Rozdział 25

Sylwester w Hiszpanii to „Nochevieja” czyli stara noc. O ile Wigilia na Teneryfie pozostawiła w nas bardzo przyjemne wspomnienia, o tyle pożegnanie starej nocy i powitanie Nowego Roku pozostawiło raczej uczucie niedosytu. I to wcale nie z powodu niezjedzenia golonki po bawarsku z zasmażaną kapustą i niewypicia tradycyjnego pół litra na głowę na jakimś balu, zabawie czy choćby swojskiej domówce. Zaplanowaliśmy sobie bowiem spędzenie tego czasu w duchu hiszpańskiej tradycji, no i średnio nam to wyszło. Sami byliśmy sobie winni, bo uznaliśmy za oczywiste, że w Las Galletas, na placu koło szkoły, na pewno odbędzie się jakaś impreza, koncert, czy choćby zwykłe zgromadzenie mieszkańców, którzy wspólnie pożegnają stary i powitają Nowy Rok. Było to dla nas oczywiste do tego stopnia, że nawet nie przyszło nam do głowy, żeby to sprawdzić. Zastanawialiśmy się tylko, czy fajerwerki będą odpalane gdzieś w okolicach placu, czy może z promenady rozświetlając niebo nad oceanem. Druga opcja wydała się nam atrakcyjniejsza, bo to rozognione niebo odbijałyby się w wodzie jak w lustrze, co niewątpliwie potęgowałoby wizualne efekty.

Tak więc po długiej, aczkolwiek standardowej kolacji, wzbogaconej nieco rozszerzoną paletą wspaniałych, długo dojrzewających serów i szynką Iberico, zapakowaliśmy do małego plecaka butelkę półwytrawnej Cavy, kiść winogron i wyruszyliśmy w kierunku Las Galletas. Było sporo po dwudziestej drugiej, więc spodziewaliśmy się dochodzących zewsząd odgłosów świętowania. Jednak podobnie jak w przypadku wigilijnej wyprawy na Pasterkę, znowu dominowała cisza. Z początku nie wzbudzała w nas żadnych podejrzeń. Przecież „starszyzna” stanowiąca większość szczęśliwie osiadłych w naszym Costa, czasy szalonych imprez miała już raczej za sobą. Teraz zapewne nobliwie, sącząc lampkę rozwodnionego wina, oglądają w telewizji szaleństwa młodych, co najwyżej bujając się od czasu do czasu w fotelu do melodii któregoś ze starszych przebojów lub, jak najbardziej stosownie do okazji, utyskują nad nieuchronnością i sensem lub bezsensem przemijania. Chociaż z drugiej strony, znając ich niespożyte zasoby energii i niemal młodzieńczą zachłanność na życie, równie dobrze mogą robić coś zupełnie innego. Coś, co wprawiłoby w zdumienie ich dzieci i wnuki, gdyby mogły ich obserwować w ukrytej kamerze. W każdym razie czego by nie robili, nie powodowało to żadnego hałasu i tym sobie mniej więcej tę ciszę tłumaczyliśmy. Kiedy jednak minęliśmy rogatki Las Galletas, a nieco później kroczyliśmy jej wyludnionymi ulicami i mimo wytężania słuchu w poszukiwaniu dźwięków, które mogliśmy utożsamiać z radosną celebracją doniosłego, bądź co bądź, wydarzenia, nadal otaczała nas dojmująca cisza, zaczęło docierać do nas, że tym razem wykazaliśmy się chyba naiwnością w ślepej wierze w hiszpańskie upodobanie do kolektywnego świętowania.

Ostateczne odarcie z resztek złudzeń i nadziei nastąpiło, kiedy dotarliśmy do placu, który wydawał się tonąć w jeszcze głębszej i jeszcze bardziej dojmującej ciszy, bo niemal szokująco kontrastującej z istną kakofonią dźwięków, które miejsce to emitowało za dnia. Dzieci z przylegającej do placu szkoły, inne dzieci pod kuratelą dorosłych, podrasowana swoją energią młodzież, liczne psy z opiekunami lub bez czy wreszcie ptactwo reprezentowane przez tabuny gruchających gołębi i mewy penetrujące teren z dachów najwyższych budynków, komunikujące się ze sobą za pomocą swego przeszywającego powietrze i wnętrzności „płaczu”. Nie wiem, dlaczego Anglicy nazwali ten ich wrzask „płaczem”. Jeżeli już, to na pewno jest to jego histeryczna odmiana. Taka na przykład jak rozkapryszonego dzieciaka, któremu na chwilę zarekwirowano smartfon lub inteligentnej inaczej celebrytki, która przeżywa właśnie niewyobrażalną tragedię, bo w tajemniczych okolicznościach zaginął jej karnet do solarium. Zajrzeliśmy jeszcze na promenadę, gdzie spotkaliśmy tylko kilka par będących najwyraźniej właśnie w fazie największej fascynacji szczegółami anatomicznymi swoich partnerów, ponieważ nie zwracali na nas najmniejszej uwagi nawet wtedy, gdy przechodziliśmy koło nich prawie na wyciągnięcie ręki. Nie ma co ukrywać, że trochę im zazdrościliśmy. Dużo lat minęło od czasu ekscytującej zabawy w „małego lekarza”.

