Rozdział 26

Kiedy po powrocie do Polski podczas spotkań towarzyskich z ludźmi nieznającymi nas wcześniej wypływał temat naszej hiszpańskiej przygody, padały najczęściej trzy pytania. Pierwsze dotyczyło tego, czym się tam zajmowaliśmy, oczywiście w kontekście wykonywanej pracy. Kiedy dowiadywali się, że nie paraliśmy się żadnym zarobkowym zajęciem, padało pytanie drugie, będące naturalną konsekwencją pierwszego. Z czego w takim razie się utrzymywaliśmy? Kiedy i w tym obszarze zaspokoili swoją ciekawość, padało pytanie trzecie. Co w takim razie robiliśmy przez ponad rok z takim ogromem wolnego czasu? Oczywiście mieliśmy świadomość, że zadają je ludzie żyjący w kieracie systemu. Większość z nich miała problem z kreatywnym zagospodarowaniem tygodniowych wakacji, a już dwa tygodnie bez pracy mogły stać się przyczyną depresji. Mimo to z pełną premedytacją odpowiadaliśmy wtedy, że po prostu cieszyliśmy się życiem, wiedząc, że zabrzmi to w ich uszach jak wyświechtany banał, ale nie przychodziła nam do głowy prostsza odpowiedź. I wtedy na ogół następowała chwila konsternacyjnej ciszy podczas której mogliśmy obserwować zabawny i zarazem smutny obraz kompletnego niezrozumienia w oczach naszych rozmówców.

Przeważnie nie zadawali już więcej pytań, okopując się na dobrze sobie znanym terenie ustalonych norm. Jednak ich wzrok wyrażający najpierw wspomniane niezrozumienie, a potem rodzącą się podejrzliwość, będącą reakcją na wszystko, co wykraczało poza ich horyzonty pojmowania i wyobraźni, przemawiał aż nadto dobitnie. Jawiliśmy się im w tym momencie co najmniej jako para nawiedzonych dziwaków lub ewentualnie zblazowanych ekscentryków. Sporadycznie, ale jednak bywali też tacy, których zaintrygowała ta odpowiedź. Coś jakby dotychczas skutecznie tłumione głosy z dna świadomości poczuły swoją szansę, swoje pięć minut, by przebić się wreszcie do swojego nosiciela z komunikatem, że praca w konwencjonalnym rozumieniu tego słowa, jest jednak dość prymitywnym i w dodatku śmiercionośnym (według lekarzy i naukowców jest przyczyną co piątego zgonu) sposobem na zagospodarowanie wolnego czasu i dlatego powinna być traktowana z należnym dystansem, jako zło konieczne narzucone nam przez perfidny system, który skutecznie uczynił z większości ludzi fizycznych i mentalnych niewolników. I jako tacy uwierzyli w te wszystkie slogany o wielkiej wartości pracy, o jej niezbędności, a nawet szlachetności. W skrajnej wersji systemowej propagandy twierdzi się wprost, że człowiek urodził się głównie po to, żeby pracować, że to dzięki pracy mamy mieć poczucie sensu życia i że powinniśmy ją wykonywać z chęcią i radością. W celu wyeliminowania jakichkolwiek skojarzeń ze stosunkami feudalnymi, dzikim kapitalizmem, słowem wyzysk i starożytnym lub nowożytnym niewolnictwem, współcześnie za pracę postanowiono płacić. Oczywiście ochłapy, które mają jednak dawać złudne poczucie komfortu bycia wolnym, decydowania o swoim losie, dowartościowania i ogólnego dobrostanu. No i zapewnić produkcję nowych pokoleń siły roboczej. Nawet jednak te ochłapy, to dla władców systemu zbyt duże marnotrawstwo kapitału, bo odbierają go szybko za pomocą różnych mniej lub bardziej ukrytych podatków i wciskania ludziom coraz większej ilości wyprodukowanych przez nich i jakoby niezbędnych do życia, tak zwanych dóbr konsumpcyjnych, które jednak z dobrem nie mają nic wspólnego. W rezultacie tych działań JEDEN! procent najbogatszych zgromadziło tyle majątku, co pozostałe 99 procent ludzkości. I chociaż trudno to sobie wyobrazić, według zgodnego zdania analityków ekonomicznych, to rozwarstwienie będzie się jeszcze pogłębiać. Gdyby nie wyłączono większości ludzi przycisku z napisem samoświadomość i niezależne myślenie, już dawno doszłoby do krwawej rewolucji zmieniającej ten karykaturalny stan rzeczy. Niemal zupełnie zdławiono przejawy niezależnego, alternatywnego postrzegania rzeczywistości. Garstka ludzi widząca świat, jaki jest, została skutecznie zmarginalizowana i propagandowo zredukowana do poziomu nieszkodliwych wariatów lub czarnych owiec, które trzeba odseparować od posłusznego, bezwolnego stada.

Kiedy ci nieliczni zaintrygowani, w sumie dobrze rokujący rozmówcy, pytali dalej o szczegóły naszego cieszenia się życiem na hiszpańskich wyspach, ujawnialiśmy przed nimi całe spektrum rzeczy, które w naszym przypadku definiowały to z pozoru banalne powiedzenie. I kiedy tak mówiliśmy o pozytywnych emocjach, uśmiechaniu się, diecie śródziemnomorskiej, wysypianiu się, ćwiczeniu ciała i umysłu, samoakceptacji, medytacji, czerpania radości niemal ze wszystkiego, a szczególnie z rzeczy drobnych, prostych, które w gonitwie ludzi za ułudnym szczęściem zostają niezauważane, o celebracji codzienności, o wdzięczności, pokorze i miłości do natury, to w pewnym momencie zaczynaliśmy dostrzegać w ich oczach jakby błysk olśnienia ewoluującego szybko w stronę zachwytu, czego niejednokrotnie dawali słowny wyraz. Zupełnie jak u dziecka, które usłyszało właśnie pierwsze zdanie baśniowej historii – „dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami i za siedmioma rzekami…” Na ogół strząsali też wtedy swoje „skorupy”, w które przyoblekli się, wchodząc w dorosłe życie i odkrywali się przed nami, niczym pacjent na kozetce u psychoanalityka. Widać było, że przynosi im to ulgę, jakby zrzucali z siebie jakiś gromadzony latami ciężar. Rzecz jasna ułatwiały im to znane już niewytłumaczalne zdolności mojej małżonki, powodujące, że ludzie nader chętnie dokonywali przy niej aktu „spowiedzi” ze szczerością nieporównywalną z tą przy konfesjonale. Zwierzali się, że to wszystko, o czym mówiliśmy, gdzieś tam przewijało się przez ich życie. Coś przypadkiem przeczytali, coś usłyszeli, widzieli jakiś program czy film w telewizji, ale nawet nie mieli czasu na chwilę zadumy, bo życie w kieracie obligatoryjnie tłamsi wszelkie próby zatrzymania się, zastanowienia czy refleksji, sprzęgając całą ich energię do gonitwy za pieniędzmi, chorej rywalizacji i nadmiernej konsumpcji, mającej dawać ułudę poczucia sensu tej gonitwy, a nawet ulotnych chwil szczęścia. Mimo wszystko gdzieś tam głęboko czuli, że czegoś im brakuje, że to chyba nie tak miało być, że kiedyś zupełnie inaczej wyobrażali sobie swoje życie. Coraz częściej stawiali sobie pytania, na które nie znajdowali oczywistych odpowiedzi. Życzyliśmy im, aby ta rozmowa stała się dla nich impulsem do zapoczątkowania pozytywnych zmian w ich życiu, choć zdawaliśmy sobie sprawę, że pewnie na chwilowym przebłysku świadomości temat się zakończy. Niemniej przykład naszych znajomych, którzy zainspirowani naszą drogą wykazali się godną podziwu determinacją i od kilku lat wiodą szczęśliwe życie na południu Hiszpanii, napełnia nas otuchą i zachęca do niestrudzonego propagowania idei świadomego życia. Oby jak największa liczba ludzi zastanowiła się, czy nie są przypadkiem adresatem słów zaczerpniętych z piosenki zespołu KSU…
„Po setkach martwych godzin, miliardach martwych chwil, odsłania się ogromna pustka Twej codzienności i bilans lat minionych. I bezsens nowych dni”.

Po wyjeździe Staszków nasze życie wróciło na zwyczajowe tory. Jednak z tyłu głowy usadowiła się już i coraz natarczywiej zaczęła nas dręczyć myśl o zbliżającym się wyjeździe. Pewnie żonie intuicja, a mnie mój duszek opiekuńczy, podpowiadali, że oto zbliża się do końca jeden z najwspanialszych etapów naszej ziemskiej wędrówki. Fakt ten spowodował, że staliśmy się jeszcze bardziej zachłanni na doznania, czerpiąc jakby z rezerwowych pokładów naszej wrażliwości, ponieważ te doznania nie były wynikiem jakiejś ich eskalacji, gwałtownego przyśpieszenia czy ich ekstremalności. Wręcz przeciwnie, przypomnieliśmy sobie sentencję, iż czasu nie można zatrzymać, ale można go spowolnić albo wydłużyć, więc uchwyciliśmy się tego jak polityk władzy. W końcu każdy jest kreatorem swojej rzeczywistości.

