Rozdział 3

Kiedy podjęliśmy decyzję o emigracji, zaczęliśmy się do niej solidnie przygotowywać. Spędziliśmy niezliczoną ilość godzin w internecie, wchłaniając jak gąbka wszelkie dostępne informacje oraz śledząc rozliczne fora i blogi na temat życia na Majorce. Przeczytałem cztery czy pięć książek (czyli wszystkie, jakie udało mi się zdobyć), których autorzy, głównie Brytyjczycy, opisują swoje historie związane z emigracją i ułożeniem sobie życia na tej pięknej wyspie. Tak więc logistycznie czuliśmy się przygotowani perfekcyjnie i wydawało się, że nic nie może nas zaskoczyć. Na uwagi niektórych znajomych wyrażanych w formie banalnych wówczas dla nas ostrzeżeń w stylu: – pamiętajcie, wakacje to nie codzienne życie!- reagowaliśmy nonszalanckim uśmieszkiem znamionującym pewność siebie- jasne, wiemy o tym, przecież nie jesteśmy dziećmi- odpowiadaliśmy, ucinając tym samym dalszą dyskusję na ten temat. A jednak mieli trochę racji. Może nawet więcej niż trochę. Parę rzeczy jednak nas zaskoczyło. I nie było o nich ani słowa w internecie, chociaż, jak tak teraz o tym myślę, to może i były, ale ich nie dostrzegliśmy lub raczej nie chcieliśmy ich dostrzec. Zaprojektowani na lepszą, różową przyszłość, nieświadomie pominęliśmy kilka tych nieistotnych, zdawało się, szczególików, które mogłyby zakłócić nasz obraz szczęśliwego życia na śródziemnomorskiej wyspie i podważyć, choćby w minimalnym stopniu, słuszność naszych wyborów i decyzji.

Oprócz dogłębnego poznania detali związanych z codziennym życiem musieliśmy również, a raczej przede wszystkim, określić cele, które chcemy osiągnąć, żyjąc na emigracji, czyli znaleźć sens w naszym działaniu. Wyznaczanie celów w życiu jest niezwykle ważnym czynnikiem, mającym istotny wpływ na jego jakość. I to zarówno tych celów bliższych, bardziej realnych, jak wybór szkoły, pracy, kupno samochodu, zaprzestanie jedzenia mięsa, poznanie wspaniałej dziewczyny lub chłopaka, rzucenie palenia czy zrzucenie paru kilogramów, jak i tych dalszych, na pierwszy rzut oka wydających się nieosiągalnymi, a nawet dość abstrakcyjnymi marzeniami, ale zakodowane w naszej podświadomości, zaprogramowują nas na ich osiągnięcie. Strasznie dużo powiedziano i napisano już na ten temat, więc czułbym się jak powielacz informacji, poświęcając temu zagadnieniu zbyt dużo miejsca. Mogę jednak, a nawet muszę stwierdzić, że to wszystko prawda. I że nasz przypadek, obok milionów innych przypadków, jest tej prawdy świadectwem. Śpieszę też pocieszyć wszystkich edukacyjnych leniuszków, że nie trzeba posiąść całej tej wiedzy, by osiągać sukcesy na polu realizacji życiowych celów czy marzeń. Myślę, że podobnie jak ja, większość tych szczęśliwców, którym uda się otworzyć właściwe drzwi w swoim umyśle, będzie zdziwiona, gdy przekonają się, jak niewiele trzeba zrobić, żeby zmienić otaczającą ich rzeczywistość. Oczywiście każdy przypadek będzie nieco inny, bo i każdy człowiek jest inny. Z naszego doświadczenia wiem tylko, że na początek niezbędna jest, nabyta lub odziedziczona, (bez znaczenia) tak zwana ciekawość świata. Ta ciekawość może wydawać wiele owoców, spektrum skutków jej posiadania jest ogromne. Na ogół są to skutki pozytywne, ale mogą być też negatywne, dramatyczne czy wręcz tragiczne. Na szczęście u nas poskutkowała ona (i wspomniane okoliczności życiowe) tym, że nie poddaliśmy się marazmowi i niemocy, ale zaczęliśmy szukać klucza do wiedzy, która umożliwi nam przekroczenie Rubikonu niemożności. Los sprawił, że udało nam się ten klucz znaleźć, a potem wystarczająco wyedukować, lecz abyśmy mogli zrobić następny krok, czyli zacząć działać, niezbędny był do spełnienia następny warunek; trzeba było uwierzyć. Wiara potrafi przecież zdziałać cuda. To jakże trafne powiedzenie nie dotyczy tylko sfery związanej z religią, wyznaniem i Bogiem, ale wszystkich sfer ludzkiego życia. Bardziej identyfikuję się z definicją określającą wiarę jako przekonanie, że coś jest słuszne, prawdziwe, wartościowe lub że coś się spełni. No, ale żeby takiego przekonania nabrać, znowu musiałem przeprowadzić śledztwo. Odkąd sięgam pamięcią, nigdy nie przyjmowałem, ani nie odrzucałem czegoś na zasadzie; tak, bo tak lub nie, bo nie. Zawsze rodziły mi się pytania, mnóstwo pytań. I dopiero po odszukaniu odpowiedzi (w przypadku niektórych kwestii szukanie trwało latami) czułem się uprawniony do przyjęcia określonego zdania czy stanowiska. W kwestii wiary w skuteczność wybranej przez nas metody dosyć szybko znalazłem właściwie wszystkie odpowiedzi. Z pomocą przyszły mi najnowsze osiągnięcia nauki w zakresie wpływu umysłu na procesy zachodzące w mózgu oraz skorzystanie z tysiącletnich tradycji doświadczenia mędrców i wizjonerów.

