Rozdział 9

Z oczywistych powodów odwiedziny naszego syna z przyjaciółmi oraz mojej mamy były dla nas najważniejsze. Z tych samych powodów pisanie o ich pobycie będzie pewnie ociekać lukrem, ale skoro ta słodycz płynie prosto z serca, to przecież nie można stawiać jej tamy.

Mama przyleciała na początku czerwca i była pierwszym naszym gościem. Ostatnie kilka miesięcy to nie był dla niej, niestety, zbyt pomyślny okres. Pod koniec poprzedniego roku zmuszona była poddać się operacji wszczepienia endoprotezy stawu biodrowego. Rutynowy, wydawało się, zabieg został skutecznie sknocony przez nieudolnych lekarzy, którzy uszkadzając nerw, skazali ją na cierpienie ciągłego bólu i częściowe inwalidztwo. W normalnym, cywilizowanym kraju otrzymałaby, chociaż z tego tytułu jakąś rekompensatę w postaci solidnego odszkodowania i zapewnienia leczenia rehabilitacyjnego, ale u nas, jak zwykle w takich przypadkach, winnych nie było i chociaż krótko potem wymieniono w tym szpitalu cały zespół lekarzy na oddziale ortopedycznym z powodu systematycznie powtarzających się przykładów niekompetencji, to oficjalnie szpital zakwalifikował przypadek mamy jako wkalkulowany w ryzyko związane z tego typu operacją. Krótko mówiąc, pech.

Od czasu operacji mama znacznie ograniczyła swoją aktywność fizyczną, a jej nieodłączną towarzyszką stała się kula inwalidzka. To był dla niej duży cios, bo trzeba wiedzieć, że przed tą nieszczęsną operacją mama, mimo swojego wieku, była osobą niezwykle aktywną, energiczną, ba, była wręcz wulkanem energii. Czasami żartowaliśmy z niej, że ma chyba ADHD, bo nie potrafiła usiedzieć w miejscu przysłowiowych pięciu minut, a różnorakie pomysły mnożyły się w jej głowie niczym ongiś króliki w Australii. Oczywiście wszystkie te pomysły związane były z ruchem. Uwielbiała piesze wycieczki, zwłaszcza do lasu, z których nigdy nie wracała bez jakiegoś trofeum. A to polne kwiatki, a to jakieś gałęzie, które miały zakwitnąć w niedalekiej przyszłości, jesienią grzyby, kasztany lub chociaż kawałek zmurszałego pniaka, który potem zostawał elementem zimowej aranżacji na jej malutkim balkoniku. Kochała też tańczyć i wykorzystywała każdą okazję, by błyszczeć na parkiecie. Kiedy z jakichś przyczyn musiała dłużej przebywać w domu, brała się za malowanie ścian, albo systematycznie przestawiała meble. Mama była i na szczęście ciągle jest jednym z ostatnich przedstawicieli pomału wymierającego już gatunku, o którym mówiło się kiedyś „ludzie renesansu” i wcale nie jest to określenie na wyrost. Tak więc maluje i wystawia obrazy, pisze wiersze, które recytuje od czasu do czasu na spotkaniach poetyckich, uprawia różnego rodzaju rękodzielnictwo, mnóstwo czyta no i interesuje się właściwie wszystkim oprócz sportu i motoryzacji. Niestety stało się, jak się stało i mama powoli próbowała odnaleźć się w tej nowej dla niej sytuacji. Na szczęście jest osobą dość mocną psychicznie, swoje w życiu przeszła, jej organizm jest zahartowany w bojach z życiowymi problemami, a więc i z tym dała sobie jakoś radę, zachowując mimo wszystko pogodę ducha. Na pewno jednak odbyło się to kosztem wielu wyrzeczeń, częstego zagryzania zębów z bólu i bezsilności i wspomagania się silnymi lekami przeciwbólowymi. Tym bardziej więc odczuwałem radość i zadowolenie z faktu, że w tym trudnym dla niej czasie, mogliśmy sprezentować jej dwutygodniowe wakacje na Majorce.

