Rozdział 5

Jeżeli posiada się odpowiednie, czyli pozytywne nastawienie, to poszukiwania mieszkania do wynajęcia w obcym kraju mogą okazać się całkiem fajną przygodą. Można też przy okazji zebrać doskonały materiał poglądowy na temat tego segmentu rynku nieruchomości. Malkontenci mogą jednak postrzegać ten proces jako drogę przez mękę. Zwłaszcza jeżeli ich wysokie oczekiwania nie idą w parze z wielkością ich kapitału. No i jeżeli kompromis jest dla nich synonimem porażki i oznaką słabości. Na szczęście mieliśmy wówczas w sobie olbrzymie pokłady pozytywnego nastawienia i nawet wzrastająca determinacja nie uszczupliła znacząco ich zasobów. Wielka też musiała być w nas otwartość na nowe doświadczenia, bo bez problemu wytrzymaliśmy ponad tygodniowy maraton oglądania mieszkań, zarówno w Cala Millor, jak i w okolicznych miejscowościach. Kilka miesięcy wcześniej przeszliśmy podobny proces poszukiwawczy w Poznaniu, gdy po sprzedaży domu musieliśmy gdzieś przeczekać okres dzielący nas od wyjazdu. Mieliśmy więc jakiś punkt odniesienia, skalę porównawczą i siłą rzeczy tych porównań dokonywaliśmy. I wcale nie bez satysfakcji, wreszcie mogliśmy przyznać punkt dla Polski, ponieważ średni standard majorkańskich mieszkań to – bez owijania w bawełnę – katastrofa. I chociaż była to opinia niezależnych nieekspertów, czyli nas, a więc obarczona błędami i oczywiście jak najbardziej subiektywna, to okazało się, że nie byliśmy w tej opinii odosobnieni. Inni zamieszkali tu Polacy, z którymi rozmawialiśmy na ten temat, w zupełności się z nami zgadzali. Meble, to przeważnie koszmarna mieszanka kolonialnej tandety z ledwo trzymającymi się kupy „antykami” z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Kuchnie w większości mieszkań, co prawda cofały nas do czasów dzieciństwa, ale był to też czas zgrzebnego PRL-u, czyli nie dosyć, że były stare to jeszcze z tak zwanej najniższej półki cenowej. Normą były niedomykające się szuflady, powykrzywiane drzwiczki, łuszcząca się farba, a gdzieniegdzie jeszcze puste przestrzenie między szafkami zasłonięte były firanką z ceraty umocowaną na gumce. Zmywarki nie zauważyliśmy w zasadzie nigdzie.