Kiedy uwierzyliśmy, mogliśmy popracować nad wytyczeniem celów. Kiedy odrobiliśmy i to zadanie, mogliśmy wreszcie wyruszyć w drogę prowadzącą do ich osiągnięcia. To bardzo ekscytujący moment. Czuliśmy się niemal jak żeglarz, który po długiej flaucie złapał wreszcie wiatr w żagle. Stara mądrość mówi, iż droga jest często ważniejsza od celu. Święta prawda. Osiągnięcie celu, w większości przypadków, powoduje bowiem zazwyczaj krótkotrwałe poczucie szczęścia i spełnienia. Rzecz jasna i tu występują różnice zależne na przykład od poziomu wrażliwości i innych cech charakteru, niemniej wszystko po pewnym czasie powszednieje i traci pierwotny blask. Dotyczy to zwłaszcza rzeczy materialnych. Cele zawierające w sobie jakiś pierwiastek duchowości, czyli czegoś ponadczasowego, cieszą zdecydowanie dłużej i odciskają w nas trwalsze emocjonalne piętno. Dla własnego zdrowia psychicznego i fizycznego niezbędne jest niemal permanentne wyznaczanie nowych celów, które uaktywnią w nas tę magiczną siłę, energię życiową napędzającą nas do działania i pokonywania życiowych przeszkód. Można powiedzieć, że wyznaczanie celów jest niczym paliwo dla samochodu, bo to ono pozwoli nam ruszyć w drogę i po krótszym lub dłuższym czasie dojechać tam, gdzie zamierzaliśmy.