Ponieważ do północy zostało jeszcze ponad pół godziny, zarządziliśmy niezwłoczny odwrót z wyludnionego Costa, by zdążyć do domu na hiszpański rytuał noworoczny. Zdążyliśmy. Po drodze pocieszaliśmy się, że przynajmniej zaliczyliśmy solidny nocny spacer, który zaprocentuje zdrowym, głębokim snem. To z kolei spowoduje, że obudzimy się rano rześcy i wypoczęci i po śniadaniu udamy się do hotelu Alborada Beach, aby zainaugurować rok pływaniem w oceanicznej wodzie jego ogromnego basenu i wygrzewaniem się w słońcu. Już nasi praprzodkowie mawiali, że jaki pierwszy dzień Nowego Roku, taki cały rok. Dlatego radzili dużo i dobrze w tym dniu jeść i nie przepracowywać się. Mądry dobrej rady posłucha, głupi zignoruje. I tak pocieszeni, z ambitnym planem na jutro, z którego zapewne dumni byliby ci przodkowie od profilaktycznego nieprzepracowywania się i smacznego jedzenia, włączyliśmy telewizor i wraz z tłumem zgromadzonym na centralnym placu w Madrycie, słynnym Puerta del Sol, czekaliśmy na moment, kiedy zegar na wieży Casa de Correos wybije północ. Aby zadośćuczynić hiszpańskiej tradycji, każde z nas miało przygotowane dwanaście winogron, jedno na każde uderzenie zegara. Oprócz winogron i butelki Cavy trzeba też było mieć w zanadrzu zestaw życzeń wypowiadanych w myśli w trakcie ich zjadania. To fajny i zarazem praktyczny zwyczaj, bo można wtedy przemycić jakieś ściśle tajne i najbardziej osobiste życzenie. Takie, które z różnych względów nigdy nie zostałoby wypowiedziane głośno. Trochę się obawialiśmy, czy zdołamy nadgryzać i przełykać winogrona na tyle szybko, by zsynchronizować tę czynność z uderzeniami zegara, ale jego głęboki dźwięk wibrował na tyle długo, że daliśmy radę i to bez zakrztuszenia. Potem odkorkowałem Cavę i spełniliśmy tradycyjny toast, życząc sobie przede wszystkim, aby ten Nowy Rok nie był gorszy od poprzedniego, co gwarantowałoby wystarczającą dawkę satysfakcji. Ponieważ w Polsce, ze względu na różnicę czasu, północ nastała godzinę wcześniej, życzenia z najbliższymi wymienialiśmy podczas spaceru do Costa. Uznaliśmy zatem, że ze względu na zaistniałe okoliczności, a więc konkretne plany na spędzenie pierwszego dnia w roku, panującą na zewnątrz ciszę i nadmiernie dotleniony intensywnym marszem organizm reagujący coraz częstszym ziewaniem, nie pozostało nam nic innego jak spokojnie opróżnić butelkę (póki buzowały w niej bąbelki) i ułożyć się do snu. Tak też zrobiliśmy, ale zanim odpłynęliśmy w objęcia Morfeusza, zebrało nam się na odrobinę refleksji. Trochę gryzło nas sumienie, że nie pożegnaliśmy Starego Roku, tak jak na to zasługiwał. A zasługiwał na dużo więcej, bowiem był to dla nas rok wyjątkowy. Obfitujący w przygody, zwroty akcji, mniej lub bardziej doniosłe wydarzenia oraz doznania i doświadczenia, którymi moglibyśmy wypełnić poprzednie pięć lat. Jeżeli dodać do tego zdrowie, szczęście i pomyślność, czyli świętą trójcę wszystkich życzeń, to zrozumiałym się staje, dlaczego żegnaliśmy go w nieco nostalgicznym nastroju. Jakieś przeczucia, czy intuicja podpowiadały nam, że następny taki rok nieprędko, jeżeli w ogóle, się zdarzy.

Na szczęście rano obudziliśmy się wypoczęci i pełni energii i wystarczyło uśmiechnąć się do siebie i grzejącego słoneczka, aby zapomnieć o nocnych rozterkach a przypomnieć sobie, jakimi to szczęściarzami jesteśmy. Że oto wystarczyła nasza drobna pomoc, sprokurowanie pewnych spraw, żeby los się do nas uśmiechnął i spowodował, że stało się to, co się stało, że jesteśmy tu, gdzie jesteśmy i robimy to, co robimy. Że dzięki odzyskanemu spokojowi, harmonii i nabytemu hiszpańskiemu luzowi, potrafimy cieszyć się każdą chwilą, godziną, dniem, albo jak śpiewał kiedyś Wojciech Skowroński, po prostu byle czym.