Tak więc jeszcze bardziej zaczęliśmy celebrować nowe, dobroczynne nawyki, które zaczęliśmy wprowadzać od momentu przyjazdu na Majorkę. Moje poranne wyjścia po bagietkę wydłużały się w nieskończoność, tak że żona, cała w nerwach, ze dwa, trzy razy – zanim się przyzwyczaiła – chciała mnie już zacząć szukać. A ja ćwiczyłem więcej i medytowałem dłużej, gapiąc się z mojego stanowiska na skalnym występie, a to na ocean, a to na klify, a to na fale rozbijające się o te klify. Nigdy nie czułem takiej jedności z naturą jak wtedy. Do każdego posiłku podchodziliśmy z pietyzmem godnym dzieł sztuki. To w tym okresie żona zaczęła przedkładać warzywa i owoce ponad wędliny i mięso. Nie przeczuwałem wtedy, że to początek procesu prowadzącego do wstąpienia w szeregi wegetarian. Kres tego nawyku wydawał mi się jednym z najbardziej przykrych. Pożegnanie z codziennym pływaniem, które tak wspaniale wpływało na stan mojego ciała i ducha. Chyba dlatego niemal maniakalnie wykorzystywałem każdą okazję, aby wskoczyć do basenu lub oceanu i pływać, pływać i pływać. Niemal zupełnie zaprzestaliśmy oglądania telewizji. Kurczący się czas był wtedy zbyt drogocenny, żeby go marnotrawić w tak bezmyślny sposób. Poobiednią drzemkę w ramach sjesty przenieśliśmy z sypialni na leżaki przy basenie, aby również w ramach ekonomicznego obchodzenia się z czasem, łączyć regenerację i procesy trawienne z kąpielą słoneczną. Nieuchronność przebywania przez zbyt długi okres w zamkniętych pomieszczeniach spowodowała, że bytność w naszym mieszkaniu ograniczyliśmy do niezbędnego minimum. Każdy pretekst czy pomysł sprowadzający się do przebywania na świeżym powietrzu wydawał się świetny.

Często zdarzało nam się wychodzić po śniadaniu i wracać tuż przed zmrokiem. Szliśmy na przykład do Las Galletas, gdzie najpierw odwiedzaliśmy babcię Aurorę, żeby uciąć sobie z nią pogawędkę i zrobić zakupy. Jej wszystkie trzy przednie zęby tkwiły niezmiennie na swoim miejscu, bo babcia niechcący od tego zaczynała swoją prezentację, już z daleka uśmiechając się szeroko na nasz widok. Potem spędzaliśmy ze dwie godziny przy basenie w Alborada Beach, gdzie zaliczałem co najmniej dwie sesje pływackie. Ponieważ w tym okresie do minimum spadła w nas chęć trzymania się jakichkolwiek konwenansów, zaliczaliśmy tam również swoje ulubione drinki. Zazwyczaj było już po południu, więc nawet nie mieliśmy wyrzutów sumienia. Z Alborady przenosiliśmy się na promenadę. Nie jest długa, dlatego po krótkim spacerze zajmowaliśmy jedną z zacienionych ławek w pobliżu portu i upajaliśmy się widokiem błękitnego oceanu oraz obserwacją toczącego się dookoła życia. Obserwację, tym razem połączoną z degustacją kawy, lodów czekoladowych i kieliszka brandy, kontynuowaliśmy następnie na tarasie kawiarni przy deptaku w głębi Las Galletas. Nie wiem, czy gdyby nie hiszpańska emigracja, odkrylibyśmy niesamowite właściwości terapeutyczne tej błahej z pozoru czynności. Oczywiście trzeba mieć w miarę czystą głowę, aby gonitwa myśli nie zakłócała nam odbioru otaczających nas bodźców. Innymi słowy, najlepiej jest wyjść z siebie i stanąć obok, aby z pozycji wyluzowanego, zdystansowanego obserwatora kontemplować płynące jakby obok nas życie. Paletę dźwięków i obrazów. Gwar rozmów, śmiechu, nawoływań i mieszanki muzycznej wydobywającej się z pobliskich barów, restauracji i przez otwarte na oścież drzwi balkonowe mieszkań, przez którą usiłowały się przebić ze swoim pięknym śpiewem kanarki lub ze swoimi przeróżnymi odgłosami, w tym sławetnym gwizdaniem, różne gatunki papug. Kanarki i papugi trzymane w klatkach na balkonach czy tarasach, to bardzo popularne hobby zarówno wśród majorkańczyków, jak i kanaryjczyków. Kanarek u kanaryjczyka to jednak nie powinno dziwić. Obrazy to cudowna sceneria kanaryjskiego miasteczka i przede wszystkim przewijające się przed oczami scenki z udziałem ludzi, w tym z całą galerią osobliwości. Na szczęście ta osobliwość nie objawiała się posiadaniem dodatkowej kończyny, trzecim uchem czy nie daj Boże drugą głową, tylko ekspozycją swojej osobowości odpowiednio ekscentrycznym zachowaniem, strojem, fryzurą czy niezliczonymi tatuażami. W takich kosmopolitycznych miejscach jak Las Galletas, a jeszcze bardziej w Costa Adeje czy Playa de Americas wystarczy posiedzieć z godzinę przy kawiarnianym stoliku, na ławce lub wybrać jakikolwiek inny punkt obserwacyjny, aby takich na ogół pozytywnie zakręconych oryginałów, spotkać całą masę.

Kiedy kończyliśmy ten seans obserwacyjno-kontemplacyjny (zazwyczaj w momencie płacenia rachunku) czuliśmy się cudownie odprężeni. Efekt przypominał stan po medytacji lub po sesjach z psychologiem, w których uczestniczyłem w ramach obowiązkowych zajęć w sanatorium, na które wysłał mnie przed laty nasz państwowy ubezpieczyciel, by uczynić mnie całkowicie zdrowym i zdatnym do pracy krótko po zawale. Te sesje to było największe odkrycie i jedyna korzyść z trzytygodniowego zesłania. Na pierwsze zajęcia szedłem pełen rezerwy i negatywnych myśli o kolejnej godzinie nudy. I rzeczywiście krótka prelekcja młodego psychologa nie zrobiła na mnie, uzbrojonego w wiedzę z kilku kardiologicznych książek, najmniejszego wrażenia. Inni kuracjusze z grupy, zwłaszcza płci męskiej, też zdawali się myślami być zupełnie gdzie indziej, większość zapewne na popołudniowej potańcówce zwanej popularnie, a dla wielu z zapadłych wiosek bardzo światowo, fajfem, bo zaczynała się o piątej. Trudno się im zresztą było dziwić, skoro byli tam obiektem pożądania tabunu wdów na różnym poziomie konserwacji, a w barze czekało zimne piwko czy nawet coś mocniejszego, znacznie bardziej relaksującego od seansów z psychologiem. A kiedy po prelekcji kazał nam się ułożyć wygodnie na materacach, puścił relaksacyjną muzykę ze śpiewem ptaków i szumem morza w tle i zaczął cicho i monotonnie próbować wpływać na naszą podświadomość i sposób oddychania, myślałem już z zażenowaniem: „ Boże, co ja tutaj robię? Za jakie grzechy muszę uczestniczyć w tej szopce?

Po chwili jednak do akcji wkroczył mój dobry duszek (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to jego sprawka) w następstwie czego uzmysłowiłem sobie, że właściwie to nie mam nic do stracenia i skoro już tu jestem, to spróbuję jakoś przebrnąć przez to kolejne żałosne doświadczenie rehabilitacyjne. Najwyżej następnym razem pójdę w ślady połowy moich towarzyszy niedoli, którym szum morza i uspokajające wibracje głosu psychologa już po kilku minutach zlewały się w tak skuteczną kołysankę, że zasypiali jak aniołki, a ich miarowe chrapanie dołączało do chóru monotonnych dźwięków. Wszedłem więc w rytm głębokiego oddychania i usiłowałem poczuć sugestię głosu o rozchodzeniu się we mnie balsamicznego ciepła i mentalnym przeniesieniu się na plażę, do lasu lub w inne kojące miejsce. Przyznaję, średnio mi to wyszło. Nie mogłem zwalczyć natłoku myśli i tym samym osiągnąć odpowiedniej koncentracji. Niemniej, kiedy seans dobiegł końca, poczułem niewielką, ale zauważalną zmianę. Jakąś dziwną lekkość. Całkiem zresztą przyjemną. Do następnych zajęć podszedłem więc już całkiem poważnie, a efekt był jeszcze bardziej spektakularny. Na tyle spektakularny, że zacząłem uczęszczać na dodatkowe, nieobowiązkowe seanse. Ponieważ trening czyni mistrza, pod koniec turnusu szczyciłem się już umiejętnością osiągania przynajmniej chwilowego pustostanu myślowego w mojej głowie i niemalże fizycznego odczuwania ciepła zachodzącego nad morzem słońca. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że oto za sprawą mojego duszka opiekuńczego właśnie zaczęła się moja przygoda z medytacją. Jedna z najważniejszych przygód mojego życia. Nauczyłem się też wtedy, że warto częściej wsłuchiwać się w swoje wnętrze. Ono naprawdę chce dla nas dobrze.