Mamie wszystko się podobało. Jest tym wybrańcem losu, u którego proza dorosłego życia, w odróżnieniu od większości ludzi, skutecznie nie wytłumiła niemal dziecięcej wrażliwości i ciekawości świata. Tak jak się spodziewaliśmy, najwięcej czasu poświęcała na kontemplowanie i uwiecznianie, przy pomocy aparatu fotograficznego, egzotycznej, majorkańskiej przyrody. I to we wszystkich jej przejawach. Obfotografowała niemal wszystkie draceny upiększające skutecznie promenadę łączącą Cala Millor z Cala Boną. Pozowały jej zarówno małe kwiatki samosiejki z mozołem pnące się w górę, mimo nieprzyjaznego otoczenia betonowych płyt chodnikowych, jak i wielkie okazy kwiatów, o których myślała, że istnieją tylko ich kieszonkowe, wazonowe wersje sprzedawane w polskich kwiaciarniach. Rzecz jasna nie pominęła żadnego przedstawiciela licznej rodziny kaktusów, szczególną atencją darząc olbrzymie aloesy, które okazały się jednak nie być kaktusami, a sukulentami, co bardzo mamę zdziwiło. Namiętnie kadrowała wiekowe drzewa oliwne, których pnie ze starości poskręcały się w dziwny sposób, niczym ciało starca złożonego reumatyzmem, skupiska palm, pomnikowe okazy pinii, rozłożyste drzewa fikusów będące oazą cienia w upalne dni, aleję wielkich figowców benjamina, którym subtropikalne pochodzenie nie przeszkodziło doskonale wkomponować się w śródziemnomorską florę oraz morze, które przez te dwa tygodnie postanowiło pokazać mamie wszystkie swoje oblicza, od spokojnego niczym tafla jeziora aż do gniewnego sztormu.

Mama w ogóle nie była absorbująca. Lubiła wziąć książkę lub szkicownik i pójść na promenadę, aby posiedzieć na swojej ulubionej ławeczce będącej jednocześnie doskonałym punktem obserwacyjnym. Wielka pinia, rosnąca tuż obok, dawała przyjemny cień i mama w błogim nastroju, jak to określiła, oddawała się lekturze, kreśleniu szkiców mających być zalążkiem jej przyszłych obrazów i obserwowaniem otoczenia. Niestety jej stan fizyczny nie pozwalał na pokonywanie zbyt dużych pieszych dystansów, więc zasięg spacerów oraz program zwiedzania musieliśmy dostosować do jej możliwości. Nie czuła się jednak z tego powodu zawiedziona, wręcz przeciwnie, uznała, że i tak miała nadmiar wrażeń, a jaskinie w Porto Cristo były najpiękniejszym miejscem, jakie widziała w ostatnich latach i jak się wyraziła, pewnie już nic równie pięknego w swym życiu nie zobaczy. Myślę jednak, że było w tym stwierdzeniu sporo kokieterii, a znając jej sposób patrzenia na świat, ujrzy swoimi wrażliwymi oczami jeszcze wiele równie pięknych rzeczy. W pamięci zachowamy też wieczorne partyjki „tysiąca”, podczas których nie brakowało emocji dodatkowo potęgowanych działaniem wspaniałego, młodego majorkańskiego wina.