Tak więc cieszyliśmy się bardzo, wylegując się w noworoczne przedpołudnie na leżakach przy basenie hotelu Alborada Beach. Słońce grzało przyjemnie, więc żony Mojito i mój Blue Shark smakowały wybornie. Ponieważ było to dopiero preludium przed atrakcjami zaplanowanymi na ten dzień, więc pamiętając o przykazaniach naszych przodków, byliśmy raczej spokojni o resztę roku. A już na pewno o najbliższe trzy miesiące, które nam pozostały na Teneryfie. Oprócz bowiem codzienności, która dzięki wspomnianemu nastawieniu i naszej kreatywności, sama w sobie była ekscytująca, czekały nas jeszcze liczne atrakcje. Przede wszystkim czas spędzony z naszymi gośćmi. Pod koniec stycznia przylatywali Staszki, a w marcu Adam z ekipą. Zostawiliśmy sobie na tę okazję kilka turystycznych rarytasów. Uznaliśmy, że wspólne przeżywanie zachwytów, dzielenie się radością, doznaniami i innymi pozytywnymi emocjami w doborowym towarzystwie przybierze jeszcze intensywniejszą formę. Szczególnie dużo obiecywaliśmy sobie po eksploracji kilkakrotnie już wymienianej Mascy, malowniczej wioski i wąwozu o tej samej nazwie. Internetowe opinie sprawiały, że przebierałem nogami ze zniecierpliwienia w oczekiwaniu na następne trofeum w naszej kolekcji mocnych wrażeń.

Spotkałem w Internecie wcale nieodosobnione opinie porównujące Mascę do słynnego Machu Picchu w peruwiańskich Andach. Nie byliśmy w Machu Picchu, więc trudno nam się do nich jakoś obiektywnie ustosunkować, niemniej już sam fakt występowania takich porównań niesamowicie nobilituje Mascę i świadczy o jej wyjątkowości. I to nie tylko w kanaryjskiej skali. To jedno z takich miejsc, w którym przepełnia nas poczucie szczęścia, niemal euforii z powodu obcowania z pięknem w jej najczystszej postaci.

Już sam dojazd do wioski położonej na wysokości 600m n.p.m. w masywie górskim Teno, skutecznie podnosi poziom adrenaliny i powoduje szybsze bicie serca, zwłaszcza u osób „uczulonych” na atrakcje związane z jazdą po niesamowicie krętych, górskich serpentynach dróg. W następstwie tych biochemicznych reakcji organizmu osoby te objawiały różne ciekawe (z punktu widzenia wyluzowanego obserwatora) zachowania. Adam na przykład położył głowę na kolanach Kasi i zamknął oczy, by osiągnąć taki stan skupienia, który odcinał go od wszystkich bodźców atakujących zmysły zza szyb samochodu. Staszek z kolei, jako posiadacz motoryzacyjnej duszy a tym samym namiętny kierowca, z każdym pokonywanym stromym, wąskim i ostrym zakrętem osiągał stan coraz to większej ekscytacji. Nauczyłem go hiszpańskiego słowa: „arriba”, czyli do góry, więc po każdym takim zakręcie, kiedy przepaście robiły się coraz bardziej przepastne a panorama rozleglejsza, powtarzał ze słyszalnym zadowoleniem: – I znowu arriba, ciągle jedziemy arriba. W tym czasie u jego siedzącej obok żony błędnik wariował, a ona sama umierała z przerażenia. Zapewne w akcie desperacji, obierając tę samą taktykę co Adam, też chętnie położyłaby głowę nie tyle na kolanach Staszka, bo mogłaby ograniczyć swobodne ruchy kierownicy, co na jego podudziach, moszcząc fryzurę w przyjaznym i znanym środowisku, czyli na jego miękkim podbrzuszu, ale chyba bardziej przeraziły ją ewentualne konsekwencje tego posunięcia, czyli moje niedwuznaczne żarty zabarwione oczywiście czarnym humorem i, a raczej przede wszystkim, dalszy już niekontrolowany wzrost euforii u Staszka, co wiązałoby się z kompletną utratą i tak już dość kruchego poczucia bezpieczeństwa, bo pochyliła się tylko do przodu, jak w samolotowej instrukcji, umieszczając głowę między swoimi nogami i skupiła wzrok i myśli na karminowym odcieniu swoich paznokci u stóp. Jakoś przetrwała tę karkołomną wspinaczkę, choć, gdy wysiadała z samochodu widać było, że kosztowało ją to sporo energii i tym samym znacznie ograniczyło zasoby entuzjazmu przez nas z kolei eksploatowane bez granic w reakcji na to, co nas otaczało.