Staraliśmy się, aby nasze cele miały wyłącznie wydźwięk pozytywny, były w naszym zasięgu, aczkolwiek nie tak znowu na wyciągnięcie ręki, ponieważ powinny inspirować do pracy nad sobą (podobno to jedyna pewna robota w życiu) i żeby łączyły w sobie wymiar praktyczny i duchowy. No i żeby były na tyle plastyczne, by można je było wizualizować. Wizualizacja, obok medytacji i mantry, jest bowiem ważnym narzędziem pobudzającym naszą podświadomość, angażującym nasz mózg oraz zwiększającym naszą motywację dla ich osiągnięcia. Przeczytałem gdzieś ostatnio, że po wielkiej karierze w świecie polityki i biznesu, wizualizacja i medytacja coraz śmielej stosowana jest w świecie sportu. Światli trenerzy zaliczają  je do najskuteczniejszych metod, a raczej praktyk treningowych. Na skonkretyzowanie naszych celów mieliśmy dużo czasu. Wiadomo już, jak długo sprzedawaliśmy dom i firmę. Niektóre, pierwotnie wyznaczone cele ulegały modyfikacji lub wraz z rozwojem naszej świadomości, całkiem się zmieniały. Najbardziej kreatywni byliśmy podczas długich spacerów po „naszym” lesie. Dochodziło wtedy do gorących dyskusji, podczas których każdy usiłował przeforsować swoje zdanie. Koniec końców, doszliśmy do porozumienia i określiliśmy najważniejsze dla nas rzeczy. Resztę postanowiliśmy pozostawić losowi. Pomni na wcześniejsze doświadczenia, stwierdziliśmy, że będziemy elastyczni i że będziemy ewoluować wraz z rozwojem wypadków. Wszak czasem improwizacja przynosi najlepsze efekty. Nie będę uprzedzał faktów, ale ta nasze ewolucja, po przybyciu na Majorkę postępowała w sposób na tyle gwałtowny, że wprawiła część naszych znajomych i rodzinę, która i tak z trudem nadążała za naszymi pomysłami, w jeszcze większe osłupienie.

Wylądowaliśmy w Palma de Mallorca szóstego marca około dziesiątej rano. Stolica Majorki jak zwykle przywitała nas piękną, słoneczną pogodą, choć w powietrzu wyczuwało się zimową rześkość. Wcześniej, przez internet wykupiliśmy transfer z lotniska do leżącej na południu wyspy miejscowości Colonia de Sant Jordi, w której zamierzaliśmy osiąść. Bus czekał na nas na parkingu przed lotniskiem, tuż obok szpaleru imponujących palm, które witają turystów niczym kompania reprezentacyjna wojska dostojnych dygnitarzy. Mają za zadanie oderwać ich od miliona spraw składających się na ich zwykłą codzienność i poprzez oczywiste skojarzenia, wywołać wakacyjny nastrój. Chyba dlatego, że byliśmy jedynymi klientami, a także że już na wstępie rzuciłem jakiś żart po hiszpańsku, kierowca spytał nas, czy bardzo się spieszymy. Spojrzeliśmy po sobie wymownie, z uśmiechem i to był właśnie ten moment, w którym coś się w nas zmieniło. Właśnie wtedy zyskaliśmy cudowną świadomość faktu, że już nigdzie nie musimy się spieszyć. To był taki mentalny przełom, chwila, w której zeszło z nas całe ciśnienie związane z całą tą logistyczną machiną przygotowującą nas do wyjazdu. Mogliśmy wreszcie założyć symboliczne klapki i skupić się na zgłębianiu tajników sztuki bezstresowego życia nad Morzem Śródziemnym. Kiedy odpowiedzieliśmy kierowcy, że mamy całe mnóstwo czasu, ten zaproponował nam jazdę nieco okrężną drogą, ale za to zobaczymy coś unico i fantastico. Oczywiście byliśmy jak najbardziej otwarci na wszystko, co wyjątkowe i fantastyczne, więc skwapliwie przystaliśmy na jego propozycję. Nie spodziewaliśmy się tak pięknego prezentu na powitanie Majorki. Przez blisko pół godziny pławiliśmy się w morzu biało-różowych kwiatów i wdychaliśmy powietrze przesycone wydzielaną przez nie cudowną wonią. To kwitły całe połacie sadów migdałowych. Migdałowce są bowiem najważniejszym drzewem uprawnym na wyspie. Wbrew obiegowym opiniom, są ważniejsze i popularniejsze od pomarańczy.