To wino to był największy alkoholowy hit podczas naszego pobytu na Majorce. Odkryliśmy je zupełnie przypadkowo podczas przechadzki po Son Servera. Son Servera to niewielkie miasteczko leżące trzy kilometry na zachód od Cala Millor. Poza całkiem urokliwą starą częścią nie wyróżniało się niczym szczególnym, można by nawet rzec, że urodą nie grzeszyło, ale było siedzibą naszej gminy no i w każdy piątek odbywał się tam największy w okolicy targ, na który tłumnie przybywali turyści wypełniający sobie w ten sposób nadmiar wolnego czasu. Nie ukrywam, że i dla nas był to dobry powód do odbycia pieszej wycieczki i gdy nie mieliśmy akurat innych planów na piątkowe przedpołudnie, to chętnie korzystaliśmy z tej możliwości „dania sobie w kość”. Podczas zwyczajowego lawirowania między straganami i oglądania, dotykania, mierzenia, wąchania i smakowania różnych różności, w pewnym momencie naszą uwagę zwrócił niewielki sklepik mieszczący się na parterze zadbanej kamienicy przylegającej do placu targowego. Przeszlibyśmy pewnie obok niego obojętnie, jak obok wielu innych sklepów, które tego dnia przegrywały konkurencję z barwnymi straganami, gdyby nie wielce zachęcający napis wykonany „westernową” czcionką, umieszczony na kawałku zwykłej deski „stylowo” opalonej na krawędziach, wiszącej dumnie na dwóch złoconych łańcuchach. Napis informował, że w tym miejscu sprzedaje się wyłącznie ekologiczne produkty wyprodukowane, a wcześniej wyhodowane, przez właścicieli sklepu. Weszliśmy do środka, jednak tylko trochę kierowani ciekawością, bardziej by odetchnąć przez chwilę od palącego słońca i nieco się schłodzić w klimatyzowanym wnętrzu. I rzeczywiście, wypełniające centralną część sklepu owoce, warzywa, różne przetwory, ciasta i inne słodycze nie zrobiły na nas dużego wrażenia. To wszystko w wielkim wyborze oferowali również rolnicy sprzedający swój towar w spożywczej części targu. Dopiero gdy przeszliśmy do bocznego pomieszczenia po prawej stronie, oczom naszym ukazało się to, co „tygrysy lubią najbardziej” i jak się okazało, było dumą i chlubą właściciela. Ujrzeliśmy bowiem prawie wszystko to, co Hiszpanie potrafią zrobić z mięsa świni. Na hakach w dwóch rzędach wisiały obok siebie dojrzewające szynki Iberrico z mięsa czarnych świń oraz szynki Serrano z białych świń. Tuż za nimi eksponowano kilka gatunków krwistej morcilli, odpowiednika naszej kaszanki oraz sobrasady, odpowiednika naszej metki z dużą domieszką wędzonej, sproszkowanej papryki. Następne w szeregu były kiełbasy. Imponujące pęta słynnej chorizo w wersji słodkiej, średniopikantnej i pikantnej, obok w takich samych pętach lub prostych kawałkach lśniła pokryta białą pleśnią, wywodząca się z Katalonii, kiełbasa fuet (ulubiona piwna przekąska naszego syna) a za nią, jakby dla kontrastu, ciemnoczerwone odmiany tłustej salchichon. W przeszklonej lodówce połączonej z ladą leżały szynki gotowane, mortadele – niejednokrotnie nadziewane oliwkami – które w Hiszpani wcale nie uchodzą za jakąś poślednią wędlinę, a także niezliczone rodzaje serów. Asortyment lodówkowy rozdzielały trzy, wyglądające niemal jak żywe, różowiutkie prosiaczki, które przycupnęły na zielonym sianku z papieru i spoglądały gdzieś przed siebie niewidzącymi, bo przecież martwymi ślepkami, które zostawiono dla lepszego efektu. Nas akurat ten widok trochę zmroził, a mnie momentalnie nawiedziła myśl przypominająca o zaledwie ośmioprocentowej różnicy dzielącej genom świni i człowieka, ale roztrząsanie związanych z tym faktem dylematów moralnych postanowiłem odłożyć na bardziej stosowną chwilę. Całość ekspozycji uzupełniało – a właściwie było jego głównym elementem – wielkie, oprawione w złotą ramę, zdjęcie zawieszone na ścianie między sufitem a hakami z szynkami. Na zdjęciu tym Paco, bo tak miał na imię właściciel tego przybytku, kroczy dumnie po soczyście zielonej łące, podpierając się pasterskim kosturem, na czele ogromnego stada czarnych świń. Po chwili identyczny wyraz dumy na twarzy Paca zobaczyliśmy już na żywo. Oto bowiem opuścił miejsce za ladą w centralnej części sklepu, podszedł do nas i wskazując na zdjęcie, powiedział – to moje świnie, ponad dwieście. Wydaliśmy jakieś dźwięki mające być wyrazem naszego zachwytu i uznania, co Paco odebrał widocznie zgodnie z naszą intencją, ponieważ zaraz potem zaprosił nas na degustację. Co rusz odkrawał niewielkie kawałki wędlin i szynek, a my po każdym przełknięciu znowu wydawaliśmy z siebie różne ochy i achy i głaskaliśmy się po brzuchach przy wtórze charakterystycznego mlaskania, nie chcąc w żaden sposób zakłócić błogostanu Paca, choć tak naprawdę nie wszystko nam smakowało, bo nie przepadamy na przykład za morcillą i uważamy, że nasza poczciwa kaszanka, ale taka prawdziwa, ze świniobicia, jest o niebo lepsza, a żona naprawdę się poświęcała, jedząc co bardziej pikantne kąski.

