Rozdział 24

Trudno przecenić korzyści, jakie przyniosło nam nasze ponad roczne życie na Majorce i Teneryfie. Piszę o nich w sposób zupełnie nieumiarkowany, a i tak nie oddaje to skali zjawiska. Oprócz plusów oczywistych utożsamianych zazwyczaj z mieszkaniem na rajskich wyspach była też jedna, którą cenię sobie szczególnie. Chodzi o wspaniałe poczucie bycia wolnym. Przynajmniej na tyle wolnym, jak bardzo pozwalają uwarunkowania świata, w którym przyszło nam żyć. Taki stan ducha bardzo pomaga w nabraniu odpowiedniego dystansu do świata, życia i samego siebie. A to z kolei pozwala na widzenie wielu spraw w odpowiednim świetle; bez przejaskrawień i bez zaciemniania.

Nasze umysły z niestrudzoną determinacją, zaskakującą nawet dla ich właścicieli, wzięły się w tym czasie za studiowanie socjologii i psychologii społecznej, najogólniej rzecz ujmując. Bez opamiętania generowały rzeczy, które potem z niemal masochistyczną przyjemnością poddawały obróbce, analizując, porównując, interpretując i wyciągając wnioski, co w rezultacie stawiało nas często pod ścianą słodko-gorzkich refleksji. Ścianą, którą cegła po cegle rozbierałem w poprzednich rozdziałach za pomocą osobistych, a więc mocno subiektywnych wywodów. Co oczywiste, szczególnie mocno uwrażliwieni byliśmy na wszelkie informacje dotyczące naszych rodaków i naszej ojczyzny. Czasem weryfikowaliśmy, lecz na ogół potwierdzaliśmy wcześniejsze poglądy, stereotypy, opinie lub drzemiące gdzieś podejrzenia.

Kiedy przybyliśmy na Teneryfę i zajęliśmy się szukaniem mieszkania do wynajęcia, korzystaliśmy z każdej okazji, by zasięgać opinii na temat tej czy innej lokalizacji od osiadłych tu na stałe lub bywających od lat Polaków. Nie było tych opinii aż tak wiele, byśmy nie zapamiętali, że było ich dokładnie siedem. I wszystkie zaskakująco zgodne w jednym elemencie swojej treści. Zawierały przesłanie a właściwie przestrogę, abyśmy dali sobie spokój z poszukiwaniami na wschód od Los Cristianos, oczywiście z wyjątkiem „snobistycznego” Palm-Mar. Kiedy zaintrygowani pytaliśmy – dlaczego? – wszyscy ściszali konspiracyjnie głos, jakby w obawie przed podsłuchem Najwyższej Instancji lub jakby poruszali tematy tabu dla większości naszego „oświeconego” społeczeństwa takie jak śmierć czy przypadek odmienności seksualnej w rodzinie. Być może przytłaczał ich też ciężar własnych uprzedzeń, nielicujący z ich oficjalnymi poglądami, często też z pozycją w hierarchii społecznej i finansowej lub po prostu z pokrzepiająco dobrym zdaniem na swój temat, i mówili: – Bo tam jest za dużo Murzynów.

Oczywiście nie braliśmy tego argumentu w ogóle pod uwagę. Mieszkaliśmy wystarczająco długo w kosmopolitycznym Cala Millor, by przestać myśleć w takich kategoriach. Byliśmy jednak mocno zaskoczeni, słysząc takie słowa z ust światłych, wykształconych i uchodzących za tak zwanych porządnych obywateli. Zaraz jednak dotarło do nas, że jest to kolejny już przykład uświadamiający nam, jak ciągle bardzo hermetycznym rasowo i mentalnie krajem jest Polska. Przykład potwierdzający owe drzemiące od dawna podejrzenia. No i lekcja, która w zdumiewający dla mnie sposób udowadniała prawdziwość twierdzenia, iż perspektywa bardzo wyostrza postrzeganie wielu rzeczy.