Po jakiejś godzinie jazdy dotarliśmy do celu. Sowitym napiwkiem podziękowaliśmy serdecznie kierowcy za niespodziewane, lecz wspaniałe doznania i wysiedliśmy przed pensjonatem, w którym mieliśmy zarezerwowany apartament. Był to niewielki, biały budynek o prostopadłej bryle. Mieściło się w nim dwanaście apartamentów. Każdy z nich składał się z części dziennej, czyli saloniku połączonego z aneksem kuchennym oraz łazienki i osobnej sypialni. Interes prowadziła rodzina Lopezów, na czele z głową rodziny, podobno sympatycznym seniorem Pablo. Tego dowiedzieliśmy się oczywiście z internetu. Opinie gości były ogólnie pozytywne. Zresztą nasze wymagania były stosunkowo niewielkie. Łazienka z ciepłą wodą, aneks kuchenny, w miarę wygodne łóżko i jakiś telewizorek, żeby od razu zacząć bardziej intensywnie oswajać się z językiem hiszpańskim. Najważniejsze było WiF-i, dzięki któremu żona mogła rodzinie i przyjaciołom na bieżąco relacjonować naszą właśnie rozpoczętą hiszpańską odyseję. Wszystko to mieliśmy mieć zagwarantowane, o czym zapewniał nas portal booking.com. Apartament zarezerwowaliśmy na tydzień z możliwością przedłużenia, gdyby w tym czasie nie udało nam się wybrać i wynająć odpowiedniego mieszkania. Wszystko zatem wydawało się idealnie zorganizowane, ale jak wiadomo „diabeł tkwi w szczegółach”. Ogarnęło nas lekkie zdziwienie, gdy wtłoczywszy swój cały dobytek w postaci dwóch walizek przed przeszklone drzwi prowadzące do recepcji, ujrzeliśmy za nimi niewielkie pomieszczenie, którego przestrzeń wypełniało mocno sfatygowane biurko, dwa równie sfatygowane regały wypełnione niedbale segregatorami, dwa fotele o wypłowiałej tapicerce i niewielka sofa, na której wylegiwał się rudy kot, lecz nie ujrzeliśmy nikogo z rodziny Lopezów. Nie spodziewaliśmy się czerwonego dywanu, fanfar i szampana, ale liczyliśmy, że ktoś jednak będzie na nas czekał. Uprzedziliśmy przecież o dacie i przybliżonym czasie naszego przybycia.

Przeszklone drzwi okazały się zamknięte. Nie było dzwonka, wiec zacząłem w nie pukać. Wobec braku efektu, w postaci pojawienia się kogokolwiek, moje pukanie dość szybko przeszło w łomot. Rzecz jasna kontrolowany, aby szklane drzwi nie uległy likwidacji. Ta czynność niestety również okazała się bezowocna. Nastało parę chwil konsternacji, po których już zaczęły się rodzić jakieś pomysły, gdy nagle żona dostrzegła niewielką kartkę przylepioną do szyby przy pomocy taśmy klejącej. Wyglądała tak niepozornie, że na początku nie zwróciliśmy na nią uwagi. Krótki tekst w języku angielskim informował państwa Aniola, czyli nas, że przydzielono nam apartament numer sześć, a klucze są w drzwiach. Cały czas pozytywnie nastawieni wytłumaczyliśmy sobie tę sytuację trwającą niedzielą. Być może cała rodzina Lopezów udała się do kościoła podziękować Najwyższemu za turystów o tej porze roku. Weszliśmy na piętro, gdzie znajdował się nasz apartament. Klucze, faktycznie były w drzwiach. Pierwsze co poczuliśmy po wejściu do środka, to przenikliwe zimno i panującą wilgoć – zimowy skutek uboczny wyspiarskiego klimatu. Jak gdyby przez całą zimę nikt tam nie wchodził. Na zewnątrz temperatura oscylowała między siedemnaście a dziewiętnaście stopni i na szczęście świeciło niezawodne słoneczko, więc czym prędzej pootwieraliśmy wszystkie okna, żeby wpuścić jak największą ilość jego ciepłych promieni oraz świeżego powietrza. Ku naszemu zdumieniu nie dostrzegliśmy grzejników. Znowu lekka konsternacja, ale cóż, takie kłopoty to nie kłopoty. W takich sytuacjach trzeba po prostu zachować zimną krew i mieć odpowiednie nastawienie. Traktowaliśmy przecież nasz wyjazd jako wielką przygodę i taka błahostka, jak zimne lokum na powitanie nadawała jej tylko kolorytu. W tamtym momencie uważaliśmy zresztą, że to jakieś niedopatrzenie i że któryś z Lopezów zapomniał coś tam odkręcić, coś, co ogrzałoby nasz apartament. Przecież to niemożliwe, żeby booking.com sprzedawał w marcu na Majorce nieogrzewane i w związku z tym zimne apartamenty. Wydawało się to tak oczywiste, że nawet tego nie sprawdziliśmy. Niestety, myliliśmy się.