Innym pomysłem na całodzienne przebywanie na świeżym powietrzu było bardziej wnikliwe odkrywanie uroków najbliższej okolicy. Wybieraliśmy pod byle pretekstem jakieś miasteczko lub wieś położoną w głębi wyspy, w promieniu jakichś piętnastu kilometrów od Costa i jechaliśmy tam autobusem. Po krótkiej penetracji danego miejsca obieraliśmy azymut na ocean i rozpoczynaliśmy wędrówkę. Jeżeli tylko było to możliwe, omijaliśmy drogi będące ciągami komunikacyjnymi, wybierając te rzadko nawiedzane przez zmotoryzowanych, a więc przeważnie stare, rozpadające się drogi lokalne, nierzadko ślepe, czasem przechodzące w ścieżki lub kończące się niespodziewanie przed jakimiś zabudowaniami czy ogromnymi połaciami wertepów. To nie miało dla nas znaczenia. Liczyło się samo wędrowanie bez limitu czasowego i bez limitu kilometrów, nieobarczone żadnymi innymi wymogami. Każdy pasjonat wędrowania wie, że łączy się to wtedy również ze wspaniałym i niestety coraz bardziej deficytowym poczuciem wolności.

Podczas tych pieszych wypraw doświadczaliśmy mnóstwa atrakcyjnych wrażeń. Tych wrażeń dostarczało nam zarówno piękno rozległych, surowych, pagórkowatych krajobrazów, jak i wcześniej mniej doceniane, wydawałoby się nieistotne detale. Żona na przykład zachwycała się kwieciem jakiegoś kwitnącego właśnie karłowatego krzewu, a ja ruiną ongiś na pewno wspaniałej, reprezentacyjnej bramy do opuszczonej i pomału wchłanianej przez naturę hacjendy. Tu skupisko wielkich rozłożystych figowców, w których cieniu zażywaliśmy wytchnienia od palącego słońca, kawałek dalej plantacja owocujących właśnie bananowców. Wygrzewająca się na kamieniu jaszczurka lub kot bez strachu ocierający się o nasze nogi w nadziei na jakiś smaczny kąsek, lub wyczuwający swym szóstym zmysłem przyjaciół swojego gatunku. Oparty o mur zniszczonej, samotnej kamienicy, w której gnieździło się jeszcze kilka rodzin, stary i oczywiście czerwony skuter legendarnej włoskiej marki Vespa, stado kóz podążające za zasuszonym jak śliwka, o wzroście wyrośniętego krasnala, pastuchem czy osioł, który rzeczywiście stał uparcie jak to osioł, nie ruszając się nawet na centymetr przez pół godziny naszej obserwacji.

Ten osioł był elementem krajobrazu, który mieliśmy przed sobą, siedząc przy stoliku przed najbardziej niezwykłym barem, jaki spotkaliśmy na Teneryfie. Trzeba dodać, dość obskurnym barem, przy którym nasz Latino Bar w Galletas wydawał się być oazą luksusu i kwintesencją dobrego smaku. Jednak jego niezwykłość nie polegała na „unikatowym” standardzie, lecz zrodziła się w naszych głowach z powodu historii, którą nas obdarował. Niewątpliwie odbiór tej historii, a właściwie historyjki miał związek z naszym ówczesnym stanem ducha, który zaburzał trochę naszą percepcję i sprawiał, że postrzegaliśmy wszystko wyłącznie w różowych barwach i to ze zdwojoną wrażliwością. Pewnie dlatego też te wędrówki pozostawiły w nas trwały ślad w postaci ciągle intensywnych wspomnień i rzewnej tęsknoty do takiego sposobu postrzegania rzeczywistości.

Mieliśmy już w nogach sporo kilometrów i parę godzin podążania za słońcem, które wskazywało nam kierunek. Ono też zmierzało w stronę oceanu. Asfalt wąskiej drogi, którą akurat szliśmy, przetrwał w stanie szczątkowym. Dlatego trudno ją było nazwać asfaltową, bo wyzierały z niej nie tyle dziury, co całe place pokryte już tylko rzadkimi kocimi łbami, czyli pozostałością dawnego traktu brukowanego. Znaliśmy doskonale takie obrazki z naszej polskiej autopsji, więc czuliśmy się całkiem swojsko. Szczerze mówiąc, byliśmy zdziwieni, że w ogóle poruszamy się jeszcze po jakiejś drodze. Ostatnie przejawy cywilizacji w postaci starego kampera obudowanego niewyszukanymi w swej formie licznymi, drewnianymi przybudówkami zamieszkałego przez dość liczną romską rodzinę, sądząc po liczbie baraszkujących dzieci, minęliśmy jakieś pół godziny wcześniej. Z lewej strony podziwialiśmy bezkres wertepów, z prawej walkę dzikiej, samosiejącej się roślinności, głównie kaktusowatych, z roślinnymi resztkami opuszczonych ogrodów i upraw. Spodziewaliśmy się zatem, że nawet ta imitacja drogi niebawem się skończy i aż do okolic Galletas przyjdzie nam się przeprawiać przez bezdroża, jedynie o wodzie i zbawiennym chłodzie oceanicznej bryzy.

Jakież więc było nasze zaskoczenie, gdy naszym oczom ukazał się najpierw wspomniany osioł tkwiący przy drodze w kompletnym bezruchu, jakby zaklęty w kamiennej rzeźbie, a potem wyłonił się stary, brudno-biały, piętrowy budynek. Parter w dużej części zajmował warsztat samochodowy, o czym informował wypłowiały, niebieski napis „Taller” nad otwartą na oścież wielką bramą. Firanki w oknach zdradzały, że piętro miało przeznaczenie mieszkalne. Warsztat zionął pustką, tylko na klepisku obok budynku stało kilka samochodowych wraków, być może mających wywoływać odpowiednie skojarzenia w stylu: „oto jak będzie wyglądało twoje auto, jeżeli nie naprawisz go w naszym warsztacie”. Ten budynek, warsztat, wraki i osioł, to wszystko wydawało się jakieś nierealne na tym odludziu, a już prawdziwą fatamorganą wydawał się bar, który zajmował niewielką skrajną część parteru niezajętą przez warsztat. Po prostu nie mogliśmy uwierzyć w to, co zobaczyliśmy. Przypuszczalnie kiedyś było to przywarsztatowe biuro, które wraz z wyludnieniem się okolicy, przestało mieć rację bytu. Przypuszczalnie też adaptacji biura na bar nie towarzyszył żaden projekt i biznesplan, a raczej rozpaczliwa próba utrzymania tego miejsca przy życiu. Nawiązując do pandemicznej rzeczywistości, można chyba powiedzieć, że bar pełnił funkcję respiratora. Tylko jak długo można wegetować, będąc podłączonym do respiratora? Na szczęście to był dylemat właściciela, my tymczasem przecieraliśmy oczy ze zdumienia i przełykaliśmy ślinę na widok wystawionej przed bar szafy chłodniczej wypełnionej zimnym piwem i pośledniejszymi rangą napojami. Trzy stoliki, każdy reprezentujący inną szkołę wzorniczą, lecz podobnie zaawansowany stan degradacji, stały w cieniu, który zapewniała rozciągnięta markiza. Przy jednym z nich trzech klientów, jak się później okazało, znajomych szefa, grało w karty, racząc się czerwonym winem nalewanym z dużej, na oko, pięciolitrowej butli. Vino de Casa, czyli wino domowe to w Hiszpanii gwarancja jakości. Tyle tylko, że prawdziwe vino de casa, bo często w restauracjach i barach dla turystów pod tym szyldem serwuje się tanie wino z supermarketu. Jednak trzej dżentelmeni przy kartach na pewno pili oryginalny trunek, co do tego nie miałem wątpliwości. Zbyt wielkim szacunkiem, niemal nabożną czcią darzą Hiszpanie wino, by świadomie truć się jakimiś popłuczynami. Co innego turyści. Każdy klucz pasujący do skarbonki jest dobry.

Zanim ruszyliśmy w stronę baru przez jakąś minutę próbowaliśmy sprowokować osła do zademonstrowania jakiejś oznaki życia. Do tego stopnia zafrapował nas ten jego bezruch, że zaczęliśmy cmokać, chrząkać, przemawiać jak do niemowlaka, robić głupie miny i machać rękami przed jego nieobecnymi oczami, tak że nawet karciane towarzystwo zaprzestało na ten czas gry i przypatrywało nam się z uwagą, ale na ośle te nasze wygłupy nie zrobiły najmniejszego wrażenia. Zakręcił tylko kółeczko tym swoim śmiesznym, przypominającym pędzel, ogonkiem, jak gdyby dając nam do zrozumienia, że wskazuje miejsce, gdzie lokuje te nasze próby jego ożywienia. Wobec takiego afrontu nie pozostało nam nic innego, jak również zademonstrować osłu nasze tyły wycofując się w kierunku wolnego stolika pod markizą. Ciągle patrzących na nas karciarzy pozdrowiliśmy gestem dłoni i nieco bardziej serdecznym od zwyczajowego „ola”, „como estais” czyli jak się macie? Widać bardzo ich to zadowoliło, bo wyszczerzyli zęby w uśmiechu i jeden przez drugiego odpowiedzieli – dobrze, bardzo dobrze a ty? – Też bardzo dobrze. Tak to się robi w Hiszpanii. Powitanie w formie krótkiej grzecznościowej konwersacji zakończonej wcale niewymuszonym uśmiechem. Niby nic szczególnego, ale człowiek od razu nabiera jakby bardziej pozytywnego stosunku do świata i bliźnich.

Żona zajęła miejsce przy stoliku, a ja wszedłem do baru w poszukiwaniu toalety. Ściany do połowy wysokości pokryte były niebieskimi azulejos, czyli płytkami. Przedstawiały liczne wiejskie scenki rodzajowe z oraczami lub żniwiarzami w roli głównej. Te płytki to niemal standard w hiszpańskich lokalach dla lokalnej klienteli. Z początku w każdym takim przybytku natrętnie nawiedzało nas skojarzenie z wyrafinowanym wystrojem polskich barów mlecznych z epoki słusznie dawno minionej. Potem się przyzwyczailiśmy, a nawet zaczęliśmy dostrzegać urok i wdzięk tej tradycyjnej metody wystroju. Pomieszczenie było dość wąskie, więc cztery stoliki z kolekcji różnorodności zajmowały miejsce pod ścianą z lewej, a skromny drewniany kontuar biegł wzdłuż prawej strony. Na ścianie za nim zawieszona była drewniana półka zapełniona chaotycznie alkoholami i szkłem do ich podawania. Za klimatyzację robiły otwarte na oścież drzwi wychodzące na podwórze, wymuszające obieg powietrza. Za kontuarem siedział jakiś facet zatopiony w lekturze do tego stopnia, że ocknął się dopiero, gdy stanąłem wyczekująco naprzeciw niego. Na mój widok rzucił ciche „ola” i powoli zaczął się podnosić. Po chwili stał przede mną blisko dwumetrowy olbrzym około trzydziestki o mocno ponadgabarytowych proporcjach. Wielka głowa, potężny korpus z solidnie wyhodowanym brzuchem, długie, mocarne ręce i dłonie jak przysłowiowe bochny chleba. Może to trochę wydawać się dziwne, ale od razu odczułem dobroduszność jego spojrzenia. Po prostu jego oczy odzwierciedlały stan jego duszy w sposób niebudzący wątpliwości, o czym zresztą przekonałem się wkrótce. Pytając o toaletę, spojrzałem na okładkę książki, którą olbrzym zdążył dyskretnie zamknąć. Ernest Hemingway „Stary człowiek i morze”. Zdębiałem. Na szczęście na chwilę, bo pełny pęcherz wyrwał mnie z tego stanu upominając się o wypróżnienie. Oczywiście w świątyni dumania wpadłem w zadumę. Jak to jest, że w moim kraju od czasów szkolnych jakoś nie zetknąłem się z nikim, kto przyznałby się do przeczytania tego dzieła i dlaczego dzisiaj większość młodych ludzi słowo Hemingway kojarzy wyłącznie z pseudonimem polskiego rapera, a tytuł „Stary człowiek i morze” ze sloganem reklamowym środka na potencje, nie dostrzegając nawet ortograficznego niuansu? Tymczasem tu, na tym kanaryjskim wygnajewie (jak mówiła moja babcia) spotykam faceta o wyglądzie troglodyty, którego na pierwszy rzut oka posądziłbym co najwyżej o lekturę komiksu o Supermanie, a ten, proszę, pochłonięty jest egzystencjalnymi zmaganiami starego Santiago z rybą i z samym sobą. Jasne, że nie należy wyciągać pochopnych wniosków, ale jeżeli klocki układają się w logiczną całość? Musiałbym jednak pokusić się o kolejne radykalne opinie na temat kondycji umysłowej naszego społeczeństwa, więc przystopowałem. I tylko na marginesie dodam, (a co mi tam), że polski rap czy hip-hop brzmi dla mnie równie autentycznie, jak tybetański heavy metal lub pakistańskie country. Jak sushi lub homar oferowany w wiejskiej oberży z jadłem tradycyjnym na Podlasiu popijany zsiadłym mlekiem.

Kiedy wróciłem z toalety, olbrzym stał tak jak go zostawiłem. Rzuciłem jakiś rozluźniający żart, mający być wstępem do ucięcia sobie krótkiej pogawędki. Każda okazja do szlifowania mojego hiszpańskiego była dobra, ale tym razem głównym powodem była zwykła ciekawość. Ciekawość tego miejsca i tego człowieka. Odpowiedział nieśmiałym uśmiechem i ponownie zamarł w oczekiwaniu na dalszy rozwój sytuacji. No to już wiedziałem, że oprócz unikatowego zainteresowania Hemingwayem, demonstruje też skrajną odmienność wizerunkową w stosunku do typowego luzacko-spontanicznego obrazu przedstawiciela latynoskiego świata. I znowu w jakiś przedziwny sposób wiedziałem też, że nie dusi w sobie złości z powodu wymuszonej przerwy w lekturze spowodowanej przez jakiegoś zbłąkanego turystę chcącego zapewne tylko skorzystać z darmowego kibelka. Być może ten sam niewytłumaczalny impuls kazał mi zamówić zamiast tylko piwa, którym zamierzaliśmy ugasić pragnienie i niezwłocznie ruszyć dalej, jeszcze krewetki w oliwie z czosnkiem, sałatkę pomidorową, kawę, lody i brandy. Olbrzym wyraźnie się ożywił, przeprosił mnie na chwilę, po czym wyszedł na podwórze i zawołał coś donośnym głosem. Wrócił za swój kontuar i zaczął nalewać piwo. Minutę później do baru weszła starsza kobieta i nim zniknęła za drzwiami prowadzącymi, jak się domyśliłem, do kuchni, odpowiedziała na moje „ola”, rzecz jasna rzucając w moim kierunku uśmiechnięte spojrzenie. To wystarczyło, abym nabrał pewności, że była matką olbrzyma. Odziedziczył jej oczy, choć nie posturę, bo kobieta była raczej drobna. Uznałem, że to dobry powód do rozpoczęcia rozmowy, więc choć znałem odpowiedź, spytałem olbrzyma o kobietę. Odpowiedział chętnie, więc zadałem następne pytanie i jeszcze następne i tym sposobem po piętnastu minutach wiedziałem już o Jorge całkiem sporo. Zwłaszcza że w międzyczasie do rozmowy przyłączyła się moja żona, która zaniepokojona moją zbyt długą nieobecnością, przyszła sprawdzić co się dzieje. To oczywiście spowodowało, że Jorge ożywił się jeszcze bardziej i zaczął opowiadać o sobie, nie czekając nawet na pytania. A potem, również trawiony ciekawością, sam zadawał pytania, co było dowodem na częściowe przełamanie jego nieśmiałości. I tak dowiedzieliśmy się, że mieszka tu od urodzenia, że warsztat uruchomił jego ojciec, który zmarł niespodziewanie kilka lat wcześniej, a on jako jedynak przejął interes. Że ma żonę, która pracuje w Ikei, bo warsztat nie zarabia wystarczająco dużo (co nas wcale nie zdziwiło) i dwie córki, które są właśnie w szkole. No i że bardzo rzadko trafia tu ktoś spoza grona znajomych i sąsiadów rozrzuconych po najbliższej okolicy. Wtedy on zaspokoił swoją ciekawość, dowiadując się między innymi o naszych wędrówkach za słońcem. I widać było, że zrobiło to na nim większe wrażenie niż skrócona wersja naszych ostatnich poczynań.

No właśnie, w miarę postępowania rozmowy z coraz większym zdumieniem obserwowaliśmy jak z wnętrza tej ludzkiej kolubryny, wyłaniają się (mieliśmy tego zadziwiająco jasną świadomość) pokłady wrażliwości i jakiejś takiej wyjątkowej, poczciwej inteligencji. Było też coś jeszcze, coś nieokreślonego, nieuchwytnego, co jednak powodowało, że czuliśmy się w jego towarzystwie jakoś tak dziwnie dobrze, spokojnie, harmonijnie. Zdaliśmy sobie z tego sprawę dopiero jakąś godzinę później, kiedy znowu wędrowaliśmy w kierunku oceanu. Jakby w pewnym momencie ktoś zdjął z nas jakąś magiczną zasłonę i powrócił normalny poziom emocji.

Wydarzyła się wtedy następna pozornie zupełnie błaha rzecz, która wprawiła mnie jednak w prawdziwe osłupienie, ponieważ po raz pierwszy i zapewne ostatni raz w życiu byłem świadkiem takiej scenki. Siłą rzeczy zapisała się ona mocno w mojej pamięci. Otóż dało się zauważyć, że Jorge, mimo że rozmawiał z nami w miarę swobodnie, nie do końca pozbył się pewnych oznak nieśmiałości. Przede wszystkim nie bardzo wiedział, co zrobić z ogromnymi rękoma, które po nalaniu piwa, być może nieprzyzwyczajone do bezczynności, zaczęły wykonywać dość nieskoordynowane ruchy, jakby umysł Jorge przestał nad nimi panować. Jedna na przykład drapała go po głowie albo za uchem, druga zaś gestykulowała chaotycznie bez związku z wypowiadanym tekstem lub wygrywała jakąś melodię na niewidzialnym fortepianie. Widocznie zdawał sobie z tego sprawę i postanowił coś z tym zrobić, bo w pewnym momencie – choć właściwie to nie wiem, czy była to świadoma decyzja, czy działanie w afekcie – nie przestając z nami rozmawiać, sięgnął po stojącą za nim na półce z alkoholami butelkę najlepszego dżinu, czyli Gordon’s London Dry Gin, lekko nią zakręcił, zdjął nakrętkę i … skropił nim obficie blat kontuaru. Następnie wydobył skądś szmatkę i zaczął ów blat polerować. Przy czym robił to jakby od niechcenia, ot jedna ze zwykłych barmańskich czynności, nic niezwykłego. Zapach owoców jałowca rozszedł się po barze, a Jorge, widocznie zadowolony, że znalazł sposób na przejęcie kontroli nad swoimi rękoma, skrapiał blat jeszcze co najmniej dwa razy, tak że gdy zakończyliśmy rozmowę, świecił się jak świeżo polakierowany, a zapach jałowca był tak intensywny, że z ulgą powróciliśmy do ocienionego stolika na zewnątrz. Wtedy ze śmiechem, choć ciągle lekko oszołomiony, uświadomiłem żonie, że właśnie byliśmy świadkami niecodziennej sceny, ponieważ już pewnie nigdy niedane będzie nam oglądać, jak barman zamiast detergentów zużywa do czyszczenia kontuaru ze dwieście gramów Gordona. Tego samego Gordona, którego, jak donoszą pałacowe plotki, królowa Elżbieta II pije z tonikiem codziennie przed lunchem i któremu ponoć zawdzięcza swoją witalność i długowieczność. Nie wspominając o tym, że za równowartość zużytego dżinu można by kupić ze trzy litry płynu do czyszczenia, ale myślę, że Jorge nie myślał tak przyziemnymi kategoriami.

Komentowaliśmy jeszcze scenkę z baru, kiedy Jorge pojawił się z zamówionym jedzeniem i piciem. Spojrzeliśmy po sobie zdziwieni, bo wielka taca wypełniona była po brzegi. Tymczasem Jorge z widoczną nieporadnością zaczął zapełniać niewielki stolik, więc pośpieszyliśmy mu z pomocą i operacja zakończyła się sukcesem. Wyjaśniła się wtedy obfitość zamówienia. Okazało się, że hołdując pomału niestety wymierającemu hiszpańskiemu zwyczajowi, Jorge dorzucił w gratisie jeszcze miseczkę oliwek, koszyk pokrojonej bagietki i talerzyk czosnkowego sosu alioli, a pięćdziesiąt gramów brandy nalał do dużego pokala do piwa. Nie ma to jak zagubione gdzieś poza utartymi szlakami bary i małe restauracje, do których nie dotarła jeszcze z wybrzeża instrukcja obsługi bezwzględnego dojenia turystów.

Po pozbyciu się balastu z tacy Jorge wyprostował się, wymienił jakieś żartobliwe zdanie z karciarzami, po czym leniwie przeczesał wzrokiem widnokrąg. Kiedy upewnił się, że wszystko jest na swoim miejscu, z osłem włącznie, obrócił się na pięcie, by wrócić za kontuar i zapewne do Hemingwaya. Jednak ostatnie spojrzenie na klepisko z wrakami osadziło go na miejscu. Oczywiście cały czas obserwowaliśmy go kątem oka, więc natychmiast dostrzegliśmy powód jego zaabsorbowania. W cieniu dostawczego Volkswagena, w połowie zjedzonego przez rdzę, zaparkował wózek inwalidzki z pasażerem. Nie było go tam wcześniej, dlatego wysnuliśmy oczywisty wniosek, że musiał pojawić się tam podczas naszej pogawędki z Jorge. Wózek był standardowy, napędzany siłą ludzkich rąk, które operując odpowiednio dwoma tylnymi kołami, nadawały mu tempo i kierunek. Za to zupełnie niestandardowym wydawał się jego pasażer. Wypłowiała czapka bejsbolówka, pamiętająca złote czasy Chicago Bulls, siwy zarost zwieńczony brodą do piersi, spodnie typu bojówki z powypychanymi do granic możliwości kieszeniami i tłustymi plamami tak licznymi, że mogłyby świadczyć o preferencjach żywieniowych swego nosiciela co najmniej na przestrzeni ostatniego roku, i skórzana kurtka w stanie przedutylizacyjnym, wisząca na wychudzonych ramionach mimo upału. Koło wózka leżał średniej wielkości pies, rasy mieszanej. Wywieszony jęzor i ciężkie dyszenie nie pozostawiały wątpliwości, że jest zmęczony i spragniony. Wpatrywał się w swojego pana, przemawiając doń mądrymi i pełnymi miłości ślepiami, ale ten nie reagował. Chyba nie mógł mu pomóc. Jorge lustrował ten obrazek równolegle z nami, lecz podczas gdy w naszych głowach rozpoczynał się dopiero proces analizy sytuacji, ewentualnie zakończony niesprecyzowanymi jeszcze wnioskami, które z kolei mogłyby zaowocować jakąś formą działania, on już szedł w kierunku wózka. Kiedy doszedł do celu, pochylił się i wymienił z facetem w skórze kilka zdań. Potem stanął za nim, ujął w swe mocarne dłonie uchwyty i pchnął wózek w naszym kierunku. Po kilku chwilach zaparkował go przy wolnym stoliku między nami a karcianym towarzystwem, więc mogliśmy przyjrzeć się bliżej jego pasażerowi. Ujrzeliśmy steranego życiem, przedwcześnie postarzałego, przygarbionego i wychudzonego człowieka. Jego poorana głębokimi bruzdami twarz, fioletowy odcień nosa i policzków, szkliste, nieobecne oczy i spowolnione ruchy mówiły więcej niż słowa. Tymczasem Jorge zapytał go o coś, po czym pochylił się ku niemu raz jeszcze, by usłyszeć z trudem wyszeptaną odpowiedź. Bardziej domyśliłem się, niż usłyszałem, że starzec po prostu nie ma pieniędzy, bo Jorge uśmiechnął się tylko, ścisnął lekko, przyjacielsko jego ramię i ponowił pytanie, zapewniając go równocześnie, że nie ma się niczym przejmować. Wtedy starzec z ociąganiem i widocznym zawstydzeniem, za którym kryły się resztki dumy, wyszeptał coś powtórnie. Jorge pokiwał głową na znak zrozumienia i podszedł do stojącego tuż za drzwiami automatu z papierosami. Wyjął z kieszeni potrzebną kwotę i umieścił we wrzutniku. Automat połknął monety, żeby móc wypluć paczkę Cameli. Jorge otworzył ją, wysunął jednego papierosa do połowy i wrócił do starca. Kiedy ten drżącą ręką wyjął papierosa i umieścił go w ustach, Jorge wydobył z kieszeni zapalniczkę i obsłużył go jak ważnego klienta. Starzec zaciągnął się błyskawicznie trzy razy, łykając dym z zachłannością wyposzczonego ascety, któremu podrzucono dobrze wypieczony udziec barani. Wtedy Jorge wsunął dyskretnie resztę paczki wraz z zapalniczką do jednej ze skórzanych kieszeni starca i wrócił do baru. Po dwóch minutach pojawił się znowu, tym razem z wielkim kuflem piwa i miską wody. Ciągle dyszący, ale jak zauważyliśmy, od czasu przebywania w pobliżu Jorge, stale merdający ogonem, piesek rzucił się na wodę z podobną zachłannością, jak jego pan na nikotynę. Kiedy kufel z piwem spoczął przed starcem, Jorge rzucił tylko „salud”- na zdrowie i wrócił już na dobre do Hemingwaya, bo gdy pół godziny później żona poszła uregulować rachunek, siedział zanurzony w lekturze. Zaspokoił też naszą ciekawość, mówiąc, że nie wie, kim jest nieznajomy na wózku, że widzi go pierwszy raz, a nie wypytywał go, gdyż kontakt z nim jest dość utrudniony. Tymczasem starzec, jakby ciągle nie mógł uwierzyć w to co się stało, patrzył naprzemiennie, a to na stojące przed nim piwo, a to na pijącego psa. Dopiero po dłuższej chwili sięgnął po kufel i wychylił solidny łyk złocistego płynu. Odstawił kufel, spojrzał gdzieś przed siebie, westchnął głęboko i nagle zaczął bezgłośnie płakać. Łzy leciały mu ciurkiem, więc co chwilę wycierał je ręką. Trudno było orzec, czy był to efekt wzruszenia wywołanego chwilowym szczęściem, czy był to akt rozpaczy podsumowującej jego żywot. W każdym razie, zarówno my jak i karciarze, którzy od pewnego czasu znowu zawiesili grę i również dyskretnie przyglądali się wszystkiemu, jak na komendę wznowiliśmy luźną rozmowę, żeby w ten sposób zapewnić starcowi jakąś formę intymności. Po kilku minutach doszedł do równowagi i już spokojnie delektował się sytuacją. Kiedy wstaliśmy od stolika, aby kontynuować naszą wędrówkę, spojrzałem jeszcze raz w jego szkliste oczy i wydało mi się, że dostrzegłem w nich jakby przebłysk błogiego zadowolenia, a nawet iskierki wesołości. A może po prostu bardzo chciałem to dostrzec.