To właściwie nie ma żadnego znaczenia, ale przez ponad pięć miesięcy widzieliśmy w Las Galletas i Costa del Silencio mniej czarnoskórych, niż w Cala Millor przez tydzień, co teoretycznie powinno stawiać naszych rozmówców w jeszcze gorszym świetle, ale odkryliśmy coś, co choćby częściowo usprawiedliwiało krążącą wśród nich opinię o tych terenach. Tym odkryciem było leżące nad oceanem miasteczko El Fraile, oddalone około trzech kilometrów od Las Galletas. Wielokrotnie mijaliśmy rogatki El Fraile, jadąc w kierunku Trójmiasta i jakoś nigdy nie wzbudziło w nas większego zainteresowania. Zza okien samochodu lub autobusu wyglądało nieciekawie i sądziliśmy, że jest to bardziej wielka, niedroga sypialnia dla pracowników zatrudnionych przez branżę turystyczną w pobliskich kurortach, niż autonomiczne, żyjące własnym życiem miasteczko. Nie było o nim nawet najmniejszej wzmianki w przewodnikach i folderach, a co najdziwniejsze nie znaleźliśmy o nim nic w Internecie oprócz nazwy, czyli faktu, że istnieje. Żadnych standardowych danych o liczbie mieszkańców, historii czy czegokolwiek. Jakby spuszczono nad nim przysłowiową zasłonę milczenia. I tylko niezawodną pocztą pantoflową docierały do nas od czasu do czasu skąpe, aczkolwiek coraz bardziej intrygujące wiadomości o Fraile. Od mieszkającej w Costa już pięć lat, pochodzącej z Warszawy Teresy, którą poznaliśmy na przystanku autobusowym, dowiedzieliśmy się na przykład, że choć nigdy tam nie była, to słyszała, że to brudne, murzyńskie getto, pełne przestępców, narkomanów i innych typów z tak zwanych nizin społecznych. Że panuje tam bezprawie, a faktyczną władzę sprawują gangi trudniące się przemytem narkotyków z Afryki, stręczycielstwem i wymuszaniem haraczy i w związku z tym jest to miejsce opuszczone przez Boga i porządnych nieczarnych ludzi. Żaden z jej, oczywiście bardzo porządnych, znajomych też jeszcze tam nie był, broń Boże!, a i nam nie radzi ryzykować. Nawet policja boi się tam jeździć. Z kolei od kilku miejscowych, w odpowiedzi na pytanie, jakie miejsca warto zwiedzić w najbliższej okolicy, otrzymaliśmy, jak się w kilku przypadkach okazało, latynosko przesadną reklamę wszystkich okolicznych miejscowości z wyjątkiem Fraile. Tu centrum golfowe, tam centrum surfingowe, w tej miejscowości pchli targ, gdzie indziej wielkie magazyny z dobrem wszelakim, jakiś zabytkowy kościół, plantacja bananów czy meksykańska tawerna z najlepszym burrito. A Fraile? pytałem, gdy ich kwiecista przemowa dobiegała końca. Wtedy badawczo patrzyli mi w oczy, jakby szukali w nich jakichś ukrytych intencji oprócz nieskrywanej, zwykłej ciekawości. Dzielnie znosiłem to ich spojrzenie, więc upewniwszy się, że mają przed sobą autentycznego dyletanta, odpowiadali: – Fraile, nie, tam nie ma nic ciekawego, szkoda czasu. Rzecz jasna każda kolejna odpowiedź w tym stylu powodowała, że temat Fraile frapował nas coraz bardziej. Aż w końcu sytuacja dojrzała do momentu, w którym nie widzieliśmy innego wyjścia jak udać się na jego zwiedzanie, żeby skonfrontować te wszystkie krążące o nim plotki i mniej lub bardziej wiarygodne opinie z realiami.

I tak któregoś późnego poranka, lub jak kto woli, wczesnego przedpołudnia, zarzuciłem na ramię mały plecak z wodą i wyruszyliśmy w kierunku Fraile. Nawet te strzępy informacji i niedopowiedzeń, ale kumulowane przez ponad dwa miesiące, wystarczyły, żeby żona zrezygnowała z zabrania torebki i w związku z tym portfelik z kartami płatniczymi i odrobiną gotówki wylądował w przepastnej kieszeni moich spodni z nakazem zachowania czujności i obarczeniem odpowiedzialnością za ewentualną jego utratę. Reputacja miasteczka zbierała żniwa. Dwa kilometry do Las Galletas i następne trzy do Fraile pokonaliśmy raźnym krokiem. Byliśmy już na tyle zaprawionymi piechurami, że takie odległości nie robiły na nas wrażenia. Dochodząc do celu, uruchomiliśmy przycisk wyostrzający zmysł obserwacyjny i analityczne myślenie. Nie czuliśmy niepokoju, a manewr z portfelikiem żona usprawiedliwiła jako jedynie przezorne działanie prewencyjne. Towarzyszyła nam raczej intrygacja odkrywców penetrujących nieznane dotąd obszary. Czyli przyjemny stan ducha dla kolekcjonerów przygód. Przypomniały nam się odwiedziny w slumsach Kairu i Stambułu. Przynajmniej takie skojarzenie na szybko przyszło nam do głowy, nim zanurzyliśmy się we wnętrzach Fraile.

Jednak już kwadrans później zmuszeni byliśmy do gruntownej weryfikacji naszego nastawienia. To, co oglądaliśmy, nie miało nic wspólnego ze slumsami, ani z żadnym gettem. Szliśmy bowiem ulicą normalnego małego miasteczka. Fakt, że mało urodziwego, o raczej chaotycznej zabudowie, z wieloma kamienicami o zniszczonych zębem czasu i grafiti elewacjach, o niezadbanej, zachwaszczonej zieleni, bez urokliwych alei i placów, ale niczym nieróżniącego się od dziesiątek mu podobnych porozrzucanych gdzieś w mniej zamożnych rejonach Hiszpanii. Jego pech polegał na tym, że usadowiło się na Teneryfie i tkwiło tutaj jak najbrzydsza tancerka w zespole, ulokowana z tyłu, by nie psuła estetycznego wrażenia wywieranego na publiczności przez jej piękniejsze koleżanki. Jednak mieliśmy świadomość, że to nie odległa pozycja Fraile w rankingu piękności jest przyczyną krążących o nim plotek uderzających rykoszetem w całą okolicę. I ta newralgiczna dla całej reszty plotka znalazła swoje potwierdzenie w rzeczywistości. Fraile okazało się enklawą czarnoskórych mieszkańców Teneryfy. Przez ponad dwie i pół godziny naszej tam bytności nie zobaczyliśmy innego białego człowieka, oprócz naszych odbić w lustrzanych szybach okien wystawowych niektórych sklepów.

Nie ma co ukrywać, że na początku czuliśmy się z tego powodu trochę nieswojo. Nawet nasze doświadczenie z Cala Millor nie na wiele się zdało. To jednak było zupełnie coś innego. Skala zjawiska odrobinę nas przytłoczyła. Jednak z każdą minutą ciśnienie schodziło z nas coraz szybciej i po jakimś kwadransie powrócił stan hiszpańskiego luzu, co pozwoliło skupić się na eksploracji miasteczka. Idąc chodnikiem wzdłuż głównej ulicy, co chwila mijaliśmy grupy nastolatków wystających w bramach. Dyskutowali żywo i głośno. Wymianie poglądów towarzyszyła nadzwyczaj intensywna gestykulacja i to przy użyciu wszystkich kończyn, co wywoływało wrażenie permanentnego wrzenia. Prawie wszyscy palili, produkując kłęby dymu o specyficznym, konopnym zapachu i popijali jakiś płyn z puszek. I raczej nie była to cola czy inny gazowany napój z zabójczą ilością cukru. Nie zrobiło to jednak na nas jakiegoś gorszącego wrażenia, wręcz przeciwnie, przywołało rzewne wspomnienie zamierzchłych czasów naszej wczesnej młodości. Wtedy brama też była częstym miejscem towarzyskich spotkań, a nawet randek, kiedy kieszenie świeciły pustkami i wyczerpał się skromny wówczas arsenał bardziej romantycznych pomysłów. Czasem nawet, gdy nie sprzyjały również warunki atmosferyczne, z powodu dużego popytu, trudno było znaleźć wolną bramę. Ważniejsze było to, że nie zwracali na nas specjalnej uwagi, bardziej zaabsorbowani dyskusją i sobą. Tak samo zresztą jak wyjątkowo liczne młode mamy, które z kolei grupowały się na ławkach usadowionych głównie w cieniu rozłożystych drzew i niańcząc swoje oseski, opowiadały zapewne jakieś pikantne anegdoty, bo co rusz wybuchały charakterystycznym rodzajem rubasznego śmiechu. Nie wiemy dlaczego, ale dorośli mężczyźni tworzyli towarzyskie kółeczka głównie na skrzyżowaniach ulic. Być może dlatego, że w tych miejscach chodniki są przeważnie szersze, a być może dlatego, że jak to na skrzyżowaniach, przecinały się tu szlaki ich pieszych wyjść po cokolwiek. Dla nich też nie byliśmy żadną białą atrakcją, bo ignorowali nas całkowicie, pochłonięci roztrząsaniem swoich męskich, czyli najważniejszych spraw. Oczywiście zauważyliśmy kilka ciekawych, mniej lub bardziej zdziwionych spojrzeń, ale nic nie wybiegało ponad standard zupełnie normalnych reakcji. Z drugiej strony swoim zachowaniem nie prowokowaliśmy powstania nieprzewidzianych sytuacji. Nie lustrowaliśmy bezceremonialnie wszystkiego, kręcąc głową dookoła z wybałuszonymi oczami jak przedwojenny chłop na audiencji na dworze dziedzica, a raczej udawaliśmy obojętność i luzacką pewność siebie cechującą ludzi z bogatym życiowym doświadczeniem. Ludzie z mocy sprawowanej funkcji skazani na kontakty z nami, czyli kelner w barze, gdzie zatrzymaliśmy się na kawę i obsługa supermarketu, gdzie zrobiliśmy małe zakupy, byli bardzo mili i uśmiechali się do nas szeroko, zupełnie jak w każdym innym miejscu na Teneryfie.

Krótko mówiąc, wszystko było tak normalne, że aż rozczarowujące. Może nie spodziewaliśmy się agresywnych hord naćpanych młodzieńców dygotających w transie przy ogłuszających dźwiękach hip-hopu, czy bezdomnych żebraków zalegających ulice w kartonach po 65-calowych Samsungach, ani mafiosów obwieszonych grubymi łańcuchami i pierścieniami z rosyjskiego złota, łypiących podejrzliwie spode łba na wszystkich obcych, a już zwłaszcza na parę białasów wałęsających się bez celu, ale żeby zupełnie nic. Z powodu braku jakichkolwiek bodźców podnoszących poziom adrenaliny, posunąłem się do aktów rozpaczliwych. Postanowiłem uruchomić swoje niewyczerpane pokłady wyobraźni i zacząłem fantazjować, że oto przechadzamy się z żoną ulicami nowojorskiego Harlemu i to wieczorową porą, mając gdzieś uprzedzenia i zakorzenione schematy myślowe i nie bacząc na reputację tej dzielnicy, szukamy klubu ze starym, dobrym jazzem, który jednoczy miłośników muzyki bez względu na kolor skóry. Nie pomogło. Może wizualizacja była zbyt mało sugestywna. Wówczas zeszliśmy z głównej ulicy i zaczęliśmy penetrować mniejsze uliczki, zaułki i podwórka w nadziei znalezienia choćby namiastki czegoś, co uzasadniałoby taki, a nie inny status Fraile w umysłach rodowitych, naturalizowanych i przyjezdnych Teneryfian. Było jeszcze bardziej brzydko i nijako, no może poza obrębem kościoła, bo i kościół znaleźliśmy, nie szukając, ale poza tym nic. Wtedy ostatecznie uznaliśmy naszą misję za zakończoną i rozpoczęliśmy marszrutę powrotną, w czasie której, jak to po każdej lekcji, próbowaliśmy dokonać jej podsumowania i wyciągnąć płynące z niej wnioski.

Wniosek właściwie był jeden i to oczywisty. Wszystkie te negatywne rzeczy, cała ta dziwna otoczka rozciągająca się nad Fraile, była spowodowana jego wyjątkowością, czyli wyłącznie czarną skórą jego mieszkańców. Ale już w czasie obiadu w naszej ulubionej restauracji rybnej przy porcie w Las Galletas, zaczęliśmy się zastanawiać czy nie jest to wniosek zbyt pochopny, zbyt powierzchowny. Jakoś trudno było nam się pogodzić z faktami stawiającymi naszych rodaków na wyspie, a i sporą część społeczności Teneryfian, w żenująco niekorzystnym świetle. Może rzeczywiście jest to siedlisko przestępczości i innego panoszącego się zła. Cóż mogliśmy zobaczyć w te południowe dwie i pół godziny. Najwyżej fasadę zacierającą obraz prawdziwej, przygnębiającej rzeczywistości. Przecież prawdziwe życie takich miasteczek zaczyna się po zmroku, który najlepiej skrywa sekrety. I to w miejscach, o których nikt spoza określonego kręgu zaufania nie ma pojęcia. Na pewno policyjne statystyki, bezwzględne dla Fraile, wyciekły do mediów stając się propagandową pożywką do kształtowania nieprzychylnych opinii.

I tak nieco pokrzepieni tą myślą oraz pysznym zestawem rybnym spłukanym do trzewi przy pomocy wybornego białego wina, udaliśmy się do butiku Glorii, właścicielki naszego mieszkania, aby uregulować comiesięczny czynsz. W butiku dyżur pełnił mąż Glorii Jose, gdyż sama Gloria przebywała właśnie w Paryżu, by w stolicy światowej mody, nabyć jak najbardziej aktualny zestaw ciuchów do swojego sklepu. Jose i Gloria stanowili niezwykle sympatyczną parę w średnim wieku, wiecznie uśmiechniętą i cieszącą się sobą i życiem. Na ogół butik był pusty, ponieważ jego wyszukany asortyment i konweniujące z nim ceny w wyraźny sposób określały jego elitarny charakter. Zaopatrywał wymagających klientów, a przede wszystkim klientki z całej Teneryfy, chcące mieć snobistyczną pewność, że na żadnej oficjalnej ani nieoficjalnej imprezie towarzyskiej nikt nie wystąpi w takiej samej kreacji, co jak wiadomo, równałoby się totalnej frustracji bliskiej nerwowemu załamaniu.

