Rozdział 4

Wracaliśmy zadowoleni, czy wręcz zachwyceni z każdych wakacji na Majorce. Amplituda wahań poziomu naszego zachwytu była właściwie minimalna. Nasz stan był pokłosiem wielu czynników, ale myślę, że najważniejszym z nich było odpowiednie podejście do zagadnienia zwanego wyjazdem wakacyjnym. Po prostu skupialiśmy się na niezmiennych od lat priorytetach. Estetyka otoczenia, poznawanie i podziwianie arcydzieł natury, czerpanie z jej darów: słońca, morza, czystego powietrza oraz równowaga między szeroko rozumianą aktywnością, zarówno fizyczną, jak i tą związaną ze zwiedzaniem, a błogim nicnierobieniem na plaży czy przy basenie. Traktowaliśmy każdy wyjazd jako taki mały ochłap wolności, czasowe oderwanie od tych wszystkich przyziemnych spraw, z których utkane jest nasze codzienne bytowanie. To wszystko w pakiecie z obowiązkowym pozytywnym nastawieniem, czasem z dobrym towarzystwem, sprawiało, że zaliczaliśmy kolejne wakacje do udanych lub wyjątkowo udanych. Pozwalało też nie przejmować się rzeczami będącymi dla niestety coraz większej rzeszy rodaków wakacyjną zmorą. Chociaż tak naprawdę ową zmorę kreują sobie sami. Jakby przyjechali z misją wynajdywania dziury w całym, negacji wszystkiego, a następnie nieprzepartą chęcią sączenia jadu, czyli informowania o swoich „odkryciach” wszystkich znajdujących się w zasięgu ich wzroku. Zwłaszcza tych tak idiotycznie się uśmiechających. Dlaczego są tak niefrasobliwie zadowoleni? Musimy im uświadomić, że przecież tak naprawdę wdepnęli w szambo i tym samym są na gównianych wakacjach. Czy nie dostrzegają śniadaniowej monotonii, rozwodnionych drinków, zimnych gorących potraw, tłoku w restauracji, obcesowości recepcjonisty, karalucha w łazience, miernej jakości animacji, zimnej wody w basenie, nocnego hałasu, zbyt pobieżnego sprzątania, niewygodnych materaców? Mogą jeszcze tak długo. Wielokroć mieliśmy nieprzyjemność być świadkami ich popisów. To tacy wakacyjni, a najczęściej i życiowi złodzieje życiowej energii zwani też wampirami energetycznymi. Zrobią wszystko, żeby sprowadzić Cię na drogę negatywnego myślenia i ogólnego bezsensu. Podzielą się swoim zblazowaniem. Z lubością obarczą Cię swoimi, w większości wyimaginowanymi, problemami, ze szczegółami opowiedzą o swoich chorobach, których głupi lekarz nie potrafi zdiagnozować, dowiesz się, że tą spod ósemki zdradza mąż, a szwagierka bardzo się ostatnio posunęła. Po prostu bez żadnych skrupułów będą próbowali zarazić Cię swoim spojrzeniem na świat, widzianym przez pryzmat ich wąskich, końskich horyzontów. Każdy miał, ma lub będzie miał do czynienia z kimś takim, albowiem rozpleniło się tego co niemiara. Jakby nie dotyczył ich niż demograficzny. I nie ma na nich szczepionki ani nie skonstruowano jeszcze detektora wykrywającego takiego osobnika. Najłatwiej zlokalizować go na podstawie własnych symptomów. Po dłuższym kontakcie z takim wampirem czujesz się bowiem przygnębiony, wyczerpany emocjonalnie i fizycznie, zaczynasz się obwiniać i użalać nad sobą, masz wahania nastroju, a nawet możesz zacząć się przejadać. Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest natychmiastowe przerwanie wszelkich łączących Cię z nim więzi.