Ta historyjka być może nie byłaby warta przytoczenia – nie epatuje przecież nadmiernym dramatyzmem, ani spektakularnymi zwrotami akcji – gdyby w jakiś dziwny sposób nie odcisnęła na nas takiego piętna. Ciągle nie potrafimy tego racjonalnie wytłumaczyć. Czasem puszczamy wodze fantazji i doszukujemy się w niej jakiegoś ukrytego przesłania, a czasem dochodzimy do wniosku, że to przez ciąg specyficznych zdarzeń, ich lokalizację, postacie ludzkie i zwierzęce (osioł, pies) oraz, a może przede wszystkim, unoszącą się nad tym wszystkim tę niesamowitą aurę, której autorstwo początkowo przypisywaliśmy Jorge, ale ponieważ czas lubi mnożyć teorie i domysły, to dopuszczamy również wersję, że być może była to aura emanowana przez to osobliwe miejsce. W każdym razie, jakby nie było, jesteśmy wdzięczni losowi za to doświadczenie, bo jedno czego jesteśmy absolutnie pewni, to tego, że było to jedno z tych doświadczeń, które dopieszcza w człowieku tę jego lepszą, jaśniejszą i szlachetną stronę.

Powrót do Polski, czyli kolejna zmiana miejsca zamieszkania, jak zwykle wymusiła na nas przeprowadzenie kilku logistycznych operacji. Przy pomocy internetu i naszego syna, wszystko przebiegło nad wyraz sprawnie. Najpierw wytypowaliśmy kilka mieszkań w Poznaniu potencjalnie nadających się do wynajęcia, a potem Adam weryfikował je pod względem zgodności oferty ze stanem rzeczywistym. Trzecie lub czwarte przeszło tę weryfikację pozytywnie, więc lokum do czasu zakupu czegoś własnego, mieliśmy zapewnione. Przy zakupie samochodu trochę zaryzykowaliśmy, jak każdy, kto podejmuje decyzję o jego kupnie na podstawie kilku zdjęć i po typowej rozmowie handlowej z jego właścicielem. Moje wieloletnie doświadczenie biznesowe i znajomość technik negocjacyjnych powodowała, że wyczuwałem fałszywe nuty przy okazji takich rozmów, z zegarmistrzowską precyzją. Tym razem ich nie wyczułem. Duszek opiekuńczy oraz intuicja żony też nie zgłaszali zastrzeżeń, więc transakcja została sfinalizowana. Kilka dni później Adam pojechał do Świnoujścia odebrać samochód, a my, mimo wszystko, czekaliśmy w napięciu na wiadomości. Zadzwonił w połowie drogi do Poznania. Możemy być spokojni, auto super, żadnych problemów, wszystko jest zgodne z tym, co mówił sprzedający. A że sprzedający wymienianie listy zalet auta zakończył zapadającym w pamięć stwierdzeniem: – Panie, no po prostu Perełka – to już tak zostało. Po raz pierwszy nasz samochód – zamiast operowania bezduszną nazwą producenta – zyskał tak nietypową identyfikację. Może to objaw początków naszego powtórnego dziecinnienia, ale tak jakoś cieplej o nim myślimy, nazywając go w ten sposób. Okazało się też, że w pełni zasłużył na ten przydomek, bo jeździmy tą naszą Perełką do dzisiaj i nigdy nas nie zawiodła. Tym sposobem zakończyliśmy przygotowania do powrotu na ojczyzny łono. Kupno biletów na samolot, to była już zwykła formalność. Mogliśmy zatem jeszcze głębiej zanurzyć się w bezmiarze uroków Teneryfy i ze spokojem oczekiwać na przyjazd Adama z towarzystwem, aby wtedy tak jak Usain Bolt, tuż przed metą dokonać gwałtownego przyśpieszenia. Ten ostatni tydzień na wyspie zapowiadał się bowiem niezwykle intensywnie.

Tym razem młodzież nie zostawiła sobie ani dnia na nicnierobienie. Mimo to ich popyt na doznania nie mógł w tak krótkim czasie sprostać podaży. Wulkan Teide, Loro Park, rejs na delfiny, Żółta Góra, Santa Cruz, „nasze” Costa del Silencio i Las Galletas, Siam Park, przejście szlaku wąwozem Masca oraz nadmorskiej promenady trójmiasta, to i tak była imponująca lista jak na sześć dni pobytu. Będąca jednak czymś na podobieństwo zjedzenia przysłowiowych wisienek osadzonych misternie na powierzchni tortu. Teneryfa bowiem, tak samo jak Majorka i właściwie wszystko, co wartościowe, z ludźmi włącznie, najwięcej zyskuje po bliższym poznaniu. Rzecz jasna nie towarzyszyliśmy młodym przy spożywaniu wszystkich tych wisienek, bo mogłoby się to dla nas źle skończyć. Jakby toczący się dotąd w zwolnionym tempie film z nami w rolach głównych, nagle nadmiernie przyśpieszył, przypominając zawrotne tempo prastarych komedii slapstickowych. Zdecydowaliśmy się więc na jedną powtórkę i dwie premiery, z którymi czekaliśmy specjalnie na przyjazd Adama z ekipą. Jak wspomniałem, mieliśmy potrzebę dzielenia się z nimi spodziewanymi emocjami i ich objawami: radością, śmiechem, wzruszeniem, podziwem, ekscytacją, a także strachem przed niektórymi zjeżdżalniami w parku wodnym Siam Park.

Powtórką i to trzecią, był rejs na delfiny. Po raz kolejny było pięknie, więc doszliśmy do wniosku, że tego typu doznania chyba nigdy nam się nie znudzą. To z kolei zrodziło w nas marzenie, w którym podnieśliśmy nieco poprzeczkę. Pływamy w nim bowiem łodzią wśród stada humbaków, ogromnych wielorybów, które urządzają nam przedstawienie, wynurzając się pionowo w górę, aby zaraz potem opaść z hukiem, wzbijając widowiskową fontannę wody. Na szczęście marzenia nie są jeszcze zabronione, ponadto jak wiadomo, nic nie kosztują, no i są wręcz wskazane dla zachowania dobrego zdrowia psychicznego. Zwłaszcza jak przekują się w jeden z celów, które pobudzają nas do działania. W każdym razie umieściłem rejs na długopłetwce, czyli humbaki w zestawieniu rzeczy, które chciałbym zrealizować jeszcze w tym wcieleniu. Premierami były wizyta w Siam Parku i coś, na co czekaliśmy ze szczególną ekscytacją; przejście szlaku wąwozem Masca.

Siam Park to największy i zarazem najładniejszy park wodny w Europie. Nawiązujący stylistyką do Tajlandii, niegdyś zwanej Syjamem. Wodne królestwo, wodny raj to jedne z wielu marketingowych określeń tego miejsca. I o dziwo, nie ma w tych określeniach grama przesady. Wiernie oddają to, co tam zastaliśmy. Natłok atrakcji przyprawia o zawrót głowy. Niezliczone zjeżdżalnie, baseny, w tym jeden z największą na świecie sztuczną falą dochodzącą do trzech metrów, sztuczna rzeka, sztuczna wyspa i plaża, zaginione miasto, wszystko to skąpane w egzotycznej roślinności, miejscami dżungli. Całość uzupełniają budowle w stylu tajskim: świątynie, monumentalne wieże, pagody i posągi Buddy. Myślę, że aby podelektować się tym wszystkim z jako takim spokojem, trzeba by spędzić tam ze trzy dni. Ponieważ jednak turyści na ogół przeznaczają na Siam Park zaledwie jeden dzień, i to niepełny, to tuż po zakupie biletów – wartych swojej ceny- i przekroczeniu imponującej bramy wpadają w pewien rodzaj amoku przejawiający się w gorączkowym przemieszczaniu się z jednej atrakcji do drugiej. Właściwie trudno było dostrzec normalnie poruszających się ludzi, z wyjątkiem tych opalających się na sztucznej plaży. Chociaż i oni, jak przypuszczałem, byli właśnie w trakcie kilkunastominutowej sesji wkalkulowanej w ambitny plan zaliczenia wszystkiego, choćby pobieżnie.

Niestety, my również ulegliśmy temu amokowi, więc co rusz staliśmy na szczycie coraz to wymyślniejszej wodnej zjeżdżalni. Najbardziej oryginalna wydała mi się ta przypominająca w środku sedes. Najpierw zatacza się parę kręgów po obwodzie znajomej kształtem niecki, by finalnie wpaść w otchłań wielkiej dziury. Można było poczuć się spłukanym i to dosłownie, a nie tylko metaforyczne. Z kolei najbardziej ekstremalne doznania zapewniała niemal pionowa zjeżdżalnia nazywająca się Tower of Power. Nie dosyć, że przesuwała korzystającym z niej śmiałkom wszystkie ważniejsze organy w kierunku gardła, to jeszcze jej część przebiegała przez środek akwarium z rekinami. Tylko Adam i Łukasz odważyli się spróbować. Uderzenie adrenaliny było tak duże, że opuszczali zjeżdżalnie na miękkich nogach. Ponieważ od dziecka źle reagowałem na wszelkie karuzele i inne „atrakcje” zależne od działania siły odśrodkowej i pozbawiające mnie kontroli nad moim ciałem, toteż najchętniej spędziłbym ten dzień w Siam Parku dzieląc czas między basenem, plażą i spływem spokojną rzeczką. Ze zjeżdżalni wybrałbym co najwyżej te przeznaczone dla starszych dzieci. Jednak ulegając wywierającemu presję entuzjazmowi towarzystwa i dziwnym jak dla mnie brakiem asertywności, zaliczałem kolejne zjeżdżalnie nie czerpiąc jednak z tego faktu zbytniej przyjemności. Czerpałem za to przyjemność z obserwowania niemal dziecięcej radości na twarzach żony, Adama i reszty ekipy. Energia i zachłanność na doznania młodych była zrozumiała, ale to, co wyprawiała moja szanowna małżonka, wprawiło mnie w prawdziwe zdumienie. Oprócz Tower of Power nie odpuściła żadnej zjeżdżalni. Z niektórych zjeżdżała kilkakrotnie, a każdy następny zjazd podnosił u niej poziom radosnej ekscytacji. Była niemal jak w euforycznym transie, co rusz zjeżdżając lub wspinając się po schodach na szczyt kolejnej zjeżdżalni. Kiedy więc wieczorem, w domu, poziom endorfin wrócił u niej do normalnego stanu, była tak wyczerpana, że pierwsza opuściła towarzystwo i poszła spać, co w jej przypadku jest niezmierną rzadkością, wręcz ewenementem.

Również cały następny dzień mogła regenerować siły, bo młodzież z samego rana pojechała zaliczać wulkan Teide, by potem udać się do Puerto de la Cruz i spędzić kilka godzin w Loro Parku. A siły były jej bardzo potrzebne, ponieważ nazajutrz miał się ziścić jeden z naszych głównych celów. To cudowne uczucie, kiedy marzenie udaje się przekuć w rzeczywistość. Sprzedaż domu i firmy oraz wyjazd na Majorkę zainicjowały w naszym życiu ten wspaniały ciąg urzeczywistniania się marzeń. Szczęśliwie przedtem również udawało nam się niektóre realizować, ale nigdy nie następowało to z taką intensywnością jak podczas tego pamiętnego roku. Rzecz jasna realizacja większych marzeń przeplatała się z realizacją tych mniejszych. Zaliczenie szlaku wąwozem Masca właściwie trudno było nawet zakwalifikować do działu marzeń, było bowiem zamierzeniem planowanym, będącym stale w naszym zasięgu, jednak odkładane z wcześniej przytoczonych powodów, rosło w naszych głowach i z czasem do rangi marzenia awansowało.

Większość turystów ulega schematowi narzuconemu przez wynajętych przewodników i rozpoczyna wędrówkę od miejscowości Masca, schodząc w dół ku oceanowi do małej zatoki o tej samej nazwie. Tramwaj wodny transportuje ich stamtąd do portu w Los Gigantes, gdzie następuje definitywny kres wyprawy. My postąpiliśmy dokładnie odwrotnie. Zadecydowały o tym dwa logiczne argumenty wysunięte przez – niemającą w tym żadnego interesu – pracownicę agencji pośredniczącej w sprzedaży biletów na różne atrakcje turystyczne Teneryfy. Pierwszy to taki, że schodząc w dół techniką amatorską – czyli naszą – znacznie bardziej obciąża się kolana, stawy biodrowe i palce u stóp. To efekt działania sił fizycznych, przede wszystkim grawitacji, która powoduje, że każdy krok w dół to chwilowe rozpędzanie naszego ciała. Trzeba wtedy dokonać wysiłku, aby wyhamować prędkość. Podczas wchodzenia podnosimy i zginamy w kolanie nogę nieobciążoną ciężarem całego ciała. Podczas schodzenia wykonujemy manewr przeciwny. Ważne jest też to, że wchodząc mamy punkt postawienia stopy bliżej oczu, szybciej podejmujemy więc decyzję o jej lokalizacji, co zapewnia lepszą płynność ruchu. To z kolei przekłada się na dużo mniejsze niż przy schodzeniu wydatkowanie energii i zminimalizowanie ryzyka poślizgnięcia się.

Oczywiście dla miłośników górskich szlaków, są to oczywiste oczywistości, ale dla nas była to kolejna ciekawa lekcja. Później doczytałem w internecie, że znacznie więcej wypadków wśród himalaistów wydarza się podczas schodzenia ze zdobytych szczytów, niż w trakcie wspinaczki. Tak więc ważną kwestię wchodzić czy schodzić mieliśmy rozstrzygniętą.

Drugi argument, aczkolwiek bardzo istotny, był już tylko stemplem pod powziętą decyzją. No i nie było w nim nic odkrywczego, ponieważ nawet my, okazjonalni „pokonywacze” karkonoskich szlaków wiedzieliśmy, że pięcie się w górę zapewni nam sukcesywne dostarczanie coraz to bardziej spektakularnych widoków.

Kiedy wypłynęliśmy z portu w Los Gigantes do zatoki Masca, chyba wszystkim zaczęło udzielać się charakterystyczne podniecenie wywołane wizją przeżycia wyjątkowej przygody. Już samo płynięcie tramwajem wodnym będącym w istocie niewielką łodzią pontonową z silnikiem wyposażoną w rząd siedzisk, wzdłuż olbrzymich klifów, robiło niezwykłe wrażenie. Człowiek czuje się dziwnie malutki wobec takich monstrualnych wspaniałości natury. Potem w trakcie pokonywania szlaku, takie uczucie nawiedzi mnie jeszcze kilkakrotnie. Najpierw jednak dopływamy do małego betonowego pomostu, gdzie po schodkach wydostajemy się na brzeg zatoki. Krótka sesja fotograficzna i już bez zbędnej zwłoki rozpoczynamy marszrutę. Wybór kierunku marszu okazuje się nie taki oczywisty. Oczywiście w górę, tyle że są dwie alternatywy, a błąd może spowodować zagubienie się lub konieczność cofnięcia się do punktu wyjścia. Na szczęście Łukasz odnajduje na jednej ze ścieżek pierwszą z pięćdziesięciu dwóch tabliczek z numerem wskazującym kierunek oraz ułatwiającym lokalizację. Przed nami cztery kilometry trasy pnącej się pięćset osiemdziesiąt metrów w górę. Jak to zwykle bywa w takich wypadkach, kilkanaście początkowych tabliczek mijamy w dość mocnym tempie. Ktoś hardo podaje w wątpliwość szacowany na cztery godziny czas wspinaczki. Wkrótce jednak wyhamowujemy. Dostajemy lekkiej zadyszki, ale też coraz częściej przystajemy, by przepuścić grupy turystów schodzących z góry lub delektować się nieziemskimi widokami. Tych turystów jest całkiem sporo, ale nie na tyle sporo by tworzyły się korki, które są niemal codziennością w szczycie sezonu. Trudno się jednak dziwić, skoro szlak ten zalicza rocznie około sto tysięcy osób, a przepustowość jest dosyć mocno ograniczona przez wąskie ścieżki, otwory w skałach czy konieczność wspinania się. Jednak nic nie jest w stanie zakłócić naszego zachwytu okolicznościami przyrody. Przez większą część drogi otaczają nas pionowe ściany skalne tak wysokie, że momentami widzimy tylko kawałek błękitnego nieba. Zadziwia nas bujna i zróżnicowana roślinność. Oczywiście kaktusy, krzewy i byliny skalne, ale też sporo palm i figowców. No i cała paleta kwitnących przecudownie kwiatów, nad których urodą rozpływają się nasze panie. Najbardziej zaskoczył nas odcinek zarośnięty gęstym laskiem bambusowym. Prowadziła przez niego wąska ścieżka, przez którą można było iść tylko gęsiego. Przypominało to trochę przedzieranie się przez dżunglę, brakowało tylko pohukiwania małp i maczety zamiast kija w ręku Adama, który pierwszy wszedł w ten gąszcz. Często idziemy wzdłuż strumienia, ale w kilku miejscach wypełnia on sobą całą szerokość trasy i trzeba ostrożnie kroczyć po płaskich kamieniach zalegających nieregularnie jego dno. Za to dwa lub trzy razy przybiera formę bajecznie malowniczego wodospadu czy równie pięknej kaskady. W jednym z takich rajskich miejsc urządzamy sobie piknik. Jajka na twardo, bagietka i woda smakują lepiej niż najwytworniejsze dania w ekskluzywnej restauracji. Czasem stromizna skał jest tak duża, że musimy stosować wobec pań różne techniki wciągająco-popychające, a trzeba zaznaczyć, że są one sprawne fizycznie. Z niedowierzaniem kręcimy więc głową, gdy widzimy w tych miejscach męczarnie osób w mocno zaawansowanym wieku lub tych ze sporą otyłością. Zastanawiamy się, czy ich obecność na szlaku jest wynikiem odwagi, czy raczej braku odpowiedzialności, a może nawet głupoty. Przy takich okazjach ujawnia się też nasz logistyczny rozsądek związany z wyborem kierunku marszu. Jeszcze bardziej możemy się nim puszyć teraz, gdy okazało się, że w ciągu następnych dwóch lat doszło w wąwozie Masca do kilku wypadków śmiertelnych będących konsekwencją upadków z kilkumetrowych wysokości. Wszystkie te wypadki nastąpiły podczas schodzenia. Ponieważ zaczęły się mnożyć także incydenty zakończone złamaniami czy stłuczeniami wymagające często interwencji ratowników, nierzadko z użyciem śmigłowca, w lutym 2018 szlak zamknięto w celu przeprowadzenia prac zwiększających bezpieczeństwo. W momencie, gdy piszę te słowa, wąwóz ciągle pozostaje niedostępny dla turystów. Całe szczęście, że wtedy nie mieliśmy świadomości potencjalnego zagrożenia, bo obawiam się, że niektórzy mogliby storpedować naszą wyprawę.