Tym razem Jose miał gościa, jak się okazało, znajomego policjanta, co nie przeszkodziło mu, jak zwykle zresztą, zaproponować nam kawę i włączenie się w rozmowę. W normalnych okolicznościach grzecznie byśmy podziękowali, wykręcając się dyplomatycznie jakimś małym kłamstewkiem, ale tym razem poczułem jakiś przemożny impuls nakazujący skorzystać z okazji do podtrzymania lub pozbycia się świeżo nabytych złudzeń. To nie mógł być przypadek, że pół godziny wcześniej rozmawiamy o policyjnych statystykach, a teraz spotykamy jej funkcjonariusza, mimo że od zamieszkania w Costa, czyli od ponad dwóch miesięcy nie widzieliśmy jeszcze żadnego stróża prawa. Przywitaliśmy się zatem z policjantem i przysiedliśmy do niewielkiego kawowego stolika, pełniącego w niewielkim butiku ważną integracyjną rolę. Jose, widać bardzo zadowolony z większego towarzystwa gwarantującego szybszy upływ czasu, do kawy dołączył kieliszek wykwintnej brandy, która niewątpliwie dodała mi odwagi, aby po zaspokojeniu ciekawości policjanta na nasz temat, zadać mu kilka pytań dotyczących Fraile. Ponieważ nie był uzbrojony w żadne uprzedzenia, a tylko w broń służbową, bez ogródek oświadczył nam co myśli o ludziach uprawiających, nomen omen, czarny pijar w odniesieniu do tej spokojnej miejscowości. Skala przestępczości jest tam na poziomie incydentalnym, ani mniejszym, ani większym niż w innych miejscowościach Teneryfy. Dużo większy problem mają z turystami w Playa de las Americas i innych większych kurortach oferujących, tak zwaną, nocną rozrywkę. Owszem, mieszkają tam głównie czarnoskórzy, ale co w tym złego. To normalne, że w swoim gronie czują się ogólnie bardziej komfortowo. Przecież w miastach całego świata istnieją chińskie, arabskie lub inne narodowościowe, lub wyznaniowe dzielnice i nikt nie robi z tego problemu. To tylko przykład ludzkiej tendencji do grupowania się we wspólnoty: myślące, czujące, wierzące czy wyglądające podobnie.

No i masz babo placek. Policjant wytrącił nam z ręki ostatni argument, którego uchwyciliśmy się jak tonący brzytwy. W obliczu nieubłaganych faktów prysły jeszcze ciepłe złudzenia. Zamiast jednak wpaść w czarną dziurę gorzkich refleksji, wolałem wpaść w otchłań czarnego humoru i skwitowałem całą sprawę z Fraile cytatem z przemówienia pewnego polityka pierwszego sortu: „nikt nie wmówi nam, że białe jest białe, a czarne jest czarne”.

Lekcja o Fraile była dość frapująca. O ile opinie naszych rodaków były w sumie reprezentatywne dla naszego społeczeństwa, a nasze zaskoczenie polegało głównie na tym, iż nie znalazła się choćby jedna osoba o horyzontach nieznamionujących przynależności do mentalnego ciemnogrodu, o tyle postawa miejscowych mocno nadszarpnęła ich reputację w naszych oczach. Zważywszy jednak na okoliczność, że nikt i nic na tym świecie nie jest idealne, przeszliśmy nad tym do porządku dziennego, nie chcąc pielęgnować w sobie negatywnych emocji.

Kolejną ciekawym doświadczeniem był proces rozwiewania się szeroko propagowanego w naszym kraju mitu o bardzo ważnym, wręcz wyjątkowym statusie Polski, nie tylko w skali europejskiej, ale i światowej. Już wspominałem, że statystyczna znajomość naszego kraju przez Hiszpanów, sprowadzała się do wymienienia trzech nazwisk: Lewandowskiego, Jana Pawła II i Wałęsy, przy czym ta kolejność nie jest przypadkowa. Tak ogólnie to można było wysnuć wniosek, że dla nich cywilizowana Europa kończy się na niemieckiej granicy wschodniej, a wszystko co dalej, to już wschodnia egzotyka. Coś jak dla przeciętnego Polaka Kazachstan lub Mołdawia, a to przecież też Europa. Prawie żaden nie potrafił podać nazwy choćby jednego polskiego miasta. Spotkaliśmy kiedyś w poczekalni do dentysty młodego instruktora fitness, który pochwalił się turystyczną bytnością w naszym kraju. Konkretnie w jednym mieście, którego nazwy już nie pamięta, choć minęły dopiero dwa lata. Trafiliśmy bingo już za drugim podejściem, co akurat nie było zbyt trudne. Nie Warszawa, a więc Kraków. Przypomniał sobie. Co mu się najbardziej podobało? Najbardziej zapamiętał zimno. Musiał kupić ciepłą kurtkę, bo niby ostrzegano go, że w marcu może być w Polsce zimno, ale nie przypuszczał, że aż tak. No i wszyscy namawiali go do picia wódki, a on ciągle musiał odmawiać, bo wódki nie lubi, tylko wino i ewentualnie piwo. Może nie był to osobnik o szerokich horyzontach i błyskotliwym intelekcie – było widać, że postawił na mięśnie – ale mimo wszystko reprezentował hiszpańską normalność, czyli całkowitą ignorancję w kwestii Hiszpania, a sprawa polska. Owszem, znana mi jest powszechna ignorancja na temat Polski obywateli miłościwie nam panującego mocarstwa Stanów Zjednoczonych i fakt, że erudycja przeciętnego Amerykanina kończy się na czubku jego własnego nosa, a cały ten wózek ciągnie wąska grupa specjalistów, ale żeby porównywalną ignorancją wykazywali się obywatele tak hołubionej przez nas Hiszpanii.

Postanowiłem sięgnąć do ewentualnych wspólnych wątków historycznych, na które tak lubią powoływać się bieżący propagandziści przy uzasadnianiu „nierozerwalnych więzi” łączących nas z tym czy innym bratnim narodem. Okazało się, że nie było do czego sięgać. Oczywiście pomyślałem o zwycięskiej szarży naszych szwoleżerów pod Samosierrą, otwierającej wojskom napoleońskim drogę na Madryt, ale nasi chłopcy walczyli wtedy w szeregach najeźdźcy i okupanta, zabijali Hiszpanów, więc dałem sobie spokój. Jednak ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że pamięć o obecności polskiego wojska na półwyspie Iberyjskim przetrwała w świadomości miejscowych, tyle że w dość specyficznej formie. Otóż w niektórych regionach, zwłaszcza wśród starszych mieszkańców, na widok osobnika dobrze zamroczonego alkoholem, funkcjonuje ciągle powiedzenie: „borracho, como Polaco” czyli pijany jak Polak. Nikt tu już na szczęście nie pamięta o heroicznym boju polskich szwoleżerów w trakcie trwania kampanii napoleońskiej, ale można sobie wyobrazić jak wielkich czynów, a raczej wyczynów na polu spożycia napojów alkoholowych, dokonywali wtedy nasi waleczni przodkowie, skoro echa tych wyczynów pobrzmiewają jeszcze ponad dwieście lat później.

Przez ponad rok dość regularnie oglądałem w telewizji hiszpańskiej wieczorne wiadomości. Z początku naprzemiennie, raz w telewizji publicznej, raz w komercyjnej, żeby konfrontować ich treść i sposób przekazywania. To efekt kolejnego mojego polskiego skrzywienia. U nas ma się przecież wrażenie życia w światach równoległych, innym pokazywanym w telewizji publicznej, innym pokazywanym przez stacje komercyjne, innym w Internecie i jeszcze innym, gdy wyłączymy telewizor, komputer i telefon. Pozostając w klimacie wypowiedzi cytowanego wcześniej wybitnego mówcy, można powiedzieć, że jedni wmawiają nam, że białe jest czarne, a drudzy, że czarne jest białe. Medialna schizofrenia nie uwzględniająca licznych odcieni szarości o kolorach nie wspominając.

Wkrótce zarzuciłem tę praktykę, zdając się na wiadomości w losowo wyszukanej stacji, albowiem przekonałem się, że bez względu na to, który kanał oglądam, przedstawiany świat jest taki sam. A więc może być normalnie. I znowu gorzka refleksja dotycząca naszych polskich realiów. W myślach jakoś tak same z siebie zaczęły pojawiać się znajome sformułowania: gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania, prowincjonalne standardy, cywilizacyjna i mentalna przepaść i tym podobne. Podróże to uczelnia o bardzo szerokim spektrum kształcenia.

Wiadomości oglądałem także z dwóch innych ważnych, aczkolwiek oczywistych powodów. Pierwszy, by przekonać się, że świat mimo naszego częściowego odizolowania od jego doczesnych spraw, trwa w najlepsze w ciągle niezmienionej formie. Przynajmniej ten świat telewizyjny. Czyli wojny, terroryzm, niekontrolowana imigracja, zmiany klimatu, katastrofy, głód, polityka, korupcja, przestępczość, gwiazdy i celebryci, sport, festiwale, czerwone dywany i tym podobne. Poza tym gdzieś na marginesie tego wszystkiego, zwykłe życie. Drugi powód to intrygujące wyczekiwanie na jakąkolwiek wzmiankę o Polsce. No cóż, człowiek z Polski wyjedzie, ale Polska z człowieka nigdy. Pewnie dlatego byliśmy tak wyczuleni na wszelkie polskie akcenty, które w przedziwny sposób zmiękczały nam serce, a czasem i rozum. Ta intrygacja powoli zamieniła się w zdegustowanie, które z kolei przerodziło się w rezygnację, gdy przez ponad dziesięć miesięcy nie wspomniano o naszym kraju ani razu. Aż do momentu, w którym podano wiadomość o śmierci sławnego reżysera Andrzeja Żuławskiego. W głównym wydaniu wiadomości telewizji publicznej poświęcono temu wydarzeniu prawie trzy minuty. Przypomniano jego artystyczną drogę, fragmenty kilku filmów i oczywiście fakt, że jego żoną była słynna francuska aktorka Sophie Marceau. W Hiszpanii prawdziwa sztuka, a zwłaszcza sztuka filmowa, cieszy się należytą estymą. Koryfeusze kultury, reżyserzy, aktorzy, pisarze, malarze, twórcy i wykonawcy muzyki nie tylko popularnej, a także inni podopieczni muz, ciągle należą do elity społecznej. Zna się i ceni również zagranicznych twórców, których sztuka nierzadko bywa tu bardziej doceniana niż w ich własnych krajach. Na przykład twórczość Żuławskiego, ale trudno się dziwić skoro w jego ojczyźnie telewizja zawartością swojego czasu antenowego spowodowała powrót do tradycyjnego, rynsztokowego myślenia o słowie: „publiczna”.

Wspomnienie o Żuławskim trochę dopieściło nasze patriotyczne ego, ale przecież wcześniej wydarzyły się w naszym kraju tak ważne rzeczy, że cała Europa, pół świata, a może i jakaś część wszechświata powinna aż huczeć na ten temat. Wybory parlamentarne, wybory prezydenckie czy intronizacja Jezusa na Króla Polski, czyli zawłaszczenie go dla Polaków, przeszły tu tymczasem bez najmniejszego echa. Nawet najmniejszej wzmianki, o komentarzu nie wspominając. No, z tym komentarzem to może i lepiej, bo moglibyśmy najeść się kolejnej porcji wstydu. Zwłaszcza gdyby dowiedzieli się, że Jezus zajął wakujące miejsce na polskim tronie obok panującej już ponad trzy wieki Królowej, swojej matki. Żadne inne państwo na świecie nie może się pochwalić parą królewską o boskim rodowodzie, ale wystarczy choćby sporadycznie posłuchać płomiennych przemówień naszych naczelnych polityków i hierarchów kościelnych podczas różnych groteskowo nadętych uroczystości, żeby z konsternacją odkryć, że to między Bugiem a Odrą zamieszkuje Naród Wybrany i jako taki musi przecież mieć Króla i Królową z najwyższej, niebiańskiej półki. Leczenie kompleksów mieszanką pychy i prowincjonalnych standardów zawsze skutkuje czymś żałosnym. Nie wiadomo tylko czy się z tego śmiać, czy nad tym zapłakać.

Jakoś tak krótko po przykrej informacji o Żuławskim, pojawiła się następna, tym razem radosna. Nadano krótki materiał o triumfalnym przemarszu polskiego filmu „Ida” przez hiszpańskie kina. Wcześniej nagrodzono go najbardziej prestiżową hiszpańską nagrodą Goya dla najlepszego filmu europejskiego. Późniejszy Oskar potwierdził jego status arcydzieła. Gdy w porze wysokiej oglądalności nadano jeszcze film Pasikowskiego „Pokłosie”, nabrałem nadziei, że jest to początek serii i teraz już systematycznie będziemy się pokrzepiać porcjami narodowej dumy. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Ten krótki rozbłysk polskości w hiszpańskiej telewizji okazał się pojedynczym epizodem.