Cala Millor, w wolnym tłumaczeniu z katalońskiego, znaczy najlepsza zatoka. Nie doszukałem się okoliczności nadania niegdysiejszej osadzie rybackiej takiej nazwy, ale wierzę, że istniały ku temu istotne, obiektywne przesłanki. Z mniejszą Cala Boną, czyli dobrą zatoką, tworzy właściwie jeden organizm. Co prawda zatoki odgradza niewielki skalisty cypel wytyczający linię podziału, ale jest to granica niezauważalna dla turystów. O wiele bardziej zauważalny jest inny podział. Otóż Cala Millor jest totalnie zdominowana przez turystów z Niemiec. Brytyjczycy mają tu tylko swoje przyczółki, kropki na muchomorze, natomiast Cala Bona to już ich mekka, kokon, uroczysko, wszystko w jednym. Spacerując przepięknym nadmorskim bulwarem ciągnącym się wzdłuż obu miejscowości, nie zauważymy właściwie żadnych tablic lub znaków informujących o końcu jednej, a początku drugiej. Nawet jednak mniej uważny obserwator dostrzeże, że w pewnym momencie wszechobecny dotąd język niemiecki bijący po oczach i uszach ze wszystkich reklam, elektronicznych informacji, przedknajpianych potykaczy oraz mnóstwa telewizorów, zostaje zastąpiony językiem angielskim. Rozgrywki piłkarskie niemieckiej Bundesligi ustępują miejsca transmisjom z angielskiej Premier League, znikają ze stolików Paulanery czy Bitburgery, pojawia się Guinness lub słynny cydr Strongbow. Naganiacze przed restauracjami najpierw używają angielskiego, a dopiero potem ewentualnie niemieckiego. Pięćdziesiąt metrów wcześniej było dokładnie odwrotnie. Możemy mieć pewność, że właśnie wkroczyliśmy do Cala Bony. Przekroczyliśmy niewidzialną granicę. Tak to tam wygląda. I nie ma w tym nic szczególnego. Takie podziały to na Majorce norma, ale o tym później.

Cala Millor ma w swojej ofercie wszystko, co jest potrzebne do szczęścia turystom. Zarówno tym krótkoterminowym, jak i długoterminowym, za jakich się wówczas uważaliśmy. Nie jest tak mała, żeby pogardliwie nazwać ją zadupiem, ani zbyt duża, żeby nie można było jej określić jako kameralna. Czyli w sam raz dla nas. Właściwie bardziej dla mnie, bo nie przepadam za turystycznymi molochami. Przytłacza mnie widok ogromnej ilości hotelowych drapaczy chmur. Męczy mnie tłum, zgiełk i hałas. Żona zdecydowanie łatwiej odnajduje się w takich klimatach. Mieliśmy zatem piękną, piaszczystą, prawie dwukilometrową plażę ze wspomnianą już reprezentacyjną promenadą i równie atrakcyjny deptak zlokalizowany w drugiej linii brzegowej. Deptak, oprócz niezliczonej ilości wszelkiego rodzaju barów, kawiarni i restauracji, obfitował też w mnóstwo punktów handlowych. Żona z satysfakcją odnotowała, że swoje sklepy miało tu większość słynnych światowych sieci. Taka rozproszona galeria handlowa na świeżym powietrzu. Lukę w handlowej ofercie starali się wypełnić głównie Chińczycy, Hindusi oraz majorkini, jak mówiliśmy na miejscowych. Były dwa wielkie supermarkety i kilkanaście mniejszych. Swoje oddziały miały tu prawie wszystkie banki działające w Hiszpanii oraz operatorzy komórkowi, co było bardzo istotne, ponieważ wkrótce musieliśmy z niektórymi z nich zawrzeć bliższą znajomość, żeby zacząć normalnie funkcjonować. No i rzecz równie ważna – miejscowa przychodnia lekarska oraz nowoczesny szpital w oddalonym o dwadzieścia kilometrów Manacor. Dla ludzi z piątym krzyżykiem na karku i różnymi medycznymi przejściami świadomość tego faktu dawała alibi do czucia się odpowiedzialnym. Okolice Cala Millor – bliskie sąsiedztwo kilku miejscowości: Sa Comy, S’illot. Son Servery oraz górzyste lub pagórkowate tereny otaczające ją od zachodu, zachęcały do pieszych lub rowerowych wycieczek, które tak uwielbiamy. Można było podziwiać z nich wspaniałą panoramę zatoki. Jak się okazało, tych zalet Cala Millor miało dużo więcej, o mankamentach właściwie nie warto wspominać, choć pewnie, gdzieś między słowami, w dalszej części tej opowieści, będzie można je wyłowić. Jedynym mankamentem, o którym trzeba wspomnieć, ponieważ rzuca się w oczy od samego początku, było jej usytuowanie na wschodnim wybrzeżu. Słońce zachodziło tu więc w kierunku przeciwnym do morza. To oczywiście żart, choć dla romantyków ceniących sobie celebrowanie wieczornego rytuału związanego z chowaniem się słońca za morskim widnokręgiem taki „mankament” może stanowić problem, ale cóż, nie istnieje miejsce idealne. Nawet w Edenie czaił się podstępny wąż i rosło prowokacyjnie drzewo poznania dobra i zła, o braku toalet nie wspominając. Ale jak się nie ma tego, co się lubi, to trzeba polubić to, co się ma.

Jeszcze w Coloni de Sant Jordi skontaktowaliśmy się z Basią, którą poznaliśmy podczas pamiętnych wakacji w Cala Millor. Basia pracowała wtedy w recepcji hotelu, w którym mieszkaliśmy. Mamy taki sprawdzony sposób na przydział możliwie najlepszego pokoju z odpowiednim widokiem. Sprawdzony, bo nigdy nas nie zawiódł. Zawsze oświadczamy, że jest to nasza podróż poślubna z okazji któregoś tam lecia i w związku z tym prosimy o szczególne względy. Lepsze niewinne kłamstewko niż starcie z twardą rzeczywistością. A twarda rzeczywistość jest taka, że Polacy dostają z reguły gorsze pokoje od Niemców i Brytyjczyków. To wynik działania bezwzględnych praw ekonomii. Powodują one, że w większości turystycznych rajów wciąż uważa się nas za turystów gorszego sortu. To kłamstewko na szczególnie przywiązanych do tradycji i wartości rodzinnych Hiszpanów działa niesłychanie skutecznie. Podobnie było i wtedy. Podając paszporty grzecznej, ale wyraźnie zdystansowanej recepcjonistce, wygłosiłem sprawdzoną formułę o podróży poślubnej. Jakby uderzył w nią niewidzialny piorun z adrenaliną. Od razu wydobyła z siebie pokłady wylewnej serdeczności, z którą złożyła nam gratulację, a w następnej chwili (cały czas w skowronkach) zagadnęła coś do koleżanki, dotąd zatopionej w ekranie komputera, wskazując jednocześnie na nasze paszporty. Kiedy ta odebrała komunikat i zerknęła na orzełki w koronach, momentalnie się rozanieliła i znowu zaczęły się gratulacje – tym razem w znajomym nadwiślańskim narzeczu. To była Basia. Oczywiście, że musimy mieć najlepszy pokój z możliwych, to nie ulega wątpliwości, chociaż obłożenie jest bardzo duże. Ale już ona z koleżanką coś wymyślą, nie mamy się martwić. Nastąpiła krótka narada, po czym Basia wykonała dwa telefony. Jak zrozumiałem, do samej góry. Nie była to widocznie góra lodowa, bo chwilę potem Basia z triumfalną miną wręczyła nam klucze do apartamentu w osobnym budynku, leżącym tuż przy plaży. Apartamenty w tym budynku były w wyłącznej dyspozycji właścicielki hotelu, bogatej Szwedki, która udostępniała je tylko swoim osobistym gościom, przeważnie równie zamożnym Skandynawom przyjeżdżającym pograć sobie w golfa. Zrewanżowaliśmy się Basi zaproszeniem na kolację. Widocznie przypadliśmy sobie do gustu, bo zaprzyjaźniliśmy się i utrzymujemy kontakt do dzisiaj. Nigdy nie śmialiśmy przyznać się jej do naszego numeru z podróżą poślubną.

Basia mieszkała w Cala Millor przez kilka lat. Jako osoba niezwykle kontaktowa, entuzjastycznie nastawiona do życia i życzliwa wszystkim ludziom, nawiązała w tym czasie sporo znajomości. Chociaż jakieś pół roku przed naszą „emigracją” wróciła do Polski, to jednak mieliśmy cichą nadzieję, że skontaktuje nas z kimś, kto nam trochę pomoże przy znalezieniu mieszkania i udzieli kilku praktycznych rad. Basia spisała się znakomicie. Podesłała nam numery telefonów do trzech koleżanek, uprzedziwszy je wcześniej, w czym rzecz. Dzięki temu Paweł, mąż jednej z nich, za rozsądne pieniądze przetransportował nas swoim samochodem z Coloni do poleconego przez niego hotelu w Cala Millor. Cóż za odmiana! Zamieszkaliśmy w przytulnym apartamencie z widokiem na morze. Wygodne małżeńskie łoże w sypialni, duża wanna w łazience, wielki telewizor, funkcjonalna kuchenka, a przede wszystkim gorące grzejniki. Po zimnym wychowie w Coloni poczułem się naprawdę komfortowo, gdy wieczorem po długiej gorącej kąpieli w ciepłej łazience, mogłem rozsiąść się wygodnie na sofie w równie ciepłym saloniku, w samej pidżamie, i delektować się szklaneczką whisky z lodem. Ciąg dalszy czerpania radości z małych przyjemności.

Teraz mogliśmy przystąpić do szukania odpowiedniego mieszkania. Postanowiliśmy działać dwutorowo. Pierwsza, najbardziej oczywista opcja, zakładała sprawdzenie oferty kilku agencji nieruchomości działających na lokalnym rynku. Druga opcja uwzględniała pomoc koleżanek Basi, w końcu wystawiła nam ustne listy polecające. Szybko jednak ta opcja stała się planem B lub raczej planem awaryjnym. Stało się tak w wyniku ciekawej rozmowy, jaką odbyliśmy z Pawłem podczas godzinnej jazdy do Cala Millor. Zarzuciliśmy go oczywiście dziesiątkami pytań, na które zresztą cierpliwie odpowiadał. Gdy padło wreszcie pytanie o jego lub jego żony ewentualną pomoc przy szukaniu mieszkania, odpowiedział z rozbrajającą szczerością, że nie mamy co na nich liczyć, gdyż o żadnym wolnym mieszkaniu nie wiedzą, a poza tym są bardzo zapracowani i nie dysponują nadwyżką czasu, który mogliby nam poświęcić. Dodał też, że z dwoma pozostałymi koleżankami Basi nie mają co prawda żadnego kontaktu, ale doszły go słuchy, że to raczej one potrzebowałyby pomocy w sprawach bytowych, więc też chyba nie powinniśmy uwzględniać ich w naszych kalkulacjach. Spytaliśmy go zatem, czy zna jakichś innych rodaków, którzy, nie za darmo oczywiście, mogliby nam pomóc. I wtedy, jakby nieświadomie sprowokowany, opowiedział nam swoją historię, jakże znamienną dla niemal wszystkich skupisk Polaków za granicą. Historię wielce pouczającą, ale i przepełnioną goryczą, niczym piołun, którym moi dziadkowie leczyli gastryczne niedyspozycje.

Paweł przyleciał na Majorkę ponad dziesięć lat wcześniej. Na Mazurach, gdzie mieszkał, panowało wtedy straszne bezrobocie, więc gdy od dalekiego krewnego dostał propozycję wyjazdu do pracy na Majorce, długo się nie zastanawiał. Nie miał po prostu nic do stracenia. Ciężka praca na budowie, dość marne zarobki, spanie po sześciu w jednym pokoju i brak ubezpieczenia, takie były początki. Los dzielił z innymi przybyszami z Polski. Nie zraziło go to jednak, zacisnął zęby i jakoś przetrwał ten najgorszy adaptacyjny okres, a z czasem zakochał się w Majorce i postanowił osiąść tu na dłużej. Wkrótce zakochał się po raz drugi, tym razem w swojej aktualnej żonie, wzięli ślub i szybko dorobili się dwóch synów. Nadal pracował na budowie, lecz jeszcze przed ślubem, za cel postawił sobie zostanie kimś więcej niż niewykwalifikowanym robotnikiem budowlanym. Zapisał się na kurs hiszpańskiego oraz na różne kursy zawodowe, dzięki którym uzyskał odpowiednie certyfikaty uprawniające go do pięcia się w górę w budowlanej hierarchii. W tym samym czasie jego koledzy, rodacy, jak nakazuje prastara budowlana tradycja, szli po pracy na wódkę lub wydawali ciężko zarobione pieniądze w inny, równie oryginalny sposób. Rano na budowie ich głównym problemem była walka z kacem, czasem również i z tym moralnym, i dopiero koło południa ich wydajność wzrastała do zadowalającego poziomu. Pracodawcy przymykali na to oczy, bo czego jak czego, ale fachowości odmówić im nie było można. Kiedy Paweł przestał z nimi chodzić na wódkę, by w tym czasie zająć się nauką, a później i życiem rodzinnym, stał się obiektem drwin i złośliwości. Już nie był jednym z nich, towarzyszem tej samej niedoli. Wyłamał się z niepisanych obowiązujących schematów. Gdy po dwóch latach właściciele firmy dostrzegli, że swobodnie porozumiewa się po hiszpańsku, wyróżnia się na tle pozostałych rzetelnością i uczciwością, a przy tym objawia talenty logistyczne, awansowali go na brygadzistę. I wtedy zaczęło się na dobre. Polskie piekiełko w najczystszej formie. Do drwin i złośliwości ze strony byłych już kolegów doszły coraz bardziej jawne prowokacje i cała masa anonimowych, a jakże, donosów. Ich adresatami byli nie tylko właściciele firmy, ale co gorsza, także jego żona. Musiał się tłumaczyć i udowadniać, że nie sprzedał cementu na lewo, że nie wykonał fuchy u klienta firmy, a żonę zapewniać, że nie ma dziecka z kochanką i że w ogóle nie ma żadnej kochanki. Gdy pojawiły się pierwsze oznaki nerwicy: nieprzespane noce, bóle głowy, kołatanie serca, dał za wygraną i niebawem się zwolnił. Dziś zajmuje się administrowaniem domów paru zamożnym Hiszpanom i dodatkowo dorabia sobie w wypożyczalni rowerów. Wydawał się zadowolonym ze swojego życia. Ze swojej historii wyciągnął jednak wnioski. Unika rodaków jak ognia, ze wszystkimi zerwał wszelkie kontakty i jak zapewniał, nie ma szans, żeby kiedykolwiek wszedł z kimkolwiek z nich w jakieś bliższe relacje. Jego trauma była tak wielka, że nawet nas zgodził się przewieźć wyłącznie po długich naleganiach żony.

Niestety, przypadek Pawła nie jest jakiś wyjątkowy. W swoim czasie naczytałem się i nasłuchałem mnóstwa relacji z życia naszej emigracji w różnych miejscach na świecie. Najwięcej, z oczywistych przyczyn, z osławionego „Jackowa” w Chicago i Greenpointu w Nowym Jorku. Wynika z nich kilka brutalnych prawd. Każdy, kto ma ambicje osiągnięcia czegoś więcej, niż bycie pariasem w hierarchii społecznej kraju, w którym żyje, może być pewien, że nie ma co liczyć na żadne wsparcie swoich ziomków. Jeżeli można mówić o jakiejkolwiek solidarności to wyłącznie w biedzie, beznadziei i zgodzie na bycie obywatelem drugiej kategorii. Mało tego, jeżeli ktokolwiek wzlatuje ponad poziomy, to zakłóca panujące status quo i wtedy rodzą się upiory. Albo raczej objawia się nasza prawdziwa natura. Nasze narodowe cechy skupiają się tam jak w soczewce. Niespotykana u innych nacji skala zawiści, która uwalnia pokłady niszczycielskiej kreatywności objawiającej się na przykład w masowym donosicielstwie i obmawianiu. Wieczne narzekanie i malkontenctwo, warcholstwo, skłonność do kombinowania, szukanie wrogów tam, gdzie ich nie ma, postawa roszczeniowa, pijaństwo, brak tolerancji i empatii, brak dyscypliny, konsekwencji, nieuzasadniona agresja i chamstwo, zakompleksienie, szowinizm a także analfabetyzm polityczny i społeczny. Skala donosicielstwa w naszym narodzie jest tak wielka, że przybiera ona już nieraz groteskową formę. Rzecznik urzędu skarbowego obwieścił niedawno, że pracownicy kontroli skarbowej nie mają czasu na rutynowe kontrole, gdyż w pierwszym rzędzie muszą sprawdzać tych obywateli i firmy, na których przychodzą stosy donosów. Co więcej, donosów z roku na rok przybywa. Kto tak „życzliwie” donosi? Prawie wszyscy. Najczęściej jest to rodzina, znajomi, sąsiedzi, koledzy z pracy, konkurencja, byli i aktualni pracownicy. Co oczywiste również ja i żona jako Polacy nie jesteśmy niestety wolni od tych wszystkich przywar. Głośno przyznajemy się do kilku z nich, a w skrytości ducha może do jednej więcej. Nasi niektórzy „życzliwi” znajomi lub członkowie rodziny przypisaliby nam całą ich masę. Zapewne nie pozostalibyśmy im dłużni, ale wiadomo, że „łatwiej dostrzec źdźbło w oku bliźniego niż belkę we własnym”. Najważniejsze to mieć świadomość ich posiadania i chociaż próbować z nimi walczyć.

Kierowanie się zdrowym rozsądkiem, wbrew pozorom, nie zawsze przynosi dobre rezultaty. Są takie sytuacje w życiu, że lepszym rozwiązaniem jest po prostu zaufać intuicji. Szczególnie intuicji kobiet, dość często bowiem nie kierują się one przy podejmowaniu różnych decyzji, niekiedy nawet bardzo ważnych, tak zwaną żelazną logiką, lecz swoje wybory tłumaczą przeczuciem. Moja żona na przykład, nader często korzysta z tego daru i muszę przyznać, że jej decyzje prawie zawsze były więcej niż trafione. Najbardziej spektakularne efekty przyniosła kiedyś jej decyzja o zakupie kawałka pola pod lasem. Szukaliśmy akurat działki pod budowę naszego ostatniego domu. Wydawało się oczywiste i logiczne, że działka musi być uzbrojona, czyli mieć, chociaż dostęp do prądu i wody oraz że musi prowadzić do niej jakaś droga. Gdy stanęliśmy na polu, które miejscowy rolnik podzielił na działki budowlane, od razu dopadły mnie myśli o stracie czasu i jak najszybszym powrocie do domu. Nie było prądu ani wody, ani w ogóle niczego, a nazwanie choćby drogą gruntową tego szlaku, który przebyliśmy, by stanąć tam, gdzie staliśmy, byłoby sporą nadinterpretacją. Jakby tego było mało, nieco wcześniej spadł wiosenny deszczyk i nogi grzęzły nam po kostki w błocie. A nie mieliśmy gumowców. Tymczasem, ku mojemu zdumieniu, żona stwierdziła, że to jest właśnie to miejsce, którego szukała. Koniec i kropka. Na nic zdała się moja perswazja i wyliczanie wszystkich, wydawałoby się logicznych argumentów przemawiających za natychmiastowym opuszczeniem tego bagniska. Całe moje oratorskie popisy skwitowała jednym zdaniem. Tak jej podpowiada intuicja, bo poczuła to coś, co trudno nazwać, ale czego nie doświadczyła podczas oglądania już ponad dwudziestu działek. Nie myliła się. Wkrótce okazało się, że już na dwóch metrach głębokości mieliśmy na działce wielkie pokłady wody. Wystarczyła niewielka studnia głębinowa, by korzystać z niej do woli. Prąd do budowy czerpaliśmy co prawda z agregatu prądotwórczego, ale tylko przez kilka miesięcy. Zanim dom był gotowy, podłączono nam wodę z wodociągów i prąd z elektrowni. Działki na tym polu okazały się hitem i rozeszły się błyskawicznie. W dodatku, ponieważ byliśmy pionierami, naszą kupiliśmy po preferencyjnej cenie i w najlepszej lokalizacji. W ciągu następnych dwóch lat cena działki wzrosła pięciokrotnie. I jak tu czasem nie zawierzyć intuicji lub przeczuciu, zwłaszcza kobiecej.

Choć Paweł i mój zdrowy rozsądek solidarnie odradzali nam wiązać jakiekolwiek nadzieje na uzyskanie pomocy przy szukaniu mieszkania od dwóch pozostałych koleżanek Basi, żona postanowiła, mimo wszystko, spróbować. Jak zwykle w takich momentach, stwierdziła, że ma przeczucie. Czuła, że może wyniknąć z tego coś pozytywnego. Pierwsza koleżanka zachowała się zgodnie z przewidywaniami Pawła. Wyrecytowała standardową formułkę o dobrych chęciach, braku czasu oraz złym okresie na znalezienie czegoś fajnego w przyzwoitej cenie. Na koniec udzieliła nam „błogosławieństwa”, życząc powodzenia i zapewniła, że jak tylko usłyszy coś o wolnym mieszkaniu, to się odezwie. Pewnie na „świętego nigdy” pomyślałem lecz tym samym został nam telefon ostatniej szansy. Wykonałem go głównie dlatego, żeby pozbyć się reszty złudzeń. Następstwem tej rozmowy było wyciągniecie przeze mnie dwóch ważnych wniosków. Pierwszy to taki, że efekty korzystania z daru posiadania intuicji lub przeczucia przez moją żonę ciągle mnie zaskakują, a drugi to odkrycie, że jednak nie warto do końca tracić wiary w rodaków, co było dla mnie bardzo krzepiące, pozwalało zachować jakąś nadzieję, było niczym światełko w tunelu. Iza niezwykle entuzjastycznie zareagowała na nasz telefon. Bez zbędnych ceregieli zaproponowała przejście na ty i zaraz potem zaoferowała nie tylko pomoc w znalezieniu mieszkania, ale też gratisowy transport przy przeprowadzce, wypożyczenie grzejników (na szczęście okazały się zbędne) i doposażenie naszego nowego lokum w kilka zbywających jej rzeczy, takich jak na przykład dywan i odkurzacz. Zaprosiła nas też natychmiast na kawę, by udzielić, jak się okazało, wielu bezcennych rad. Wydawało nam się, że nasza internetowa wiedza jest wystarczająco rozległa, aby bezproblemowo wkomponować się w majorkańską społeczność, tymczasem okazało się, że niektóre informacje, delikatnie rzecz ujmując, były trochę nieścisłe i nie znalazły potwierdzenia w zastanej rzeczywistości. Iza okazała się kopalnią praktycznych wiadomości. Po wyjściu od niej wiedzieliśmy w zasadzie wszystko na temat co, gdzie, kiedy i jak załatwić. Co ciekawe jej wiedza o majorkańskiej rzeczywistości była o wiele bardziej kompleksowa i precyzyjna niż wiceprezesa Stowarzyszenia Polaków na Majorce. Kilka dni wcześniej zadzwoniłem do niego, aby uzyskać kilka informacji u wiarygodnego, jak mi się zdawało, źródła. Niestety nie potrafił nawet podać prawidłowej lokalizacji urzędu dla obcokrajowców, w którym należało wyrobić sobie najważniejszy dokument, czyli N.I.E. Ten dokument legalizuje pobyt obcokrajowców w Hiszpanii, a także uprawnia do założenia konta w banku, podpisania umów z operatorem komórkowym i dostawcą kablówki, czy nawet otrzymaniem karty stałego klienta w supermarkecie. Pan wiceprezes wprowadził nas też w błąd, podając mylne informacje odnośnie procedur przy jego wyrobieniu. Na szczęście nie pospieszyliśmy się z wyjazdem do Palmy, nim nie zweryfikowaliśmy tej jego dezinformacji i przez to nasz system nerwowy nie zaznał uszczerbku o straconym czasie i kosztach nie wspominając.

Byliśmy autentycznie zaskoczeni postawą Izy oraz Jej męża Jacka. Jednak wyjątki potwierdzają regułę, a jakie reguły panują wśród polskiej emigracji, już wspomniałem. Mieliśmy po prostu to szczęście, że trafiliśmy na ten chlubny wyjątek. Iza i Jacek mieszkali na Majorce już ponad jedenaście lat. Zanim osiągnęli jako taką stabilizację, przeżyli wiele ciężkich chwil. Przy ich, niekiedy traumatycznych przeżyciach, nasz chłodzik w Coloni był banalnym, wręcz niewartym wspomnienia epizodem. Byli zwykłymi, ciężko pracującymi ludźmi. Nadal balansowali na granicy bezpieczeństwa socjalnego. Trudno powiedzieć skąd brały się u nich takie pokłady życzliwości i empatii. Zwłaszcza że, podobnie jak Paweł, ze strony rodaków nie otrzymali żadnej pomocy i wsparcia, choćby duchowego. Mimo iż przez te jedenaście lat poznali wielu Polaków żyjących na Majorce, z sympatią wspominali wyłącznie Basię. Przyjaciele Basi są naszymi przyjaciółmi, mówili. Jeżeli już doświadczyli czegoś dobrego, jakiegoś odruchu ludzkiej solidarności, to wyłącznie ze strony miejscowych lub innych imigrantów, najczęściej Latynosów. Przybysze z Kolumbii, Wenezueli czy Dominikany chętnie i spontanicznie oferowali pomoc w różnych sprawach, nie oczekując niczego w zamian i nie mając żadnych ukrytych intencji. Cieszyli się potem ich radością, a największą dla nich nagrodą było wspólne świętowanie, czyli fiesta. Wspólne spędzanie czasu przy jedzeniu, piciu, tańcach i śpiewie to była dla nich największa przyjemność. No i rzecz najważniejsza. Dużo, bardzo dużo śmiechu. Jak twierdzili Iza i Jacek, przez całe życie nie naśmiali się tyle, co podczas tych latynoskich fiest. Pewnie dlatego ludzie słonecznego południa dużo rzadziej zapadają na choroby związane ze stresem, czyli prawie wszystkie. Doskonale znany jest przecież dobroczynny wpływ śmiechu na nasze zdrowie. Terapia śmiechem jest bardzo skuteczna w leczeniu wielu chorób, ale najlepiej stosować go profilaktycznie, bo wydłuża życie, a przede wszystkim zwiększa jego jakość. Nie można go przedawkować i nie ma skutków ubocznych. To udowodnione i bezdyskusyjne.

Jako że życie nauczyło mnie, by zawsze mieć w zanadrzu plan B, to równolegle z Izą i Jackiem w poszukiwaniu mieszkania „pomagały” nam dwie lokalne agencje nieruchomości. Czas już trochę nas naglił. Dwa razy przedłużaliśmy nasz pobyt w hotelu, a większość naszych rzeczy wciąż spoczywała nierozpakowana w walizkach. Coraz mocniej pragnęliśmy osiąść wreszcie we własnym „gniazdku”, urządzić go według naszych upodobań i wreszcie poczuć, że oto staliśmy się pełnoprawnymi członkami majorkańskiej społeczności. Byłoby to jednocześnie tożsame ze staniem się, w jakiejś tam części, poddanym miłościwie wówczas panującego króla Juana Carlosa I będącego symbolem i wytworem ustroju Hiszpanii, czyli dziedzicznej monarchii parlamentarnej. Co prawda słowo poddany uwiera mnie jak wełniany sweter założony na gołą skórę, ale skoro taka była cena korzystania z dobrodziejstw Majorki, to zdecydowałem się trochę odpuścić i pójść z królem na kompromis.

Śmiech otwiera serce i wygładza duszę. Nigdy nie powinno się brać życia tak poważnie, by przestać się śmiać z samego siebie.
Robin S. Sharma

3 komentarze

  • Ronson

    Linka do Twojego bloga dostałem od kolegi…Nie mylił się, znalazłem to czego oczekiwałem. Ciekawe opisy miejscowości, zgodne z moim zdaniem wtrącenia na temat polskiego społeczeństwa….Cała historia bardzo ciekawa i czekam na więcej.Mam nadzieję,że do Teneryfy jeszcze daleko a czytania jeszcze dużo przede mną.Pozdrawiam

  • Janina

    Bardzo ciekawe i trafne spostrzeżenia i opinie na temat zachowań Polaków za granicą.
    Podziwiam Państwa odwagę i determinację związaną z potrzebą tak radykalnej zmiany w Państwa życiu. Gratuluję umiejętności ciekawego i szczerego przedstawiania realiów życia w tak efektownym miejscu na świecie ! Pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na kolejne odcinki.

    • rokwklapkach

      Bardzo dziękujemy za przychylną opinię. Również pozdrawiamy i zapraszamy do dalszej lektury.

Zostaw odpowiedź