Muszę zaznaczyć, że prezentowano nam mieszkania mieszczące się w określonym przedziale cenowym. Górną granicę określiliśmy na sześćset pięćdziesiąt euro, co wcale nie było wtedy taką niską kwotą. Może nie spodziewaliśmy się bólu głowy od bogactwa urodzaju, ale liczyliśmy, chociaż na kilka ofert spełniających nasze niewygórowane przecież wymagania. Przeliczyliśmy się. Właściwie jedynym zaskoczeniem na plus były, powszechne tu, granitowe blaty kuchenne. W Stanach Zjednoczonych uważane za szczyt luksusu, w Polsce na tyle drogie, że zdominował je tańszy laminat. Tymczasem na Majorce granitowy blat w kuchni to standard. Nie widzieliśmy laminatu w żadnym z pokazywanych nam mieszkań. Widocznie mają tego granitu w bród i fakt jego posiadania w postaci blatu kuchennego, nie stanowi tu dla nikogo powodu do dumy czy znajomego puszenia się. Ot taka oczywista oczywistość. Płytki ścienne i podłogowe w kuchniach lub łazienkach raziły pstrokacizną i fatalnym doborem kolorów. Mówienie o jakimkolwiek designie czy stylu byłoby nieporozumieniem. Także jakość ich położenia wołała o pomstę do nieba. Nasi płytkarze uchodziliby tu za artystów. Było to tym bardziej dziwne, że przecież słynne azulejos, czyli płytki, to jeden z symboli utożsamianych z kulturą i tradycją Hiszpanii. Okna, to dopiero był żałosny widok. Oczywiście również stare i w większości wykonane z drewna, które na skutek działania czasu, zimowej, wszechpanującej wilgoci, powietrza przesyconego morską solą i długotrwałej ekspozycji na słońce, rozszczelniło się i powykrzywiało na wszystkie strony. Powstałe tym sposobem nieraz całkiem spore szpary i dziury, zdawały się zapraszać do wnikania do środka tego wszystkiego, przed czym okna powinny zabezpieczać. W mieszkaniu, które w końcu wynajęliśmy, mieliśmy okna aluminiowe, trwalsze i lepsze od tych starych drewnianych, aczkolwiek jakość ich wykonania i sposób osadzenia pozostawiały sporo do życzenia. Ogólnie rzecz biorąc, to była okienna przepaść między Majorką a Polską. No ale to mogliśmy jeszcze zrozumieć, w końcu nasz kraj oknami stoi, a nasi czołowi ich producenci należą do czołówki światowych eksporterów. W największe osłupienie wprawił nas jednak masowy brak kratek wentylacyjnych w łazienkach. Coś, co wykluczyłoby u nas oddanie jakiegokolwiek budynku do eksploatacji lub naraziło na sankcje podczas kontroli kominiarskiej, tutaj było zupełnie nieistotnym zbytkiem. Obowiązek instalacji kratek wentylacyjnych w łazienkach został ponoć wprowadzony dopiero parę lat temu. Stwierdziliśmy z przekąsem, że widocznie Hiszpanie mają bardziej liberalne podejście do kwestii zapachów wydobywających się z toalet. Zrzuciliśmy to na karb ich, tak podziwianego przez nas, luzu. Ten budowlany luz, w zależności od punktu widzenia, interpretowany albo jako nieprzejmowanie się pierdołami, albo karygodnym brakiem dbałości o szczegóły, objawiał się również w jakości i sposobie wykonania, czy raczej wykończenia, nie tylko mieszkań, ale nawet cztero i pięciogwiazdkowych hoteli, w których mieliśmy przyjemność rezydować lub tylko je odwiedzaliśmy. Zwykły turysta nie zwraca na takie rzeczy uwagi, ale mój kolega, budowlaniec, który odwiedził nas na Majorce, był po prostu wstrząśnięty efektami, jak to określił, „radosnej twórczości” hiszpańskich kolegów po fachu. Nie mógł przeboleć, ile marmuru zmarnowali, według jego standardów, na skutek fatalnego jego ułożenia. Widać było, że cierpiał, patrząc na za szerokie i krzywe fugi, o zgrozo często wypełniane zwykłym cementem, niedokładnie zeszlifowane krawędzie, niezachowane kąty i inne liczne usterki. W Polsce, powiedział, każdy inspektor budowlany reprezentujący inwestora, kazałby to rozebrać i ułożyć na nowo. O odbiorze takiej fuszerki nie byłoby mowy. Wykonawca poszedłby z torbami. Starałem się jakoś bronić dobrego imienia hiszpańskich fachowców, tłumacząc ich zaistnieniem w tym przypadku zjawiska względności. Na Majorce bowiem wszelkiego kamienia, a więc marmuru i wspomnianego granitu, mają pod dostatkiem. Stały się one materiałem dość pospolitym i powszechnie stosowanym. Tym samym nie podchodzi się już do nich z takim pietyzmem. Granitowe blaty kuchenne to jedno, ale marmurem wykłada się masowo schody, a czasem podłogi i ściany klatek schodowych w zwykłych przeciętnych kamienicach, takich na przykład jak nasza. A wiadomo, że masówka nie sprzyja jakości. To przerabialiśmy już na naszym ojczystym gruncie. Kolega nie wydawał się jednak przekonany. Szerze mówiąc, sam siebie nie do końca przekonałem, mimo braku tak zwanego spaczenia zawodowego, które cechowało mojego kolegę i które zmuszało go do bezustannego taksowania i komentowania budowlanych niedoskonałości Majorki.

Oczywiście jest tu też sporo luksusu. W końcu to sławna Majorka. Jeden z najbardziej prestiżowych adresów nie tylko nad Morzem Śródziemnym, ale i w całej Europie. Rezydencje i apartamenty co bardziej zamożnych, w tym sporej ilości różnej maści gwiazd i celebrytów z całego świata, poziomem luksusu mogą niejednego przyprawić o zawrót głowy. Można by rzec, że toczy się tu swoisty, snobistyczny wyścig zbrojeń. Przysłowiowe „złote klamki” już dawno przestały być synonimem orientalnego blichtru i ekstrawagancji. Teraz wypada mieć złote wanny, kabiny prysznicowe, łóżka, balustrady, żyrandole, sufity, czyli złoto kapie zewsząd. Majorkańskie Eldorado. Ponieważ jednak trendy w środowisku obrzydliwie bogatych co rusz się zmieniają, także ten złoty trend zapewne wkrótce stanie się de mode. Jakiś nowy, aktualnie topowy celebryta, fantazją swoich projektantów, wyznaczy nowy kierunek. Oczywiście ku rozpaczy „złotych” snobów. Być może, zgodnie z duchem czasu, pójdą w technologie kosmiczne lub ultraekologiczne i w niedalekiej przyszłości wzgórza wokół zatok w Port Andtratx i Camp de Mar pokryją rezydencje w kształcie spodków i cygar lub wielkich drzew z materiałów biodegradowalnych z fotowoltaicznymi gałęziami.

Mają tu swoje „chałupy” między innymi, Michael Douglas z żoną Catherine Zetą-Jones, sławna modelka Claudia Schiffer, któryś z braci Kliczko, inny bokser rosyjski wielkolud Nikołaj Wałujew, aktor Antonio Banderas oraz były sławny walijski piłkarz, a później trener, między innymi Realu Madryt, John Toshack. Niedawno żona Michaela Schumachera kupiła tu okazyjnie, bo za marne trzydzieści milionów euro, rezydencję od prezesa tegoż Realu Florentino Pereza, żeby zapewnić rodzinie i przyjaciołom wakacyjny wypoczynek. Taki domek letniskowy na imprezy. To tylko nieliczni z długiej i ciągle się wydłużającej listy krezusów, którzy zainwestowali w segment luksusowych nieruchomości na Majorce. Rdzennym majorkańczykiem jest słynny tenisista Rafa Nadal. Jego dom rodzinny, rozłożysta willa zatopiona w piniach, stoi na wzgórzu okalającym piękną zatokę w Porto Cristo. Sam Rafa mieszka obecnie w apartamencie w Manacor, największym mieście wschodniej Majorki. Jakiś czas temu otworzył tu Akademię Tenisową, rzecz jasna swojego imienia. Przy każdej okazji, z dumą podkreśla swoje pochodzenie. Claudia Schiffer od wielu lat obchodzi tu swoje urodziny. Z tej okazji organizuje huczne przyjęcia, na które zjeżdża się śmietanka towarzyska nie tylko ze świata mody. Niestety dla tej śmietanki, wkrótce ta coroczna darmowa wyżerka i wypitka prawdopodobnie się skończy. Powód jest całkiem prozaiczny. Wszak znana jest niechęć pań w pewnym wieku, a już zwłaszcza celebrytek, do fetowania kolejnych urodzin i innych rocznic przypominających im o nieubłaganym upływie czasu. Z kolei nasza rodzima modelka, ponoć sławna w pewnych kręgach, Anja Rubik, wzięła ślub w małym kościółku w Deji, malowniczo położonej wiosce na zachodnim wybrzeżu. Niestety, romantyczne okoliczności tej uroczystości oraz niewątpliwy urok tego miejsca, nie zapobiegły późniejszemu rozpadowi jej małżeństwa, co wszak nie zniechęciło Anję do zakupu ustronnej chatki w okolicy. Obok tego kościółka znajduje się niewielki cmentarz. Oprócz tego, że rozpościera się z niego fantastyczny widok na okolicę, to dodatkowego splendoru dodaje mu fakt, że spoczywają tu szczątki Roberta Gravesa, sławnego angielskiego poety i prozaika, specjalizującego się w opisywaniu niezwykłych historii z dziejów Cesarstwa Rzymskiego. Swego czasu dużą popularnością, także w Polsce, cieszył się serial „ Ja Klaudiusz” będący ekranizacją jego książki. Zauroczony Majorką kupił tu dom i mieszkał w nim aż do swojej śmierci. Ciekawe czy na całokształt jego zauroczenia składał się również fakt niegdysiejszego bycia Majorki częścią jego ulubionego Cesarstwa. Na pewno jednak to jego zauroczenie musiało być wielkie, skoro jego wolą było, by już po ulotnieniu się duszy, pozostawić tu jej ziemską, materialną powłokę. Syn Roberta Gravesa cały czas mieszka w Deji. Jest właścicielem restauracji i popularyzatorem tradycyjnej kuchni majorkańskiej. Te sławne nazwiska, anegdoty i historie związane z Majorką można by mnożyć bez końca, ale ponieważ nie jest to portal plotkarski, wątek ten uważam za zamknięty.

Szukaliśmy mieszkania bliżej nieokreślonego. Po prostu mieliśmy się w nim czuć dobrze no i koszt jego wynajęcia nie mógł przekraczać naszego budżetu przeznaczonego na ten cel. Nie musiało opływać w luksusy, ale powinno posiadać standardowe udogodnienia ułatwiające życie. Nie chcieliśmy odczuwać dyskomfortu z powodu drastycznego obniżenia poziomu, do którego się przyzwyczailiśmy. W końcu nie przyjechaliśmy na Majorkę na obóz przetrwania ani szukać ukojenia w ascezie. Przeciwnie, pragnęliśmy żyć tu pełną piersią, a wygodne mieszkanie z klimatem miało być częścią tego planu. Po ponad tygodniu poszukiwań, huśtawce nastrojów, od entuzjazmu po zniechęcenie, od nadziei po prawie rezygnację, udało nam się takie mieszkanie znaleźć. Nie było idealne, można było przyczepić się do tego czy owego, ale spełniało nasze podstawowe kryteria i niewątpliwie posiadało wspomniany klimat, który jednakże w przypadku tego mieszkania, okazał się pojęciem bardzo wieloznacznym. Do jego wyboru przyczyniła się też na pewno nasza postępująca determinacja, aby wreszcie zamieszkać na swoim. Poza tym sezon zbliżał się niebezpiecznie dużymi krokami i co za tym szło, liczba wolnych mieszkań na wynajem dramatycznie się kurczyła. Największymi plusami naszego mieszkania były jego lokalizacja oraz wielkość. Przynajmniej tak nam się na początku wydawało. I na tych pozytywach postanowiliśmy się skupić, przymykając oczy na mankamenty. Z czasem dotarło do nas, że to, co było super na wakacjach, niekoniecznie sprawdzało się na dłuższą metę. Nawet widok na morze z każdego z dwóch obszernych balkonów z czasem stracił na atrakcyjności, gdy okazało się, że z tą lokalizacją to nie tak do końca jest rewelacyjnie.

Mieszkanie znajdowało się w narożnej kamienicy, w drugiej linii od morza, przy gwarnym deptaku, obfitującym jak wspomniałem, w niezliczone ilości sklepów, barów, restauracji, salonów gier i innych przybytków, bez których przeciętny turysta nie wiedziałby co począć z nadmiarem czasu na „wypracowanych” wakacjach. Początkowo bardzo nam to odpowiadało, bo ten wakacyjny klimat uruchomił przyjemne skojarzenia, a poza tym wszędzie było blisko. Po poranną bagietkę szedłem ledwie pięć minut i to zahaczając o promenadę, aby nacieszyć oczy plażą złocącą się w porannym słońcu i lśniącym w jego blasku morzem. Zdążyłem też zawsze zaliczyć ćwiczenia oddechowe i krótko pomedytować. Przy kawiarnianych stolikach ustawionych na chodnikach, już rezydowali amatorzy porannej kawy, niespiesznie przeglądając prasę. Niemcy, Brytyjczycy, a nawet Rosjanie bez problemów mogli kupić wszystkie ważniejsze tytuły. Trochę im zazdrościłem, bo ani na Majorce, ani później na Teneryfie nigdy nie zauważyłem w handlowej ofercie żadnej polskiej gazety. Lubiłem te sielankowe, majorkańskie poranki bez tłoku, hałasu i pośpiechu. Obserwowanie budzącego się życia. Poczucie panującej harmonii. Tłumy turystów siedziały jeszcze w swoich hotelach, pałaszując śniadanie lub szykując się dopiero do inwazji.

Mniej więcej do połowy maja noce były na tyle chłodne, że mogliśmy zamykać okna, które w miarę skutecznie tłumiły odgłosy nocnego życia. Jednak wkrótce, wraz z nadejściem gorących dni i bardzo ciepłych nocy, zmuszeni byliśmy otwierać je na oścież, by chłonąć łapczywie każdy, nawet niewielki powiew chłodniejszej morskiej bryzy. Wtedy unaoczniła się w całej pełni mroczna strona centralnego położenia naszego mieszkania. Przekonaliśmy się w dosyć bolesny sposób, że tak naprawdę Cala Millor w ogóle nie zasypia. No może zimą, w końcu ile można wytrzymać bez snu. Początkowo będąc jeszcze w euforycznym stanie wywołanym samym faktem zamieszkania na Majorce, bagatelizowaliśmy nocny hałas, wmawiając sobie, że trzeba się po prostu do tych dźwięków przyzwyczaić. Po pewnym czasie zrozumieliśmy jednak, że w naszym wieku do pewnych rzeczy przyzwyczajać się jest już bardzo trudno i wtedy pojawiła się mała frustracja, a potem trochę większa i jeszcze większa – wzrastała wprost proporcjonalnie do ilości zarwanych nocy. Najgorsze, że nie mieliśmy wyboru. No może mieliśmy, ale z rodzaju takich jak wybór między złym a gorszym, czyli między spaniem we względnej ciszy, ale w duchocie i gorącu lub w hałasie, ale w jako takim komforcie termicznym, nie pocąc się już przez sam fakt kontaktu z pościelą. Wybraliśmy opcję drugą, więc hałas stał się nieodłącznym towarzyszem naszych nocy. Początkowo zlewał się w jedną całość, lecz z czasem zaczęliśmy precyzyjnie rozróżniać jego części składowe.

Naprzeciw naszej kamienicy było bistro „Kebab” prowadzone przez całkiem sympatycznych Marokańczyków. Chłopaki otwierali swój interes o trzeciej po południu, a zamykali wraz z ostatnim klientem, czyli jakieś dwanaście godzin później. Pewnie ze względu na konkurencję pobliskiego Burger Kinga, za dnia rzadko widywaliśmy tam jakiegoś klienta, za to wieczorem i w nocy ruch był jak w ulu. Mieliśmy momentami wrażenie, że wszyscy turyści oraz mieszkańcy Cala Millor, wracający w nocnych imprez, postanowili uzupełnić kalorie, spożywając donera w naszym „kebabie”. A że wszyscy oni byli, naturalną koleją rzeczy, pod wpływem różnych substancji wykluczających racjonalne myślenie, to wydawało im się, że im głośniej artykułują swoje złote myśli, tym więcej w nich mądrości. Często też widocznie musiało im się wydawać, że ich oracje przekroczyły granicę zwykłej banalnej mądrości i zahaczają już o strefę geniuszu, bo często z nieskrępowanego, by nie rzec, donośnego mówienia, przechodzili w krzyk. Głębia ich myśli wyrażana w tak dramatycznej formie ekspresji, równie dramatycznie wpływała na moją bezsenność. Ale nie tylko to, bowiem w te pamiętne noce dokonywało się wiele innych „cudów”, które zamykały przede mną bramy krainy snu. Wielu na przykład ni stąd ni zowąd uwierzyło, że spłynął na nich nagle cudowny dar w postaci pięknego głosu, i wtedy byliśmy zmuszeni do wysłuchiwania ich wokalnych popisów. Na szczęście nie dominował jeden gatunek muzyczny, bo nie dosyć, że byłoby głośno, to w dodatku jeszcze monotematycznie, a wtedy moje katusze byłyby nie do zniesienia. Mogliśmy więc posłuchać nostalgicznego zawodzenia flamenco -najczęściej o niespełnionej lub niedonoszonej miłości- zabawnych i na ogół sprośnych przyśpiewek reprezentujących majorkański folklor, donośnych śpiewokrzyków niespełnionych rockmanów ( niektórzy byli naprawdę nieźli) oraz wymiotnie przesłodzonych szczebiotów popowej sieczki. Oczywiście w ojczyźnie Montserrat Caballé, José Carrerasa i Plácido Domingo nie mogło zabraknąć licznych tenorów i sopranistek. Pół biedy, gdy tenorzy konkurowali w możliwie najlepszym wykonaniu La Donna e Mobile lub Nessun dorma, ale kiedy sopranistki o trzeciej w nocy, mając już odpowiednio naoliwione struny głosowe, zaczęły ćwiczyć swoje vibrato, tylko swojskie k…a mać, mimo iż wypowiadane szeptem, pozwalało mi jakoś przetrwać. Jakieś trzydzieści metrów dalej, bliżej plaży, mieścił się niewielki bar. Dwa stoliki na zewnątrz i ze sześć w dość siermiężnym wnętrzu, podobnie jak „Kebab”, cały dzień świeciły pustkami. Nieoświecony turysta mógłby pomyśleć, że jego dni są policzone. Nieoświecony, bo skąd niby miał wiedzieć, że właściciel baru wybrał dość specyficzny model biznesowy. Otóż około dwudziestej drugiej zaczynała się tam schodzić miejscowa „elita”, czyli drobne pijaczki i inne typki spod ciemnej gwiazdy, niestety płci obojga. Niestety, ponieważ faceci po pijaku rozmawiali, owszem mocno podniesionym głosem, ale przeważnie o piłce nożnej, o polityce i naturalnie o kobietach. Kobiety natomiast, obdarzone przez naturę wyższym głosem niż mężczyźni, zdawały się wykorzystywać to w sposób bezlitosny dla wszystkich próbujących rozpaczliwie zasnąć. Wydawały z siebie szereg donośnych dźwięków, które trudno określić konkretnym przymiotnikiem. Niekiedy przypominało to smętny śpiew, często przeradzający się w nagły krzyk, by znienacka przejść w pełne rezygnacji zawodzenie ocierające się o płacz. Nie trzeba było być znawcą kobiet, żeby domyślić się, że przychodziły tam raczej niewiasty życiowo niespełnione, o zapaskudzonym życiorysie, tkwiące w toksycznych związkach i szponach różnych nałogów, i w związku z tym będące w permanentnym melancholijnym stanie. Jakby tego było mało, każdej nocy punktualnie o wpół do trzeciej, nigdy wcześniej ani później, pojawiała się śmieciarka, w celu opróżnienia czterech kontenerów ustawionych przy Burger Kingu, też jakieś czterdzieści metrów od nas. Na jakieś dziesięć minut, bezceremonialnie, bez grama szacunku dla artystycznej bohemy Cala Millor, zakłócała nam kebabowo-barowe show. Koło siódmej, o godzinie, w której nasz sen znajdował się właśnie w najgłębszej wolnofalowej fazie, budziła nas czyszczarka, czyli taki głośny samochód-odkurzacz, który z wolna przetaczał się przez dwie okalające naszą kamienicę uliczki. Hałas z jeżdżącego odkurzacza często współgrał z równie upierdliwym odgłosem podnoszonych już masowo rolet sklepowych. O głośno rozmawiających, śpiewających lub krzyczących turystach, którzy wracali bladym świtem z różnych imprez i harmidrze, który wywoływali dostawcy towaru, nie warto nawet wspominać. No cóż, nie można zarazem mieć i gonić króliczka. Chcieliśmy mieszkać w kurorcie, więc musieliśmy zaakceptować wynikające z tego faktu konsekwencje.

Przez jakieś pierwsze dwa miesiące nasze organizmy wyrównywały sobie nocne niedobory snu poobiednimi drzemkami, w czym upodobniliśmy się do miejscowych. Ten prastary obyczaj zwana sjestą, jest nadal niezwykle żywy w kulturze hiszpańskiej, choć młodsze pokolenia powoli zdają się od niego odchodzić. W większości zostały już niestety zainfekowane wirusem obłędnego pędu ku bogaceniu się, co wiąże się z nieustannym brakiem czasu na cokolwiek, co zakłócałoby rozwój tego szaleństwa. Potem kiedy kolejny dzień okazywał się za krótki, by zrealizować choćby część z wysypu pomysłów, które urzeczywistniały nasz plan życia jego pełnią, doszliśmy do wniosku, że jednak trochę nam żal tego poobiedniego czasu na sen, więc znowu się przestawiliśmy i odsypialiśmy noce po ustaniu porannego bombardowania hałasem, czyli mniej więcej od ósmej do dziesiątej. Żartobliwie nazwaliśmy ten czas poranną sjestą. Ponieważ, odkąd sięgam pamięcią, mieliśmy z żoną pewne problemy z porannym wstawaniem, zaakceptowaliśmy tę późniejszą pobudkę bez żadnych oporów.

Z pewnym przerażeniem oczekiwaliśmy natomiast pierwszego gościa, czyli mojej mamy. Obawialiśmy się, że z uwagi na długoletnie nocne nawyki i przyzwyczajenia, w tym przyzwyczajenie do nocnej ciszy, po prostu nie zmruży oka i zamiast wypocząć i nabrać energii, wróci do Polski wyczerpana i znerwicowana. Uprzedziliśmy ją, w dość oględnych słowach, o potencjalnym zagrożeniu i doradziliśmy zaopatrzyć się w zatyczki do uszu, co wydawało się idealnym rozwiązaniem. Znowu jednak nie doceniliśmy pojęcia względności. A przecież kilka razy czytałem o doświadczeniu, w którym to samo zdarzenie widziane jednocześnie przez kilkanaście osób, zostało później przez każdą z tych osób opisane zupełnie inaczej. Po prostu, na skutek różnych uwarunkowań, każdy z nas w inny sposób postrzega rzeczywistość. Nie wiedzieć czemu, zupełnie o tym wtedy zapomniałem. Jakież więc było nasze zdziwienie, gdy rankiem po pierwszej nocy zapytaliśmy mamę jak się jej spało?
– Bardzo dobrze – odpowiedziała – spałam jak młody bóg.
– Ale włożyłaś zatyczki do uszu?
– Nie, nie było takiej potrzeby, wcale nie było tak głośno. Ot taki typowy, kurortowy gwar.
Podobnie było z większością naszych gości. Owszem, coś tam słyszeli, ale przyjemnie znużeni plażowaniem, kąpielą w morzu, zwiedzaniem, spacerami, pysznym jedzeniem i świetnym hiszpańskim winem oraz naturalnie wzbogacającą konwersacją z gospodarzami, spali jak aniołki, wychwalając pod niebiosa tak wspaniałą lokalizację.

Innym, już niewątpliwym atutem naszego mieszkania była jego wielkość. Oprócz przestronnego salonu połączonego z jadalnią były jeszcze trzy sypialnie z łożami małżeńskimi, duża kuchnia wyposażona prawie we wszystko, co było nam potrzebne ( oczywiście nie było zmywarki ) oraz dwie łazienki. No i dwa balkony. Każdy z bocznym widokiem na morze. Całość miała ponad sto metrów i dzięki tej przestrzeni mogliśmy podejmować gości z Polski i jednocześnie zachować poczucie względnej intymności i jako takiej niezależności.

Wprowadziliśmy się do „naszego” mieszkania na Majorce pod koniec marca. Mimo że byliśmy bardzo szczęśliwi z tego powodu, a pozytywna energia wręcz nas rozsadzała, nie uczciliśmy tego wiekopomnego wydarzenia jakoś szczególnie. Pochłonęło nas rozpakowywanie, wieszanie i układanie w szafach naszej skromnej garderoby, powlekanie pościeli, jeżdżenie z meblami i inne drobne, ale absorbujące czas czynności. Kiedy skończyliśmy, było już późno w nocy. Sił starczyło jeszcze tylko na szybki prysznic. Pierwszy miesiąc minął nam na przeobrażeniu naszych ponad stu metrów w miarę przytulne gniazdko. Wiązało się to z zakupem szeregu mniejszych i większych oraz bardziej i mniej potrzebnych rzeczy. Musieliśmy kupić telewizor i niewielki zestaw stereofoniczny. Jako wielbiciel muzyki, nie wyobrażałem sobie dnia bez wysłuchania odpowiedniej dawki dźwięków z moich ulubionych płyt, które oczywiście przywiozłem ze sobą. I właściwie na tym etapie mógłbym już zakupy zakończyć, aby skoncentrować się na rzeczach dających dużo więcej przyjemności, ale żona, jak to kobieta, dopiero się rozkręcała. Na dodatek wymagała przy zakupach mojej obecności, że niby wspólnie mamy wybierać te wszystkie duperele i jeszcze ma nas to cieszyć. Żonę rzeczywiście to cieszyło, mnie jakby mniej, ale nie robiłem z tego problemu, pamiętając, że przecież mieszkam wreszcie na wymarzonej Majorce i to jest wystarczający powód, by być wyluzowanym, a więc również spokojnym i cierpliwym. I taki też byłem. Żona również, toteż codziennie konsekwentnie i cierpliwie wymyślała, co też jeszcze mogłoby nam być niby potrzebne. A nawet jeśli jakimś cudem przekonałem ją, że akurat to czy tamto jest nam zupełnie zbyteczne, to stwierdzała, że teraz i może jest zbyteczne, ale kiedyś na pewno się przyda. Następnie udawała się do sklepu, oczywiście w moim niezbędnym towarzystwie i z wielką cierpliwością przeglądała sklepowe półki, często wracając do tych już dogłębnie zlustrowanych, aby w końcu, wielce z siebie zadowolona, kupić na przykład pojemniki na mąkę, cukier i ryż. Wykazywała się przy tym swoim niewieścim sprytem, bo zawsze pytała mnie o zdanie, którego i tak nie brała pod uwagę, ale mogła potem obarczyć mnie współodpowiedzialnością z tytułu ewentualnego nietrafionego zakupu. Z tych wszystkich pojemników na artykuły spożywcze, kosmetyki czy pranie, moją największą akceptację zyskiwały przeważnie te najtańsze. Nie bardzo mogłem pojąć, dlaczego muszą się jakoś specjalnie wyróżniać walorami estetycznymi skoro i tak miały być zamknięte w szafkach kuchennych lub łazienkowych. Bardziej zwracałem uwagę na ich jakość, czyli mówiąc wprost, czy były szczelne, bo jako wyroby w większości chińskie, niekoniecznie dawały taką gwarancję. Muszę zgodzić się z moją żoną, że w temacie zakupów reprezentuję typowe męskie stanowisko i raczej nie ma już nadziei na zmiękczenie tego stanowiska.

Na szczęście nie wszystko kręciło się w tym pierwszym adaptacyjnym miesiącu wokół zakupów i urządzania mieszkania. Chcieliśmy jak najszybciej wdrożyć nawyki, które pozwoliłyby nam żyć nowym, majorkańskim rytmem. Nie zapominaliśmy więc o codziennych długich spacerach, celebrowaniu posiłków, wygrzewaniu się na plaży, morskich kąpielach, wycieczkach po bliższej i dalszej okolicy, no i mimo wszystko, na wysypianiu się. Z tym ostatnim to była ciekawa sprawa. Od wielu lat miałem spore problemy ze snem. Albo nie mogłem długo zasnąć, albo budziłem się w środku nocy i do rana bezskutecznie odganiałem kotłowaninę myśli. Przesypiałem przeważnie parę godzin i to z częstymi przerwami na wielokrotne przekładanie się z boku na bok. O drzemce w dzień nie było mowy. Nie miałem na to czasu, a gdy nadarzyła się już taka okazja, to nie korzystałem z niej z obawy, że moja nocna bezsenność jeszcze się pogłębi. Zdawałem sobie sprawę, że moje problemy spowodowane były życiem w permanentnym stresie związanym z prowadzeniem firmy oraz prozą codziennego życia. Na Majorce, z każdym dniem, który oddalał nas od tych wszystkich problemów, miałem coraz mocniejsze wrażenie, że mój organizm stara się nadrobić wieloletnie zaniedbania w tej dziedzinie. Kiedy już nocne dźwięki stały się rutynowe, zaczęły coraz mniej doskwierać. Spałem więc coraz lepiej, a moje sny stały się całkiem przyjemne, niekiedy wręcz ekscytujące. Ucinałem sobie ponadto kilkunastominutowe, regeneracyjne drzemki koło południa i po obiedzie i bez żadnych problemów zasypiałem wieczorem. Ciągle nie mogę się nadziwić, jak wspaniałym tworem jest nasz organizm. Raz po raz odkrywam jakąś kolejną jego cudowną właściwość. Na przykład taką, że prawie bez przerwy ma nam coś do zakomunikowania. Próbujmy jak najczęściej wsłuchiwać się w nasz organizm, a to, co usłyszymy na pewno zwiększy ogólny komfort naszego życia.

Ten pierwszy miesiąc zweryfikował też nasze oczekiwania co do naszego pobytu na Majorce. Początkowo planowaliśmy wynająć mieszkanie na rok i po tym czasie zdecydować, czy zostajemy tu na stałe, czy też przenosimy się gdzie indziej. W grę wchodziła któraś z Wysp Kanaryjskich lub jeden z dwóch regionów  wybrzeża Hiszpanii kontynentalnej ; Costa del Sol lub Costa Blanca. Pozostanie na Majorce, wiązałoby się zapewne z decyzją o zakupie jakiejś nieruchomości. Myśleliśmy o jakimś większym domu lub niewielkim pensjonacie, który pozwoliłby nam zacząć zarabiać jakieś pieniądze poprzez wynajem pokoi turystom. Jednak informacje, które uzyskaliśmy od Izy, Jacka i Pawła oraz nasze niespokojne duchy ciągle pragnące doświadczać nowych przygód, spowodowały istotną zmianę naszego stanowiska. Zdecydowaliśmy się opuścić Majorkę późną jesienią, tak żeby zimę spędzić już w cieplejszym klimacie. To była pierwsza z ważnych decyzji, które podejmowaliśmy sukcesywnie wraz z nabywanym doświadczeniem, pozyskiwaniem kolejnych informacji, wyciąganiem różnych wniosków i co najważniejsze, obserwowaniem samych siebie. To ostatnie było nawet całkiem zabawne, lecz pod warunkiem, że nabyło się już hiszpańskiego luzu i dystansu. Bo na luzie, z dystansem i niemal ze stoickim spokojem przyjmowaliśmy fakt sukcesywnego obracania się w ruinę naszego planu emigracyjnego, opracowanego z pietyzmem, w szczegółach, zrodzonego w bólach i mękach procesu twórczego. Podobno jednak tylko świnia nie zmienia poglądów. W miarę inteligentny człowiek powinien wyciągać wnioski z własnych i cudzych doświadczeń i być elastyczny zarówno w działaniu, jak i myśleniu, reagując na zmieniające się okoliczności. Trwanie w bezsensownym uporze jest cechą ludzi tępych, odpornych na wiedzę lub bufonów żyjących w przekonaniu, że wszystko wiedzą i robią najlepiej. My, na szczęście, nigdy nie mieliśmy problemów ze zmianą sposobu myślenia, zmianą nawyków czy nawet stylu życia. Przeciwnie, wszelkie zmiany wyzwalały w nas nowe pokłady kreatywności. Owszem, jakaś cząstka zakodowanych w dzieciństwie przyzwyczajeń, skłonności, fobii, ułomności czy jak to tam nazwiemy, pozostają w nas niezmienne, lecz otwartość na zmieniające się bezustannie okoliczności, trzeźwa ocena rzeczywistości, wytyczanie nowych, bardziej lub mniej ambitnych celów i podejmowanie odpowiedzialnych i odpowiednich decyzji, pozwoliło nam niejednokrotnie wyjść bez uszczerbku z różnych opresji.

Jedynymi ograniczeniami w twoim życiu są te, które sam sobie narzucasz.
Robin S. Sharma

7 komentarzy

  • Roger

    Bardzo fajny rozdział. Mamy nadzieję, że następny pojawi się szybciej. Jakiej pogody można się spodziewać na Majorce na początku kwietnia ?

    • rokwklapkach

      Dziękuje..Na początku kwietnia noce i wieczory mogą być dość chłodne. W dzień jak grzeje słoneczko (a przeważnie grzeje) można się już opalać.

  • Pati

    Czyta się to z wielką przyjemnością , bardzo lekko i ciekawie. Podziwiam opis najdrobniejszych szczegółów jakie tam zastaliscie. Czekam na ciąg dalszy ?

  • Natalia

    Osobiście na Majorce byłam tylko kilka razy, by odwiedzić rodzinę, o której piszesz w rozdziale 4. Kocham to miejsce i tych ludzi! W tym momencie mieszkam z Piotrem w Anglii 🙂 i muszę przyznać, że jeżeli mowa o naszych rodakach na obczyźnie to wszędzie jest tak samo – w zasadzie to nie ma na co liczyć. Jedyną ważną rzeczą jakiej sie nauczyłam będąc poza domem rodzinnym ponad rok to to, żeby się nie poddawać i dążyć do wyznaczonych sobie celów/marzeń, nawet wtedy, gdy inni mówią nam, że będzie za ciężko, że realia nas zniszczą, że to nie ma sensu i tak dalej 🙂 Co do mieszkań na Majorce… w Anglii jest sto razy gorzej haha 🙂 istna masakra i śmiech na sali jeśli mowa o podejściu Anglików do czystości/dbałości. Wszędzie jest cudownie, póki się tam nie osiądzie! Każde miejsce ma swoje plusy i minusy 🙂 pozdrawiam i powodzenia!

  • Magda

    Wciągnęło mnie jak super ciekawa książka …. tym bardziej, że do momentu podjęcia decyzji o wyprzedaży wszelakich dóbr majątkowych w Polsce to tak jakbym czytała o sobie i moim mężu, może tez kiedyś się odważymy ….. na razie tylko wyjazdy wakacyjne i pełne zauroczenie południem ….. czekam na ciąg dalszy

  • Janina

    Dodatkowym atutem ciekawej treści Pana opowiadania są bardzo dobre zdjęcia.
    Pozdrawiam,
    Janina O.

Odpowiedz na „RogerAnuluj pisanie odpowiedzi