Lekcja o prawie całkowitej ignorancją spraw polskich w hiszpańskich mediach nie dawała mi spokoju. Stała w całkowitej sprzeczności z tym wszystkim, co wtłoczył mi do głowy nasz system edukacyjny i oficjalna oraz nieoficjalna – ta krążąca wśród ludu – propaganda. Przecież, gdyby umysł nie miałby tych zdolności, które ma, to żyłbym w przekonaniu, że losy II Wojny Światowej potoczyłyby się zupełnie inaczej bez polskich pilotów walczących o Anglię, polskich zdobywców Monte Casino, brygady Generała Maczka i 1 Armii Wojska Polskiego. Oczywiście nie można pominąć Klossa oraz Czterech Pancernych i Szarika. Że to wyłącznie nas zdradzano, najeżdżano i ciemiężono, a jeżeli nam zdarzyło się już kogoś najechać (nigdy ciemiężyć, ani zdradzić) to tylko w ramach tak zwanej sprawiedliwości dziejowej. Że jesteśmy wylęgarnią bohaterów oraz ludzi zdolnych i zaradnych (Polak potrafi). Przykłady można by mnożyć jak króliki w Australii. Potem wyczytałem gdzieś, że każdy naród uważa się za wyjątkowy i że taka to już ludzka cecha. W tym momencie trochę mi ulżyło, ale czytałem dalej, że stopień mitologizacji własnych dziejów zależy w dużej mierze od stopnia rozwoju cywilizacyjnego. I znowu wróciłem do stanu poprzedniego, ponieważ uświadomiłem sobie, że choć stopień mitologizacji już jest u nas na niebotycznie wręcz wysokim poziomie, to ciągle niestrudzenie pnie się w górę. Coraz większą popularność w narodzie zdobywają głoszone przez grupę nawiedzonych „badaczy” twierdzenia, iż jesteśmy potomkami wielkiego imperium Lechitów, najstarszego narodu na świecie, kolebki wszelkich cywilizacji, że to nosiciele naszych genów dali światu koło, aspirynę i masę innych rzeczy, które jako narodowi wybranemu (znowu) przekazali im z kolei kosmici. Dowartościowanie to kolejny lek na kompleksy, które łakną go jak polski polityk władzy i pieniędzy.

Kiedy już zaliczyliśmy lekcję o znaczeniu Polski dla Hiszpanii, postanowiliśmy sprawdzić jak sytuacja się ma w innych czołowych krajach europejskich. Nie mieliśmy specjalnych złudzeń, ale jak wiadomo nadzieja umiera ostatnia. Nieoceniony w takich sprawach Internet oraz kilka analitycznych rozmów z rodziną i znajomymi mieszkającymi na Wyspach Brytyjskich, w Skandynawii, Francji i Niemczech potwierdziło nasze przypuszczenia. Jedynie Niemcy i Szwecja wykazywały większe zainteresowanie naszymi sprawami, ale to akurat nie było dziwne. Zawsze warto wiedzieć, co dzieje się u sąsiada. Zwłaszcza trochę nieobliczalnego. Nigdy nie wiadomo, co i kiedy może się przydać.

Oczywiście wszystkie lekcje powodujące zanieczyszczenie naszych organizmów odrobiną żółci, nie zaburzały w żadnym stopniu naszego euforycznego samopoczucia. Perspektywa nie tylko wyostrza postrzeganie wielu rzeczy i zjawisk, ale ułatwia też filtrowanie bodźców, którymi codziennie bombardują nas media. Zwłaszcza że dziewięćdziesiąt procent z nich to bodźce negatywne, które odsączone lądowały tam, gdzie ich miejsce, czyli w szambie zapomnienia. Może dlatego mieliśmy komfortowe poczucie bycia poza głównym nurtem spraw medialnego świata, płynącym głównie po grzęzawiskach i zasilającym bagna i posępne mokradła i mogliśmy skupić się na odbieraniu pozytywnych wibracji ze świata dobrej energii. Świata, który nas otaczał, a właściwie przenikał i który otacza i przenika nas wszystkich, lecz żeby go poczuć i korzystać z jego dobroczynnej mocy, trzeba spełnić jeden warunek: zyskać świadomość. I to tego rodzaju, o której przeczytałem gdzieś genialne słowa: to coś, co łączy materialne z niematerialnym. To też jest klucz do wrót fascynującej krainy, w której dokonamy mnóstwa odkryć, między innymi takiego, że wzbogacanie swojego wnętrza daje o wiele więcej przyjemności i satysfakcji niż wzbogacanie swojego majątku.

„Nie ten jest biedny, kto posiada mało, lecz ten, kto stale pragnie mieć więcej.”

 Seneka Starszy

 

Komentarz ( 1 )

  • Janka

    Witam,
    Bardzo ciekawy rozdział, częściowo o charakterze psychologicznym.
    Trafnie i trochę humorystycznie przedstawia Pan cechy Polaków, które w sposób jednoznaczny nas określają.
    Myślę, że takie mało krytyczne a nawet narcystyczne cechy Polaków wynikają z wielu powodów i mają historyczne i kulturowe uwarunkowania.
    Zgadzam się z Pana opiniami i psychologicznymi wywodami . Pozdrawiam i liczę na dalsze wspaniałe opisy.
    W tym rozdziale zabrakło mi fotografii z miasteczka El Fraile.
    Pozdrawiam,
    Pana Fanka

Odpowiedz na „JankaAnuluj pisanie odpowiedzi