Po niemal równo czterech godzinach przeprawy dostrzegamy majaczące gdzieś w górze zabudowania Maski. Młodzież przyśpiesza jak wielbłądy wyczuwające wodę po długiej wędrówce przez pustynię. W tym przypadku chodziło oczywiście o zimne piwo, które przez ostatnie pół godziny stało się symbolem wszelkiej szczęśliwości i które przesłoniło swoją mocą wpływania na wyobraźnię wszystkie pozostałe bodźce. Niestety żonę w tym momencie dopada kryzys, charakterystyczny dla długodystansowców, którym tuż przed metą coś odcina tlen. Nie chcąc spowalniać galopu do piwopoju, wysyłamy młodych w charakterze straży przedniej mającej wybrać odpowiedni bar. Wystarczyło parę chwil, by zniknęli nam z oczu. Po krótkim odpoczynku ruszamy. Żona mozolnie pnie się w górę. Jak zwykle niestosownie do okoliczności, przypominam jej żartobliwie, jak to śmigała niczym gazela na początkowym odcinku trasy, często dyktując tempo, choć prosiłem ją o wstrzemięźliwe szafowanie siłami. Kiedy wydawało się, że droga już niczym nas nie zaskoczy, wchodzimy na wąską ścieżkę biegnącą z jednej strony wzdłuż pionowej skały, zaś z drugiej wzdłuż przepaści. Przed potencjalnym runięciem w dół miały zabezpieczać dość swobodnie zwisające łańcuchy. Ta nieoczekiwana „atrakcja” spowodowała u żony nowy przypływ energii i koncentracji, niezbędny, żeby przejść ten odcinek bezproblemowo. Udało się, jednak tuż za ścieżką, gdy emocje opadły, usiadła na pierwszym z brzegu kamieniu i zaczęła zwyczajowe utyskiwania. Ponieważ w Masce (tak jak podczas pamiętnego marszu do Santa Ponsy) nie czekały na nią sklepy z ciuchami, obuwiem i perfumami, a piwo nie było wystarczającym motywatorem, chcąc nie chcąc musiałem, niczym Syzyf swój kamień, po prostu zacząć pchać ją pod górę, układając ręce na centralnej, tylnej części jej ciała. W innych okolicznościach mogłoby się to wiązać z całkiem przyjemnymi doznaniami, ale wtedy, w pełnym słońcu, zlany potem, myślałem tylko o kresie tej wspinaczki. Na szczęście był to już ostatni odcinek drogi biegnący po kamiennych schodach. Dwadzieścia minut później zlizywałem już piankę z kufla z piwem, a wszystkie przeżycia związane z przejściem szlaku wąwozem Masca stały się jedną wielką, piękną przygodą. I wspaniałym podsumowaniem naszego życia na Teneryfie. Następnego ranka zdaliśmy mieszkanie, zapakowaliśmy bagaże i siebie do samochodu i odjechaliśmy w kierunku lotniska.

Wszystko się kiedyś kończy. W zależności od sytuacji, stwierdzenie to dla jednych oznaczać będzie nadzieję na lepsze jutro, dla innych będzie przyczyną frustracji czy przygnębienia, a jeszcze inni przyjmą je ze stoickim spokojem pozbawionym emocji. Nam w drodze na lotnisko towarzyszyła kotłowanina sprzecznych myśli. Niby mieliśmy dużo czasu na oswojenie się z decyzją o powrocie i wydawało nam się, że jesteśmy mentalnie na to przygotowani, ale gdy w końcu przyszedł ten moment, to poczuliśmy się jakoś tak mało komfortowo. To było coś porównywalnego z tym, co odczuwamy, gdy kończy się jakiś piękny film, wspaniały koncert czy dramatyczny, stojący na kosmicznym poziomie mecz piłkarski albo tenisowy. Czyli utratą czegoś, co przenosiło nas w bardziej natchnione obszary rzeczywistości. Z drugiej strony cieszyliśmy się na częstsze kontakty z Adamem, z naszymi owdowiałymi rodzicami i ogólny powrót do przerwanego życia towarzyskiego. Intrygowała nas też konieczność podjęcia działań mających na celu przywrócenie nam statusu statecznych mieszczan, czyli zakup mieszkania i większości tych rzeczy, których z taką lubością pozbyliśmy się przed wyjazdem. Żartowaliśmy, że będziemy teraz jak młode małżeństwo, które zmuszone jest kompletować niemal od zera różne przedmioty niezbędne do startu w nową drogę życia.

Blisko pięciogodzinny lot jeszcze bardziej sprzyjał roztrząsaniu różnych spraw. Zebrało nam się też na podsumowania. I mimo że fizycznie byliśmy jeszcze w przestrzeni powietrznej Hiszpanii, to już wdarły się do nich nuty sentymentalizmu. Chyba przez te omowne różowe okulary, które przywdzialiśmy jakiś czas wcześniej i przez które wszystkie minione wydarzenia postrzegaliśmy w tym kolorze. W pewnym momencie na szkle tych różowych okularów pojawiła się jednak mała rysa, która podzieliła nasz dwuosobowy zespół na dwa obozy. Zwolenniczkę Teneryfy i zwolennika Majorki. Bardzo upraszczając to zagadnienie, wzięło się to stąd, że żona przedkładała aspekt społeczny swojego emigranckiego doświadczenia ponad estetyczny wymiar natury, który preferowałem ja. I chociaż zgadzała się z moim, jak najbardziej subiektywnym zdaniem, że Majorka jest odrobinę piękniejsza od Teneryfy, to trwała przy swoim wyborze. Z kolei ja musiałem uznać wyższość kanaryjskiej wyspy w kwestii klimatu. „Zima na Kanarach dla polskich emerytów” albo „Kanary Florydą polskich emerytów” to hasła, które radziłbym wziąć pod rozwagę wyborczym sztabowcom przy okazji przyszłych kampanii. Niemniej, pomijając ten polityczny wtręt, klimat Teneryfy z całą pewnością perfekcyjnie przyczynia się do wydłużenia i podniesienia jakości życia. Zgadzałem się też z żoną, że Teneryfa oferuje wszystko jakby w większym wymiarze. Najwyższa góra, największe klify, ocean zamiast morza, największy park wodny i ogród zoologiczno-botaniczny, zbudowane z większą fantazją i rozmachem hotele, centra handlowe czy kondominia. Sęk w tym, że ja wolę klimaty bardziej kameralne i to Majorka bardziej spełniała moje wymagania w tej kwestii. Trzeba jednak zaznaczyć, że te różnice powodujące odrębność naszych ocen, były w sumie minimalne. I były rozpatrywane w cieniu naszej wielkiej miłości dla obu tych gigantów światowej turystyki. To mniej więcej tak, jakbyśmy wyszukiwali niuansów różnicujących grę Messiego i Ronaldo czy Federera i Nadala.

Skoro już godzinę po opuszczeniu Teneryfy pobrzmiewały w naszej dyskusji tak nostalgiczne nuty, to można sobie wyobrazić, co pobrzmiewa w naszych wspomnieniach teraz, po kilku latach. To już nie pojedyncze nuty, to cała symfonia nostalgii i tęsknoty. Jednak wtedy trzeba było po raz kolejny poprzestawiać gałki w naszych głowach i dostroić je do polskiej częstotliwości. Niestety jest to częstotliwość niskich, by nie rzec przyziemnych tonów. Na szczęście Majorka i Teneryfa uzbroiła nas w cały arsenał sił i środków pozwalających powtórnie przystosować się do naszych realiów, a nawet wygrzebywać z nich małe i nawet całkiem spore przyjemności, ale to już materiał na całkiem inną opowieść. Niestety, nie w klapkach.
KONIEC

„Jeśli kiedykolwiek zamierzasz cieszyć się życiem – teraz jest na to czas – nie jutro, nie za rok. Dzisiaj powinno być zawsze najwspanialszym dniem”

Thomas Dreier

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź