Rozdział 8

Nasz misternie skonstruowany plan emigracyjny zakładał, między innymi, iż pierwsze kilka miesięcy poświęcimy na nicnierobienie. Nicnierobienie, w języku polskim, może mieć różne konotacje i dla każdego oznaczać coś innego, ale w naszym wydaniu miało być, ogólnie rzecz biorąc, wydłużonymi wakacjami połączonymi z intensywną nauką języka hiszpańskiego. Czas ten miał służyć głównie regeneracji naszych organizmów. Destrukcyjny stres będący pokłosiem problemów zdrowotnych, stagnacją w firmie i zawirowaniami przy jej oraz domu sprzedaży, miał pójść w zapomnienie, odejść w niebyt. Mieliśmy skupić się na odzyskaniu dawno utraconego spokoju i osiągnięciu harmonii, która pozwoliłaby znowu czerpać radość z życia, przywróciłaby jego pasję i spontaniczność. Mieliśmy świadomość, że to nie będzie łatwy proces i że musimy drastycznie zmienić dotychczasowe nawyki, co miało być tożsame z poświęcaniem dużo więcej czasu sprawom ciała oraz ducha. Czyli pracą nad sobą. A więc zdrowy styl życia polegający na aktywności fizycznej, korzystaniu z dobroczynnego działania słońca, wysypianiu się, śródziemnomorskiej diecie, ale też medytacji, mantrze, modlitwie i próbach budowania pozytywnych relacji z ludźmi. Szczerze mówiąc, to ostatnie wydało mi się najtrudniejsze. Po latach stopniowego pozbywania się złudzeń w kwestii ludzkiej zdolności do szczerej przyjaźni, bezinteresownych intencji, odczuwania empatii i tym podobnych rzeczy, które uwznioślałyby jakoś ludzką przyziemność, doszedłem bowiem do punktu, w którym zacząłem w pełni utożsamiać się ze słowami Georga Bernarda Shaw: „Im bardziej poznaję ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta”.

Z niemałą satysfakcją muszę stwierdzić, że wszystkie te rzeczy udało nam się wprowadzić do codziennych zajęć. Co prawda nie wszystkie w takim wymiarze jak planowaliśmy i niestety nie w odpowiednich proporcjach, ale zważając na – delikatnie rzecz ujmując – niedoskonałość natury ludzkiej, uznaliśmy, że jest to wystarczający powód do zadowolenia, a nawet odtrąbienia zwycięstwa w bitwie z samym sobą.

Nie ma jednak co ukrywać, że w pierwszym okresie naszego życia na Majorce, dobre jedzenie najczęściej popijane hiszpańskim, czerwonym winem, plażowanie, wysypianie się, raczej leniwe spacery i w ogóle jakaś taka wstrzemięźliwość ruchowa, uzyskały znaczną przewagę nad pozostałymi czynnościami. Tkwiący w każdym człowieku pierwiastek hedonistyczny objawił się u nas w pełnej krasie. I dosyć szybko przybrał konkretny wymiar. A raczej rozmiar, gdy z jednego X zrobiły się dwa. Gdzieś tak po dwóch miesiącach ulegania różnym kulinarnym pokusom, mającym niewiele wspólnego ze śródziemnomorską dietą, zerkając na siebie w lustrze po wyjściu spod prysznica, ze zgrozą spostrzegłem, że po raz pierwszy w życiu dorobiłem się sporego brzuszyska. Co prawda posiadacze tego swoistego „nadbagażu” pocieszają się, jak mogą, cytując na przykład stare powiedzonko mówiące, iż nic tak chłopa nie upiększa, jak samara (brzuch) coraz większa, lecz w moim przypadku to zupełnie nie zadziałało. Zwłaszcza że lustro było bezlitosne. W takich sytuacjach nie uznaję żadnych półśrodków, więc tak jak przed wieloma laty rzuciłem palenie w jednej chwili, tak i teraz moje działania były natychmiastowe i radykalne. Sprowadzały się one oczywiście do ograniczenia racji żywnościowych, wyeliminowania słodyczy i zastąpienia ich owocami i warzywami oraz dużego zwiększenia codziennej porcji ruchu. Proste i zarazem skuteczne. Wymagało to, co prawda wykazania się odrobiną silnej woli i częstszego przełykania śliny na widok niektórych wiktuałów, ale na efekt nie trzeba było długo czekać i wkrótce moje gabaryty wróciły do normy.

Z nauką hiszpańskiego też nie było tak różowo. Na początku konsekwentnie, codziennie po śniadaniu, poświęcaliśmy minimum godzinę na wkuwanie nowych słówek i zwrotów, ale wkrótce początkowy zapał zaczął słabnąć. Dotarła do nas bowiem bolesna prawda, a właściwie dwie prawdy, ponieważ jedna dotyczyła mojej żony a druga mnie. Żona uświadomiła sobie mianowicie ponad wszelką wątpliwość, iż mimo posiadania wielu innych talentów, zwłaszcza w kierunkach technicznych, w których to ja z kolei jestem kompletnym ignorantem, w kwestii nauki języków obcych jest wręcz antytalentem. Przerabiała to już parę lat wcześniej przy okazji nauki angielskiego, ale wtedy jeszcze wynajdywała dziesiątki różnych usprawiedliwień dla swojej porażki. Teraz wreszcie zdobyła się na akt samokrytyki i przyznała ze skruchą, że języki obce to nie jej bajka i tym samym kończy z bezproduktywnym, w jej przypadku, samonauczaniem. Bez wielkiego żalu ograniczyła swój rozwój w tej dziedzinie do lekcji ulicznych polegających na poszerzaniu swojego spektrum słówek i zwrotów poprzez zapamiętywanie ich po przypadkowych, grzecznościowych wymianach zdań w sklepach, restauracjach lub z sąsiadami.

Do mnie z kolei dotarło, że potrzebowałbym kilku lat, aby opanować hiszpański w satysfakcjonującym mnie stopniu. Stopień satysfakcjonujący, czyli taki, który pozwoliłby mi na prowadzenie swobodnej rozmowy czy nawet dyskusji na dowolne tematy. Uwzględniłem przy tej kalkulacji moje średnie zdyscyplinowanie w tej kwestii oraz odrzuciłem możliwość przeznaczenia na naukę dużo więcej czasu. Skróciłoby to zapewne okres potrzebny na opanowanie języka, ale przy okazji skróciłoby też zapewne i mój żywot, ponieważ musiałoby się to odbywać kosztem innych czynności, które nie tylko sprawiały mi radość, ale też pozwalały utrzymać mój organizm w dobrej kondycji fizycznej oraz psychicznej. Mówiąc wprost, nie miałem najmniejszej ochoty rezygnować już teraz z różnych przyjemnych rzeczy, z których będę zmuszony zrezygnować za jakiś czas, kiedy mój organizm zacznie stopniowo wycofywać się na „z góry upatrzone pozycje”. Ewentualne wyrzuty sumienia zdusiłem w zarodku, przeczytawszy naprędce kilka rozpraw o życiu chwilą i niemarnotrawieniu danego nam czasu.

Tak więc, uwzględniając te drobne niedociągnięcia, to nasze nicnierobienie wychodziło nam naprawdę nieźle. Chyba mogę nawet nieskromnie stwierdzić, że po ponad siedmiu miesiącach spędzonych na Majorce, staliśmy się w nicnierobieniu prawdziwymi mistrzami. Jasne, że trzeba mieć do tego zamiłowanie, ale też trochę talentu. O zamiłowaniu wiedzieliśmy już od dawna, talent pozostawał zagadką, mimo iż pewne symptomy mogły świadczyć o tym, że zostaliśmy nim obdarzeni i tylko czekał na odpowiednie okoliczności, by objawić się w pełnej krasie. Największym paradoksem jest jednak to, że sam talent tu nie wystarczy. Żeby zostać mistrzem w nicnierobieniu, trzeba się najpierw solidnie napracować. Zastępowanie starych nawyków nowymi wymaga bowiem żmudnej powtarzalności pewnych czynności. Część z nich może się na początku wydać dość niekomfortowa, by nie rzec, upierdliwa. Ale kiedy przebrniemy już przez ten trudny okres i przekroczymy niewidzialną barierę – wkroczymy do krainy, w której możemy w całej pełni cieszyć się ich zaletami. Miła i łechcąca nasze ego jest też świadomość przynależności do elitarnej, bo przecież nie tak wielkiej grupy ludzi, którzy dzięki łaskawości losu, zostali obdarzeni przywilejem zostania mistrzami nicnierobienia.

Część naszej rodziny oraz niektórzy znajomi, niemal patologicznie uzależnieni od pracy i ciągłego dorabiania się, nie bardzo mogli zrozumieć naszego zadowolenia, czy wręcz chełpliwej dumy z naszych osiągnięć w nicnierobieniu. To było zbyt odległe od tego, co niestety wpajano nam od dziecka, czyli jedynie słusznej filozofii, która gloryfikowała pracę jako nieodzowny, wręcz najważniejszy składnik naszego życia. Oczywiście każdemu do szczęścia potrzebne jest co innego. Niektórzy szczęśliwcy, czy wybrańcy losu, po prostu lubią swoją pracę i się w niej spełniają. Może nawet bywać ich pasją. Pisząc o patologii mam na myśli sytuację, w której praca i zarabianie nie są środkiem do osiągania różnych celów, ale celem samym w sobie. Kiedy utrata pracy powoduje traumę porównywalną z tą po stracie bliskiej osoby. Dlatego bez przekonania słuchali naszych wywodów, których kwintesencja zawierała się w stwierdzeniu, że najważniejsze to żyć tak, by czuć się zadowolonym, czasem szczęśliwym i nie zważać na to, co myślą i mówią o tobie inni, ani jaką diagnozę postawił psychiatra. I wcale nie składaliśmy w ten sposób hołdu królowej ludzkich serc; żenująco wszechpanującej Hipokryzji, lecz naprawdę czuliśmy w tym czasie, że żyjemy wreszcie pełnią życia. Właśnie wtedy najintensywniej je smakowaliśmy, odczuwając radość niemal ze wszystkiego. No i to wspaniałe poczucie wolności. Jak cudownie było nigdzie się nie śpieszyć, nie umizgiwać się do klientów, nie myśleć o obrotach, podatkach, terminach, rachunkach, kontrolach, nie monitorować serwera w nocy, nie jadać posiłków myśląc o problemach, mieć czas na lekturę, dobry film, słuchanie muzyki, rozmowę i w ogóle robienie tych wszystkich rzeczy, dzięki którym ma się poczucie, że życie nie przecieka nam między palcami.

Zgadzam się z twierdzeniem, że powiedzenie, iż pieniądze szczęścia nie dają, wymyślił zapewne ten, co ich nigdy nie miał, lecz poznaliśmy w swoim życiu tak wielu nieszczęśliwych milionerów, że na pewno odwrotność tego powiedzenia również nie trzyma się kupy. Prawda, jak zwykle, leży pośrodku, a diabeł tkwi w szczegółach.

Poczucie szczęścia to wyłącznie stan naszego umysłu, chemia, ilość wydzielanych endorfin. Można być szczęśliwym w przysłowiowym Pcimiu Dolnym, żyjąc w zgodzie z samym sobą, realizując jakąś swoją pasję, ceniąc proste przyjemności jak na przykład oddychanie świeżym powietrzem lub rozkoszowanie się niepowtarzalnym smakiem wina owocowego marki „Chateau Jabol” i można być nieszczęśliwym, odnosząc sukcesy w wyścigu po mamonę, posiadając rezydencję w Monte Carlo, najnowsze BMW i wianuszek „przyjaciół”. Wśród naszych byłych klientów była spora grupa psychologów i psychiatrów. Kiedy omówiliśmy już wygląd i funkcjonalność ich przyszłej strony internetowej, na ogół ucinaliśmy sobie potem krótką lub dłuższą pogawędkę. Czasem były to zwykłe pierdoły wypełniające czas potrzebny na dopicie kawy, ale najczęściej był to akt uzewnętrzniania się ludzi, którzy z tytułu wykonywanego zawodu, byli raczej skazani na słuchanie. Dowiadywaliśmy się wtedy wielu ciekawych rzeczy, na przykład takich, że wprost nie mogą opędzić się od wszelkiej maści biznesmenów, prezesów, bankowców, maklerów, czy innych przedstawicieli świata garniturowych mundurków, którzy zgłaszają się do nich z licznymi problemami psychicznymi, najczęściej o podłożu depresyjnym. Obok młodzieży szkolnej i studentów, byli najliczniej reprezentowaną grupą społeczną szukającą u nich pomocy. Kreowany przez media, za którymi stoją wielkie korporacje, model społeczeństwa materialistycznego, w którym wszystko sprowadza się do obłędnego gonienia za pieniądzem, aby móc kupować, kupować i …kupować, i w którym właściwie każdy aspekt ludzkiej egzystencji obrócono w źródło zysku, odbija się teraz wielką czkawką.

Według oficjalnych danych w Polsce, gdzie tak zwany „dziki kapitalizm” przybrał karykaturalne rozmiary charakterystyczne dla społeczeństw o niskiej świadomości społecznej, już ponad trzydzieści pięć procent populacji boryka się z problemami psychicznymi. Ich korzenie tkwią najczęściej w niemożności radzenia sobie z narastającą presją wynikającą z faktu uczestniczenia w „wyścigu szczurów”. Masowe sięganie po środki wspomagające lub stymulujące: alkohol, narkotyki, leki psychotropowe, dają złudne i krótkie poczucie równowagi, ale potem czarna dziura przeistacza się w czarną otchłań. I wtedy ci, którzy szukają jeszcze ratunku i których na to stać, zapełniają właśnie owe gabinety psychologów i psychiatrów. Niestety u olbrzymiej rzeszy ludzi poziom desperacji jest już tak wielki, że umiera w nich jakakolwiek nadzieja i nie widzą już innego sposobu rozwiązania swoich problemów, jak samobójstwo. Ich wzrost w ostatnich latach jest wręcz lawinowy. Lekarze mówią wprost o epidemii.

Z tymi samobójstwami to w ogóle ciekawa sprawa. Rocznie, w ten właśnie sposób, żegna się z tym światem dwa razy więcej ludzi niż w wypadkach drogowych, ale czy słyszeliście w telewizji informację na ten temat? Nie, bo to informacja destrukcyjna, czyli niemedialna, czyli niegenerująca zysku. Nikt nie zapłaci, czy jak to się teraz ujmuje, nie zasponsoruje podawania takich wiadomości. Żadna firma, koncern czy korporacja nie uwzględnią tego w swym planie marketingowym, a i telewizji nie zwiększy to oglądalności. Badania wykazały bowiem, że ludzie generalnie nie chcą słuchać wiadomości, które mogą wywołać u nich stan dyskomfortu, wprowadzić zakłócenia w dotychczasowym sposobie myślenia i postrzegania rzeczywistości. Wolą trwać w złudnym, ale wygodnym przekonaniu, że jeżeli się o czymś nie mówi i nie pisze, to to nie istnieje. Co innego z wypadkami drogowymi. Nie dość, że niektóre są równie efektowne, jak te w filmach sensacyjnych, to jeszcze można wyciągnąć pieniądze z koncernów samochodowych, ubezpieczalni no i od rządu. Wszyscy oni zapłacą haracz, który zapewni ochronę ich wizerunku, a nawet spowoduje przekonanie, że prowadzą permanentną kampanię profilaktyczną i tak im zależy na ograniczeniu liczby ofiar. Cwaniacy od pijaru dobrze wiedzą, że opłacenie kilku spotów reklamowych jest dużo tańsze niż zbudowanie porządnych dróg czy wprowadzenie restrykcyjnych przepisów eliminujących na przykład skutecznie drogowych szaleńców z grona kierowców. Nie byłbym jednak taki pewien, że ta medialna sytuacja wkrótce się nie zmieni. Obserwując, w jakim kierunku rozwija się (a raczej zwija) telewizyjna rozrywka i do czego są w stanie posunąć się media, aby zarobić jeszcze więcej kasy, jestem w stanie wyobrazić sobie, że już w całkiem niedalekiej przyszłości usłyszę taką oto treść wiadomości:

-Drodzy Państwo, kolejny czarny weekend na drogach. W 234 wypadkach zginęło 35 osób, a ponad 100 jest rannych. Ale to ciągle za mało, by wygrać weekendową rywalizację z samobójcami. Z 90 prób odebrania sobie życia, aż 69 okazało się skutecznych. Nasze bieżące raporty i reportaże z miejsc przechodzenia, że tak powiem, w inny wymiar, osiągnęły rekordową oglądalność. Mimo powszechnego dostępu do najnowszych technologii unicestwiających wciąż największą popularnością cieszy się tradycyjny sposób przez powieszenie, na drugim miejscu jest równie mało oryginalne przedawkowanie leków, a na trzecim coraz modniejsze skoki z wieżowców. To jednak nie dziwi, mamy przecież teraz tyle ślicznych drapaczy chmur. Traci z kolei na popularności zagazowywanie się. Nasi eksperci twierdzą, że jest to efekt wysokich cen gazu. Przyszłe ofiary chcą po prostu zaoszczędzić bliskim dodatkowych kosztów. To w sumie dobrze o nich świadczy. Nie myślą wszak tylko o sobie. W tym tygodniu najoryginalniejszym sposobem odebrania sobie życia wykazał się pewien zadłużony rolnik spod Mławy, który odciął sobie głowę piłą tarczową. Zwykły rolnik, a ile fantazji. Pozazdrościć mu mogą zwłaszcza artyści i politycy, którzy wybierają raczej banalne sposoby zejścia, a po których można by spodziewać się większej kreatywności. Kącik poetycki wypełnią nam dzisiaj strofy przysłane przez pana Mirosława : „Kiedy życie zbytnio Cię rozbuja, strzel sobie samobója”. Na koniec konkurs SMS-owy. Jaki najbardziej oryginalny sposób samobójstwa będzie miał miejsce w przyszłym tygodniu? Dla zwycięzcy oczywiście przewidziana jest nagroda, miesięczna terapia w naszej telewizyjnej klinice psychiatrycznej z transmisją na żywo sponsorowana przez fundację ojca Borowika „Żyj i pozwól umrzeć”.

Na pewien czas naszym hymnem stała się piosenka braci Golców, której słowa dość wiernie odzwierciedlały nasz ówczesny stan mentalny. Wystarczy zacytować jej refren, aby zrozumieć, w czym rzecz.

„Ten się ceni, kto się leni, co dzień byczy się za trzech

to nieprawda, że w człowieku robotnicza płynie krew.”

Przyjemny eksperyment z nicnierobieniem udał się znakomicie. W tym czasie staliśmy się, pod wieloma względami, innymi ludźmi. Przede wszystkim o wiele spokojniejszymi. Najbardziej zdumiewającym dla mnie efektem nicnierobienia był właśnie ten kojący spokój. Z kolei najbardziej spektakularnym objawem tego stanu było niesłychane spowolnienie ponadnormatywnej, trwającej od wielu lat, gonitwy myśli. Jakby coś resetowało mój mózg i przywracało mu funkcjonowanie w trybie pracy zrównoważonej. Wydajnej i kreatywnej, ale nie gorączkowej, pospiesznej, a więc czasami chaotycznej. Spokój ducha, co oczywiste, spowodował poprawę ogólnego stanu zdrowia. „Spokój i zdrowie, równo po połowie” to kolejny cytat z piosenki Golców. Oczywiście dodałbym do tego pewność bycia kochanym i darzenie miłością najbliższych naszemu sercu oraz poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego, czyli trochę kasy na koncie i mamy komplet. Ten spokój ducha osiągnęliśmy nie tylko dzięki pracy nad sobą i wszystkim tym sprzyjającym czynnikom, które mieliśmy na miejscu, ale też dzięki czynnikom, na które nie mieliśmy wpływu. Mam na myśli informacje z kraju dotyczące naszych najbliższych. Na szczęście nie wydarzyło się w tym czasie nic takiego, co mogłoby znacząco zakłócić nasz proces reaktywacji. Brak złych czy choćby niepokojących wiadomości był dla nas najwspanialszą wiadomością i zapewniał komfort psychiczny niezbędny do realizacji pozostałych celów.

Wraz z upływem czasu rósł w nas poziom optymizmu. Wypełniały nas pozytywne wibracje przywracające stopniowo wiarę w świat i ludzi. Intensywniej smakowaliśmy życie, przede wszystkim odkrywając uroki codzienności. Coraz częściej cieszyły nas drobne, z pozoru niepozorne czy banalne rzeczy. Fakt ten był dla nas niczym papierek lakmusowy, oznaczający, że zmierzamy we właściwym kierunku. Pamiętam, ile radości dało nam odkrycie, na wzgórzach w pobliżu Cala Millor, skupisk Cistus Incanus , czyli Czystka. To śródziemnomorskie zioło o cudownych właściwościach, rozsławione w Polsce przez redaktor Grażynę Dobroń z radiowej Trójki, piliśmy regularnie już od dłuższego czasu, a teraz mogliśmy oglądać je w naturalnym otoczeniu i to w dodatku w pełnym rozkwicie. Skoro mowa o rozkwicie, to jednak nic nie mogło się równać z pięknem kwitnących na czerwono olbrzymich pnączy bugenwilli, które spotykaliśmy niemal na każdym kroku. To najbardziej emblematyczny kwiat Śródziemnomorza, wzbudzający zachwyt do tego stopnia, że powstały ponoć nawet jego fankluby. Nie przeszliśmy obojętnie obok klombów z lawendą lub rozmarynem. Za każdym razem pocieraliśmy o nie ręce, na których potem przez jakiś czas utrzymywał się charakterystyczny zapach. Podziwialiśmy wspaniałe okazy dracen, wielkie rozłożyste drzewa fikusów, poskręcane finezyjnie stare drzewka oliwne, najprzeróżniejsze odmiany kaktusów, kwitnące opuncje, cytryny, mandarynki i pomarańcze gęsto oblepiające drzewka w przydomowych ogródkach oraz całą masę innych kwiatów, krzewów i drzew, których nazw nie znaliśmy. Do tego oczywiście wspaniałe Morze Śródziemne, które tylko zyskuje przy bliższej znajomości. Niemal codziennie odsłaniało przed nami kolejne swoje oblicza. Rzecz jasna z początku tego nie zauważaliśmy, ale gdy byliśmy już na to gotowi, pozwoliło czytać w sobie jak w otwartej księdze. Samotności sprzyjającej duchowym uniesieniom, szukaliśmy na dzikich klifach. Plaża była najbardziej uniwersalnym miejscem. Terapeutyczne seanse helioterapii, bose spacery, marszobiegi, kąpiele czy wreszcie przywracające harmonię naszych ciał i dusz, medytacje. Rzecz jasna wystrzegaliśmy się przerostu formy nad treścią, toteż najwięcej czasu poświęcaliśmy tradycyjnemu, zwykłemu polegiwaniu, myśleniu o niczym i kontemplowaniu otoczenia. Zalety plażowego nicnierobienia nie ustępowały korzyściom płynącym z wykonywania wcześniej wymienionych czynności. Są dla wszystkich tak oczywiste i jest ich tak wiele, że chyba jeszcze żaden, nawet szalony, naukowiec nie skatalogował ich, nie oprawił w sztywne ramy definicji i nie nadał jakiejś wyszukanej nazwy. Kiedy od czasu do czasu chcieliśmy odpocząć od plaży, urządzaliśmy całodniowe wyprawy w pobliskie góry lub zwiedzaliśmy bliższą lub dalszą okolicę. Zawsze było ciekawie, często ekscytująco. Czegóż chcieć więcej? Jak łatwo zauważyć nasze zmysły najbardziej uwrażliwione były na piękne, majorkańskie okoliczności przyrody. No cóż, oblicza Matki Natury zdecydowanie górują swą wspaniałością nad wszystkimi dokonaniami człowieka.

Niestety nie udało się nam nawiązać jakichś bliższych relacji z nowo poznanymi ludźmi. Z Izą i Jackiem spotkaliśmy się towarzysko kilka razy w początkowym okresie naszego pobytu i choć było całkiem sympatycznie, nie przerodziło się to w coś trwałego. Iza po zimowej przerwie, kiedy to większość hoteli na Majorce jest zamknięta, wróciła do pracy. Była pokojową w hotelu, w którym spędzaliśmy wakacje dwa lata wcześniej. Praca była ciężka a normy wyśrubowane. Jak sama mówiła, pot lał się jej z tyłka. Do tego miała poważne problemy z kręgosłupem, które mogła neutralizować tylko silnymi tabletkami przeciwbólowymi. Nie było jednak mowy o „chorobowym”, nie wspominając o żadnej rehabilitacji. Na jej miejsce czyhały już młodsze, zdrowsze i desperacko poszukujące pracy, imigrantki. Uwzględniając ponadto obowiązki domowe i czas przeznaczony dla dwóch wnuczek, które mieszkały z jej córką i zięciem piętro niżej, trudno się dziwić, że nie przejawiała zbytniej aktywności towarzyskiej. Jacek z kolei pracował w ZOO SAFARI w Sa Comie. Doglądał, a raczej obsługiwał określoną grupę zwierząt. Abstrahując od tego, że zazwyczaj reaguje alergicznie na totalną hipokryzję obowiązującego systemu, w którym kult posiadania, wiara w potęgę pieniądza, potrzeba prestiżu i zanik poczucia wartości wyższych przekłada się na setki milionów ekonomicznych niewolników, to reszta włosów jeżyła mi się na głowie, gdy opowiadał jak ciężka to była praca. Wystarczyło zresztą spojrzeć na jego spracowane ręce, a zwłaszcza na opuszki palców, których niczym nie mógł domyć, gdyż zwierzęca ściółka zostawiała na nich trwały osad. Tego lata dopadł go też jakiś odzwierzęcy wirus, który omal nie sprawił, że przeniósłby się na łono Abrahama. Z ponad czterdziestostopniową temperaturą trafił do szpitala. Rokowania przez kilka dni były niepewne. Na szczęście nastąpił przełom i Jacek znowu rozpoznał swoją żonę, po uprzednim braku świadomości. Rekonwalescencja trwała ponad miesiąc. Izie doszły nowe, pielęgniarskie obowiązki, więc, co oczywiste, cała reszta, w tym i my, zeszła na drugi, a nawet trzeci plan.

Tego lata, oprócz kilku przypadków rzadkiej choroby, w Zoo Safari wydarzyło się coś równie niecodziennego, lecz o wiele bardziej spektakularnego. Pewnego, jak zwykle pięknego dnia, dwóm szympansom znudziło się robić małpie miny do turystów. Wszyscy, którzy byli w wojsku doskonale wiedzą, że nuda potrafi być niezwykle twórcza w kreowaniu niekonwencjonalnych pomysłów na jej zabicie. A że szympansy tak niewiele dzieli od ludzi ( kiedyś siedzieliśmy przecież na tych samych drzewach, małpy na nich zostały, my zeszliśmy, choć jak twierdzi w jednym ze swoich niezrównanych monologów Leszek Poniedzielski, co najmniej o tydzień za wcześnie.) to wymyśliły sobie, że w ramach walki z ową nudą, zrobią skok przez płot i ruszą na zwiedzanie okolicy. Jak wymyśliły, tak zrobiły. Wygrzebały z ziemi stary pniak, przeniosły go pod ogrodzenie i oparły o słupek. W następnej chwili zniknęły w mroku nocy. Rano, gdy zauważono ich zniknięcie wybuchła mała panika, gdyż zdenerwowane i głodne szympansy mogły okazać się bardzo niebezpieczne. Postawiono na nogi wszystkie możliwe służby i szybko rozpoczęto poszukiwania. Miejscowa telewizja oraz radio zaczęły nadawać komunikaty nawołujące do zachowania czujności. Niestety cała ta historia zakończyła się dla szympansów tragicznie. Po kilku godzinach jednego znaleziono utopionego w zbiorniku przeciwpożarowym, a drugiego zastrzeliła wezwana policja, gdy wzbudził popłoch w jednej z restauracji, gdzie zwabiony dobiegającymi z niej zapachami, urządził sobie degustację pozostawionych przez przestraszonych gości dań. Oczywiście, jak zawsze i wszędzie poniewczasie, społeczeństwo reprezentowane przez obrońców praw zwierząt, zareagowało licznymi głosami oburzenia, wszczęto nawet śledztwo, ukazały się krytyczne artykuły w prasie, ale świat pędzi w zawrotnym tempie, strumień informacji stał się istotą mediów i wkrótce sprawa z szympansami zaczęła schodzić na dalszy plan, by podzielić los innych wiadomości dnia, które błyskawicznie zostały zdegradowane do rangi jakichś zapomnianych ciekawostek z bliżej nieokreślonej przeszłości.

Naszymi sąsiadami, z którymi niemal stykaliśmy się balkonami, była rodzina Portugalczyków, nieco młodsza od nas para z nastoletnimi córką i synem. Wylegując się na tych balkonach, odbyliśmy z państwem Gomez kilka luźnych pogawędek. Rej w tych rozmowach wodziła pani Gomez, pan Gomez tylko sporadycznie włączał się do rozmowy, na ogół odpowiadając, i to zdawkowo, na bezpośrednio zadane pytanie. Zauważyliśmy przy tym, że mówiąc cokolwiek, nigdy na nas nie patrzył, a jego wzrok błądził gdzieś po dachach okolicznych budynków lub bezskutecznie wiercił dziurę w ziemi. Nie mam zaufania do ludzi, którzy podczas rozmowy unikają kontaktu wzrokowego. Budzą się wtedy we mnie różne podejrzenia. O brak szczerości, o skryte – rzecz jasna, złe – intencje, o nieczyste sumienie i tym podobne nikczemności. Biorę też pod uwagę wstydliwy charakter lub zakompleksienie, ale ta wersja sprawdzała się bardzo rzadko. Mimo to, po namowie żony, postanowiłem w przypadku Gomezów, pozbyć się swoich uprzedzeń, zapomnieć o życiowych doświadczeniach i zaprosić ich na zakrapianą kolacje, aby zacieśnić nieco sąsiedzkie więzy i rozpocząć proces integracji z miejscową społecznością.

Nosiłem się z tym zamiarem już od kilku dni, czekając na dogodny moment, kiedy to nastał piątek, dzień wieńczący tydzień pracy pana Gomeza w fabryce mebli w Manacor, gdzie był lakiernikiem. Wracaliśmy wieczorem z plaży po odbyciu codziennego rytuału kąpielowo-duchowego. Kiedy skręciliśmy z promenady w naszą ulicę i oddaliliśmy się trochę od nadmorskiego gwaru, do naszych uszu dotarł nagle głos krzyczącej kobiety. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po paru następnych sekundach zlokalizowaliśmy źródło tego krzyku, a raczej wrzasku. Uwzględniając subtelną różnicę między tymi określeniami, słowo wrzask jednak trafniej oddaje to, co robiła właśnie pani Gomez wychylając się nad balustradą swojego balkonu. Kiedy powędrowaliśmy za jej wzrokiem, ujrzeliśmy adresata tego steku przekleństw i epitetów powszechnie uważanych za niecenzuralne i obraźliwe. Kompletnie pijany Pan Gomez siedział przy stoliku przed „Kebabem” po drugiej stronie ulicy, popijając piwko i rzucając od czasu do czasu w stronę swojej żony wściekłe spojrzenie. Kiwał się przy tym miarowo w przód i tył, niczym wahadło, albo modlący się Żyd. Chyba był to jego sposób na przełknięcie i strawienie steku obelg, ale też metoda kondensacji agresji przed jej eksplozją. Kiedy bowiem pani Gomez na chwilę zamilkła w celu zaczerpnięcia tchu, natychmiast wykorzystał ten moment i, używając nomenklatury sportowej, przeszedł z głębokiej defensywy do ofensywnej kontry. Jego wrzask był jeszcze donośniejszy niż szacownej małżonki, a repertuar inwektyw i przekleństw dużo bogatszy. I tak Gomezowie wrzeszczeli na siebie, kładąc szczególny akcent na niesatysfakcjonujące życie erotyczne i nie zważając na to, że w międzyczasie zebrała się spora grupa gapiów składająca się z przechodzących akurat turystów i większości mieszkańców sąsiednich kamienic, którzy wylegli na swoje balkony i tarasy. W tej grupie byliśmy i my, mając punkt obserwacyjny za wystawionym przed pobliskim sklepem stojakiem z widokówkami. W pewnym momencie pani Gomez kiwnęła z rezygnacją ręką, bluzgnęła coś na pożegnanie i zniknęła we wnętrzu mieszkania. Może dała już upust swojej wściekłości, a może dotarła do niej spóźniona refleksja, że to publiczne obrzucanie się błotem jest dosyć żenującym widowiskiem lub po prostu – co wydało się nam najbardziej prawdopodobne – zbliżała się pora emisji jej ulubionego serialu. Ta scena balkonowa trwała jakieś pół godziny i choć, poza usytuowaniem głównych bohaterów, nie przypominała tej z „Romea i Julii”, to i tak zrobiła na nas spore wrażenie. Na „publiczności” chyba również, choć wydawało nam się, że trochę zniesmaczyła ją scena końcowa z udziałem już tylko pana Gomeza. Oto bowiem zaraz po zniknięciu swojego adwersarza, z widocznym trudem podniósł się od stolika, bardzo chwiejnym krokiem przeszedł przez ulicę, odnalazł z niemałym trudem klamkę w bramie i …zawahał się chwilę, jakby czegoś zapomniał. Nagle odwrócił się w stronę ciągle wpatrzonych w niego gapiów i jakby na finał, wydobył z siebie potężne beknięcie, tak potężne, że ludzie odruchowo odwracali głowy, jakby z obawy przed możliwością powstania zapachowej fali uderzeniowej. Zdawać by się mogło, że wszystko, co zjadł i wypił tego dnia pan Gomez sprzysięgło się, żeby w tym samym czasie oddać pożegnalną salwę przed ostatecznym unicestwieniem przez soki żołądkowe. Jakby tego było mało, pokazał jeszcze wszystkim środkowy palec i dopiero wtedy zniknął w czeluściach klatki schodowej. Spektakl definitywnie dobiegł końca, a my w tym momencie już wiedzieliśmy, że na razie wstrzymamy się z zaproszeniem Gomezów na zakrapianą kolację. Przez cały następny tydzień pan Gomez chodził jakby skruszony i zawstydzony swoim występem. Gdy się przypadkiem mijaliśmy, kurczył się niemal w sobie, przyśpieszał kroku i ze wzrokiem wbitym w ziemię dukał ledwo słyszalne – hola. Nawet było nam go trochę żal i próbowaliśmy go jakoś usprawiedliwić, mniemając, że może miał jakiś szczególny powód, żeby się napić, że przecież ciężko pracuje w tych chemikaliach i może to nawet dobrze, że czasem się zdezynfekuje, że w sumie to został sprowokowany do tej pyskówki i tak dalej. Lecz kiedy w następny piątek sytuacja się powtórzyła i dwa tygodnie później także, to zrozumieliśmy, że pan Gomez ma poważny problem a jego mrukliwość w powszednie dni, jest raczej objawem syndromu odstawienia alkoholowego niż poczucia wstydu. W ten oto sposób proces integracji z sąsiadami zakończył się, zanim się w ogóle zaczął i już do końca naszego pobytu na Majorce pozostawaliśmy z Gomezami tylko w tak zwanych dobrosąsiedzkich stosunkach.

W wynajęciu mieszkania pomogła nam miejscowa agencja nieruchomości, której właścicielami było starsze małżeństwo rdzennych majorkańczyków. Od pierwszej chwili zrobili na nas bardzo dobre wrażenie, a wiadomo, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze. I rzeczywiście, okazali się bardzo sympatycznymi, serdecznymi i kulturalnymi ludźmi. Z początku nasze relacje, co oczywiste, miały charakter czysto biznesowy, lecz z czasem przerodziły się w coś bardziej bliższego i serdecznego. W każdym razie zaprzyjaźniliśmy się na tyle, że gdy tylko dostrzegali nas przechodzących przypadkiem w pobliżu ich biura, to natychmiast wybiegał Tomeu lub Lucia i nie bacząc na nasze wymówki, wciągali nas do środka na pogawędkę. Przy każdym powitaniu i pożegnaniu wylewnie się z nami ściskali i cmokali. W Hiszpanii cmoka się przy takich okazjach dwa razy, w okolicach obydwóch policzków, w Polsce trzy. Świadczyć by to mogło o naszej wzmożonej chęci okazywania serdeczności, lecz jest to tylko kolejny dowód na to, że pozory często mylą. U nas jednak, żeby zacząć się cmokać trzeba większego stopnia zażyłości lub dłuższej znajomości, w Hiszpanii natomiast możesz być wycmokany już przy pierwszym spotkaniu, jeżeli ma ono na przykład charakter towarzysko-imprezowy.

Tomeu i Lucia wyświadczyli nam kilka przysług, których nie musieli wyświadczać, my odwdzięczaliśmy się im zazwyczaj słodkościami, które uwielbiała Lucia lub butelką dobrej whisky, którą preferował Tomeu – do kawy- jak mówił. Podczas jednej z kolejnych pogawędek Tomeu poinformował nas, że są świadkami Jehowy. Na szczęście, w odróżnieniu od większości swoich współwyznawców, nienachalnie, lecz bardzo taktownie, dwa lub trzy razy próbował zainteresować nas swoją wiarą, zachęcając do odwiedzenia ich strony internetowej, zapraszając na jakąś religijną uroczystość lub wręczając nam broszurkę do przeczytania i to napisaną po polsku, co trochę nas zaskoczyło. Musieliśmy przyznać, że byli przygotowani na każdą ewentualność. Dowiedzieliśmy się ponadto, że mają już w swoim zborze ludzi z całego niemal świata, nawet Chińczyka i Hindusa, ale żadnego reprezentanta naszego kraju, więc tym bardziej powitaliby nas w swoim gronie z wielką radością. W to akurat nie wątpiliśmy, lecz niestety źle trafili. Znałem bardzo dobrze zasady ich wiary więc, przekomarzając się nieco, oświadczyłem im, że owszem, obietnica wiecznego życia na ziemi po rychłym końcu świata jest na tyle atrakcyjną wizją przyszłości, że skusiła już i zapewne skusi jeszcze wielu ludzi do wstąpienia w ich szeregi, ale nam, ze względu na nasz nieujarzmiony pęd ku przygodzie, ciekawość naszego, ale i innych światów, ta wizja wydaje się mieć zbyt duże ograniczenia. Przede wszystkim terytorialne, ale te wszystkie nakazy i zakazy, groźby i kary, hierarchia, też nas nie pociągają. Życie przez całą wieczność w jednym miejscu, jakim byłaby nasza ciągle „kurcząca” się planeta, po pewnym czasie – jakichś dwustu, trzystu latach – stałoby się po prostu nudne. Zwiedzilibyśmy wszystko, ale co potem?. Wieczne szukanie sensu? Wieczne wytyczanie celów? Ile można chwalić Pana? Czy On jest aż tak łasy na pochlebstwa? Żeby ich trochę pocieszyć dodałem, że wizja ich konkurencyjnego wyznania zapewniająca osiedlenie się w jakimś enigmatycznym niebie i śpiewanie w chórze anielskim jest dla nas jeszcze bardziej przerażająca. Na szczęście Tomeu i Lucia nie odebrali mojego oświadczenia jako naigrywanie się z ich religii, bo też nie takie były moje intencje. Ot w miarę dyplomatyczna odmowa, w żartobliwym – może nieco sarkastycznym – tonie, choć na pewno przez bardziej ortodoksyjnych ich współwyznawców mógłbym być zrozumiany opacznie. Z Tomeu i Lucią żartowaliśmy jednak wcześniej na różne tematy, znałem ich poczucie humoru, ceniłem inteligencję, więc wiedziałem, na co mogę sobie pozwolić. I faktycznie, nasza odmowa zostania ich bratem i siostrą w wierze w żaden sposób nie wpłynęła na nasze dalsze relacje, które pozostały jednak na takim pułapie, jaki opisałem wcześniej. Wiedzieliśmy, że świadkowie Jehowy są społecznością dość hermetyczną i bardzo rzadko nawiązują bliższe kontakty towarzyskie z ludźmi spoza ich grona.

W ten oto sposób wyczerpał się nasz limit prób asymilacji z miejscowym społeczeństwem. W międzyczasie zmieniły się też nasze priorytety, podjęliśmy decyzje o opuszczeniu Majorki jesienią, a ponadto zaczęli nas sukcesywnie odwiedzać goście, więc przestaliśmy przywiązywać do tej kwestii jakąkolwiek wagę. Ale przynajmniej próbowaliśmy, toteż sumienia mieliśmy czyste. Zdawaliśmy sobie też sprawę, że ze względu na specyfikę typowego wakacyjnego kurortu, jakim jest Cala Millor, mieliśmy znikome szanse na sukces i chyba nie byliśmy przez to odpowiednio zmotywowani.

Historia uczy, że największy problem z wolnością polega nie na jej zdobyciu, ale na tym, co z nią później zrobić, jak ją zagospodarować, kiedy minie czas świętowania. Kiedy już zastąpiliśmy stare nawyki nowymi i zaczęliśmy pełnymi garściami czerpać korzyści z tego stanu rzeczy, wydawało się nam, że ten euforyczny stan będzie trwał bardzo długo. Wiedzieliśmy, że ten amok upajania się naszą nową sytuacją życiową nie potrwa wiecznie i zainicjuje się w końcu nieunikniony proces powszednienia, ale nie przypuszczaliśmy, że nastąpi to tak szybko. Już po paru miesiącach uznaliśmy, że popadliśmy w rutynę codziennych zajęć. Bardzo sympatycznych zajęć, ale mimo to doszliśmy do zgodnego wniosku, że przydałaby się jakaś odmiana. Wiadomo, iż rutyna jest wrogiem spontaniczności i ziarnem kiełkującym w stronę nudy i monotonii. Całe szczęście, że potrafimy się z siebie śmiać, więc śmialiśmy się do rozpuku, zastanawiając się przy okazji, co z nami jest nie tak, czy tylko nas tak „nosi” i czy inni też tak mają?. Czy to nie oznaka zblazowania, albo czegoś równie mało chwalebnego? Nie znaleźliśmy prostych odpowiedzi.

Tę odmianę mieli nam zapewnić goście. Nasi goście to osobny, bardzo ciekawy temat. Przebywanie z nimi przez tak długi okres pod jednym dachem, było dla nas niezwykłym doświadczeniem i lekcją kształtowania, trwania, zacieśniania, a czasem też niestety wygaszaniu relacji międzyludzkich. Przekonaliśmy się o naszych możliwościach w znacznym poszerzaniu granic cierpliwości i tolerancji. Mogliśmy też doskonalić się w trudnej sztuce kompromisu. Jednym słowem, prawie same korzyści. Każdy z gości wniósł w nasze majorkańskie życie coś innego. Różnorodność charakterów, a co za tym idzie poglądów, poczucia humoru, stopnia wrażliwości, pomysłów na spędzanie wakacji, gustów kulinarnych i modowych była olbrzymia. I to było ekscytujące. Wszak piękno tkwi ponoć właśnie w różnorodności. Różnorodności wszystkiego, co nas otacza w tym i ludzi (no, prawie wszystkich ludzi) Trzeba jednak było, abyśmy osiągnęli taki stan ducha, taki stopień świadomości, który pozwolił nam na dostrzeganie tych korzyści i generalnie widzenie spraw w innym, bardziej różowym świetle. Ta różowa przesłona pozwoliła nam odkryć, że tak naprawdę nie ma szarych, przeciętnych czy wręcz nic niewartych osób. Każdy człowiek ma jakieś poglądy, w coś wierzy, potrzebuje miłości i ma pragnienie bycia czasem wysłuchanym. Wystarczą sprzyjające okoliczności, by pociągnąć go za język. Przyjemne i często pouczające są rozmowy z ludźmi inteligentnymi, obytymi w świecie, ale bystry słuchacz ze zdumieniem odkryje, że czasem równie dużo, a częstokroć i więcej można nauczyć się z opowieści ludzi na pozór prostych, lecz dysponujących tak zwaną mądrością życiową. Nie bez powodu w wielu społecznościach ludzie starsi, siłą rzeczy dysponujący taką mądrością wynikającą z wieloletniego doświadczenia, cieszą się ogromnym szacunkiem, a ich zdanie w wielu kwestiach ma moc rozstrzygającą.

… życie nie zawsze daje ci to, o co prosisz, ale zawsze daje to, czego potrzebujesz.
Robin S. Sharma

 

2 komentarze

  • Magda

    no i się doczekałam kolejnej części …. warto było, świetnie napisane, bardzo fajnie się czyta (zresztą tak jak poprzednie ).
    Czekam na następne …. pozdrawiam

  • Janina

    Bardzo mądre przemyślenia i wnioski dotyczące, najogólniej ujmując życia. Podoba mi się szczególnie Pana zakończenie, ponieważ sama mam już „swoje lata” i z tego co obserwuję nie szanuje się doświadczenia i tzw.mądrości życiowej ludzi starszych. Jest Pan b.mądrym człowiekiem.
    Gdybym mogła ucałowałabym Pana 3x

Zostaw odpowiedź