A otaczały nas tak bajeczne widoki, że zapierało dech w piersiach. Około pięćdziesięciu malowniczych budynków skąpanych w bujnej zieleni i naturalnie w słońcu, otoczonych monumentalnymi masywami skalnymi. Większe i mniejsze domki zostały posadowione na niewielkich skrawkach ziemi, które udało się wydrzeć górskiemu zboczu i zaadoptować na potrzeby mieszkańców. Stąd różnica poziomów między najniżej a najwyżej położonym budynkiem, która dochodzi do 150 metrów. Wśród zieleni dominują liczne, okazałe palmy. Nie jest to ich naturalne środowisko. Ich obecność tutaj to wynik upiększających naturę działań człowieka. W tym przypadku (bo to niezmierna rzadkość) wyjątkowo udanych działań, ponieważ ta swoista kooperacja natury i człowieka dała wspaniały efekt w postaci idealnie zharmonizowanej kompozycji, niczym w obrazach wielkich mistrzów renesansu: Leonarda i Michała. Sycimy tym widokiem oczy i dusze. I tak samo, jak w przypadku dzieł wymienionych geniuszy, żaden opis nawet w części nie jest w stanie oddać jego piękna.

Oprócz budynków praktycznego przeznaczenia jest też urokliwa kapliczka z XVIII wieku z przylegającym do niej placykiem. Placyk, a ściślej rzecz ujmując, zacienione ławki na nim, warto potraktować jako przyczółek na którym przeczekamy pierwsze oszołomienie, aby już bardziej świadomie móc penetrować całą resztę. Mascę zamieszkuje niecałe sto osób, z czego jedna czwarta to cudzoziemcy. Jednak ci, którzy osiedli tu kiedyś szukając izolacji, żeby w ciszy i spokoju kontemplować cuda natury oraz własne wnętrza, albo musieli poszukać innego natchnionego odludzia, albo musieli mocno skorygować swój dotychczasowy styl życia, ponieważ aktualnie prawie wszyscy utrzymują się tu z turystyki. Musi to być całkiem intratne zajęcie, ponieważ wioska wraz z wulkanem Teide tworzy niedościgłą parę najbardziej popularnych miejsc na Teneryfie. Dziennie odwiedza ją około 3000 turystów, dla których niemal rytuałem jest wydanie tu na cokolwiek trochę grosza. Bary, restauracje oraz sklepiki z rzemiosłem i pamiątkami mocno to ułatwiają. Nie trzeba być urzędnikiem skarbowym, żeby zorientować się, że te grosze składają się na dość potężne kwoty. Na pewno rekompensujące życie, co prawda w rajskich okolicznościach przyrody, ale takie trochę jak w wiosce Wielkiego Brata. Turyści bowiem od wczesnych godzin porannych aż do spektakularnego zachodu słońca krzątają się po Masce z wytrwałością i uporem mrówek. Zaglądają bez zahamowań do wszystkich zakamarków, również tych z napisem „privado”. O jakiejkolwiek intymności poza domem nie ma mowy. Z drugiej strony przecież do wszystkiego idzie się przyzwyczaić, a wspomniana rekompensata finansowa, niczym anestezjolog, skutecznie znieczula miejscowych na te niedogodności.

Ze Staszkami, którzy przylecieli w styczniu, zwiedziliśmy tylko samą wioskę. Namawialiśmy ich na podjęcie próby przejścia szlaku biegnącego wąwozem do oceanu, ale stanowczo odmówili. Poczytali trochę relacji w Internecie, wyłowili – zupełnie niszowe – argumenty na nie i uczepili się ich jak rzep psiego ogona. Wmawiali przy tym żonie, że ona też na pewno nie da rady, że to wysiłek ponad jej fizyczne możliwości i tak dalej. Nie ciągnęliśmy tematu, zwłaszcza że Adam już przysłał nam wstępny plan pobytu swojej ekipy w marcu, w którym przejście wąwozu miało rangę priorytetu. I tak też się stało, więc możecie sobie wyobrazić z jak triumfującą satysfakcją żona wysyłała Staszkom zdjęcia ze szlaku. Niemniej ich dwutygodniowy pobyt był bardzo udany. Zaliczyli standardowy program zwiedzania uwzględniający jednak problem Gosi z błędnikiem. Zrezygnowali zatem z rejsu na delfiny i pod klify Los Gigantes. Na wulkan Teide Staszek wjechał z nami sam. Częściową rekompensatą przyznaną im z tytułu utraconych atrakcji, była wycieczka do Garachico, miasteczka położonego w północno-zachodniej części Teneryfy. Pojechaliśmy tam po dwugodzinnej eksploracji Maski. Niestety dla Gosi, przemieszczenie się na północ wiązało się z pokonaniem gór, czyli kontynuacją jazdy „arriba”, a potem jeszcze „abajo” czyli w dół po drodze zapewniającej nie mniejsze atrakcje niż odcinek na Mascę. Dodam, że wieczorem wracaliśmy tą samą drogą, w efekcie czego nawet cudowny widok zachodzącego nad oceanem słońca, którym delektowaliśmy się z perspektywy górskich zboczy, nie wywołał w niej najmniejszego nawet porywu zachwytu.

Garachico uważane jest za jedno z najpiękniejszych miasteczek Teneryfy. Do siedemnastego wieku było najważniejszym portem wyspy, co było tożsame z prężnym rozwojem gospodarczym i ogólnym rozkwitem. Jednak w 1907 roku pan i władca wyspy, czyli wulkan Teide uznał, że z jakiegoś powodu przyszedł czas na zmiany i wspomagając się techniką erupcji, wydobył z siebie ogromne ilości lawy, która pokryła część miasta, a przede wszystkim zniszczyła port, z którego została tylko brama. To oznaczało koniec splendoru Garachico. Już nigdy nie odzyskało dawnej pozycji. Dzisiaj największą jego atrakcją są naturalne baseny El Caleton, uformowane przez stygnącą na skutek działania wód oceanu lawę i podrasowane przez władze miasteczka tarasami z betonu, barierkami ochronnymi i drabinkami umożliwiającymi zażywanie kąpieli. Oprócz basenów zaliczyliśmy oczywiście spacer niezwykłymi uliczkami starej części miasta. Pięknie odrestaurowane kamienice przywodziły na myśl dawną, kolonialną świetność Garachico. Szczególne wrażenie robiły, charakterystyczne dla tego stylu, drewniane, nierzadko wymyślnie rzeźbione balkony, drzwi i okna. Sesję zdjęciową wymusiła też siedziba dawnego klasztoru św. Franciszka, dzisiaj pełniąca funkcję centrum kulturalnego. Będąc na Teneryfie, na pewno warto zajrzeć do Garachico. Może nie mieści się w pierwszej lidze atrakcji turystycznych, ale na pewno zadowoli wszystkich poszukujących kanaryjskiego autentyzmu i scenerii inspirującej do spowolnienia wakacyjnych myśli i rozsmakowania się w uroczo leniwym spędzeniu kilku godzin.

Stare porzekadło mówi, że dobre życie upływa szybko, jak czas spędzony z przyjaciółmi, zaś złe życie upływa wolno, jak czas spędzony w pracy, której nie cierpisz. I rzeczywiście dwa tygodnie ze Staszkami minęły szybko, bo to był wesoły, beztroski i obfitujący we wrażenia, czyli dobry czas. Co do drugiej części porzekadła, to poznałem aż za dobrze dojmujące możliwości czasu w rozciąganiu się podczas wykonywania pracy, której nie cierpiałem. I dlatego mogę sobie wyobrazić jaki bezlitosny może być dla tych, którzy wiodą to przysłowiowe złe życie. Na szczęście, gdy czasem pojawiają się w mojej głowie myśli podsumowujące mój skromny żywot (niestety z wiekiem odwiedzają mnie coraz częściej), to są to myśli wyłącznie pozytywne. Wyrażają się w słowach dobry i bardzo dobry, bo przecież wiadomo, że piękne są w życiu tylko chwile. Chodzi jednak o to, aby osiągnąć taką biegłość w wyłapywaniu tych chwil, aby nazbierało się ich jak najwięcej i aby trwały jak najdłużej. Nikt przecież jeszcze nie zdefiniował czasu trwania chwili.

Ten dobry czas spędzony ze Staszkami nieoczekiwanie zaowocował zaistnieniem paradoksu polegającego na tym, że najczęściej powtarzaną przez nas anegdotą z okresu ich pobytu jest historia mogąca być antidotum dla mdlejących z nadmiaru lukru. Z ulgą i satysfakcją uznają ją za małą rysę na diamencie czy też ciche pierdnięcie w perfumerii. My uznaliśmy to za zrządzenie losu, a nawet znak, iż niektóre sprawy na Teneryfie mamy odłożyć na później, czyli że musimy tam wrócić. To całkiem przyjemna perspektywa i właściwie powinniśmy być losowi wdzięczni. Nie mamy też najmniejszych pretensji do Staszków. Po prostu są, jacy są, a wzajemna akceptacja dzielących nas różnic, czyli nieoceniony kompromis gwarantował harmonię naszych relacji. Tylko dlaczego ten epizod ulokował się na samym szczycie piramidy naszych wspomnień z tego okresu? Nie wdając się w zawiłości psychologicznych dywagacji, uznaliśmy po prostu, że na niektóre pytania lepiej nie szukać odpowiedzi.

Zdarzyło się to podczas powrotu samochodem z którejś z całodziennych wypraw. Pomimo znużenia humory dopisywały, więc rozmowa miała wybitnie żartobliwy charakter. Mieliśmy zresztą ku temu powody. Zaliczyliśmy kolejną porcję wrażeń, nic nikomu nie dolegało, więc wszyscy doskonale się czuli (co w pewnym wieku jest często wystarczającym powodem do bycia w radosnym nastroju), a przed nami była jeszcze wieczorna biesiada i emocje związane z grą w Rummikuba. Toteż żart gonił żart, a wybuchom śmiechu nie było końca. Jakby tego było mało, to już cieszyliśmy się na dzień następny, który zapowiadał się mega atrakcyjnie. Zaplanowaliśmy bowiem wizytę w Santa Cruz. Stolica Teneryfy ogarnięta była właśnie szaleństwem karnawału. Zapowiadało się niesamowicie ekscytujące przeżycie, ponieważ karnawał w Santa Cruz to największe w Europie i drugie na świecie – zaraz po Rio de Janeiro – wydarzenie tego typu. Bardzo też ten brazylijski przypomina. Trwa piętnaście dni, a zaczyna się od wyborów królowej. Potem rusza wielka parada, która jest niezwykłym, wspaniałym, wielobarwnym i radosnym widowiskiem. Miasto wpada w amok zabawy, tańców i wszystkiego, co kojarzy się ze świętem radości. Zewsząd dobiegają dźwięki muzyki i śpiewu wykonywanego przez niezliczone karnawałowe zespoły. Odbywają się też inne parady i przemarsze, a wszystko wieńczy wielka parada „Desfile del Coso”. Na koniec czeka jeszcze wszystkich ostatni akord tej niesamowitej imprezy, czyli pogrzeb sardynki. Duch karnawału w postaci kilkumetrowej sardynki z papieru, usadowiony na platformie, wieziony jest przez miasto w otoczeniu zawodzącego z rozpaczy dworu złożonego z wdów, wdowców i płaczek, o dziwo, bez względu na płeć, ubranych w czarne mini spódniczki i rajstopy kabaretki. Gdy orszak dotrze nad ocean, sardynka zostaje spalona. W ten sposób symbolicznie żegnana jest zima i odganiane są złe moce. Od tej chwili wszyscy wyczekują nowego życia, które uosabia nadchodząca wiosna.

Tak więc byliśmy bardzo pozytywnie nabuzowani, zupełnie jak były prezydent podczas choroby filipińskiej. Euforyczny balon był rozdmuchany do granic wytrzymałości, a nam ciągle było mało. Chyba wpadliśmy w korkociąg głupawki. Zacząłem zatem wizualizować jutrzejsze doznania, szczególnie akcentując obrazy skąpo odzianych, lecz hojnie obdarowanych przez naturę różnymi walorami, tancerek wijących się w gorących tańcach, nad którymi unosił się duch frywolności i rozpasania. Stasiu, który w obecności Gosi na ogół zachowywał kontrolowaną powściągliwość w eksponowaniu swych emocji, aż wyprężył się na swym fotelu, a oczy zapłonęły mu swawolnym blaskiem. Jego myśli poszybowały widocznie gdzieś w bardzo bliską okolicę tych tancerek, bo minął dobrze już mu znany zjazd do Costa. To oczywiście spowodowało kolejną salwę śmiechu i kilka żartobliwych docinków. I właśnie w tym momencie zadzwonił Stasia telefon.

Dzwonił Staszków syn, Bartek z tradycyjnym pytaniem; – jak minął dzień? Stasiu, ciągle w euforycznym nastroju, zrelacjonował minione godziny, po czym nastąpiło pytanie o plany na jutro. Znowu entuzjastyczny ton Stasia, mimo że pominął wątek związany z półnagimi tancerkami. I wtedy właśnie nastąpiły owe pamiętne dwie, może trzy minuty ciszy – czyli wywód Bartka – przerywanej sporadycznie coraz cichszymi stwierdzeniami Stasia w rodzaju; – no tak, masz rację, faktycznie nie ma co ryzykować, jeszcze to przemyślimy. Jednocześnie jego dotąd rozanielona twarz tężała i szarzała, by w końcu stać się żywą emanacją zgryzoty, obaw i wątpliwości. Utkany z najdelikatniejszej, najsubtelniejszej substancji kokon zapewniający Stasiowi poczucie komfortu i bezpieczeństwa został w okamgnieniu brutalnie zniszczony, a on sam rzucony w przerażającą otchłań niepewności. Gosia znająca przecież męża najlepiej, również momentalnie spoważniała. Co oczywiste, uśmiechy zniknęły i z naszych twarzy, ponieważ już wiedzieliśmy, że możemy pożegnać się ze wszystkimi karnawałowymi uciechami jutrzejszego dnia. Niemal fizycznie poczuliśmy, jak balon wesołego entuzjazmu pęka z wielkim hukiem, a sam entuzjazm, niestety wraz z wizją wijących się lubieżnie tancerek, ulatnia się jak kamfora, w okamgnieniu stając się zaledwie eteryczną pozostałością naszego wspaniałego nastroju.

Kiedy Stasiu odłożył telefon, był już zupełnie innym człowiekiem. Ten sprzed trzech minut czmychnął gdzieś w zakamarki podświadomości, a ten aktualnie obecny spojrzał niepewnie, aczkolwiek wymownie, na swoją żonę, jakby oczekując pytania podprowadzającego, które pozwoliłoby mu uporządkować myśli i tak dobrać słowa, aby przedstawić sprawę jako niepozbawioną racjonalnych podstaw. Oczywiście nie musiał długo czekać. – No mów, co się stało? – rzekła zniecierpliwiona Gosia. Żona i ja – pogodzeni już z losem – dyplomatycznie milczeliśmy, nadstawiając tylko uszu i bacznie obserwując mowę ciała naszych gości, albowiem z całego bukietu emocji ostała się w nas już jedynie psychologiczna ciekawość. Skwapliwie korzystaliśmy więc z możliwości odebrania kolejnej lekcji na temat niezliczonych ścieżek i zakamarków tworzących labirynt ludzkiego umysłu.

Oczywiście, kiedy w trakcie rozmowy Stasia z synem dotarło do mnie, że z jakiegoś powodu nie pojedziemy do Santa Cruz i nie wciągnie nas karnawałowe szaleństwo, błyskawicznie zacząłem zgadywać, jakiż to może być powód. Jakiego argumentu użył Bartek, by obrócić w zgliszcza nasze hulaszcze plany? Nim rozmowa się zakończyła, zdążyłem wysnuć kilka hipotez. Wszystkie dotyczyły stanu zdrowia Staszków. Może coś przed nami ukrywają, może ta beztroska jest tylko pozorna i okupiona wysiłkiem woli i umysłu. Pewnie przypomniał im, aby mierzyli siły na zamiary, nie forsowali organizmów i więcej odpoczywali. Z drugiej strony, przecież Stasiu byłby ostatnią ze znanych mi osób, która podejmowałaby jakiekolwiek ryzyko. Tak więc przez około półtorej minuty miałem istną kotłowaninę sprzecznych myśli, z których skonstruowałem wspomniane kilka hipotez, bez wskazania wszakże wyraźnego faworyta. Nawet nie przypuszczałem jak daleko byłem od prawdy. Jak ciasne, całkowicie pozbawione wyobraźni i zbyt racjonalne były moje przypuszczenia.

– Młody mówi, że nie mamy jechać na ten karnawał, bo będą tam tłumy, a terroryści właśnie w tłumie najczęściej się wysadzają albo detonują bombę – zaczął Stasiu cicho i niepewnie, ale chyba szybko utożsamił się z przekazywaną treścią, bo dokończył już własnymi słowami i bardziej zdecydowanym głosem – i chyba ma rację, bo Al-Kaida tylko czeka na takie okazje do masakry. Trzeba to jeszcze przemyśleć, ale chyba nie ma sensu ryzykować.

To niezmiernie rzadka sytuacja, ale przyznaję, że mnie zatkało. Żonę i Gosię chyba również, bo przez dłuższą chwilę nikt nie był w stanie wydobyć głosu. Taki mentalny nokaut, w czasie którego nie przychodzą do głowy żadne myśli, które można by wyartykułować w formie jakiegoś sensownego zdania. Milczenie stawało się niezręczne, więc w końcu wydusiłem z siebie pytanie mające zainicjować jakąś formę dyskusji, choć i tak uważałem już sprawę za przegraną. – Myślisz, że te setki tysięcy ludzi z całego świata, nierzadko rodziny z dziećmi, które co roku przyjeżdżają na karnawał to sami pozbawieni odpowiedzialności ryzykanci? – Nie, na pewno nie – przyznał ponownie zbity z tropu Stasiu i po chwili namysłu dodał – dajcie nam trochę czasu, naradzimy się z Gosią i podejmiemy decyzję, ale w razie czego możecie przecież jechać sami. My najwyżej trochę się poopalamy, zaliczymy jakiś spacerek i też będzie fajnie.

Oczywiście niespodzianki nie było, bo być nie mogło. Zbyt dobrze znaliśmy Staszków, by żywić jakąkolwiek nadzieję, iż podejmą decyzję niezgodną z ich naturą. Ziarno niepewności zostało zasiane na podatnym gruncie. Powtórna rozmowa z synem tylko przypieczętowała sprawę. Jego mentalna strefa komfortu była jeszcze węższa od strefy rodziców. Znacie powiedzenie o jabłku i jabłoni.

Pewnie niezrozumiałe dla wielu, staroświeckie i nieasertywne poczucie gościnności oraz dwa magiczne słowa, czyli kompromis i tolerancja, spowodowały, iż zrezygnowaliśmy z samotnego wyjazdu do Santa Cruz, poukładaliśmy na nowo klocki w naszych głowach i skupiliśmy się na ponownym budowaniu atmosfery. I to z sukcesem, bo wieczorem rozmawialiśmy i żartowaliśmy już jak gdyby nigdy nic, chociaż dyplomatycznie temat karnawału nie był już poruszany.

W lutym krótko po wyjeździe Staszków, żona w trakcie jakiejś rozmowy telefonicznej z koleżanką po raz pierwszy użyła stwierdzenia, iż w przyszłym miesiącu wracamy do Polski. Powiedziała to zupełnie bezwiednie, jakby mimochodem, nie akcentując specjalnie tego sformułowania, ani w żaden inny sposób nie podkreślając jego znaczenia. Byłem akurat czymś zajęty, nie pamiętam czym, pisaniem, czytaniem czy surfowaniem w internecie. W każdym razie, przy moim braku podzielności uwagi, wykluczało to usłyszenie z tej rozmowy czegokolwiek, mimo że siedziałem jakiś metr od żony. A jednak to jedno zdanie jakimś cudem znalazło drogę do mojej świadomości, przegrupowując myśli i powodując nagłe zadumanie. A więc to już w przyszłym miesiącu. Koniec przygody. Boże, jak ten czas przeleciał. Przecież tak niedawno żegnaliśmy się z Adamem na dworcu w Poznaniu, by zacząć nowe życie na Majorce. Czy to możliwe, że za chwilę minie rok od tamtego wydarzenia? Z drugiej strony ówczesne plany i marzenia wydają się tak odległe i zarazem romantyczno-idealistyczne jakby nie dotyczyły nas, tylko jakichś wyimaginowanych postaci. No i tak wiele przeżyliśmy. Już mamy cały wór wspomnień, a przecież jeszcze parę ekscytujących wydarzeń przed nami. Miałem mętlik w głowie. Niby byliśmy przygotowani mentalnie i duchowo, by dziarsko i bez obaw rzucić się w nurt przyszłych wydarzeń, wierzący w odświeżającą moc zmian i prawdziwość sentencji o zamykaniu się jednych i otwieraniu następnych drzwi, a jednak było coś nie tak. Nie do końca czuliśmy się komfortowo. Podobno legendarny trener pięściarski Feliks Stamm pierwszy powiedział, że nie ma pięściarzy odpornych na ciosy, są tylko źle trafieni. Używając dalej żargonu pięściarskiego można stwierdzić, że i Majorka i Teneryfa trafiły nas swą wspaniałością w sam punkt, czyli w środek szczęki nazwany podbródkiem. To cios po którym sędzia na ogół wylicza zamroczonego i oszołomionego delikwenta i ogłasza nokaut. Bo czyż od momentu, gdy wylądowaliśmy w Palmie, nie żyjemy w ciągłym oszołomieniu? Jakby cały czas nie docierało do nas, że to się dzieje naprawdę. Że można z taką intensywnością smakować życie każdego dnia i nie popaść w rutynę. Jak wobec tego zamknąć ten fantastyczny rozdział naszego życia bez negatywnych konsekwencji? Nie da się, nie raniąc duszy. Tak jak podczas żegnania starego, dobrego roku, tak i teraz pojawiły się egzystencjalne myśli o przemijaniu, stracie, pożegnaniach i oczywiście meandrach ludzkiej natury. Jedno życie, nawet długie, jest jednak i tak za krótkie, by poznać dobrze samego siebie, a co dopiero całą resztę. No bo jak na przykład wytłumaczyć fakt, że jeszcze nie wyjechaliśmy z Teneryfy, a już za nią tęsknimy. Czy to nie manifestacja obecności szarych komórek odpowiedzialnych za irracjonalne myślenie, wykorzystujących to nasze trwanie w permanentnym oszołomieniu? No, ale czy naprawdę chcemy, żeby wszystko było takie racjonalne? Co by to nie było, nie trwało długo. Właściwie można by te rozważania pominąć, gdyby nie uznać je za świadectwo targających nami od czasu do czasu wątpliwości i rozterek. Czyli krzepiącego w sumie faktu przynależności do ekskluzywnego, aczkolwiek stopniowo wymierającego gatunku ludzi myślących.

„Zawsze silniejszy jest ten, kto się uśmiecha, a nie ten, kto się wścieka.”

Mądrość Japońska

 

Komentarz ( 1 )

  • Janina

    Witam,
    Jak zwykle kolejny ciekawy odcinek.
    Szkoda tylko, że nie uczestniczyli Państwo w prawdopodobnie bardzo atrakcyjnym wydarzeniu jakim jest karnawał w Santa Cruz.
    Zazdroszczę Państwu tych wszystkich niezapomnianych przeżyć i wrażeń.
    Pozdrawiam serdecznie życzę zdrowia i dalszych interesujących podróży.
    Janina

Zostaw odpowiedź