Może niektórym mniej oświeconym wydać się dziwne, dlaczego na zdjęciu świnie przechadzają się bezstresowo po zielonych łąkach. Może wytłumaczą to sobie wybujałą wyobraźnią malarza. Ale nie wiem, jak wytłumaczą sobie to, że jak zapewniał Paco, są jeszcze dokarmiane ich ulubionym przysmakiem, czyli świeżymi żołędziami. Cudowny aromat tych żołędzi jest ponoć wyraźnie wyczuwalny w ich mięsie, choć widocznie nasze kubki smakowe nie były na tyle wrażliwe, by go poczuć. Tak, to może nie pomieścić się w ich głowach. Przecież, jak bozia przykazała w naszym kraju, te świnie powinny siedzieć w chlewie stłoczone do granic możliwości w ciasnych kojcach i żreć ten cały chłam z antybiotykami, który powoduje, że już po trzech miesiącach osiągają wagę kwalifikującą je do wycieczki do rzeźni. Hiszpanie są po prostu na innym stopniu rozwoju w kwestii podejścia do obrzędu jedzenia i picia. Tradycje kulinarne, kulturowe oraz edukacja w tej dziedzinie sprawiają, że jedzenie jest dla nich niemal aktem rytualnym, poświęcają mu najwięcej czasu ze wszystkich europejskich narodów i nawet przez głowę by im nie przeszło, by truć się wzajemnie, produkując żywność nafaszerowaną ponad wszelką miarę rakotwórczą chemią. W Polsce na ogół nikt nie ma najmniejszych oporów przed tego typu praktykami, a granice hipokryzji w tej dziedzinie, zdają się nie mieć końca. Najważniejsze, żeby kasa się zgadzała, a z ewentualnych wyrzutów sumienia można się wyspowiadać w niedzielę. Rozgrzeszenie przecież zapewnione.

Już podczas degustacji mój wzrok raz po raz kierował się w stronę ogromnej, trzystulitrowej beczki z winem stojącej pod jedną ze ścian, a gdy moc wszystkich pikantnych przypraw, których Paco nie żałował swoim wyrobom, skumulowała się w moim gardle, to właściwie nie przestałem odrywać od niej oczu. Paco oczywiście nie mógł tego nie zauważyć, więc zaraz po przełknięciu ostatniego kęsa palącego przełyk chorizo z uśmiechem nieschodzącym mu z twarzy, pokierował nas w stronę beczki. Przytwierdzona była do niej metalowa, pozłacana tabliczka z wygrawerowanym napisem, który informował, iż w beczce znajduje się młode wino z rejonu Binissalem, centrum winiarstwa na Majorce. Wymieniona była także nazwa szczepu, z którego je wyprodukowano oraz bodegi, czyli producenta. Paco wskazał na wychodzący z dolnej części beczki kranik i gestem zachęcił do spróbowania zacnego trunku. Nie dałem się dwa razy prosić i bez zbędnej zwłoki napełniłem dwa plastikowe kubki. Wypowiedzieliśmy z żoną jeszcze w kierunku Paco tradycyjne „salud” i upiliśmy po sporym łyku. I chociaż trudno w to uwierzyć, ale już ten pierwszy łyk, jak go później nazwaliśmy, boskiego nektaru, spowodował, że zakochałem się w tym winie na zabój. To była po prostu miłość od pierwszego łyku. O dziwo, mojej żonie, która jakoś nigdy nie wstąpiła do klubu wielkich admiratorów i degustatorów napojów alkoholowych, owo zauroczenie się udzieliło. Zachwycali się nim też wszyscy nasi goście, również ci, którzy uważają się za winnych smakoszy. Mogło się odnieść wrażenie, że rzucało jakiś czarci, albo raczej anielski urok na wszystkich, którzy mieli szczęście go posmakować. Paco sprzedawał to wino w półtoralitrowych, plastikowych butelkach po wodzie mineralnej i wszyscy z nich, oprócz spożywania codziennych dawek, wzięli też po minimum dwie butelki do Polski czy Berlina. Gdyby nie groźba nadbagażu i płacenia dodatkowych opłat, wzięliby dużo więcej. Trudno określić jego smak. Gdyby napisać, że nuta owocowa idealnie harmonizowała się z delikatną nutą wanilii i odrobiną czekolady, to i tak byłoby to zbyt schematyczne i powielałoby tylko opisy umieszczone na butelkach setek innych win, a przecież to wino było niepowtarzalne. W każdym razie było w nim coś takiego, co zdecydowanie odróżniało je od pozostałych win i mimo że dość często próbowaliśmy konfrontować je z konkurencją, również z tą z tak zwanej wyższej półki, to zawsze wychodziło z tych prób zwycięsko. I wcale nie wpływał na ten osąd fakt, że butelka tego wina kosztowała, w przeliczeniu na złotówki, około siedmiu złotych, aczkolwiek niewątpliwie było to rozkoszne uzupełnienie pakietu jego zalet. Po prostu „pić nie umierać” jak, poniekąd słusznie, zauważył nasz przyjaciel.

Staraliśmy się dogadzać mamie, jak tylko umieliśmy, również pod względem kulinarnym, próbując jednak przemycić do menu nieco egzotycznych produktów takich jak różne owoce morza lub mało u nas znane tropikalne owoce i warzywa, ale spotkaliśmy się ze stanowczym oporem materii. Wszystko, co miało więcej niż cztery nogi, posiadało jakiekolwiek odnóża, za długie wąsy, macki, szczypce i skorupy, budziło w niej obrzydzenie. Na widok homara czy langusty w restauracyjnym akwarium robiło jej się niedobrze i ze wstrętem odwracała głowę. Krewetki tygrysie czy królewskie pięknie wyeksponowane na imponujących, sklepowych stoiskach z rybami i na których widok ciekła nam ślinka, mama omijała szerokim łukiem. I chociaż w innych dziedzinach życia idzie, jak najbardziej, z duchem czasu, to w temacie kulinariów pozostaje tradycjonalistką. Właściwie z iberyjskich specjałów specjalną atencją obdarzyła tylko sangrię, która skutecznie gasiła jej pragnienie i zarazem powodowała pewne przyjemne „rozluźnienie” oraz gazpacho, słynną zupę warzywną z dominacją pomidorów, podawaną na zimno, która w jakiejś mierze zaspokajała jej wielką miłość do zup. No właśnie, na obiad, oprócz dania głównego, musiała być koniecznie zupa. Na nic zdały się nasze tłumaczenia i delikatne perswazje, że przecież upał, gorąco, więc może tę zupę sobie darujemy. Koniec końców i tak, mimo trzydziestu paru stopni na zewnątrz, wciągaliśmy gorącą pomidorową, ogórkową lub nawet rosół, robiąc dobrą minę do złej gry i pocąc się przy tym niemiłosiernie, a pierwszą czynnością po wstaniu od stołu było wzięcie prysznica. Oczywiście traktowaliśmy te mamy kulinarne przyzwyczajenia z pełną wyrozumiałością i podchodziliśmy do tego na „luzie”. Słowo „luz” jest bardzo istotne, wręcz kluczowe w tej opowieści. Może nie jest zbyt wykwintne ani wyszukane, ale doskonale obrazuje stan ducha, jaki musieliśmy osiągnąć, aby pełniej cieszyć się życiem w ogóle, a już w Hiszpanii w szczególności. Można też użyć bardziej oficjalnego stwierdzenia, na przykład „nabrać dystansu do wielu spraw”, ale słowo „luz” czy „bycie wyluzowanym” ma chyba bardziej optymistyczny wydźwięk, a przede wszystkim jest zdecydowanie bliższe temu, z czym spotykamy się powszechnie w krajach, w których słońce świeci przez ponad trzysta dni w roku.

