Rozdział 7

Jako miejsce na pełne atrakcji wakacje, ale także jako miejsce sprzyjające osiągnięciu stanu totalnego relaksu gwarantującego ukojenie skołatanych nerwów i odnalezienie spokoju ducha, który z kolei otworzy nas na cudowne doznania płynące z poczucia jedności z naturą, kontemplacji otaczającego nas świata, pogłębiania swojej duchowości oraz w ogóle przeżywania życia w satysfakcjonujący sposób, Majorka jest miejscem perfekcyjnym, jednym z tych najbardziej zbliżonych do nieosiągalnego przecież, ideału.

Jeżeli piękna, słoneczna plaża i szum fal są dla Ciebie uosobieniem wspaniałych wakacji, to na Majorce znajdziesz, można by rzec, pełny asortyment tego towaru. Do wyboru, do koloru, dla każdego coś miłego. Naszym faworytem jest, leżąca na północy, plaża w Zatoce Alkudyjskiej. Szeroka, w przeważającej części na jakieś osiemdziesiąt metrów, ciągnie się tutaj przez ponad dziesięć kilometrów, czyli przez całą długość zatoki. Jedynie tutaj piasek ma tak niesamowity, prawie biały kolor i jest tak drobny, że idąc po nim, ma się wrażenie stąpania po mące. Woda w zatoce – oczywiście kryształowo czysta – jest wyjątkowo płytka, a przez to zawsze komfortowo ciepła. Aż nie chce się z niej wychodzić. Nigdzie indziej nie lubiłem tak bardzo spędzać czasu w wodzie. Może jedynie z wyjątkiem wód płodowych w wiadomym miejscu. Ale tego mogę się tylko domyślać, nie sięgam tak daleko świadomą pamięcią.

Uwielbiamy piesze wycieczki, więc potrzeba przejścia tych dziesięciu kilometrów plaży była dla nas czymś zupełnie naturalnym. Atrakcją, której nie mogliśmy sobie odpuścić. Wyruszyliśmy z C’an Picafort, dokąd podjechaliśmy autobusem, i kierując się na zachód, zakończyliśmy wyprawę w Puerto de Alcudia. To był świetny pomysł na spędzenie wspaniałego dnia. Nie było mowy o żadnej monotonii ani zmęczeniu, gdyż urzekający krajobraz zmieniał się co kilkaset metrów, a ponadto kilka razy urządzaliśmy sobie postoje na popas i popiwek w plażowych barach. Jednak, mimo szeregu przyjemnych wrażeń, dzień ten zakotwiczył tak silnie w naszej pamięci głównie dzięki dosyć osobliwej scence, która miała miejsce na odcinku plaży przeznaczonej dla naturystów. Szliśmy sobie raźnie brzegiem morza, kontemplując piękne okoliczności przyrody, gdy nagle żona, znamiennym gestem dała mi do zrozumienia, abym skupił swój wzrok na kawałku plaży kilkadziesiąt metrów przed nami. Jako krótkowidz, dopiero po chwili dojrzałem obiekt, a raczej obiekty jej zainteresowania. Tuż pod wydmami, na kocach i leżakach opalało się kilkanaście golusieńkich par. I nie wzbudzałoby to nadmiernej ekscytacji spacerowiczów, gdyby jedna para, która najwidoczniej nie integrowała się z resztą towarzystwa, albo została przez nich relegowana z powodu nietrzymania na wodzy swoich ekshibicjonistycznych ciągotek, nie postanowiła ulokować swych nagich ciał zaledwie jakieś dziesięć metrów od szlaku wędrujących turystów, biegnącego naturalnie wspomnianym brzegiem morza. I nawet ten fakt spotkałby się zapewne z mniej lub bardziej udawaną obojętnością publiki, gdyby pan nie ułożył się na swym monstrualnie wielkim brzuchu, niczym na balonie, eksponując tym samym swoje równie monstrualnie wielkie dupsko. I nawet ten wstrząsający widok nie stał się jeszcze przyczyną poruszenia wśród tekstylnych, lecz dopiero to, co wydarzyło się potem i czego byliśmy mimowolnymi świadkami.

Oto bowiem partnerka tłuściocha, pani w mocno średnim wieku, co ustaliliśmy na podstawie wnikliwego oglądu jej nagiego biustu, który już w znacznym stopniu poddał się prawu grawitacji, uniosła się ze swojego miejsca, wyjęła z małej torby plażowej tubkę z olejkiem do opalania i klęknęła przy wielkim dupsku. Wtedy wycisnęła na swoje dłonie słuszną porcje tego olejku i zaczęła wsmarowywać go w potężne, białe jak kreda pośladki partnera. Pod wpływem jej wprawnych i zdecydowanych ruchów, skóra na nich falowała zabawnie niczym galareta. W tym momencie pierwsi zaintrygowani lub zaskoczeni tym widokiem zaczęli przystawać. Pani jakby tylko na to czekała, bo wtedy właśnie rozszerzyła repertuar swoich czynności o wykonywane z gracją ruchy koliste oraz wklepywanie. Przy czym najpierw było to wklepywanie dość chaotyczne, powiedzmy na chybił trafił, ale gdy publiki jeszcze przybyło, poczuła chyba jakieś artystyczne uniesienie, bo klepanie stało się miarowe, a nawet zaczęło przypominać rytm jakiejś melodii. Wsmarowywała i wklepywała wciąż nowe porcje olejku, a wielkie dupsko wchłaniało wszystko bez problemu. W pewnym jednak momencie było już tak naoliwione, że odbijając promienie słoneczne, zaczęło świecić tłustym blaskiem, stając się nawet dla słoneczka małą, aczkolwiek na szczęście chwilową konkurencją, ponieważ tym sposobem zaczęło przyciągać coraz większą grupę ciekawskich, do tego momentu preferujących pławienie się w blasku słonecznym. Większość z nich, bardziej lub mniej dyskretnie, utrwalała tę scenę, robiąc zdjęcia lub kręcąc krótkie filmiki. Na gołej parze nie robiło to najmniejszego wrażenia. Jemu było chyba po prostu na tyle dobrze, że leżał sobie zrelaksowany, a całą resztę wydawał się mieć głęboko w naoliwionej części ciała. Patrząc zaś na nią, odnosiło się wrażenie, że czuje się w tym centrum zainteresowania, niczym ryba w wodzie. Nie wykazywała najmniejszego skrępowania, a nawet co jakiś czas zaszczycała publikę wdzięcznym uśmiechem. Może rzeczywiście nurzała się właśnie w swoim ekshibicjonistycznym skrzywieniu, a może wywodziła się z branży artystycznej, która, jak wiadomo, łaknie widowni jak kania dżdżu. Nie czekaliśmy na koniec tego przedstawienia, aczkolwiek nie zdziwiłby nas taki jego wariant, w którym pani ostatnim, mocnym, akcentowanym klepnięciem daje gapiom do zrozumienia, że to już la grande finale. Wstaje, pręży groteskowo swoje przekwitające ciało, szczerzy nienaturalnie białe uzębienie, jak zramolali celebryci na czerwonym dywanie, a potem kłania się w oczekiwaniu na oklaski.

Zatoka Alkudyjska to ulubiony kierunek wakacyjny dla rodzin z dziećmi, gdyż ta ciepła płycizna ciągnie się tu przez kilkadziesiąt metrów, co pozwala bez umiaru i w miarę bezpiecznie baraszkować maluchom w morzu. Dorosłym w sumie też ta płycizna się podoba, bo mogą praktykować w niej różne wodne gry i zabawy. Jest też idealna do nauki sportów wodnych, przede wszystkim tych uprawianych przy pomocy deski, w różnych jej odmianach. Jako że morze służy mi głównie do pływania, często żartowałem, że trzeba się tu nachodzić, żeby popływać na wymaganej głębokości. Wzdłuż zatoki rozlokowało się kilka kurortów. Tak jak w kilku innych rejonach majorkańskiego wybrzeża, z jednego do drugiego przechodzi się dosyć płynnie. W zasadzie nie występują strefy demarkacyjne, może co najwyżej swojskie miedze. Każdy kurort ma swoich zagorzałych zwolenników. Luksusowe hotele Playa de Muro przyciągają bardziej majętnych i szukających wysublimowanego spokoju. Znajdą go bez problemu nawet na plaży i to w szczycie sezonu. Odcinek plaży w Playa de Muro należy bowiem do najszerszych, a zarazem najpiękniejszych, bo prawie dziewiczych. Z kolei Puerto de Alcudia to koncentracja turystycznych atrakcji. Życie tętni tam od rana do późnej nocy. Nikt nie powinien narzekać na nudę. Nam najbardziej przypadł do gustu rejon nazwany Playa de Alcudia. Pewnie dlatego, że łączy w sobie najlepsze cechy Muro i Puerto, czyli zachowany został odpowiedni balans. No i co bardzo ważne, ma w swoich granicach sieć kanałów wielkiej urody. Są miejsca, gdzie można poczuć się jak na Florydzie i przy odrobinie fantazji, wyobrazić sobie dryfujące tuż pod powierzchnią wody, Aligatory. Z kolei inny ich odcinek przypomina fragment Wenecji z licznymi mostkami i kawiarenkami. Szczególnie po zmroku, w świetle stylowych latarni, trudno o lepsze miejsce na romantyczną randkę.

Wakacyjną wartość rejonu Zatoki Alkudyjskiej wzmacnia niewątpliwie bliskość naturalnej atrakcji numer jeden Majorki, czyli przylądka Formentor. Zarówno od strony morza, jak i od strony lądu robi on niesamowite wrażenie. Widoki są po prostu powalające. Jest on jak najbardziej zasłużenie, obowiązkowym punktem programu każdego turysty, no może z wyjątkiem tych z lękiem wysokości. Koniecznie trzeba też zwiedzić starą, otoczoną warownym murem, część Alcudii. Najlepiej nie robić tego w dzień targowy, aby móc w spokoju pospacerować jej wąskimi, klimatycznymi uliczkami, podziwiać detale architektoniczne, odkrywać malownicze zaułki a na koniec wypić kawę lub ugasić pragnienie zimnym piwem, lub sangrią w jednej z licznych kawiarni, często zlokalizowanych w patio, czyli wewnętrznym dziedzińcu którejś z zabytkowych kamieniczek.

Od zachodu z Zatoką Alkudyjską sąsiaduje Zatoka Pollenca. Spotkamy tu prawdziwą perłę wśród kurortów Majorki, czyli Puerto de Pollenca. To mekka nieco zamożniejszych Brytyjczyków, co łatwo zauważyć nie tylko po cenach i ofercie w restauracyjnych menu. Lepiej ubrani, bardziej dystyngowani, o manierach i gustach nieco odmiennych od tych charakteryzujących klasę robotniczą. Tutaj najczęściej głód zaspokaja się homarem lub czymś równie wyszukanym, a pragnienie gasi się szampanem lub jego hiszpańską wersją, czyli cavą. Nie pamiętam, ile to już razy zaliczyliśmy tu spacer piękną promenadą wzdłuż nabrzeża, będąc za każdym razem w stanie permanentnego zachwytu. Jest to również dobry punkt wypadowy do zaliczenia górskich szlaków biegnących do kilku zatok leżących po drugiej stronie drogi na Formentor. Krystalicznie czyste powietrze, niemal alpejskie widoki, kozice górskie niebojące się ludzi i wieńczący wędrówkę relaksacyjny odpoczynek połączony z kąpielą. Naprawdę warto uwzględnić Puerto de Pollenca przy wyborze miejsca na majorkańskie wakacje.

Właściwie całe nasze wędrowanie po Majorce to pasmo wspaniałych doznań, ale ulegając ludzkim skłonnościom do wartościowania, wybraliśmy swój ulubiony szlak pieszy. Niezbyt trudny, ale zróżnicowany terenowo i obfitujący w różnego rodzaju atrakcje. Swój początek ma w Camp de Mar, biegnie przez Paguerę, a kończy w Santa Ponsie. Camp de Mar to mały kurorcik usadowiony nad malowniczą, niewielką zatoczką. Są tu raptem ze cztery hotele, wszystkie czterogwiazdkowe no i pole golfowe, co czyni tę miejscowość dość snobistyczną. Splendoru dodaje jej też fakt, że to właśnie tutaj, na wzgórzach okalających zatokę, swoje rezydencje posiada największa, poza Palmą i Port Andratx, liczba gwiazd i celebrytów. Z Camp de Mar na obrzeża Paguery można dojść sekretnym przejściem wiodącym przez jedno z tych wzgórz. Dowiedzieliśmy się o nim przypadkiem, pytając miejscowego piechura o najkrótszą drogę. Piechur piechurowi bratem, więc był tak miły, że szedł jakiś czas z nami, wskazując kierunek. I niestety dyktując tempo, a ponieważ droga biegła pod górę, ledwo za nim nadążaliśmy. Zatrzymał się dopiero na szczycie zalesionego wzgórza, przed niepozorną, stalową furtką, od której w obie strony ciągnął się druciany płot. Łapaliśmy rozpaczliwie powietrze w płuca, więc posłaliśmy mu pytające spojrzenie, a on z wyrozumiałym uśmiechem uchylił furtkę i kazał iść spokojnie dalej, wyjaśniając, że przejdziemy co prawda przez teren prywatny i to należący do samej Claudi Schiffer, ale jest to legalne i nie mamy się niczym przejmować. Po czym obrócił się na pięcie, jednocześnie artykułując jakieś pozdrowienie wędrowców i po chwili, w której ledwo zdążyliśmy rzucić za nim gracias i adios, zniknął nam z oczu. Później wyczytaliśmy w internecie, że Claudia otrzymała tę działkę od miejscowych władz w prezencie, w ramach wdzięczności za rozsławianie Majorki w świecie, z zastrzeżeniem jednak, iż musi uczynić publiczną tę jej część, przez którą biegnie szlak.

Po następnych jakichś trzydziestu minutach marszu – już naszym umiarkowanym tempem – zbliżamy się do Paguery, jednak wcześniej wita nas wspaniała, kameralna zatoka Cala Fornells. Na kąpiel i podziwianie jej wyjątkowej urody, koniecznie trzeba poświęcić minimum pół godziny. To oczywiście za mało jak na obcowanie z namiastką raju, więc za każdym razem, gdy opuszczamy to miejsce, składamy solenne przyrzeczenie, że następnym razem spędzimy tu nie pół godziny, lecz co najmniej pół dnia. Jakoś nam się to jeszcze nie udało, ale ciągle mamy nadzieję na spełnienie tego przyrzeczenia. Cala Fornells to jedna z perełek naszego szlaku. Na Majorce tych perełek jest bez liku, więc wkrótce delektujemy się następną. To niewielka, kilkudziesięciometrowa uliczka w spokojnej części Paguery, która wygląda tak, jakby jakimś cudem teleportowano ją z Capri lub z Positano, czy któregoś z innych miasteczek słynnego włoskiego wybrzeża Amalfi. Po prostu kwintesencja południowej Italii na Majorce. Rzecz jasna musiałem spenetrować wszystkie jej zakamarki i odkryć zejście do świetnej restauracji z basenem i nieziemskim widokiem na morze.

Tuż za tą „małą Italią” swój początek ma czterokilometrowy deptak będący sercem i duszą Paguery. Sklepy, restauracje, bary i niewielkie hotele gęstym szpalerem usadowiły się wzdłuż całej jego długości. Przeżyliśmy tu, podczas jednej z naszych wędrówek, niecodzienną sytuację. Było późne popołudnie a do Santa Ponsy, gdzie w hotelu czekała na nas kolacja, było jeszcze grubo ponad dwie godziny drogi. Tymczasem głód doskwierał nam coraz bardziej, więc postanowiliśmy co nieco przekąsić. Jak zwykle w takich wypadkach, nadmiar bogactwa spowodował kłopot z wyborem odpowiedniego lokalu. Z jakichś, przeważnie błahych, powodów eliminowaliśmy jedną restaurację za drugą. Głód narastał, nasza determinacja również, toteż nasze wymagania stały się wkrótce już tak skromniutkie, że byliśmy zdecydowani wejść do pierwszej restauracji, która się napatoczy. I właśnie w tym momencie, dziwnym zrządzeniem losu, wśród ogólnego gwaru, moje uszy wychwyciły coś, co pozostawało w całkowitym dysonansie do pozostałych dźwięków. Niemal bezwiednie, jakby kierowani jakąś siłą, podążyliśmy w kierunku źródła tego czegoś i wkrótce zorientowaliśmy się, że słyszymy fragment arii operowej wykonywanej przez jakiegoś tenora. W następnej minucie przekraczaliśmy progi włoskiej knajpki, gdzie już bez zakłóceń z zewnątrz mogliśmy wysłuchać reszty utworu i zdecydować, że właśnie tutaj, przy akompaniamencie takiej muzyki, spożyjemy posiłek. Zajęliśmy miejsca przy stoliku, tenor zaczął śpiewać kolejną arię, a kelner pojawił się niezwłocznie, być może dlatego, że byliśmy jedynymi klientami. Podał nam menu i dał dwie minuty do namysłu. Żona jak zwykle miała problem z decyzją, więc studiowała wszystkie pozycje w karcie, ja z kolei, jak zwykle błyskawicznie, zdecydowałem się na spaghetti Carbonara i mogłem wnikliwiej przysłuchać się tenorowi. Jestem wielbicielem muzyki, popadam w czasowe fascynacje różnymi jej gatunkami, ale za operą nie przepadam i w związku z tym, znam się na niej niewiele. Lubię zaledwie kilkanaście tematów i arii, wszystkie w wykonaniu tenorów właśnie, nic nie ujmując klasie Marii Callas i Montserrat Caballe. Moje skromne osłuchanie się w muzyce operowej wystarczyło jednak, aby rozpoznać, że głos tenora brzmiał nieco staroświecko, a muzyce towarzyszyły wyraźnie słyszalne trzaski, tak charakterystyczne przy odtwarzaniu starych, raczej przedwojennych płyt. Z przedwojennych tenorów znałem tylko dwóch; wielkiego Enrico Caruso i naszego Jana Kiepurę. Z oczywistych przyczyn postawiłem na tego pierwszego i gdy kelner zbliżył się powtórnie do naszego stolika, wskazałem palcem na odtwarzacz i rzekłem pytająco – Caruso?

Jego reakcja była niesamowita. Dotąd raczej obojętny, a może po prostu zasłuchany, teraz wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, przytaknął trzy razy, odsunął sobie krzesło – bez pytania o zgodę – i wdał się z nami w rozmowę. Dowiedzieliśmy się, że odkąd tu pracuje, czyli kilka lat, jeszcze nikt nie rozpoznał Carusa, mimo że puszcza tę płytę codziennie, bo jako Włoch kocha operę, a już Carusa w szczególności. Oczywiście wziął mnie za znawcę opery, a ja nie wyprowadzałem go z błędu, dając jednak dyskretnie do zrozumienia, że trochę się śpieszymy, a dyskusja o wyższości Verdiego nad Puccinim wymaga jednak sporo czasu i wina. Trochę ostudziło to jego podniecenie, ale znowu jako Włoch doskonale zdawał sobie sprawę, że potrzeby ciała są równie ważne, jak potrzeby ducha, więc przyjął to ze zrozumieniem i niebawem pojawiły się na naszym stole minimum podwójne porcje jedzenia. Pysznego jedzenia, więc zjedliśmy wszystko ze smakiem. Przez cały czas byliśmy przez niego dyskretnie obserwowani. Niby coś poprawiał na stolikach, niby sprawdzał coś w menu, ale gdy tylko skończyliśmy jeść, od razu zameldował się z kieliszkami i butelką grappy. Oczywiście toast mógł być tylko jeden; za operę i nieśmiertelnego Caruso. Potem były następne rutynowe toasty. Za zdrowie i pomyślność, no i za odwieczną przyjaźń polsko – włoską. Włoch bardzo się rozkręcał i wkrótce śpiewał już z Caruso w duecie. Zachęcał mnie, byśmy stworzyli tercet na wzór trzech tenorów, ale na szczęście stężenie alkoholu w moim organizmie nie przekroczyło jeszcze tego poziomu, po którego przekroczeniu nabieram przekonania, że z powodzeniem mógłbym zastąpić Freddiego Mercury w grupie Queen, więc grzecznie odmówiłem. Ponieważ zrobiło się późno, uznaliśmy, że czas ruszać w drogę, zwłaszcza że butelka została osuszona, a następna dawka grappy, którą proponował rozochocony Włoch, mogła spowodować pewne zakłócenia w płynności ruchów. Poprosiliśmy o rachunek. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że dla takich wyjątkowych gości, miłośników opery, poczęstunek był gratis. Stanowczo zaprotestowaliśmy, twierdząc, że honor nie pozwala nam na przyjęcie darmowego posiłku, a ponadto ugościł nas przecież butelką grappy. Słowo honor ma u Włochów jeszcze jakieś znaczenie, więc w końcu uległ naszym naleganiom i otrzymaliśmy rachunek, ale umniejszony o dziesięć euro. Chcieliśmy dać mu je w formie napiwku, lecz teraz on stanowczo odmówił, wymawiając się oczywiście honorem. No cóż, nieocenionym sprzymierzeńcem takich sytuacji jest kompromis, więc bogatsi o dziesięć euro, w wyśmienitych nastrojach podążyliśmy w stronę Santa Ponsy.

Czasem, kiedy wspominamy tę sympatyczną przygodę, zastanawiamy się, czy teraz, po kilku latach, włoski kelner rozpoznałby nas, gdybyśmy zawitali do jego knajpki. Podejrzewamy, że raczej nie. Że czas zdążył już skutecznie rozmyć nasze twarze w jego pamięci i zlały mu się one z twarzami tysięcy innych klientów. Aczkolwiek, gdyby zaistniały podobne okoliczności jak wówczas? Zajęlibyśmy miejsca przy stoliku, śpiewałby znajomy tenor, on podszedłby do nas z nieco znudzoną miną, a ja, wskazując na bliżej nieokreślony nośnik muzyki, zapytałbym – Caruso?

Jakby przeciwwagą dla plaży w Zatoce Alkudyjskiej, jest leżąca po drugiej stronie wyspy plaża w Zatoce Palmy. Zaczyna się w stolicy Majorki, a także całych Balearów, czyli w Palmie de Mallorca i biegnie w kierunku wschodnim. Po blisko siedmiu kilometrach jej bieg kończą betonowe zabudowania portu w El Arenal. Piasek jest tu bardziej żółty i nie tak drobny, jak w zatoce Alkudyjskiej. Przypomina trochę nasz, ten z plaż bałtyckich, czyli też jest rewelacyjnie. Darzymy ją sporym sentymentem, bo kojarzy nam się z naszym pierwszym pobytem na Majorce i wyłącznie z dobrymi wspomnieniami. Przeszliśmy ją dwa razy, przy czym pierwszy raz, po kilku godzinach zwiedzania Palmy. Nie wiem ile kilometrów, mieliśmy wtedy w nogach, ale gdy dotarliśmy do naszego hotelu w El Arenal, byliśmy tak wykończeni, że gdy krótko po kolacji położyliśmy się do łóżka z zamiarem ucięcia sobie krótkiej, regeneracyjnej drzemki, obudziliśmy się następnego ranka. Doznania z tego marszu zostały trochę przyćmione przez narastające zmęczenie, więc powtórzyliśmy go raz jeszcze, już w czasie naszego „roku w klapkach”. I dopiero wtedy mogliśmy w pełni delektować się pięknem tej trasy, wynikającej przede wszystkim z jej różnorodności. Szeroka plaża na wysokości Palmy, wkrótce za jej granicami przeistacza się w dość wąski pas piasku upstrzony niewielkimi głazami. Można znaleźć wśród nich intymne miejsce do opalania, co oczywiście skrzętnie wykorzystują wszędobylscy naturyści. Od wyznaczonej trasy, czyli od potencjalnych gapiów, oddziela ich jeszcze dodatkowy pas ziemi z zakazem wstępu ze względu na unikatowe nasadzenia. Odcinek ten zabudowany jest małymi, kolorowymi domkami, bardzo harmonijnie wkomponowanymi w otoczenie. Całość sprawiała bardzo przyjemne wrażenie. Pewnie dlatego zrobiliśmy tu najwięcej zdjęć. Zresztą, jak łatwo było zauważyć, nie byliśmy wyjątkami. Potem stopniowo plaża powraca do swojego reprezentacyjnego wyglądu. Piękna promenada, palmy, klomby kwiatowe, zadbana zieleń. Domy zostają zastąpione przez hotele, centra handlowe, restauracje i bary. To oznacza, że jesteśmy w Can Pastilla, pierwszym z trzech znanych kurortów, które – znowu prawie połączone – ciągną się już do końca plaży. Po Can Pastilli jest Playa de Palma, a na końcu El Arenal. Mimo że leżą tak blisko siebie, to jednak istotnie różnią się swoją specyfiką. Również architekturą, co sprawia, że obrazy ciągle się zmieniają, wymuszając przykucie uwagi obserwatora. I to właśnie, między innymi, czyni ten spacer ekscytującym. Oczywiście dla ludzi z duszą wędrowców, potrafiących czerpać przyjemność już z samego faktu wędrowania i traktujących prawie wszystko, co mijają po drodze jak oprawę, scenografię, która bez względu na formę wzbudza zainteresowanie, a bardzo często też zachwyt połączony z fascynacją.

Największą jednak renomą i uznaniem wśród plażo fanów cieszy się, leżąca na południu, w pobliżu Coloni de Sant Jordi, Playa es Trenc. To ostatnia, naturalna plaża na wyspie. Nieskażona promenadami, deptakami i hotelami trwa w niezmienionym stanie od tysięcy lat. Zanim ją odwiedziliśmy, przeczytaliśmy w internecie, że to jedyna na całych Balearach plaża przypominająca sławne plaże karaibskie. Karaiby widzieliśmy tylko w telewizji i na zdjęciach, ale to wystarczyło, by stwierdzić, że poza pochylonymi tuż nad brzegiem morza palmami, cała reszta się zgadza. Miejsce po prostu nas urzekło. Byliśmy tam w marcu, w czasie naszego krótkiego pobytu w Coloni. Turystów było więc niewielu, zresztą wszyscy zgromadzeni w jedynym działającym wówczas plażowym barze. Na szczęście nie był on kalką typowych plażowych barów usytuowanych na kurortowych plażach. To był bar, który świetnie wpasowywał się w karaibski klimat Es Trenc, był bowiem konstrukcją, można by rzec, uosabiającą luzacki charakter mieszkańców wysp Pacyfiku, wytworem ich radosnej twórczości architektonicznej. W każdym razie na pewno nie zauważyliśmy tu ingerencji nadzoru budowlanego, sanepidu, geopozu, pihu, pipu i innych instytucji, bez których błogosławieństwa nie postawi się w Polsce nawet większego szałasu. Jego najważniejszymi, emblematycznymi elementami były wielki, drewniany blat i dach kryty trzciną, co wywoływało – zapewne zamierzone – jednoznaczne skojarzenia. Jakby jednak komuś to nie wystarczyło, by poczuć Karaiby na Majorce, to za barem stał jeszcze wielki, łysy, czarnoskóry facet ubrany w koszulkę w hawajskim stylu upstrzoną kilkoma kolorowymi palmami. Pamiętam, że usiedliśmy przy jednym ze stolików ustawionych bezpośrednio na plaży, zamówiliśmy longdrinki z nieodłączną parasolką, a potem leniwie rozkoszowaliśmy się wspaniałością tego miejsca. Cudowny, trudny do opisania, lazur nieskazitelnie czystej wody, niewielkie, leniwie sunące fale kończące swój żywot z charakterystycznym, kojącym dźwiękiem w piaskach mieniącej się złotem plaży. Wszystko to w blasku marcowego, nie palącego, lecz przyjemnie grzejącego słońca. Plaża, podobnie jak u nas, otulona była wydmami gęsto porośniętymi karłowatymi piniami, dominującą sosną Śródziemnomorza. Miejsce emanowało spokojem. Można było wręcz fizycznie poczuć kondensacje pozytywnej energii. Wystarczyło wybrać odpowiednią częstotliwość mentalną, by podłączyć się do tego rezerwuaru dobrej energii i podładować swoje wewnętrzne akumulatory. Życie bywa czasem wyjątkowo piękne.

Jest na Majorce jeszcze wiele innych, pięknych plaż. Może nie tak spektakularnych, jak Es Trenc, ale też urokliwych i w zupełności zaspokajających nawet nieskromne wymagania turystów. Jak chociażby „nasza”, blisko dwukilometrowa plaża w Cala Millor czy szeroka na sto pięćdziesiąt metrów plaża w Cala Mezguida, albo Playa de Formentor, niedaleko drogi na przylądek. Wystarczy poczytać trochę opinii w internecie, by stwierdzić, że rozrzut w temacie ulubionych plaż jest dość duży. Ale gusta to rzecz subiektywna. W każdym razie potwierdza to tylko naszą pewność, że każdy znajdzie tu swoje wymarzone miejsce na piaskowy grajdoł.

Niektórzy jednak wolą ten grajdoł wymościć sobie w bardziej kameralnych miejscach, niż bezkresne, ale na ogół zatłoczone i dosyć głośne plaże. Majorka również pod tym względem zaspokoi najbardziej wybredne gusta. Dysponuje bowiem ogromną ilością wspaniałych, malowniczych, czasem iście bajkowych zatoczek wcinających się mniej lub bardziej w skalistą część wybrzeża. To w nich najlepiej można upajać wzrok niesamowitymi odcieniami kolorów morza. Od jasnozielonego, który nazwaliśmy karaibskim, przez zielono-niebieski turkus, następnie jasnoniebieski lazur, który z kolei na krótko przekształca się w ciemnoniebieski, by potem, już po kres horyzontu, przyjąć barwę granatu głębin. Otoczone są przeważnie przecudnej urody klifami, których kształt i forma zostały wyrzeźbione na przestrzeni tysięcy lat przez smagające je morskie fale. Najpiękniejsze zatoki, rzecz jasna znowu w naszej subiektywnej ocenie, znajdują się w gminie Santanyi na południowym wschodzie wyspy. Zanim je odkryliśmy, naszą ulubioną była wspomniana przepiękna Cala Fornels, leżąca na północnych obrzeżach Paguery. Wielkie wrażenie robi najsławniejsza z zatok, czyli Sa Calobra, wieńcząca fantastyczny szlak pieszy biegnący przez wąwóz Torrent de Pareis. Do Sa Calobra dowożą jednak turystów przede wszystkim setki autokarów, gdyż jest to żelazny punkt tak zwanej Vuelty, czyli jednodniowej wycieczki objazdowej, którą oferują wszystkie miejscowe agencje podróży.

Widzieliśmy wiele pięknych zatok. O każdej z nich mógłbym piać peany, lecz to, co ujrzeliśmy, odwiedzając zatoki w Parku Narodowym Mondrago, było tak cudowne, że zabrakło nam słów, by opisać nasz zachwyt. W zasadzie ograniczaliśmy się do spontanicznych stwierdzeń i uwag typu – spójrz tam, niesamowite, niewiarygodne, o kurcze, normalnie szok, bajka, jak w raju, widzisz te kolory? a te skały? – i tak dalej. Nawet najlepsze zdjęcia, filmy, o słowach nie wspominając, nie są w stanie oddać piękna tego miejsca. Wszyscy nasi goście, z którymi oczywiście obowiązkowo zaliczaliśmy ten kawałek raju, byli pod takim samym wrażeniem, mimo że były wśród nich osoby, które widziały trochę świata.

Najdziwniejszą dla nas rzeczą był fakt, że podczas naszych ośmiu wakacyjnych pobytów na Majorce, nigdy nie usłyszeliśmy o tym miejscu. Mimo że przez kilka lat, począwszy od naszego pierwszego przyjazdu tutaj, systematycznie studiowałem wszystkie informacje na temat wyspy, jakoś nazwy zatok Cala Mondrago i Cala S’amarador nie rzuciły mi się w oczy, przynajmniej w kontekście największych atrakcji turystycznych. Nie było też o nich najmniejszej wzmianki w przewodniku po Majorce, który kupił w Polsce przyjaciel naszego syna przed przyjazdem do nas. Naprawdę dziwne, chociaż jak nie wiadomo, o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze. Mogliśmy się tylko domyślać, że musiały zadziałać w tym przypadku nieubłagane prawa rynku. Zatoki te leżą trochę na uboczu, w dodatku na terenie Parku Narodowego. Prowadzi do niej wąska, wiejska droga, z rodzaju tych, które u nas zalicza się do czwartej kategorii odśnieżania. Autokary z turystami traciłyby za dużo czasu na dojazd. Wytyczone w strefie zatok cztery szlaki piesze o różnej długości i skali trudności były, z marketingowego punktu widzenia, zbyt czasochłonne i nieefektywne. Dowiedzieliśmy się również, że miejscowi robią wszystko, co w ich mocy, żeby o ich „skarbie” było jak najciszej. Ostatnią rzeczą, jaką by sobie życzyli to sunące w ich kierunku sznury autokarów z tabunami turystów zostawiających po sobie tony śmieci i hektolitry moczu w na ogół spokojnych wodach zatok. Uwzględniając fakt, że infrastruktura sanitarna, delikatnie rzecz ujmując, nie była ukierunkowana na masowego turystę, mieliby to zapewnione.

Być może nie odkrylibyśmy tego cudu natury nigdy, gdybym pewnego dnia, jak zwykle czekając na żonę buszującą w sklepie z ciuchami i galanterią, nie zaczął wertować widokówek wystawionych na stojaku przed sąsiednim sklepem z pamiątkami. Przyglądałem się, w większości znajomym obrazkom, aż nagle trafiłem na zdjęcie wyjątkowo pięknej zatoki. Nazwa na odwrocie widokówki nic mi nie mówiła, więc zakodowałem ją w pamięci i niezwłocznie po powrocie do domu zajrzałem do internetu. Znalazłem trochę informacji na stronie poświęconej Majorce, obejrzałem jakiś filmik na youtubie i umiejscowiłem Cala Mondrago na mapie. Jakiś tydzień później wynajęliśmy samochód, żeby odebrać z lotniska naszego pierwszego gościa, czyli moją mamę. Samolot z Polski lądował późnym wieczorem, więc mogliśmy cały dzień poświęcić na zwiedzanie. Nasz wybór był oczywisty. Zatoki w Parku Narodowym Mondrago i przy okazji dwie inne, leżące niedaleko Santanyi, czyli Cala Figuera i Cala Llombard’s, obydwie mieszczące się w kanonie majorkańskich skarbów, a więc wychwalane i polecane odwiedzającym tę część Majorki. Pierwsza z nich nazywana jest „małą Wenecją” ze względu na kolorowe i klimatyczne domki rybaków, które w gęstej zabudowie usadowiły się wzdłuż jej betonowych brzegów. Rzeczywiście, przy odrobinie wyobraźni mogły nasuwać się skojarzenia z którąś z odnóg „Canal Grande”. W każdym razie, ze względu na swoją wyjątkowość (bo piękno jest czymś oczywistym w przypadku majorkańskich zatok) umieściliśmy ją na naszej prestiżowej liście miejsc, które obowiązkowo powinni zaliczyć wszyscy nasi goście. Druga słynie z małej, lecz pięknej plaży i otaczających ją klifów, z których roztaczały się super widoki. Też awansowała na naszą listę. Obydwie zatoki bardzo nam się podobały, lecz dopiero Cala Mondrago i Cala S’amarador zrobiły na nas piorunujące wrażenie. Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że na sumę niezwykłych doznań składało się nie tylko piękno samych zatok, ale również piękno otaczającego je terenu.

Nie było łatwo tam trafić. Wydawało nam się wtedy, że również przez włodarzy gminnych, miejsce to traktowane jest po macoszemu. Nie posiadaliśmy jeszcze wiedzy na temat celowych działań kamuflujących polegających na nierobieniu niczego, co mogłoby ułatwić turystom bezproblemowe trafienie do celu. Do dwóch pierwszych zatok dojazd był prosty. Duże napisy na licznych drogowskazach zakończonych strzałką ograniczały ryzyko błądzenia do minimum. W tym przypadku sprawy miały się zgoła inaczej. Nie dysponowaliśmy GPS-em, więc niepozorna, drewniana deska z ręcznie wykonanym białym napisem i malutką strzałką, przytwierdzona do dużego głazu, gdzieś na wysokości kolan, o mało umknęłaby naszej uwadze. Zauważyliśmy ją w ostatniej chwili, co poskutkowało nagłym skrętem w prawo i zgryźliwą uwagą mojej żony na temat stylu mojej jazdy. Wjechaliśmy w wąską uliczkę wciśniętą między pola i sady ogrodzone tradycyjnym, niewysokim, kamiennym murkiem. Po niespełna dziesięciu minutach jazdy droga rozwidlała się w trzech kierunkach. Świadomie nie użyłem słowa skrzyżowanie, gdyż w najmniejszym stopniu nie przypominało to tego rozwiązania komunikacyjnego. Na rozwidleniu dróg dojrzeliśmy kolejną deskę z ręcznym napisem i strzałką, tym razem osadzoną na drewnianym słupie. Niestety ktoś lub coś (niech będzie, że wiatr) nieznacznie ją przekręcił i teraz strzałka kierowała niechcianych turystów w ślepy zaułek. Zaświeciło nam się w głowie ostrzegawcze światełko, gdy droga, i tak już wąska, zwężyła się jeszcze bardziej, a jej nawierzchnia zaczęła przypominać szwajcarski ser, czyli dziura na dziurze. W końcu stanęliśmy przed kamiennym murkiem, wieńczącym ten dziurawy trakt. Ujrzeliśmy za nim uroczy gaj oliwny i wpatrujące się w nas z zaciekawieniem stado kóz. Bardzo przyjemny widoczek, nawet uwieczniliśmy go na zdjęciu, tyle że nie przypominał raczej bajkowych zatok, które były celem naszej podróży. Z pomocą żony pilnującej odległości od otaczających nas murków, udało mi się zawrócić i wkrótce ponownie stanęliśmy na rozstajach dróg. W takich sytuacjach przypominają mi się słowa starego, ludowego przysłowia, które często cytowała moja mama – koniec języka za przewodnika – lub równie praktycznego – kto pyta, nie błądzi. Tylko co zrobić, gdy nie ma kogo pytać. Od momentu wjazdu w wiejską drogę nie widzieliśmy przecież żywej duszy. Jeszcze raz przyjrzeliśmy się drogowskazowi w nadziei na jakiś błysk oświecenia, doszukania się jakiegoś ukrytego kodu, znanego tylko tubylcom. Nic takiego nie nastąpiło i gdy już postanowiliśmy wjechać w kolejną drogę, najbliższą kierunkowi wyznaczanemu przez strzałkę, by metodą eliminacji ewentualności, trafić do wyznaczonego celu, zdarzył się kolejny przypadek coraz śmielej interpretowany przez nas jako ingerencja naszych duszków opiekuńczych, fortunne zrządzenie losu czy coś w tym rodzaju. Te przypadki to pojawiające się we właściwym miejscu i czasie postacie. Oto bowiem po kierowcy, który ofiarował nam cudowny widok i zapach kwitnących migdałowców na powitanie Majorki, po samotnym wędrowcu, który wskazał nam nieoznaczony skrót z Camp de Mar do Paguery, po włoskim kelnerze zakochanym w operze, ni stąd, ni zowąd pojawił się człowiek, któremu mogłem zadać pytanie o drogę. Bo przecież dałbym głowę, no może mały palec, że jakieś dwadzieścia minut wcześniej go tu nie było. Nie tylko jego, ale również starego, zdezelowanego ciągnika, w którym ów spalony słońcem campesino, czyli wieśniak, coś tam grzebał usiłując przywrócić go do życia. Mogłem wreszcie zastosować się do bezcennych rad naszych przodków i zapytać tego zesłańca opatrzności o właściwą drogę. Jakby wiedział, że tak się stanie. Od razu uśmiechnął się od ucha do ucha, odłożył jakiś klucz, czy inny wihajster, wytarł brudne od smaru ręce w spodnie i dziarsko podszedł do murku, by trysnąć nieprzerwanym potokiem słów, którymi objaśniał nam jak trafić do zatok. Słyszeliśmy o zamiłowaniu Hiszpanów do długich wywodów w reakcji na proste pytania turystów, ale rzeczywistość przerosła nasze wyobrażenia na ten temat. Mówił nieprzerwanie przez blisko pięć minut, ja uśmiechałem się – czym być może, nieświadomie zachęcałem go do tego gadulstwa – i regularnie przytakiwałem, udając, że wszystko rozumiem, choć tak naprawdę nie rozumiałem prawie nic, ponieważ campesino używał jakiegoś dialektu, z którego tylko sporadycznie wyławiałem hiszpańskie słowa. A wystarczyłoby, by wskazał palcem jedną z dwóch pozostałych dróg. W każdym razie, gdy skończył, wydawał się być bardzo z siebie zadowolonym. Jakby wypełnił jakąś ważną misję. Tak czy owak, po następnych piętnastu minutach byliśmy u celu.

Zaparkowaliśmy samochód na wielkim parkingu, skąd wyruszyliśmy na szlak numer dwa. Biegnie on przez las piniowy, wzdłuż klifowego nabrzeża i obejmuje trzy fantastyczne zatoki. Okazało się bowiem, że za dwoma wyżej wymienionymi, znajduje się jeszcze trzecia, najmniejsza z nich, choć równie piękna. Niesamowita dawka doznań wzrokowych w połączeniu z relaksującym marszem i energetyzującą kąpielą w każdej z zatok czyni to miejsce wyjątkowym. Jak wspomniałem, brak odpowiednich słów, by opisać jego niepowtarzalne piękno, więc na tym poprzestanę. Jestem jednak pewien, że każdy, kto tam trafi, będzie pod podobnym wrażeniem. Pod względem atrakcyjności i siły oddziaływania na odpowiednie zmysły, stawiamy to miejsce na samej górze naszego prywatnego rankingu razem z Przylądkiem Formentor, który wydaje się jednak bardziej monumentalny, majestatyczny, wzbudzający podziw, ale i respekt, podczas gdy zatoki w Parku Mondrago, mimo oszałamiającej urody, są jakby bardziej przyjazne i dostępne. Takie nasunęły się nam skojarzenia. W opinii naszych gości trafnie charakteryzują obydwa te miejsca.

Można by jeszcze długo pisać o zatokach, plażach, kurortach, miasteczkach, miastach, wsiach, zabytkach, parkach tematycznych, ogrodach botanicznych, pięknych górach Tramuntana, słynącej z upraw pomarańczy dolinie Soller porównywanej często ze sławną kalifornijską doliną Napa, wspaniałych winach z regionu Binissalem, perłach z Manacor, marinach z jachtami bogaczy i tych bardziej klimatycznych z łodziami rybaków oraz innych atrakcjach, których jest tu bez liku, ale nie będę wyręczać przewodników ani rywalizować z internetem. Zapewne niektórzy mogą się zżymać, że nie poświęciłem paru zdań niewątpliwie pięknej Valldemossie, gdzie w miejscowym klasztorze Kartuzów spędzili ongiś zimę Fryderyk Chopin z George Sand, czy uroczemu Fornalutx, kilka razy wybieranemu najpiękniejszą wioską Hiszpanii. Zignorowałem całkowicie Palme de Mallorca, która w poważnych badaniach, znalazła się w dziesiątce najlepszych do życia miast na świecie. Cóż, dokonaliśmy subiektywnego wyboru miejsc, które znalazły specjalne miejsce w naszych sercach i do których mamy nadzieję jeszcze wrócić. Zawiedzionych pocieszam, że w dalszej części tej opowieści postaram się, choć częściowo naprawić te „karygodne zaniedbania”.

Majorka warta jest odwiedzenia przez cały rok, ale na słoneczne wakacje najlepiej przyjechać tu w czerwcu lub we wrześniu. W czerwcu, ponieważ jest już na tyle ciepło, że woda w morzu osiąga temperaturę dwudziestu trzech, czterech stopni i można spokojnie korzystać z uroków kąpieli. Nie ma jeszcze skrajnie wysokich temperatur sięgających trzydzieści osiem stopni ani ogromnej masy turystów, którzy nawiedzają wyspę w lipcu i sierpniu. My najbardziej lubimy wrzesień z poślizgiem do połowy października. Turystów jest już dużo mniej, woda w morzu rozkosznie ciepła, temperatura powietrza oscyluje między dwadzieścia pięć a dwadzieścia dziewięć stopni, no i zaczynają się posezonowe promocje i wyprzedaże, co przecież dla wielu ludzi, nie tylko płci pięknej, jest równie atrakcyjne ,jak słońce, plaża, błękitne morze czy piękne widoki.

Bądź cierpliwy i żyj ze świadomością, że to, czego szukasz, na pewno przyjdzie, jeśli tylko tego bardzo pragniesz i jesteś na to przygotowany.
Robin S. Sharma

Komentarz ( 1 )

  • Janina

    Jak zwykle pięknie Pan opisuje swoje wrażenia, ale brakuje mi zdjęć z tego jak Pan określa raju tj. z Cala Mondrago i Cala S’ amarador, które chociaż trochę zobrazują te „boskie” miejsca . Pozdrawiam,
    Janina O.

Zostaw odpowiedź