, odkrywałem żyłę złota w górach Sierra coś tam lub podglądałem Apaczów w ich pueblo nad rzeką Rio Pecos. W każdym razie przebywałem w miejscach mających się tak do szarego zimowego, poznańskiego blokowiska jak statek kosmiczny do hulajnogi. Nic dziwnego, że trudno było mi się od tego czytania oderwać. Odtąd moja wyobraźnia bez przerwy domagała się podobnych bodźców. W krótkim czasie „pochłonąłem” wszystko, co napisali May, London, Curwood, Cooper, Verne, Dumas, a także Arkady Fiedler czy Centkiewiczowie. Tak więc byłem w niemal permanentnej mentalnej podróży. Oczywiście kosztem lektur szkolnych i tych rozdzierających serce – również to patriotyczne – historii spisanych ręką naszych wieszczy lub propagandowo poprawnych tworów innych pisarzy. Moim książkowym idolem na kilka lat został Tomek Wilmowski, główna postać cyklu książek podróżniczo-przygodowych Alfreda Szklarskiego. Akcja każdej z nich działa się w innej, bardzo egzotycznej części świata. Autor bardzo umiejętnie łączył wartką narrację z informacjami geograficzno-historycznymi. Okazały się one kopalnią wiedzy, bardzo przydatnej w późniejszym życiu, chociażby w szkole na lekcjach geografii lub historii.

Dzisiaj z perspektywy czasu myślę, że ten wewnętrzny imperatyw, który sprawił, że podróżowanie i związane z tym doznania, stały się tak ważnym aspektem mojego życia, odziedziczyłem po rodzicach. Przy czym tę jego część odpowiedzialną za wprowadzanie do podróży elementu fantazji czy polotu niemal na pewno za moim ojcem. Mój tata, kiedyś w przypływie szczerości, przypuszczalnie w czasie wieczornego, zwyczajowego wtedy, wyłączenia prądu w połowie filmu, kiedy rodzina zebrała się przy stole, na którym paliły się świece czekające na taką okazję, by wreszcie zabłysnąć, opowiedział ciekawą historię ze swojego dzieciństwa. Wraz z rodzicami i dwoma starszymi braćmi przeżył okupację hitlerowską u rodziny matki w Rzeszowie. Przenieśli się tam w 1939 roku, uciekając z Poznania przed niemieckim najeźdźcą. Szczęśliwie doczekali tam końca wojny i w komplecie wrócili do rodzinnego domu. Jednak wcześniej, wiosną 1944 roku, mój dwunastoletni wówczas ojciec wpadł na szalony pomysł i razem z kolegą postanowili wybrać się w podróż do Ameryki. Od jakiegoś obytego w świecie kolegi dowiedzieli się bowiem, że tam pieniądze leżą na ulicy i w ogóle jest to kraina miodem i mlekiem płynąca. W wielkiej konspiracji, przez kilka tygodni zbierali fundusze i ekwipunek. Robili to z niemałym zresztą poświęceniem, narażając przy tym na szwank swoje zdrowie, a nawet życie. Fundusze pochodziły bowiem z kradzieży węgla z niemieckich transportów kolejowych, które chwilowo przystanęły na bocznicy dworca w Rzeszowie. Raz powinęła im się noga i zostali złapani przez ochronę kolei. Zostali doprowadzeni na przydworcowy posterunek, gdzie zajął się nimi osobiście pan komendant. Mógł ukarać ich w dowolny sposób, nawet zastrzelić lub kazać rozstrzelać. Widocznie jednak miał jakieś zapędy edukacyjne, bo postanowił dać im nauczkę zapadającą w pamięć. Na ścianie pokoju, w którym ich przesłuchiwał, wisiały trzy okryte złą sławą bykowce, czyli rzemienne bicze, każdy o innej grubości. Komendant miał też widać sardoniczne poczucie humoru, bo kazał wybrać małemu Czesiowi i jego koledze bicz, którym wymierzy im chłostę. Czesiu wybrał ten najcieńszy, najmniej przerażający, uznając w swej dziecięcej naiwności, że będzie nim najmniej bolało. Tymczasem cienki bicz z łatwością przecinał skórę pośladków, pokrywając je krwawymi pręgami, a mój tata wył z bólu. Później zrozumiał, że gruby bykowiec, jakkolwiek też zapewne wryłby mu się w pamięć, ale zostawiłby tylko siniaki, a tak przez jakieś dwa tygodnie spał na brzuchu, o siadaniu nie wspominając.

Tata nie wspomniał, czy wrócili z kolegą do węglowego interesu, ale jakiś czas później uznali, że są już gotowi do drogi. Wczesnym rankiem wykradli się z domu, udali się na dworzec kolejowy, kupili bilety i wsiedli do pociągu do Gdyni. Tam zamierzali w jakiś jeszcze niesprecyzowany sposób dostać się na statek płynący do Nowego Jorku. Taki mieli plan. Jego genialność polegała na prostocie. Oczywiście według ich oceny. Nie przewidywali nieprzewidzianych trudności. Nie wiedzieli co prawda, że w tym wojennym czasie żaden statek nie płynął na tej trasie, ale wspomniana podróżnicza fantazja w połączeniu z radosną improwizacją potrafi zdziałać cuda. Tak więc nie wiadomo, jakby się ta wyprawa zakończyła, gdyby kilka stacji za Rzeszowem dwoma nastoletnimi podróżnikami nie zainteresował się niemiecki kontroler biletów. Po kilku niewygodnych, a przy tym dość natarczywych pytaniach, kolega nie wytrzymał napięcia, rozpłakał się i nie chciał już do Ameryki, lecz tylko do mamy. Niemiec wysadził ich na najbliższej stacji i przekazał miejscowemu kolejarzowi, który dopilnował, aby wrócili pierwszym pociągiem do Rzeszowa. Tam czekali już na nich powiadomieni rodzice. Ojciec znowu przez kilka dni unikał gwałtownego siadania na tyłek i tym sposobem jego podróżniczy imperatyw został skutecznie wytłumiony. Ta historia pokazuje wszakże, że jego fantazja, wyobraźnia i chęć przeżycia wielkiej przygody była w owym czasie co najmniej ponadprzeciętna. Moja mama z kolei zwiedziła sporo krajów, podróżując, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja i pozwoliły skromne środki. Nawet dzisiaj, będąc ograniczona przez częściowe inwalidztwo oraz nie najlepsze zdrowie, jedyną barierą ograniczającą jej chęć poznawania świata i jego uroków jest bariera finansowa.

Tak więc zostałem obciążony genem podróżowania i nie zamierzałem zwalczać tej przypadłości. Zmiana ustrojowa w 1989 roku spowodowała, że otworzyły się w naszym kraju nowe możliwości w kwestii realizacji marzeń o poznawaniu świata. Razem z żoną skwapliwie z tych możliwości zaczęliśmy korzystać. I choć przez blisko 30 lat odwiedziliśmy ponad 20 krajów i przeżyliśmy podczas tych podróży mnóstwo wspaniałych przygód i zobaczyliśmy wiele wspaniałych rzeczy, to jednak ciągle odczuwamy niezaspokojony głód podróżowania i smakowania życia w ten właśnie sposób. Niestety, proza życia wymusiła dłuższe lub krótsze okresy niepodróżowania. Wkrótce po ślubie ulegliśmy powszechnemu i normalnemu dla młodych ludzi pędowi ku tak zwanemu dorabianiu się. Szkopuł w tym, że większość ludzi dorabia się całe życie, czyniąc z tego procederu swoją główną ideologię. Wszystkie ich działania świadome i podświadome ukierunkowane są na pomnażanie majątku. Inne aspekty ich życia są tylko mało znaczącym dodatkiem do tego głównego nurtu. Filozofia materialistyczna tak skutecznie zdominowała dzisiejszy świat, że zdobywanie coraz to nowych, przeważnie zupełnie zbytecznych rzeczy, stało się sensem życia milionów ludzi żyjących w tak zwanym cywilizowanym świecie. Korporacje za pomocą mediów skutecznie wmówiły im, że bez najnowszego modelu telefonu, markowych ciuchów i kosmetyków, samochodu dopasowanego do ich nieskromnych, ale jakże słusznych ambicji, wielkiego domu, suplementów diety, odmóżdżających telenowel i reality show, setek wirtualnych przyjaciół na portalach społecznościowych czy coraz popularniejszych chirurgicznych korekt swojego wyglądu, ich życie jest po prostu bezwartościowe. No i ten bzdurny etos pracy. Czynienie z niej najwyższego dobra, jej nadmierna gloryfikacja i poświęcanie jej ponad jednej trzeciej dorosłego życia, spowodowało powszechny zanik daru celebracji czasu wolnego. Nic dziwnego, że ponad połowa emerytów umiera w pierwszych trzech latach po przejściu na emeryturę. Obowiązujący system sprawia, że bez pracy odczuwają pustkę, przygnębienie i odsunięcie na społeczny margines. Stąd już tylko krok do depresji, która bardzo skutecznie skraca ich ziemską egzystencję. W zupełności zgadzam się z twierdzeniem, że praca nie jest żadnym boskim darem, lecz boskim przekleństwem, chociaż tak naprawdę to nie mieszałbym w to Boga. To po prostu wynik manipulacji systemu, wyrachowanych działań o trudnych do przewidzenia, ale raczej przerażających konsekwencjach. Jednym z elementów tych działań jest doprowadzenie do społecznej alienacji każdego, kto wyłamuje się z tych powszechnie obowiązujących schematów. Stworzono i od razu zdewaluowano, między innymi, pojęcie teorii spiskowych, by ich głosicieli, a nawet podejmujących próby dyskusji nad nimi, uważano za niezbyt normalnych dziwaków, za oszołomów, ekscentryków lub po prostu za kogoś, komu zwyczajnie „odbiło”.

Nasze „dorabianie się” w pierwszym okresie małżeństwa było jednak w pełni uzasadnione. W dniu ślubu nie mieliśmy po prostu nic oprócz siebie. No może jeszcze poza jedną kołdrą, dwoma poduszkami, starą wersalką i równie starym telewizorem, którego przełącznik kanałów (słowo pilot kojarzyło się wtedy wyłącznie z facetem powożącym samolotem) działał wyłącznie dzięki kilku zapałkom zapewniającym jego stabilność. Sytuacja szybko się zmieniła o tyle, że oprócz siebie mieliśmy też naszą pociechę, czyli małego Adasia. Generalnie szczęście nam jednak sprzyjało i jak to zazwyczaj bywa, raz wolniej, raz szybciej, ale konsekwentnie osiągaliśmy swoje materialne cele. Nie będę oryginalny, gdy wspomnę, że kosztowało to nas niejednokrotnie sporo zdrowia i nerwów. Przyznaję też, że w tej twardej i często bezkompromisowej walce, jaką jest bogacenie się, posunąłem się do zachowań, z których dzisiaj nie jestem zbyt dumny i do których w innych okolicznościach na pewno bym się nie posunął. Wtedy jednak wydawało mi się, że walka o lepszy byt rodziny wymaga czasem tych bezkompromisowych i twardych działań i trzeba wtedy przytłumić myślenie o etyce i moralności.

Po wielu latach udało nam się osiągnąć właściwie wszystko, co stanowi synonim bogactwa i pomyślności wszelakiej dla większości Polaków. Byliśmy właścicielami okazałego domu pod miastem. Przez furtkę w ogrodzie wchodziliśmy bezpośrednio do pięknego lasu. Krzaki jeżyn rosły tuż za płotem, a na nazbieranie kosza grzybów wystarczyła czasami godzina. Na podjeździe stał dobrej klasy samochód, a w domu oczywiście marmurowy kominek, skórzane meble, najnowszy telewizor i nadmiar tych wszystkich pozostałych rzeczy, które dotyka się tylko podczas odkurzania, ale które mają świadczyć o odpowiednim statusie materialnym ich właścicieli. Jednak wszystko w życiu powszednieje i zamiast dożyć tam kresu swoich dni, zaczęła w nas narastać przemożna chęć do radykalnych zmian.

„Sam fakt, że masz jakieś marzenia lub pragnienia oznacza, że masz też odpowiednie zdolności do ich zrealizowania.”
Robin S. Sharma

CDN…..

 

2 komentarze

  • St

    Bardzo odważny opis osobistych przeżyć

    • rokwklapkach

      Bardzo dziękujemy za opinię. Piszemy po prostu to co czujemy. Pozdrawiamy

Zostaw odpowiedź