Mama, pomimo słusznego już niestety wieku, ciągle zachowuje klasę kobiety świadomej swojej wartości. Kobiety o niepospolitej urodzie i nietuzinkowej inteligencji połączonej z silną osobowością o cechach przywódczych. Te cechy sprawiły, że w moim domu rodzinnym, to ona stanowiła prawo i niepodzielnie w nim rządziła. Była jednocześnie władzą ustawodawczą, wykonawczą i niestety również sądowniczą. I to w czasach, w których w naszym kraju nie mówiło się głośno o równouprawnieniu, prawach kobiet, a feminizm kojarzony był głównie z angielsko- amerykańskim ruchem sufrażystek z przełomu XIX i XX wieku. Niestety posiadaczki takich cech rzadko czują się spełnione czy szczęśliwe w związkach małżeńskich i małżeństwo moich rodziców zdawało się tę regułę potwierdzać. Trudno wręcz było o bardziej niedobraną parę. Tak to widzę z perspektywy czasu, aczkolwiek ze względów dyplomatycznych, pominę wdawanie się w szczegóły. Warto jednak zatrzymać się przy owej niepospolitej urodzie mojej mamy. Była jej świadoma i bardzo o nią dbała lub, innymi słowy, skutecznie chroniła swój wizerunek kobiety urodziwej. I to tak skutecznie, że jak sama mi kiedyś wyznała, jej mąż a mój świętej pamięci ojciec, nigdy nie widział jej bez makijażu. Dla młodszych pokoleń niemających pojęcia o ówczesnych realiach, ludzkiej mentalności i wzorcach zachowań, taki przykład chronienia wizerunku może się wydać grubą przesadą, co zresztą wcale by mnie nie zdziwiło, bo i mnie, młodemu wówczas chłopakowi, trudno było to zrozumieć. Dopiero po latach i przeczytaniu iluś tam książek, najczęściej pamiętników, autobiografii i biografii, pojąłem w pełni znaczenie, między innymi takich określeń jak realia epoki czy różnice międzypokoleniowe.

Oczywiście makijaż i fryzura to istotne czynniki podkreślające kobiecą urodę, ale czymże by były bez odpowiedniego stroju. Mama zawsze, mimo permanentnych kłopotów finansowych i bardzo siermiężnej i ubogiej ówczesnej oferty sklepowej, jakimś cudem, czasem w bardzo przedziwny i pomysłowy sposób, potrafiła zadbać o stan swojej garderoby. W ogóle tamte czasy wyzwalały w społeczeństwie istne pokłady kreatywności, ale to całkiem odrębny temat. W każdym razie mama całe swoje dorosłe życie uchodziła za kobietę elegancką. I tak zostało jej do dzisiaj. Wiek w żaden sposób nie uszczuplił jej potrzeby bycia postrzeganą w ten właśnie sposób. Nie mogliśmy się nadziwić, gdy ze swojej małej walizeczki, niczym magik z kapelusza, kilka razy dziennie wyciągała wciąż nowe fatałaszki, aby zaprezentować się w kolejnej odsłonie. Kreacja dzienna, kreacja wieczorowa, kreacja plażowa. Szczególną furorę zrobił jej, jedyny w swoim rodzaju, czerwony kapelusz z wielkim rondem, który powodował, że gdy spacerowaliśmy deptakiem wieczorową porą, wszystkie starsze Niemki, z pewną zazdrością w oczach, i przede wszystkim Niemcy, z wyraźnym męskim zainteresowaniem, taksowali ją wzrokiem, co sprawiało mamie widoczną satysfakcję a nam sporo uciechy.

Jak wspomniałem, z uwagi na mamy kondycję zdrowotną, program zwiedzania był mocno ograniczony. Obok jaskiń smoczych w Porto Cristo i samego Porto Cristo, udało się nam jeszcze pokazać jej urocze średniowieczne miasteczko Arta, do którego pojechaliśmy we wtorek, dzień, w którym odbywał się tam, największy w tej części Majorki targ, czyli mercado. Różnorodność oferowanych towarów wystawianych na straganach usytuowanych na klimatycznych placykach oraz wzdłuż urokliwych, wąskich uliczek, zrobiła na mamie duże wrażenie. Mimo naszych ostrzeżeń nie oparła się pokusie zakupu gustownej bluzeczki, co stało się przyczyną jej wielkiego zadowolenia, które trwało niestety tylko do następnego dnia, kiedy to mina jej nieco zrzedła, gdy identyczną bluzkę, tyle że kilka euro tańszą, odkryliśmy w jednym ze sklepów w „naszym” Cala Millor. Niestety zabrakło jej sił, by wejść po kamiennych schodach na górujące nad miasteczkiem wzgórze, z którego rozpościerały się wspaniałe, panoramiczne widoki na okolicę oraz widoczne w dole jednolite, buro-piaskowe dachy kamiennych domów Arty, i gdzie ulokowało się, opasane średniowiecznymi murami obronnymi, Sanktuarium de Sant Salvador, jedno z największych atrakcji turystycznych miasteczka. Tych atrakcji Arta oferuję zresztą co niemiara. Park archeologiczny, muzea, kościoły no i jaskinie przez wielu uważane za jeszcze piękniejsze od tych sławniejszych w Porto Cristo. Po prostu trzeba odwiedzić Artę, bo to najładniejsze śródlądowe miasteczko we wschodniej części Majorki.

Dwa tygodnie minęły bardzo szybko i niestety nadszedł dzień rozstania, czyli powrotu mamy na ojczyzny łono. Wynajęliśmy samochód i z samego rana, zaraz po śniadaniu, udaliśmy się w kierunku Palmy. Samolot do Polski odlatywał późnym popołudniem, więc mieliśmy sporo czasu, aby w tym ostatnim dniu nasycić jeszcze mamy zmysły nowymi doznaniami, pokazując jej najbardziej spektakularne miejsca w Palmie, Paguerze i Santa Ponsie. W nieoczekiwany sukurs przyszło nam majorkańskie niebo, wzbogacając istotnie wachlarz doznań. Otóż zapewne z powodu mamy wyjazdu, zapłakało, a raczej zaryczało z żalu, co objawiło się pod postacią potężnego, półgodzinnego gradobicia, akurat podczas naszego przejazdu przez Palmę. Patrzyliśmy ze zdumieniem jak kulki wielkości piłeczek od tenisa stołowego z olbrzymią siłą, uderzały w asfalt ulic i płyty chodnikowe, a ich impet był tak duży, że odbijały się najpierw na jakieś pół metra w górę nim ostatecznie, spoczęły na ziemi, dekorując tym samym Palmę białym, lodowym dywanem. Niestety kulki gradu z takim samym impetem łomotały w dach i szyby naszego samochodu. Przez kilka chwil obawialiśmy się, że najpierw z niego a później z nas zrobią sito, ale na szczęście wielka, czarna chmura, sprawca tej pogodowej anomalii o tej porze roku, wspomagana wiatrem, obrała kurs gdzieś na Ibizę, odsłaniając na powrót nieskazitelnie błękitne niebo i umożliwiając słońcu przywrócenie otoczeniu naturalnych barw. Nie minęło dwadzieścia minut, a po gradobiciu nie było już śladu.

Jadąc przez Palmę pięknym, nadmorskim bulwarem w kierunku Paguery, mama mogła podziwiać majestatyczną, gotycką bryłę katedry La Seu, najsłynniejszy i najbardziej rozpoznawalny budynek na Majorce, a nieco dalej przycumowane w porcie luksusowe jachty i gigantyczne statki pasażerskie będące w trakcie rejsu po Morzu Śródziemnym. Będąc w Paguerze nie mogliśmy nie pokazać jej pięknej zatoki Cala Fornells. Żałowała, że nie może rozłożyć sztalugi i uwiecznić tego co widzi na obrazie. W Santa Ponsie pospacerowaliśmy trochę wzdłuż plaży, a potem podjechaliśmy do najlepszego punktu widokowego. Nie muszę dodawać, że aparat fotograficzny cały czas pracował na maksymalnych obrotach, co było dla nas zupełnie zrozumiałe, ponieważ wcale nie zachowywaliśmy się inaczej podczas naszych wcześniejszych, wakacyjnych pobytów na wyspie. Santa Ponsa wieńczyła ten ekspresowy program zwiedzania. Około siedemnastej zaparkowałem samochód przed lotniskiem Son San Juan. Odprowadziliśmy mamę do punktu odprawy celnej, gdzie nastąpiło czułe pożegnanie. Potem przeszła przez bramkę i machając jeszcze od czasu do czasu ręką na pożegnanie, odchodziła w kierunku wyznaczonego gejtu, powoli znikając w tłumie podróżnych. Patrzyłem na nią do czasu, aż znikła mi z oczu i jednocześnie pomyślałem sobie, że mam kupę szczęścia będąc synem takiej matki. Ale zaraz potem poczułem smutek, bo nie wiedziałem jeszcze wtedy, kiedy się znowu zobaczymy. Lecz dzięki łaskawości losu nie czekałem zbyt długo na pocieszenie, ponieważ już za godzinę, tym razem łzy radości towarzyszyły powitaniu naszego syna Adama, który ze swoją Kasią, jej siostrą Asią i mężem Asi, Łukaszem, przylecieli tym samym samolotem, który za chwilę odlatywał z powrotem do Polski z mamą na pokładzie.

W tobie jest słońce i księżyc, i niebo, i wszystkie cuda wszechświata. Ten, kto stworzył te niezwykłości, stworzył również ciebie. Wszystkie otaczające cię rzeczy wywodzą się z tego samego źródła. Wszystko jest jednością.

Robin S. Sharma

 

2 komentarze

  • Ela :)

    Uwielbiam jak to wszystko opisujecie… Czytam z zapartym tchem i wiele się można jeszcze dowiedzieć, nauczyć myślę, że jeszcze tu kiedyś wrócicie , po nic nie robienie… Tylko po to aby nacieszyć się tym pięknym klimatem i cudownym słońcem ❤️

  • Janina

    Mam przyjemność znać Pana Mamę i z pełnym przekonaniem potwierdzić Pana opinie n.t. takiej wspaniałej Kobiety jaką jest (jak to ja mówię) moja cudowna Kompelka, a Pana Mama. Zazdroszczę też Pana Mamie takiego dobrego, czułego, a przede wszystkim zdolnego Syna. Talent do pięknego pisania odziedziczył Pan prawdopodobnie po Mamie. Dziękuję za takie ciekawe opowiadania. Czekam na kolejne. Pozdrawiam,
    Janina O

Zostaw odpowiedź