Trochę się rozpakowaliśmy, sprawdziliśmy to i owo, odświeżyliśmy się w łazience i po jakiejś godzinie zszedłem na dół, przed oszklone drzwi, żywiąc nadzieję, że być może pojawił się już ktoś z Lopezów i wyjaśni oraz przeprosi za zaistniałą sytuację. No i niezwłocznie zainicjuje proces ogrzania naszego apartamentu. Tym razem drzwi były lekko uchylone. Wszedłem. Nie ujrzałem nikogo, ale na biurku dostrzegłem otwartą puszkę piwa – widoczny znak czyjejś bytności. Zapukałem zatem w drzwi, tyle że już od wewnętrznej strony, żeby zaanonsować swoją obecność. Długo nie musiałem czekać. Gdzieś z niewidzianego wcześniej zaplecza wyłoniła się kobieta w średnim wieku. Słowo „wyłoniła” dość wiernie oddaje sposób jej pojawienia się. Nie wyszła bowiem ani krokiem energicznym, ani zwiewnym czy chociażby swobodnym – po prostu wyczłapała się, powoli szurając ciężko nogami. Oczywiście mogłaby to być demonstracja objawów jakiegoś wrednego choróbska, ale szybko odrzuciłem tę myśl, ponieważ nawet szybka, pobieżna lustracja wystarczyła, żeby nabrać przekonania, iż kobieta – mówiąc oględnie- raczej nie preferuje zdrowego stylu życia. Przetłuszczone włosy, podkrążone i przekrwione oczy, obwisła skóra twarzy, zbyt obwisła jak na jej średni wiek i wydatny piwny brzuch nie pozostawiały pola do interpretacji. Nim zaszczyciła mnie spojrzeniem, najpierw zaciągnęła się głęboko trzymanym w ręku papierosem, a potem sięgnęła po puszkę z piwem. Trwało chwilę nim odstawiła ją od ust i dopiero wtedy wydała, z siebie głos pytając, czy ma przed sobą seniora Aniole. Gdy potwierdziłem, wykrzywiła usta w lekkim grymasie, który w dobrej wierze wziąłem za uśmiech, rzuciła obowiązkowe – hola- i powtórnie się zaciągnęła. Wtedy zauważyłem też, że mimo wczesnej pory, była już lekko wstawiona. Nie moja sprawa, pomyślałem i odwzajemniłem uśmiech. Następnie poinformowałem ją, że w apartamencie jest zimno, a ponadto nie działa kuchenka elektryczna. Zdawało mi się, że doznałem efektu deja vu, gdy ze stoickim spokojem stwierdziła, że przecież jest zima, to musi być zimno. Czyżby oglądała Misia? Nie, to chyba niemożliwe. Potem zdjęła z półki klucze do pokoju nad nami, instruując jednocześnie, żebyśmy korzystali ze sprawnej kuchenki znajdującej się w tym apartamencie. Tylko do jutra, bo jutro przyjdzie fachowiec, wszystko naprawi i znowu będzie muy bien, czyli bardzo dobrze. Nie nabrałem jeszcze wtedy hiszpańskiego luzu, byliśmy dopiero na początku naszej transformacyjnej drogi, więc uśmiech zniknął z mojego oblicza, oczy cisnęły ze dwie błyskawice i cedząc słowa, aby podkreślić moje niezadowolenie i związaną z tym faktem powagę sytuacji, powiedziałem jej, że to niedopuszczalne, aby przyjmować turystów zimą, skoro mają nieogrzewane pokoje i że zgłoszę skargę do booking.com. Jakoś to moje wystąpienie nie zrobiło na niej większego wrażenia, a jedynym jego efektem była oferta wynajęcie grzejnika elektrycznego w cenie pięciu euro za dobę. Jeszcze parę miesięcy wcześniej uznałbym taką propozycję za jawną prowokację i nie obyłoby się zapewne bez wielkiej awantury, ale wówczas, mimo wspomnianego okresu czeladniczego w mozolnej pracy nad sobą, poziom pozytywnych wibracji we mnie był już na tyle znaczący, że moje wystąpienie zużyło cały, niewielki zapas żółci, więc skonstatowałem tylko, iż nie warto kopać się z koniem i nie mając widoków na inne rozwiązanie problemu, skwapliwie skorzystałem z oferty. Niestety grzejnik nie okazał się wystarczająco mocny, abyśmy poczuli tak zwany komfort termiczny. Niemniej temperatura wzrosła chociaż na tyle, że mogliśmy zrzucić kurtki i siedzieć już tylko w bluzach. Na szczęście dopisywały nam humory. Śmialiśmy się z siebie, że oto wyjechaliśmy z Polski między innymi w poszukiwaniu słońca i ciepła, a teraz siedzimy tu, opatuleni, zapięci pod szyję, w butach, pijąc w pośpiechu gorącą herbatę, żeby zdążyła nas ogrzać nim wystygnie, co następowało błyskawicznie. Nic to, pierwsze koty za płoty. Udaliśmy się na krótki rekonesans po miejscowości, kupiliśmy trochę produktów w supermarkecie i zjedliśmy obiad w pobliskiej restauracji. Wieczorem, po zachodzie słońca, temperatura na zewnątrz się obniżyła, wewnątrz naszego locum niestety również. Postanowiliśmy nie czekać, aż złapie nas przeziębienie. Zjedliśmy skromną kolację, wzięliśmy gorącą kąpiel i szybciutko wskoczyliśmy do łóżka. Zimna kołdra trochę nas zmroziła, ale szybko się z nią zaprzyjaźniliśmy i wtedy otoczyło nas rozkoszne ciepło, które w połączeniu ze znużeniem podróżą oraz nadmiarem wrażeń spowodowało, że zasnęliśmy niemal natychmiast. Według słowiańskich podań pierwszy sen w nowym miejscu może mieć znaczenie prorocze, dlatego warto go zapamiętać. Nie śniło nam się jednak widocznie nic na tyle spektakularnego, żeby nie ulotniło się z naszej pamięci równo z porannym rozwarciem powiek.

Dlaczego Colonia de Sant Jordi, a nie inna, dobrze nam znana miejscowość na Majorce?. Do dzisiaj nie potrafię tego zbyt logicznie wytłumaczyć. Czasem żartuję, że gdy podejmowałem tę decyzję, mój duszek opiekuńczy musiał być na urlopie i nie mógł mi podsunąć właściwego rozwiązania. A tak bardziej poważnie, to chyba nasz pęd ku zmianom i odkrywaniu nowych miejsc miał tu decydujący wpływ. Podczas naszych poprzednich pobytów na Majorce poznaliśmy większość miast i miasteczek. Dziwnym trafem, nigdy nie odwiedziliśmy Coloni de Sant Jordi. Początkowo myśleliśmy o osiedleniu się w Santa Ponsa, naszym ulubionym, choć niestety dość elitarnym kurorcie. Ta elitarność oraz oczywiście niewątpliwy urok Santa Ponsy powodowały bowiem, że wraz ze zbliżającym się powoli sezonem, ceny wynajmu podskoczyły tam do nieprzyzwoitych wręcz rozmiarów. Mieliśmy ustalony budżet, którego nie chcieliśmy przekraczać. Z drugiej strony oczekiwaliśmy też pewnego komfortu, skoro mieliśmy tu spędzić dłuższy, na razie nieokreślony czas. Kiedy z żalem stwierdziliśmy, że Santa Ponsa jest dla nas za droga i musieliśmy skreślić ją z listy naszych ewentualnych destynacji, przypomniałem sobie słowa polskiej recepcjonistki z naszego hotelu w El Arenal, podczas naszego pierwszego pobytu na Majorce. Trochę narzekała na warunki, w których przyszło jej mieszkać, na wysokie ceny najmu w Palmie, na niską pensję i jeszcze parę rzeczy, czyli uprawiała typowe malkontenctwo w polskim stylu. Zapytałem ją wtedy, gdzie by chciała zamieszkać na Majorce, gdyby ją było na to stać. Bez wahania, z widocznym rozmarzeniem w oczach wymieniła nazwę miejscowości. Pewnie już się domyślacie, jak ona brzmiała. Ta z pozoru niewiele znacząca wówczas informacja sprzed paru lat, w przedziwny sposób nabrała nagle ogromnej mocy. Spowodowała, że mój umysł w jakiś niewytłumaczalny sposób odsunął na bok wszystkie doświadczenia związane z dotychczasowymi pobytami na Majorce, a jego kursor zatrzymał się przy nazwie Colonia de Sant Jordi.

Sprawdziłem oczywiście w internecie co ta Colonia ma nam do zaoferowania i czym tak zauroczyła naszą rodaczkę z recepcji. Ku mojemu zadowoleniu odkryłem, że w wyznaczonym przez nas limicie cenowym mieści się dość spora oferta ładnych mieszkań z dwoma, a nawet trzema sypialniami. I tylko tym mogę wytłumaczyć fakt, że zaprzestałem przeszukiwania ofert wynajmu mieszkań w innych, dobrze nam znanych miejscowościach, takich jak sympatyczna Paguera, lubiana przez nas Alcudia, czy też najfajniejszy kurort na wschodnim wybrzeżu, czyli Cala Millor. Nie bez znaczenia były też bardzo dobre lub nawet entuzjastyczne opinie turystów, którzy spędzili wakacje w Coloni. Nie wziąłem jednak wtedy pod uwagę faktu, że średnia wieku tych turystów kwalifikowała ich do tego, aby nazwać ich seniorami. Mieliśmy jeszcze trochę czasu, żeby zacząć utożsamiać się z tą grupą wiekową, więc na razie nasze oczekiwania związane ze stylem życia, a przede wszystkim z jego intensywnością, dość znacznie się różniły.

Nazajutrz, po śniadaniu pojawił się fachowiec i wymienił niedziałającą kuchenkę na nową. Niby nic nadzwyczajnego, w Polsce standard, ale w Hiszpanii gdzie słowo maniana, czyli jutro często znaczy „kiedyś tam”, to już nie było takie oczywiste. Dlatego odetchnąłem z ulgą, bo nie miałem najmniejszej ochoty na powtórne starcie z kimś z klanu Lopezów. Zaraz po wyjściu fachowca rozkręciłem elektryczną kuchenkę na pełną moc, żeby uzyskać dodatkowe źródło ciepła. Tym sposobem zaczęła pełnić funkcję dodatkowego grzejnika. Wywiązała się ze swojej nowej roli zupełnie przyzwoicie, bo temperatura podniosła się na tyle, że mogliśmy zdjąć buty i zrzucić ciepłe bluzy. Jak to małe rzeczy potrafią człowieka cieszyć, zauważyliśmy wtedy. Uznaliśmy tę naszą radość za bardzo pozytywne zjawisko, za zdrową reakcję świadczącą o powrocie do świata prostych przyjemności. Kuchenka grzała i gotowała, rozkręcona do oporu przez cały okres naszego pobytu w pensjonacie, co okazało się równoznaczne z długością naszego pobytu w Coloni, czyli raptem pięć dni. Tak jest, wytrzymaliśmy tam raptem pięć dni. Pierwsza, jak zwykle, realnie oceniła sytuację moja nieoceniona małżonka. Dosyć szybko, bo już po trzech dniach. Ja jeszcze próbowałem szukać jakichś dodatkowych argumentów, które uzasadniałyby mój wybór tego miejsca, ale po następnych dwóch dniach skapitulowałem. Colonia de Sant Jordi, musiałem to przyznać, to po prostu dziura, którą z jednego jej końca do drugiego można przejść w jakieś dwadzieścia pięć minut. Owszem, potrafiliśmy sobie wyobrazić, że w sezonie może to być urocze, kameralne miejsce, idealne na wakacyjny wypoczynek dla szukających spokoju i wytchnienia od wielkomiejskiego zgiełku Niemców lub Brytyjczyków po sześćdziesiątce, ale nie dla nas.

W tamtym czasie oczekiwaliśmy jednak czegoś innego. Planowaliśmy pierwszy okres naszego pobytu na Majorce potraktować jako długie, trzy lub czteromiesięczne wakacje, w trakcie których zregenerujemy nasze organizmy i zaadaptujemy się na dobre w majorkańskiej codzienności. Dopiero wtedy zaczniemy się rozglądać za jakimś zajęciem. Potrzebowaliśmy do tego atmosfery większego, tętniącego życiem i energią, kurortu ze wszystkimi jego urokami, czyli piękną plażą, ładną promenadą i dużą ilością kafejek, barów, restauracji i sklepów. Te ostatnie oczywiście były niezbędne mojej żonie, aby, jak mówiła, odreagować ostatnie trudne, pełne napięcia, nerwów i zwrotów akcji pół roku naszego życia. A powszechnie wiadomo, że dla kobiety zakupy są najlepszym sposobem nad odreagowanie stresu. Jest dużo prawdy w dowcipie mówiącym, iż naukowcy po wielu latach żmudnych badań odnaleźli wreszcie u kobiet ów tajemniczy punkt G. Zlokalizowali go na końcu słowa shopping.

Tych wymogów nie spełniała Colonia, chociaż jeszcze raz podkreślam, że w innym czasie i w innych okolicznościach być może postrzegalibyśmy ją zupełnie inaczej. Na pewno tkwi w niej wielki potencjał. Bliskość najładniejszej plaży na Majorce, niesamowitej Es Trenc czy wyłączność (obok Portopetro) na rejsy na najmniejszą, oddaloną zaledwie o dziesięć kilometrów, wyspę Balearów, przepiękną Cabrerę, to mocne atuty, które już w najbliższym czasie mogą zaowocować wielkim rozkwitem Coloni i uczynić z niej jedno z najbardziej pożądanych miejsc nie tylko na spędzenie wakacji. Wówczas jednak, z wyżej wymienionych powodów, nie przeszła naszej weryfikacji. Prezentowane nam mieszkania też nas nie zachwyciły, więc piątego dnia pobytu zaczęliśmy intensywnie myśleć, gdzie się ewakuować. Mój duszek opiekuńczy widocznie wrócił już z urlopu, bo właśnie wtedy nas olśniło i przypomnieliśmy sobie, że przecież stosunkowo niedaleko, jakieś czterdzieści kilometrów od nas, leży miejscowość, w której ongiś spędziliśmy cudowne dwa tygodnie wakacji i w dodatku spełniała wszystkie nasze wymagania. Nazywała się Cala Millor.

Nieważne, co inni ludzie pomyślą. Ważne jest to, co myślisz sam o sobie. Nie przejmuj się sądami innych, dopóki wiesz, że postępujesz prawidłowo.
Robin S. Sharma

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź