Rozdział 6

Majorka już na zawsze pozostanie w naszych sercach. Można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego wrażenia. Potem kolekcjonowaliśmy te wrażenia prawie jedenaście miesięcy, czyli tyle czasu, ile tam spędziliśmy. I przez ten cały czas temperatura naszego uczucia utrzymywała się na tym samym miłosnym poziomie. Mimo że obecnie podróżujemy głównie do miejsc jeszcze przez nas niepoznanych, to od czasu do czasu mamy zamiar wracać na tę piękną wyspę. Tak jak wraca się do domu, w którym przeżyło się najpiękniejsze, beztroskie chwile. Najdłużej mieszkaliśmy, rzecz jasna, w Cala Millor, ale gdy przyjeżdżaliśmy na Majorkę wcześniej na wakacje, to staraliśmy się zmieniać destynacje, żeby poznać ja tak dokładnie, jak tylko było to możliwe. W rezultacie tych peregrynacji mogę się teraz z czystym sumieniem uważać za majorkańskiego eksperta. Może nie najwyższych lotów i w dodatku bez żadnych tytułów przed nazwiskiem, ale na pewno z rodzaju tych, których rozsadza potrzeba podzielenia się częścią swojej wiedzy. Nie będę jednak dublował internetowych lub papierowych przewodników i wspomagał się wyświechtanymi frazesami czy sloganami reklamowymi. Mój pogląd na wiele spraw jest bowiem bardzo subiektywny i zdaję sobie sprawę, że na pewno znajdą się adwersarze o zupełnie odmiennym zdaniu. Zwłaszcza że pozwolę sobie na odrobinę krytyki pod adresem Majorki. To oczywiście pokłosie mojej wady albo zalety – zależy od punktu widzenia – czyli szukania dziury w całym, wwiercania się pod powłokę powierzchowności, zadawania pytań i szukania odpowiedzi. Nic nie jest takie, jakim się wydaje, a ideał jest utopią. Te prawdy zostały sformułowane już kilka tysięcy lat temu, ale te moje cechy kazały mi przekonać się o tym na własnej skórze. Nie jest łatwo kochać, kiedy pryskają pewne złudzenia. I dlatego kochamy Majorkę bardzo, ale nie bałwochwalczo. Pisząc ten rozdział, daję też znowu upust moim skłonnościom do krytycznej analizy pewnych zjawisk kulturowych i społecznych.

Tak więc Majorka jest niewątpliwie piękną wyspą, oferującą standardowym turystom wszystko, czego dusza zapragnie. Jednak ci bardziej wymagający czy świadomi, którzy przyjadą szukać tutaj prawdziwej, emblematycznej Hiszpanii, mogą się mocno rozczarować. Można za to znaleźć jeszcze sporo regionalnego autentyzmu, głównie w miasteczkach i wsiach położonych wewnątrz wyspy, ale nie będzie to miało wiele wspólnego ze znanymi na całym świecie symbolami hiszpańskości. Przede wszystkim dlatego, że mieszkańcy Majorki, jak i pozostałych turystycznych rajów archipelagu Balearów, czyli Minorki i Ibizy mają silne poczucie odrębności historycznej, kulturowej i etnicznej. I w tych obszarach, w których jest to możliwe i prawnie dozwolone, bardzo tę odrębność akcentują, broniąc się tym samym przed hispanizacją. O ile regionaliści nieźle sobie radzą na polu walki o zachowanie tożsamości w świadomości majorkańczyków, o tyle przegrywają z kretesem na froncie walki o zachowanie materialnych przejawów tej świadomości. Znowu wygrały bezwzględne prawa ekonomii, czyli zwykła ludzka żądza pieniądza. Uczyniła ona z Majorki i jej dwóch mniejszych sióstr, właściwie jeden gigantyczny, turystyczny kombinat. Komercja przeżarła wszystkie aspekty życia na wyspie. Tak podkreślane, głównie przez specjalistów od marketingu, elementy jak majorkańska kuchnia, folklor czy mnogość tradycyjnych obyczajów, to w tej chwili dość żałosna imitacja dawnej świetności. Nawet w restauracjach, gdzie nad wejściem widnieje zobowiązujący napis „cocina mallorquina”, czyli kuchnia majorkańska, podaje się zaledwie substytuty tego, co pozostało z tradycji kulinarnych Majorki. Wszystko zostało przetransponowane, przystosowane i podporządkowane pod niewybredne gusta Niemców i Brytyjczyków klasy średniej. Nacje te właściwie opanowały wyspę, dzieląc ją między sobą, na szczęście w sposób pokojowy. Tak jak na przykładzie Cala Millor i Cala Bony, tak samo w każdym innym kurorcie, łatwo się zorientować, w jakiej aktualnie strefie okupacyjnej się znajdujemy. Oczywiście tych znaków rozpoznawczych jest cała masa, ale trzymając się kulinariów, wspomnę, że nawet bawiła mnie identyfikacja jakiegoś odwiedzanego właśnie miejsca, poprzez czytanie napisów na tak zwanych potykaczach przed barami i restauracjami. Jeżeli widniał napis „Pint of beer” i „Fish and chips” to wiadomo, strefa angielska, a jeżeli przeczytałem „Currywurst”czy „Paulaner Weissbier” to też wszystko jasne. Pisząc o pokojowym podziale wyspy, nie miałem na myśli jakichś negocjacji, które zaowocowałyby paktem typu – wy bierzecie to, a my tamto. Chociaż oba kraje mają bogate tradycje w podpisywaniu różnych paktów sankcjonujących ich terytorialne podboje, to akurat w przypadku Majorki, wszystko odbyło się w sposób naturalny, przez zasiedlenie. To brzmi lepiej niż kolonizacja. Proces ten odbywał się na przestrzeni wielu lat, a zaczął mniej więcej pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to Majorka została odkryta dla branży turystycznej. Nie wiadomo dokładnie kiedy, ale w pewnym momencie osiągnięto swoiste „status quo” i stan ten trwa do dzisiaj.

Trzeba przy tym oddać Niemcom hołd, że zgarnęli dla siebie około siedemdziesięciu procent terytorium. Nie bez powodu w Niemczech, pół żartem pół serio, mówi się, że Majorka jest ich siedemnastym landem. W niektórych jednak miejscowościach, jak na przykład w Santa Ponsie czy Alcudii panuje wzorowa koegzystencja, choć i tam można bez problemu wyodrębnić poszczególne enklawy jak na przykład, tak zwany ‚irlandzki kwartał” w tej pierwszej, czy rejon Playa de Alcudia w tej drugiej. To jednak rzadkość. Na ogół podział jest dość wyraźny. Niemcy opanowali tak znane kurorty, jak Playa de Palma, El Arenal, Paquera, Can Picafort, Cala Millor, Cala Do’r czy Can Pastilla. Brytyjczycy z kolei zbudowali swoje przyczółki w uwielbianej przez nieco bogatszych, niezwykle urokliwej Puerto de Pollenca, a także w Cala Bonie, Coloni de Sant Jordi, Playa de Muro no i osławionym Magaluf. To wakacyjne i rozrywkowe zarazem, centrum młodzieży brytyjskiej. Takie nasze Mielno tylko w większym wymiarze. Życie toczy się tu głównie w nocy, w niezliczonej ilości klubach i wokół nich. Dzień służy głównie do odsypiania zarwanych nocy, leczeniu kaca i regeneracji organizmu na plaży lub przy basenie, aby móc znowu szaleć po zapadnięciu zmroku. Magaluf to także wrzód na tyłku miejscowej policji. W nocy większość sił i środków, jakimi dysponują w tym regionie, jest koncentrowana w tej miejscowości. To pozwala utrzymać jako taki porządek. Hektolitry alkoholu, narkotyki, prostytucja, przygodny seks, kradzieże, bijatyki i inne ekscesy powodowane zazwyczaj przez osobników będących pod wpływem różnych środków odurzających i alkoholu, to nieodłączny element „wypoczynku” nastoletnich Anglików, Szkotów czy Irlandczyków. To miejsce przyciąga ich jednak niczym światło ćmy. Bardzo często, wakacje tutaj traktowane są jako ważny element rytuału inicjacji przed wejściem w dorosłe życie. Mnóstwo brytyjskich dziewic i prawiczków pożegnało tu swoją niewinność. Niemieckim odpowiednikiem Magaluf jest El Arenal, tyle że w dużo mniejszej skali i na szczęście tylko w okresach, gdy młodzież niemiecka ma akurat ferie. Warto uwzględniać ten czynnik przy ewentualnym wyborze tej miejscowości na wakacje. Poza tymi okresami uważamy bowiem El Arenal za całkiem przyjemne miejsce. Tej rekomendacji nie możemy wystawić Magaluf, które z powodów wyżej wymienionych, ale też z czysto wizualnych względów, w naszym rankingu kurortów zajmuje ostatnie miejsce.

O skali dominacji i ekspansjonizmu Niemców może świadczyć fakt, że na przykład w takim Playa de Palma, niektórym ulicom nadano nawet niemieckie nazwy. Najpopularniejsze z nich to Schinkenstrasse i oczywiście Beer Strasse. Rozlokowane na nich i wokół nich liczne restauracje i bary, zaprojektowane, zbudowane i wystrojone na niemiecką modłę oraz dobiegająca z nich volksmusik, sprawiają, że można poczuć się tu bardziej jak na Oktoberfest, niż w klimacie hiszpańskiej fiesty. Jeżeli dodać do tego jeszcze całe kwartały ulic, jakby żywcem przeniesione z jakiegoś malowniczego miasteczka w Bawarii, z budynkami z charakterystycznego, tak zwanego pruskiego muru, to łatwo możemy sobie wyobrazić, że Niemcy czują się tu jak u siebie. Oczywiście wszyscy z pionu obsługi, czyli kelner w restauracji, sprzedawca w sklepie, przewodnik wycieczek, pani lub pan w hotelowej recepcji, ratownik na plaży, aptekarz, lekarz, prostytutka i ksiądz, a nawet urzędnik w każdym urzędzie gminy, wszyscy oni muszą mówić po niemiecku lub angielsku, przynajmniej w zakresie umożliwiającym podstawową komunikację. Działają niemieckie i angielskie rozgłośnie radiowe i stacje telewizyjne. Praktycznie we wszystkich hotelach standardem jest dostępność do głównych kanałów niemieckich i angielskich.

Folklor majorkański, niegdyś napawający miejscowych dumą, a przez to hołubiony i propagowany, przeszedł jakby do podziemia. Działają co prawda jakieś zespoły przy domach kultury czy szkołach i zapewne odbywają się różne przeglądy a być może nawet festiwale, ale na próżno wypatrywałem ich na licznych tu świętach, czyli fiestach regionalnych lub narodowych. Prezentowano na nich głównie popularną muzykę rozrywkową oraz flamenco w wersji komercyjnej, czyli uproszczonej do dźwięków i obrazów łatwo przyswajalnych przez niewybredną publikę. Krótko mówiąc, program artystyczny tych świąt był wyraźnie skrojony pod gusta turystów i osiadłych na wyspie extranjeros, czyli zagraniczniaków. No właśnie, trzeba dodać, że oprócz około dziesięciu milionów turystów odwiedzających co roku Majorkę, mieszka tu również na stałe lub sezonowo, spora liczba obcokrajowców, mająca status rezydentów. Oprócz wspomnianych dominujących nacji jest też pokaźna reprezentacja Belgów, Holendrów oraz krajów Skandynawskich. Dużo więcej jest ich na Teneryfie, ale o tym później. W większości są to emeryci, którzy za pobierane w swoich krajach emerytury, żyją tu wygodnie, racząc się świeżymi owocami morza popijanymi hiszpańskim winem. Jednak najważniejsze jest to, że mają tu ponad trzysta słonecznych dni w roku, które przysłowiową jesień życia wypełniają im latem i wiosną. I tak jak przeciętnych turystów, nie interesuje ich raczej to, że flamenco to nie tylko taniec i śpiew, a zjawisko kulturowe obejmujące również określony strój i sposób zachowania. Że to sztuka rodem z Andaluzji, rozsławiona na cały świat przez osiadłych tam Cyganów i wpisana przez UNESCO na listę niematerialnego dziedzictwa kultury.

Ta cicha aneksja Majorki, odbiła się piętnem na wszystkich aspektach życia miejscowych. Wystarczy wspomnieć, że jeszcze jakieś czterdzieści lat temu tylko około dwudziestu procent majorkańczyków obsługiwało branżę turystyczną. Reszta, czyli osiemdziesiąt procent, utrzymywała się z rolnictwa i rybołówstwa. Dzisiaj proporcje są dokładnie odwrotne. Upadek tradycji dobrze ilustruje też przykład mercados, czyli cotygodniowych targów. Odbywają się one niemal w każdej miejscowości, w różne dni tygodnia. Kiedyś zjeżdżali na nie okoliczni rolnicy, rybacy, rzemieślnicy, hodowcy i kupcy, oferując dobra wszelakie, potrzebne do życia tubylcom. Dzień targowy był pewnego rodzaju świętem, atrakcją, odskocznią od siermiężnej monotonii codzienności. Towarzyszył mu charakterystyczny zgiełk wywołany głośnym targowaniem, wychwalaniem swoich towarów, popisami kuglarzy i różnych grajków czy miejscowych zespołów oraz odgłosami wydawanymi przez zwierzęta i ptaki hodowlane. Zmysły wzroku i powonienia cieszyły świeże owoce, warzywa, kwiaty, zioła, przyprawy oraz wyroby wędliniarskie ze sławnymi szynkami Iberico i Serrano na czele. Niestety to już przeszłość. Dzisiejsze mercado to głównie skupisko podobnych do siebie straganów, na których dominuje tandeta, głównie chińskiego pochodzenia. Spora część z nich należy do czarnych imigrantów z Afryki. Handlują na nich, przede wszystkim, podróbkami słynnych marek. Bez problemu można kupić najnowsze modele torebek „Louis Vuitton” i „Prady”, zegarki Rolex i Patek Philippe, okulary przeciwsłoneczne Ray-Ban, paski Diesel i ciuchy sygnowane logo topowych firm. Są też „pamiątki” z Majorki ze słynną jaszczurką na czele, niestety wszystkie z napisem”made in china”. Większość tych rzeczy można kupić w zwykły dzień, w licznych tu sklepach chińskich i to po znacznie niższych cenach. Na szczęście, na najsłynniejszych mercados, na przykład w Arcie, Sineu, Santa Catalinie, Alcudii lub w Santanyi można jeszcze poczuć ducha tradycyjnej Majorki. Strefy z płodami rolnymi, przetworami z mięsa i mleka, wyrobami miejscowego rękodzielnictwa czy ze zwierzętami hodowlanymi przywołują dawnych wspomnień czar. Szkoda tylko, że kupcy bez skrupułów wykorzystują fakt, że w tłumie turystów wytwarza się tak zwany „małpi pęd” do kupowania w tym dniu czegokolwiek i to bez względu na cenę. Tak jak w przypadku chińszczyzny, ich towar, w nietargowe dni, można było kupić dużo taniej w zwykłych sklepach. Jest też oprawa artystyczna, a jakże. Na wszystkich targach spotkamy zespoły Indian z gór Ameryki Południowej. Andyjscy górale grają na swoich piszczałkach, fujarkach i innych dmuchawcach. Pamiętamy ich z Polski lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Jakiś czas próbowali szczęścia, ale wynieśli się od nas, jak tylko się zorientowali, że u nas bieda prawie taka sama jak u nich, a i gusta muzyczne jakieś takie pospolite. I że nie trzeba umieć grać ani śpiewać, żeby zostać muzyczną gwiazdą jakiejś dziwnej, prymitywnej odmiany disco. Na bogatej Majorce można ich spotkać wszędzie, nie tylko na targach, ale również na promenadach, deptakach, na placach i innych miejscach, gdzie przewijają się tabuny turystów. Dlatego po pewnym czasie zaczęliśmy reagować na nich dość alergicznie, jak na wszystko, co jest zbyt natarczywe i czego jest w wymiotnym nadmiarze. Mimo że rozumieliśmy, że w ten sposób zarabiają na życie, to jednak jeżeli tylko było to możliwe, omijaliśmy ich szerokim łukiem.

Tak więc ciężko jest znaleźć ślady „prawdziwej” Hiszpanii na Majorce. Może lepiej nie szukać i skupić się na odkrywaniu innych jej uroków. Ma ich przecież całe mnóstwo. Tu nawet nie dominuje język hiszpański. Wszystkie nazwy miejscowości, ulic, restauracji, sklepów, napisy na drogowskazach i ogłoszeniach są w języku katalońskim. To jeden z dwóch, obok hiszpańskiego, oficjalnych języków na wyspie. Ponadto rdzenni mieszkańcy Majorki posługują się własnym dialektem, co prawda bardzo zbliżonym do katalońskiego, ale jednak różnym. Kataloński i hiszpański to zupełnie odmienne języki. Język powszechnie nazywany hiszpańskim, tu jest nazywany „castellano” od nazwy regionu, z którego się wywodzi, czyli z Kastylii. Miejscowi są na tle tego nazewnictwa trochę przeczuleni. Kilka razy zdarzyło się nam, że gdy w rozmowie wspomnieliśmy o języku hiszpańskim, to grzecznie, ale stanowczo nas poprawiano, dając tym samym do zrozumienia, że ich język jest tak samo hiszpański, jak „castellano”. Majorkini wcale za nim nie przepadają, jak i za całą resztą Hiszpanii z wyjątkiem Katalonii. Ich sympatie wydają się jednak oczywiste, ponieważ to właśnie Katalończycy zasiedlili wyspę w XIII wieku po wygnaniu z niej Maurów. Bardzo też kibicują Katalonii w jej dążeniu do uzyskania niepodległości. Sami zresztą również mają takie ciągotki. Twierdzą, że bez władzy Madrytu żyłoby się im lepiej. Kto wie, może i mają rację. Dzięki turystyce Baleary są najbogatszym regionem autonomicznym Hiszpanii i nie w smak im dzielić się zyskami z biedniejszymi regionami kraju. Wolą nie pamiętać, że to właśnie rząd w Madrycie, w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia, zadecydował o inwestycjach w bazę hotelową na Majorce. Panujący wówczas dyktator, generał Franco, postanowił ponoć, iż wybuduje tu hotele, w których będzie mógł wypoczywać hiszpański robotnik. Siłą rzeczy, nie były to hotele, delikatnie rzecz ujmując, luksusowe. W większości były to wielkie „mrówkowce” z małymi pokoikami i wspólnymi łazienkami na korytarzach. Szkielety niektórych z nich straszą do dzisiaj, i nie są to pomniki historii, a raczej znak tamtych czasów. Reszta została już wyburzona lub gruntownie zmodernizowana, by sprostać wymaganiom zagranicznych turystów.

Zaspokojenie tych wymagań jest tu najważniejsze i to na wszystkich polach działalności związanych z turystyką. Inaczej płynący strumień pieniędzy mógłby zacząć wysychać, a tego nikt nie chce z wyjątkiem niszowych grup ekologów i nacjonalistów. Dlatego na ołtarzu ofiarnym zostały złożone solidarnie zarówno majorkańskość, jak i hiszpańskość Majorki. Takie emblematyczne symbole jak flamenco, corrida, sjesta, paella, gazpacho, sangria, obchody Semana Santa, czyli Wielkiego tygodnia i inne rzeczy jednoznacznie kojarzące się z Hiszpanią, niby tu występują, tyle że na ogół w komercyjnej, zniemczonej lub zanglizowanej, a więc dość karykaturalnej formie. Bo trzeba wspomnieć, że większość przyjeżdżających tu Niemców i Brytyjczyków to turyści, oględnie mówiąc, o niezbyt wyrafinowanych upodobaniach. Jeszcze w latach osiemdziesiątych w Niemczech krążyła złośliwa i pogardliwa opinia, że na Majorkę to jedzie wypoczywać głównie klasa robotnicza. Była stosunkowo tania, a hotele oferowały raczej przeciętny standard. Zadzierająca nosa klasa średnia wybierała wtedy inne, bardziej prestiżowe destynacje, nie chcąc legitymizować swoją obecnością bylejakości i przeciętniactwa. Od tego czasu wiele się jednak zmieniło, zwłaszcza jeżeli chodzi o hotele i infrastrukturę. To już zupełnie inna bajka. Nawet najbardziej wybredny turysta, także ten z wypchanym portfelem lub raczej z kartami bez limitu, znajdzie tu coś odpowiedniego dla siebie. Zmiana jakościowa usług nie pociągnęła jednak za sobą zmiany jakościowej turystów. Nadal, przodującą grupą spędzającą wakacje na Majorce są mniej zamożni Niemcy i Brytyjczycy a do tego młodzież z tych krajów upatrzyła sobie konkretne miejscowości na miejsce stosunkowo tanich, ale pełnych wrażeń, wakacji.

Trudno się zatem dziwić, że właściciele hoteli, restauracji, barów, klubów i innych przybytków dostosowali poziom usług do ich, jak wspomniałem, niezbyt wyrafinowanych potrzeb. Wieczorne programy animacyjne i rozrywkowe tylko sporadycznie oferują jakąś namiastkę kultury hiszpańskiej, najczęściej pod postacią miernej jakości flamenco. Zamiast niej, w nadmiarze można zobaczyć i usłyszeć różnej maści sobowtórów i imitatorów Presleya, Toma Jonesa, Roda Stewarta, Abby i innych charakterystycznych, łatwo rozpoznawalnych gwiazd. Mnóstwo jest też niespełnionych artystycznie i karierowo wokalistów, którzy w poszukiwaniu zarobku, pielgrzymują po hotelach i barach i podpierając się podkładem muzycznym z komputera, wyśpiewują przeboje z lat młodości większości turystów. Dominują zatem lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte ubiegłego stulecia oraz ponadczasowe standardy. Niemieccy seniorzy tańczą zazwyczaj przy akompaniamencie swoich ulubionych hitów tanecznych. Spacerując wieczorową porą promenadami w „niemieckich strefach” z pewnością, rozpoznamy te charakterystyczne dźwięki. Swoją drogą, zarówno Niemcy, jak i Brytyjczycy tańczą dość kiepsko. Pewnie dlatego brytole wolą zdecydowanie bary z karaoke, w których tłoczą się wieczorami. Z satysfakcją stwierdziliśmy, że nasze, jakże niedoceniane, dwa na jeden z dodatkiem luźnych improwizacji, robiło wśród nich furorę. W tej dziedzinie kolejny punkt dla Polski. Trzeba się jakoś pocieszać.

Tak samo rzecz ma się z jedzeniem. Coraz rzadziej można spotkać restauracje oferujące typowo hiszpańskie lub chociażby regionalne, majorkańskie specjały. To efekt dziwnej synergii – braku odpowiedniej promocji i postępującej tępoty turystów. Przeciętny turysta bowiem, nawet na hiszpańskich wakacjach, woli swoją rybę z frytkami, fasolę i bekon, jak w przypadku brytoli, czy wszelkie odmiany wurstów, kartoffelsalat i kotlet z kapustą, jak w przypadku Niemców. Obydwie nacje, niestety pospołu z miejscową młodzieżą, coraz częściej też faszerują się śmieciowym jedzeniem z coraz liczniejszych fast foodów.

Nigdy nie byliśmy w Anglii i nie wiemy, jak to tam wygląda, ale w żadnym innym kraju, nie spotkaliśmy takiego natężenia otyłości na kilometr kwadratowy jak w przypadku Brytyjek na Majorce. Co ciekawe, ich mężowie lub partnerzy bardzo często byli bardzo szczupli, stając się przez to powodem naszych dociekań z zakresu relacji damsko-męskich. Zastanawialiśmy się na przykład, czy monstrualne zwały tłuszczu mogą być obiektem pożądania seksualnego. Oczywiście odpowiedź znaleźliśmy w internecie. Okazuje się, że mogą, ale jest to rodzaj dewiacji i to dosyć rzadko występującej. Widząc jednak tak dużą ilość takich – będących w skrajnym kontraście wagowym – par wśród brytyjskich turystów, mogło się odnieść wrażenie, że w takim razie większość owych dewiantów wywodzi się ze Zjednoczonego Królestwa. Krótko mówiąc, turyści w przytłaczającej większości, nie zamierzają na wakacjach zmieniać swoich nawyków żywieniowych, a tak zwana dieta śródziemnomorska jest dla nich równie abstrakcyjnym pojęciem, jak dla mnie biedny lekarz, niepazerny ksiądz czy uczciwy polityk.

Parę lat temu, będąc z przyjaciółmi na wakacjach w Cales de Mallorca, byliśmy świadkami scenki, którą bracia Farrelly z pewnością mogliby umieścić w którejś ze swoich odlotowych komedii. Zeszliśmy do hotelowej restauracji na kolację i zajęliśmy stolik przy oknie oddzielającym nas od dużego tarasu. Dość szybko nasz wzrok przykuły dwie brytyjskie pary przy stoliku obok. Każda z pań ważyła bowiem minimum około stu trzydziestu kilogramów. Ich cielska rozlewały się równomiernie na wszystkie strony, co powodowało, że krzesła, na których niewątpliwie musiały siedzieć, stały się prawie niewidoczne. Prawie, bo można było dojrzeć oparcia. Za to ich partnerzy, trochę podobni do siebie, niepozorni, rudzi, piegowaci faceci koło trzydziestki byli bardziej niż szczupli. Wymieniliśmy porozumiewawcze, dezaprobujące spojrzenia i już zamierzaliśmy skupić się na sobie, gdy panie ze stolika obok przystąpiły do szturmu po jedzenie. To powtórnie przykuło naszą uwagę. I nie tylko naszą, bo spora część sali również zawiesiła się w czasie, by śledzić poczynania obszernych Brytyjek. Ten szturm bowiem nasuwał skojarzenia z bezceremonialnym, pozbawionym skrupułów aktem walki o pożywienie znanym z filmów na Animal Planet. Panie napierały więc swoimi walorami na co bardziej dystyngowanych czy niezdecydowanych, którzy przypadkowo blokowali im dostęp do konkretnego naczynia, a ci odwracali się z oburzeniem w oczach, które jednak po krótkim otaksowaniu napierającego obiektu, zanikało zastąpione wyrozumiałością. Bez słowa usuwali się z drogi, a wtedy te z zachłannością wygłodniałego hipopotama uformowały kopiaste talerze i podreptały na swych kolumnowatych nóżkach do swojego stolika. Dalsze ich obserwowanie, już pochłaniających góry jedzenia, wprawiło nas w takie osłupienie, że zaniechaliśmy nawet zwyczajowej konwersacji. Takich kursów zrobiły jeszcze przynajmniej pięć. Za każdym razem talerz był równie kopiasty, jak ten pierwszy. I znikał w ich przepastnych trzewiach tak samo szybko. Jedynie kolejne wstawanie od stolika przychodziło im jakby z większym trudem, a te ostatnie nawet z poświęceniem. Lecz było przy tym widać, że jest to poświęcenie świadome, gdyż wracając do stolika z kolejną górą jedzenia, uśmiech rozświetlał ich słoneczne, rumiane oblicza. Ich faceci w tym czasie ciągle „męczyli się” z pierwszą i jak się okazało, ostatnią porcją. Kiedy wreszcie kaszaloty, jak je nazwał, nie całkiem elegancko, Stasiu, zwieńczyły wyżerkę połową tortu, całą masą ciasteczek oraz wielką porcją lodów, myśleliśmy, że ta konsumpcyjna rozpusta dobiegła końca. Okazało się, że finał był dopiero przed nami. Towarzystwo wstało od stolika. Panowie wyszli na taras i usiedli przy stoliku usytuowanym tuż po drugiej stronie okna, co chcąc nie chcąc zmusiło nas do dalszej obserwacji wydarzeń. Zapalili papierosa i spokojnie czekali na swoje pusie, które znowu zszokowały publiczność, ponieważ podeszły do stołu z pieczywem, wybrały najdłuższą bagietkę, podzieliły ją na pół i jęły wydłubywać z nich wnętrzności. Widać było, że mają w tym wprawę, bo uporały się z tą czynnością ekspresowo. Następnie podeszły do tacy z frytkami i zaczęły napychać nimi wydrążone bagietki. Kiedy napchały już do nich tyle frytek, że ostatnie spadały im na podłogę, ujęły je ostrożnie w swoje pulchniutkie rączki i dołączyły do swoich wybrańców. Przez krótką chwilę myśleliśmy, że przezorne panie przygotowały sobie „drobną” przekąskę na przypadek dopadnięcia ich nocnego głodu, ale że sytuacja była dynamiczna, szybko okazało się, że znowu byliśmy w błędzie. Panie rozsiadły się bowiem wygodnie, powiodły wzrokiem po okolicy, zamieniły kilka słów z chłopakami, nabrały większą porcję powietrza i zaatakowały wypchane bagietki. Kiedy połknęły w mig kilka kęsów, spojrzały na siebie znacząco i jak na komendę zaczęły się gramolić ze swych krzeseł, by doczłapać się do baru. Po chwili każda z pań dzierżyła dumnie w dłoniach dwa półlitrowe kufle piwa. I znowu, w swej naiwności, sądziliśmy, że na pewno pomyślały o chłopakach i skapnie im się piwna popitka. Nic z tych rzeczy. Widać panie postanowiły być do końca nieobliczalne. Rozpłaszczyły ponownie swe cielska na krzesłach i postawiły kufle przed sobą. Odsapnęły, po czym każda sięgnęła po jeden kufel. W cztery może pięć sekund opróżniły jego zawartość. Bez przerwy na oddech. Chyba ze względów estetycznych postawiły puste kufle przed chłopakami i już spokojniej, popijając poszczególne kęsy piwem z drugiego kufla, wciągnęły resztę bagietki. Dopiero wtedy pojawił się na ich twarzach wyraz błogiego zadowolenia. Może nawet szczęścia wywołanego kulinarnym orgazmem. Podobno ludzka konstrukcja umożliwia i takie doznania. W każdym razie show dobiegło końca. Dodatkowego smaczku tej historii dodaje fakt, że panowie przez cały ten czas nie zwracali na to wszystko najmniejszej uwagi. Żadnej emocjonalnej reakcji. Ale przecież wszystko z czasem powszednieje.

Tak więc to portfele turystów podyktowały warunki, a szeroko pojęty przemysł turystyczny, musiał na nie przystać. Utrata części własnej tożsamości związanej z tradycją i kulturą nie spowodowała jednak u majorkańczyków jakiejś większej traumy. Przede wszystkim dlatego, że jak już wspomniałem, ponad osiemdziesiąt procent z nich żyje pośrednio lub bezpośrednio z turystyki. I to żyją sobie bardzo dobrze, w najbogatszym regionie Hiszpanii. Gmina Calvia, na której terenie leżą tak popularne i skutecznie wysysające pieniądze turystów kurorty, jak Santa Ponsa, Paguera, Magaluf czy Palma Nova już kilka razy okazywała się też najbogatszą hiszpańską gminą. Mimo że swój dobrobyt zawdzięczają pieniądzom turystów i rezydentów, to majorkańczycy nie pałają do nich nadmierną miłością. Są oni dla nich przede wszystkim źródłem zysku i często pod maską wymuszonych uśmiechów i serdeczności kryje się zwyczajna niechęć do panoszących się jak u siebie Niemców i Brytyjczyków. Z drugiej strony ci ostatni nie robią nic, aby zasłużyć sobie na większą sympatię miejscowych. Nie muszą. Zorganizowali się tak, że majorkańczycy są im właściwie potrzebni wyłącznie do świadczenia różnorakich usług. Mają swoje stacje telewizyjne i radiowe, wydają gazety, działają liczne kluby i stowarzyszenia. W każdej miejscowości są sklepy oferujące wyłącznie produkty z Niemiec lub Wysp Brytyjskich. Mogą posyłać swoje dzieci do szkół niemiecko lub angielskojęzycznych. Jest mnóstwo, zwłaszcza niemieckich, przychodni i gabinetów lekarskich. Ewentualne koszty leczenia w nich, pokrywają macierzyste ubezpieczalnie. W każdej gminie lub innym urzędzie znajdą urzędnika posługującego się ich językiem. Mało tego, to majorkańczycy chcąc mieć jakiekolwiek szanse na pracę w branży turystycznej, masowo uczą się wspomnianych języków na bezpłatnych kursach organizowanych przez wszystkie gminy w ramach regionalnych planów aktywizacji zawodowej.

No cóż, Niemcy i Brytyjczycy czują się na Majorce komfortowo, ale czy my, imigranci ze wschodniej Europy (tak nas tu postrzegają) mieliśmy w tej sytuacji jakąkolwiek szansę, aby zrealizować jeden z fundamentów naszego planu emigracyjnego zakładający integrację z miejscowym społeczeństwem? Dość szybko pozbyliśmy się złudzeń i zrozumieliśmy, że odpowiedź może być tylko jedna. W majorkańskich realiach to wykluczone. Jednak, jak już wspomniałem, wcale nas to nie załamało. W międzyczasie złapaliśmy już bowiem hiszpański luz i wystarczyło zmienić priorytety, żeby nasze życie na Majorce było dalej równie fascynujące, jak przed tą konkluzją.

… jak tylko nastroisz swój umysł, by odbierał każde wydarzenie jako pozytywne, dodające siły, na zawsze wyzbędziesz się lęku. Przestaniesz być więźniem swojej przeszłości. Przeciwnie, staniesz się architektem przyszłości.
Robin S. Sharma

 

Komentarz ( 1 )

  • Robin z Locksley

    Hej:)Majorka jest piękna…Mam nadzieję,że w następnym rozdziale przeczytam coś pozytywnego na jej temat:)Odwiedziłem to miejsce dwa razy i wspominam je niezwykle ciepło…Pozdrawiam

Zostaw odpowiedź