Rozdział 23

Tydzień z Adamem minął zbyt szybko i ani się obejrzeliśmy, a nastał 23 grudnia. To trudne i zarazem dziwne uczucie, gdy w przeddzień wigilii odwozi się najbliższą nam osobę na samolot, który w parę godzin oddali ją od nas o kilka tysięcy kilometrów. Trochę się obawiałem tego dnia, głównie z uwagi na żonę, która całą sobą uosabia archetyp kobiety – opiekunki ogniska domowego. Najszczęśliwsza jest wtedy, kiedy wszystkich, których kocha, ma w bardzo bliskim lub tylko nieco dalszym zasięgu. Oczywiście, wszystkie tak zwane rodzinne święta jeszcze bardziej w niej tę potrzebę wspólnoty rodzinnej potęgują. Na szczęście jest też kobietą nowoczesną i śmiało korzysta z różnych komunikatorów internetowych, które obaliły dotychczasowe stereotypy dotyczące uczuć targających kochającymi się ludźmi, a wynikającymi z rozłąki i świadomości dzielącej ich odległości. Głównie udręki powodowanej tęsknotą i niepewnością o ich losy.

Moje obawy okazały się płonne. Ostatnie wspólne śniadanie, przejazd na lotnisko i pożegnanie przed odprawą przebiegły spokojnie i jakby to ujął protokół dyplomatyczny, w atmosferze wzajemnego zrozumienia. W tym przypadku zrozumienia sytuacji. Jeszcze w Polsce, kiedy Adam wyprowadził się z domu i zamieszkał z Kasią, mieliśmy czas na oswojenie się z myślą, że skończył się w naszym życiu pewien etap. Że nasz syn, jakby to tym razem ujął urzędnik stanu cywilnego, stworzył własną podstawową komórkę społeczną zwaną rodziną i nasze wzajemne relacje ulegną zasadniczym zmianom. Taka kolej rzeczy. Najważniejsze było dla nas to, że Adam wydawał się być z Kasią szczęśliwy, czego świadomość zapewniała nam spokój myśli i możliwość skoncentrowania się na różnych aspektach wypoczynkowego trybu życia. Już dawno wigilia i święta Bożego Narodzenia przestały mieć dla nas jakikolwiek mistyczny czy duchowy wymiar, a ich celebracja była wynikiem kultywowania tradycji rodzinnych spotkań przy suto zastawionym stole w nieco wznioślejszej niż zwykle atmosferze. Staraliśmy się wychowywać Adama bardziej w poszanowaniu wartości uniwersalnych, niż w spłaszczającej umysł wierze w dogmaty religijne, dlatego ten spędzony razem tydzień miał zarówno dla niego, jak i dla nas o wiele większe znaczenie niż wigilijna wyżerka, o przedświątecznej gorączce nie wspominając.

Tak więc mimo kilku ckliwych myśli, gestów i słów niepozbawionych odrobiny patosu, pożegnanie Adama nie stało się przyczyną wahań naszego dobrego nastroju. Nie zrealizowaliśmy całego programu jego wizyty, gdyż Adam chciał zastawić sobie coś na deser, czyli na kolejne odwiedziny w marcu, już w poszerzonym składzie. Stwierdził ponadto, że program, owszem, był super, ale jego natężenie powodowało, że czas mijał zbyt szybko. Dlatego ostatniego dnia postanowił ten czas maksymalnie spowolnić. Jak postanowił, tak zrobił. Najpierw poranna wyprawa po bagietkę, po śniadaniu kilka leniwych godzin spędzonych na basenie, potem niespieszny obiad podlany obficie czerwonym winem, po nim drzemka w ramach sjesty, ostatni spacer do Las Galletas, lekka kolacja i wreszcie nocne Polaków rozmowy. Przed pójściem spać zaliczył pomysł na takie spokojne spędzenie swojego ostatniego dnia na Teneryfie, do tych z rzędu genialnych, ponieważ efekt terapeutyczny przeszedł jego najśmielsze oczekiwania. Czuł się cudownie odprężony i zrelaksowany i mógł wreszcie gruntowne przetrawić to wszystko, czego tu doświadczył. Przyznał, że tydzień to rzeczywiście zbyt mało, by w pełni poczuć ducha wyspy i właściwie dopiero teraz mógłby zacząć smakować ją wszystkimi zmysłami. Już cieszył się perspektywą marcowego przyjazdu i uzupełnienia kolekcji wrażeń o kolejne atrakcje. Nie zaliczyliśmy między innymi Siam Parku, największego w Europie parku wodnego nawiązującego w swej stylistyce do architektury Tajlandii oraz San Cristobal de La Laguny, drugiego pod względem wielkości miasta na Teneryfie, którego wygląd prawie nie zmienił się od XVI wieku, przez co zachowało niepowtarzalną atmosferę i wdzięk, a także pozostało kwintesencją kanaryjskiego stylu architektonicznego. Co się odwlecze, to nie uciecze. W marcu nadrobiliśmy wyżej wymienione zaległości, no i dołożyliśmy wisienkę na torcie, czyli przejście szlaku wąwozem Masca.

Po powrocie do domu poszliśmy na spacer w pobliże Żółtej Góry, żeby podładować nasze wewnętrzne baterie, wyciszyć emocje i przedyskutować temat obchodów Wigilii i świąt Bożego Narodzenia. Jako że żona, wychowana w dość ortodoksyjnej tradycji katolickiej, mimo sporadycznego praktykowania, ciągle czuła się członkinią tej wspólnoty religijnej, zaproponowałem jej udział w pasterce i to nawet w moim skromnym towarzystwie. Oczywiście głównym zamierzeniem tej propozycji była chęć sprawienia jej przyjemności poprzez dostarczenie, w tym szczególnym dniu, odpowiedniej porcji strawy duchowej, która na kilka miesięcy uspokoiłaby skrawek jej katolickiego sumienia, ale też kierowała mną podróżnicza ciekawość. To przecież ona jest głównym stymulatorem, siłą sprawczą, która napędza nas do podróżowania i kolekcjonowania przygód. No i odróżnia od all inclusivowego wczasowicza. Ilekroć w trakcie podróży nadarzała się taka okazja, zawsze skrzętnie korzystaliśmy z możliwości celebrowania lub choćby podglądania inności. A ponieważ w Hiszpanii, kraju skrajnie odmiennym kulturowo od Polski, prawie wszystko było inne, toteż nasze celebrowanie bądź podglądactwo było stanem niemal permanentnym. Najbardziej lubiliśmy słynne fiesty z okazji licznych świąt, najczęściej związanych z celebracją dnia poświęconemu któremuś z niezmierzonych zastępów świętych. Pomysłowość Hiszpanów na tym polu jest nieograniczona. Każdy region, miasto, gmina, a nawet wieś szczyci się swoimi oryginalnymi obyczajami, sięgającymi swoimi korzeniami wiele wieków wstecz. Najczęściej są to wesołe i kolorowe parady. Fantazyjne stroje, głośna muzyka i śpiew, a także regionalne kulinaria i trunki to nieodłączne atrybuty tych uroczystości ku czci. Są też pochody naznaczone śmiertelną powagą i ciszą, niepozbawione jednak ogromnego ładunku emocjonalnego. To przeważnie efekt jakiegoś mało sympatycznego, by nie rzec, mrocznego, aczkolwiek doniosłego wydarzenia z odległej przeszłości. Nie słyszeliśmy o fiestach o pośrednim charakterze. To nie leży w latynoskiej mentalności. Tu emocje uwielbiają skrajności.

Najważniejsza jest tradycja. To wierność tradycji i oczywiście naturalna skłonność do zabawy leżą u podstaw tych fiest. I chociaż oficjalnie są to święta o charakterze niby religijnym, to tak naprawdę z wiarą mają niewiele wspólnego. Hiszpania jest krajem o wiele bardziej laickim, niż to się wydaje przeciętnemu Polakowi. Rozdział kościoła od państwa jest tu traktowany niezwykle poważnie. Zdanie hierarchii kościoła katolickiego w sprawach społecznych czy politycznych nie ma żadnego znaczenia. Ostatni socjalistyczny premier zerwał nawet z odwiecznym zwyczajem przysięgi na konstytucję, pismo święte i krzyż. Ostała się jedynie konstytucja. Kościoły, poza okresem największych religijnych świąt, głównie Wielkim Tygodniem, świecą pustkami. Nasza podróżnicza zachłanność na poznawanie inności obejmowała również metody uprawiania kultu religijnego. I nie miało znaczenia, czy była to synagoga, meczet, buddyjska stupa, cerkiew prawosławna lub grekokatolicka, czy też świątynie innych kościołów chrześcijańskich, w tym oczywiście katolickich. Niewątpliwie, oprócz podróżniczej ciekawości, wiązało się to też z moim wieloletnim poszukiwaniem odpowiedzi na fundamentalne pytania, co z każdym rokiem upodabnia mnie trochę do legendarnych alchemików poszukujących kamienia filozoficznego. Czyli zero szans na sukces. Muszę jednak stwierdzić, że uporczywość w dociekaniu sprawiła, iż wachlarz pytań i wątpliwości znacznie się przez te wszystkie lata uszczuplił. Niemniej, jak wspomniałem, najważniejsze kwestie ciągle pozostają bez odpowiedzi i coraz dobitniej dociera do mnie, że chyba dopiero po tamtej stronie będę miał szansę w pełni zaspokoić swoją ciekawość.

W każdym razie, w ramach penetrowania inności, zgłosiłem gotowość uczestniczenia w hiszpańskiej pasterce. Żona oczywiście z entuzjazmem przyklasnęła temu pomysłowi, więc uzupełniwszy już poziom naszych wewnętrznych baterii, opuściliśmy rejon Żółtej Góry i ochoczo skierowaliśmy nasze kroki do Las Galletas, do miejscowego kościoła, by zorientować się co do terminu wigilijnego nabożeństwa. Zlokalizowanie kościoła przyszło nam z niejakim trudem, gdyż jakoś niespecjalnie rzucał się w oczy. Mieścił się w ciągu budynków biegnących wzdłuż dwóch spokojnych ulic, równoległych do nadmorskiej promenady. Od sąsiedniego zabudowania dzielił go tylko malutki kamienny dziedziniec ze schodzącymi na obydwie ulice kilkoma schodami. Balkon nad dwuskrzydłową, drewnianą bramą wydawał się wskazywać raczej na mieszkalne niż sakralne przeznaczenie budynku. Ale właśnie owe łukowate, kasetonowe drzwi oraz niepozorny napis po ich lewej stronie informujący, że jest to parafia pod wezwaniem świętego Kasjana, pozwoliły nam nabrać pewności, że jest to jednak miejsce kultu religijnego, czyli jesteśmy na miejscu. Dopiero wtedy, lustrując bardziej wnikliwie fasadę białego kościoła, zadarliśmy głowy do góry i dostrzegliśmy dwie bliźniacze wieżyczki zwieńczone krzyżami. Oczywiście młodzi ludzie, a nawet dzieci, przy pomocy swoich różnych … fonów, aplikacji czy innych nowoczesnych koszmarów, znaleźliby go bez problemu, ale wtedy jedyną pomocną nam aplikacją była ta wgrana nam do głowy przez naszych rodziców, gdy byliśmy jeszcze dziećmi. Jej tytuł brzmi: „koniec języka za przewodnika”. Jej wyższość nad elektronicznym odpowiednikiem polega na tym, że w świecie mniej lub bardziej zawoalowanej samotności, sprzyja nawiązywaniu kontaktów międzyludzkich. Trafnie zadane pytanie bywa często przyczynkiem do rozmowy. Zwłaszcza w latynoskim świecie. Zmusza też do wykazania się choćby odrobiną kreatywności, no i działa zawsze bez względu na zasięg i stan baterii.

Tak więc po dwóch czy trzech pytaniach, stanęliśmy u wrót kościoła i zaczęliśmy studiować tablicę z ogłoszeniami. W tym czasie na schodach łączących przedkościelny dziedziniec z ulicą siedziały dwie nastolatki w otoczeniu paru młodzieńców. Zwracali na siebie uwagę nieustannymi wybuchami salw śmiechu i swobodną, głośną rozmową – według naszych standardów, zbyt głośną jak na miejsce spotkania – oraz kłębami dymu papierosowego, równie niestosownego w tym miejscu – znowu według naszych kanonów – jak głośna dyskusja. Dobrze, że chociaż popijali colę z puszek, a nie na przykład piwo, czy nie daj Boże, coś mocniejszego, bo nasza dezaprobata pewnie by się jeszcze pogłębiła co już prawie upodobniłoby nas do starych dewotów. To porównanie podziałało na nas jak kubeł zimnej wody, więc otrząsnęliśmy się niczym labrador po kąpieli i skupiliśmy się już tylko na tablicy ogłoszeniowej, starając się nie zwracać na głośne towarzystwo uwagi i mając zamiar oddalić się dyskretnie niezwłocznie po uzyskaniu informacji. Nagle jeden z młodzieńców podniósł się i skierował kroki w naszym kierunku. Dostrzegłem to kątem oka i natychmiast delikatnie odsunąłem żonę za siebie, nie wiedząc czego się spodziewać. Polska siła przyzwyczajenia kazała mi w takich sytuacjach być czujnym, zwartym i gotowym. Wszak agresja w naszym społeczeństwie buzuje jak ogień pod diabelskim kotłem. Tymczasem facet zbliżał się do nas z dziwnie przyjaznym uśmiechem na ustach, co wcale nie uśpiło, a wręcz wzmogło moją podejrzliwość. Przecież kamuflaż przed atakiem to w drapieżnym świecie ludzi często stosowana taktyka. Gdy był jakieś trzy lub cztery metry od nas, a ja już powoli zaciskałem pięści, zapytał – En que puedo ayudarte, w czym mogę ci pomóc? I wtedy, a właściwie już w trakcie zadawania pytania, dostrzegliśmy na jego szyi białą koloratkę, która w zestawieniu ze sportowymi butami, wytartymi dżinsami, spraną, granatową koszulą z krótkimi rękawami i ciągle młodzieńczą, mimo trzydniowego, czarnego zarostu, lekko pucołowatą twarzą wyglądała jakoś baśniowo nierealnie, zupełnie jak obrazek ojca dyrektora wspomagającego hojnymi datkami ubogich, chorych i bezdomnych. Wątpię, żeby udało się ukryć zdumienie na naszych twarzach, chociaż ksiądz jakby już przyzwyczajony do takiej reakcji cudzoziemców na swój widok, nie dał nic po sobie poznać. Szybko ochłonąłem i spytałem o wigilijną pasterkę, bo w natłoku świątecznych ogłoszeń nie zdążyliśmy jeszcze odnaleźć potrzebnej nam informacji. „ La Misa de Gallo”, czyli msza koguta, który ponoć nocnym pianiem obwieścił narodziny Jezusa, odbędzie się o północy, odpowiedział i oczywiście serdecznie gości z Polski zaprasza, gdy już powiedzieliśmy mu, skąd jesteśmy. Potem spytał, czy chcemy obejrzeć kościół, a że byliśmy ciekawi wyglądu kolejnej Bożej nieruchomości, więc skwapliwie przystaliśmy na propozycję. Wnętrze i świąteczny wystrój świątyni niczym nas nie zaskoczył. Prostota i oszczędność materialnego wyrazu duchowości nie różniła się od innych nawiedzonych przez nas kościołów w mniejszych hiszpańskich miastach i miejscowościach. Trzeba jednak zaznaczyć, że ta opinia jest pokłosiem porównań z rozbuchanym przepychem polskich świątyń, przy których wszystkie inne z wyjątkiem nielicznych, wydają się ich ubogimi krewnymi. Odnosimy jednak wrażenie graniczące z pewnością, że prawdziwa duchowość zdecydowanie stroni od pychy, blichtru i bogactwa, za to uwielbia towarzystwo skromności, prostoty i pokory.

Ksiądz pożegnał nas bardzo serdecznie, mając nasze zapewnienie o udziale w pasterce. Wymusił na nas powtórzenie tej obietnicy dwa razy, jakby chciał dodatkowo obciążyć nasze sumienia ewentualnym niedotrzymaniem danego słowa. O północy następnego dnia wyjaśniła się przyczyna jego determinacji. Kościół zapełniony był zaledwie w połowie, a więc każda ponadplanowa owieczka cieszyła niezmiernie jego pasterskie oko.

Zanim jednak nastała północ, przeżyliśmy całkiem przyjemny wigilijny dzień. Z samego rana, jeszcze przed śniadaniem, udałem się do portu w Las Galletas, aby w drewnianych budkach na targu rybnym przy porcie kupić dwa wielkie steki z miecznika złowionego parę godzin wcześniej podczas nocnego połowu. Miałem szczęście, ponieważ miecznik należy do awangardy najbardziej smacznych, a przez to pożądanych ryb i niestety jako taki jest gatunkiem okrutnie ludzko przetrzebionym. Zresztą problem przełowienia mórz i oceanów dotyczy ponad jednej trzeciej światowych zasobów ryb i jak wskazują naukowcy, jeżeli nic się nie zmieni, to za kilkadziesiąt lat ryba przejdzie do historii, jako kolejny przykład ofiary ludzkiej głupoty, chciwości i bezwzględności. A że nic się nie zmieni to raczej pewne, bo mafia rządząca światowym rybołówstwem ma się dobrze i nie pozwoli nikomu zagrozić swoim interesom. Oczywiście w tym dniu nie ogarniały mnie czarne myśli, bezradność, frustracja i tym podobne odczucia wobec nieskończonego ciągu przykładów ludzkiego okrucieństwa w stosunku do zwierząt. Nauczyłem się sensownie gospodarzyć swoimi myślami, więc minorowy nastrój i analizę globalnych problemów odłożyłem na bliżej nieokreśloną przyszłość, a tymczasem radowałem się rzeczami prostymi: pięknem krajobrazu, oceaniczną bryzą, grzejącym przyjemnie słońcem, uśmiechniętymi ludźmi, zielonymi papugami, palmami kołyszącymi się lekko na wietrze, faktem kochania i bycia kochanym, tym, że jestem zdrowy i nic mnie nie boli, ani nigdzie nie strzyka, poczuciem wolności i wewnętrznej harmonii, wspomnieniem chwil spędzonych z Adamem, no i perspektywą zjedzenia odmiennej, smacznej inaczej wigilijnej kolacji w doborowym towarzystwie mojej żony. Clou tej kolacji, czyli steki z miecznika niosłem właśnie dumnie w siatce i nikt ani nic nie mogło zakłócić moich pozytywnych wibracji.

Wstąpiłem jeszcze do sklepu po śniadaniową bagietkę i krewetki królewskie, które miały towarzyszyć miecznikowi na wigilijnym stole. Żona zarezerwowała dla siebie odwiedziny u babci Aurory, by złożyć jej życzenia świąteczne i uzupełnić menu o zieleninę i owoce, przede wszystkim swoją ulubioną papaję. Kiedy wychodziła po śniadaniu, jakby mimochodem wspomniała, że wpadnie też na chwilę do zakładu fryzjerskiego Clary i do pizzerii mammy, bo przecież im też wypada złożyć życzenia, no i przy okazji dowie się co tam u nich słychać. Oczywiście wiedziałem, że chwila to dla mojej żony dalece nieprecyzyjne określenie czasu i mam do wykorzystania co najmniej cztery godziny samotności. Gdy przebywa się z kimś, nawet ukochaną osobą, przez długi czas dwadzieścia cztery godziny na dobę, to po pewnym czasie takie okazje do bycia z sobą sam na sam traktuje się jak dar od losu i jako taki nie można zmarnować żadnej chwili. Jakkolwiek długo by nie trwała. Toteż, kiedy tylko żona zamknęła za sobą drzwi, wyjąłem z szuflady zeszyt i przez godzinę ćwiczyłem umysł, materializując niniejsze wypociny. Tylko błoga cisza pozwalała mi na osiągnięcie takiego stanu koncentracji, który owocował później skonstruowaniem kilkunastu w miarę sensownych zdań. Po treningu umysłowym przyszedł czas na trening fizyczny. Poszedłem do znajdującej się obok basenu siłowni, gdzie przez następną godzinę podrzucałem sztangę, hantle i poddawałem się dobrowolnym torturom na urządzeniu zwanym Atlasem. Ćwiczenia powodowały, że poziom endorfin w moim mózgu rósł jak kurczaki na hormonach wzrostu, aż wreszcie osiągnął pułap, który wywołuje stan euforyczny. Właśnie dlatego nazywam to stanem przyjemnego wyczerpania. Niestety mija on po jakichś trzydziestu minutach, więc aby być nieco dłużej na tym naturalnym haju, z siłowni przeniosłem się na basen. Chłodna woda podziałała kojąco na płonące mięśnie i przywróciła mi trochę świeżości, przynajmniej tyle, że z ochotą zacząłem doskonalić mój grzbietowy. Kiedy tak pływałem i mimo pokonywania kolejnych długości basenu prawie nie czułem zmęczenia, pojawiły mi się w głowie nieskromne i zarazem pokrzepiające myśli o zadziwiająco wydolnym stanie mojego organizmu. Jednak już w następnej chwili coś postanowiło wybudzić mnie z chełpliwego letargu, gdyż pojawiła się jakaś dziwna ociężałość i gwałtownie zaczęło robić mi się zimno. Zbiegło się to z upłynięciem kolejnej godziny mojej samotności, więc podpłynąłem do drabinki i tu zaczęły się schody w dosłownym i metaforycznym znaczeniu tego słowa. Zmaltretowane mięśnie w wychłodzonym ciele odmówiły posłuszeństwa. Cztery szczebelki basenowej drabinki pokonywałem niczym trzęsący się staruszek po trzech udarach. Na chwiejnych nogach dowlokłem się do leżaka i zaległem na nim jak kloc drewna. I wtedy swoją zbawczą moc zademonstrowało kanaryjskie słoneczko, które niepomne na wigilijne skojarzenia przedstawiciela ludów północy, grzało w najlepsze. Chyba nigdy w życiu nie odczuwałem takiej przyjemności, oddając się we władanie jego promieni. Stopniowo, powoli czułem jak ciepło, rozchodzi się po moim ciele, docierając w końcu do wszystkich jego zakamarków. Powróciła wrażliwość na bodźce, dzięki czemu mogłem skonstatować, że stan euforyczny ustąpił miejsca błogości i odprężeniu, czyli wystąpiły idealne okoliczności, by przystąpić do ostatniej fazy czterogodzinnego treningu. Po ćwiczeniach umysłu i ciała przyszła pora na ćwiczenie ducha. Majestatyczny widok majaczącego w oddali szczytu Teide, idealnie współgrał z moim stanem psychofizycznym, więc bez problemu skupiłem myśli, by już po kilkunastu głębokich oddechach znaleźć się w nieco odmiennym stanie świadomości pozwalającym odbyć podróż w głąb siebie.

Wróciłem do mieszkania i zdążyłem jeszcze wziąć prysznic, zjeść awokado skropione obficie limonką, zaparzyć kawę z odrobiną brandy i rozsiąść się wygodnie na tarasie, gdy wróciła moja szanowna małżonka. Rozbrajający uśmiech od ucha do ucha miał zamaskować poczucie winy lub wyrzuty sumienia z powodu tak długiej nieobecności, która miała się składać z iluś tam chwil. Równocześnie ruszyła lawina słów mająca opisać w najdrobniejszych szczegółach minione cztery godziny jej życia. Po kilku minutach, kiedy jak zwykle w takich przypadkach, wszedłem jej w słowo, wykorzystując moment na zaczerpnięcie powietrza i poprosiłem o lakoniczne streszczenie, zreflektowała się i dokończyła swoją opowieść za pomocą szeregu uproszczeń oraz skrótów myślowych, niemal równo z ostatnim łykiem kawy. Wtedy spytała, co porabiałem, kiedy jej nie było. – Coś tam napisałem, trochę poćwiczyłem na siłowni, trochę popływałem, a potem wygrzewałem kości na słońcu i medytowałem – odpowiedziałem jednym zdaniem, nie wchodząc w niewygodne dla mnie szczegóły. Tym sposobem przeszliśmy do następnego etapu dnia, jakim było przygotowanie wigilijnej wieczerzy.

Jednym z wielu wyznaczników naszego ówczesnego stanu mentalnego był sposób przygotowywania posiłków. Jak w wielu innych kwestiach tak i tu byliśmy w stanie stosować wspaniałą, hiszpańską, a właściwie latynoską metodę niespieszenia się. To podstawa, fundament, na którym opiera się cała filozofia przyrządzania jedzenia. Krańcowo odmienna od polskiego symbolu baby krzątającej się przy garach z wywieszonym jęzorem jako skrajnego przejawu patriarchatu. Pisałem już o celebracji posiłków i związanych z tym korzyści. Tymczasem krojenie, szatkowanie, obieranie, doprawianie, mieszanie, gotowanie, smażenie, pieczenie, smakowanie i wąchanie przy odpowiednim nastawieniu może dawać radość porównywalną z samym aktem konsumpcji. Trochę to trwało, nim opanowaliśmy tę sztukę. Przede wszystkim musieliśmy poprzestawiać szufladki w naszych głowach, by wykorzenić wieloletnie nawyki. Przyszło nam to o tyle łatwo, że z oczywistych powodów nie mogliśmy wspomagać się najczęściej wykorzystywanym w takich sytuacjach argumentem, czyli brakiem czasu. Tego akurat mieliśmy pod dostatkiem. Zresztą błyskawiczne przestawienie się z ludzi żyjących w czasowym kieracie, dla których przyjęcia sylwestrowe śmigały z prędkością klatek filmowych, by nie wiadomo kiedy zlać się w jakieś jedno mgliste wspomnienie, na ludzi, którzy z tego hojnego daru od losu, jakim była możliwość dysponowania kupą czasu, potrafili czerpać pełnymi garściami i wbrew utartym schematom myślowym, wyeliminowali ze swojego słownika i życia słowo nuda, uważamy za jedno z naszych najważniejszych osiągnięć.

Tak oto z przygotowania wigilijnej wieczerzy uczyniliśmy kolejną przyjemną część tego dnia. Latynoskie zwyczaje doskonale współgrały z zaleceniami medycyny chińskiej, według której człowiek podczas przygotowania potraw przekazuje im swoją energię. Jeśli dominują w niej negatywne emocje, to posiłek nie będzie służył zdrowiu, lecz jeśli czerpiemy z tego radość i emanuje z nas pozytywna energia, to wspaniale się strawi, dostarczając ciału niezbędnych składników odżywczych, a tym samym zdrowia i witalności. Byliśmy w doskonałych nastrojach, więc składniki odżywcze aż rwały się do biegu, by jak najszybciej rozlokować się wygodnie w naszych organach. Musiały jednak uzbroić się w cierpliwość, bo nam jakoś w ogóle się nie spieszyło. Czerwone wino z okolic La Manchy jeszcze bardziej nas wyluzowało, co dodatkowo spowolniło nasze ruchy. Co kilkanaście minut siadaliśmy przed komputerem, by zamienić kilka słów z Adamem i resztą jego wigilijnego towarzystwa. Poza tym wspominaliśmy pamiętne, z perspektywy czasu, często komiczne, wydarzenia z naszych polskich wigilii, co chwila wybuchając śmiechem. Mimo to dania z wolna nabierały nęcących kształtów, smaku i zapachu. Oczywiście role były podzielone. Ja, jak zawsze odwalałem czarną robotę. Myłem, obierałem i sprzątałem. Czasem dostąpiłem zaszczytu pokrojenia czegoś, przeważnie zbyt twardego dla delikatnych kobiecych dłoni. Z pokorą przyjmowałem swój los. Znałem swoje miejsce w kuchennym szeregu, więc z ochotą stawiałem żonę na kulinarnym piedestale, żeby potem czerpać z tego profity przy stole. Żona kroiła, mieszała, dodawała przypraw, sosów, dipów, ziół, formowała i dekorowała, smażyła, gotowała i piekła. Czułem się dowartościowany, gdy sporadycznie dawała mi coś do spróbowania z prośbą o ocenę. I chociaż wiedziała, że tak będzie, promieniała, gdy wychwalałem ją pod niebiosa. Nie mogliśmy sobie przypomnieć, by przygotowanie kolacji wigilijnej, a i sama wieczerza, było kiedykolwiek tak przyjemną czynnością. Pozbawioną jakiejkolwiek nerwowości i obaw, czy ze wszystkim zdąży się na czas. Niemarnotrawieniem swojej kreatywności na bycie nie sobą, bez presji na podtrzymywanie sztucznych rozmów i przyoblekanie twarzy w wymuszone uśmiechy.

Zapewne kiedyś było inaczej. W czasach, kiedy duchowy wymiar świąt nie był tylko czczą gadaniną i miał dla ludzi wartość nadrzędną. Wystarczy trochę poklikać, by dowiedzieć się od wujka Google coś nie coś na ten temat, ale najlepiej poszperać we wspomnieniach naszych dziadków, babć lub odwiedzić bibliotekę. Wiem, że te staroświeckie metody zdobywania informacji przechodzą do lamusa, że czytanie książek staje się z wolna zajęciem elitarnym i że ludzie prawie już nie rozmawiają, tylko się komunikują, lecz intymna relacja z książką lub jaśniejące oblicze, błysk w oku i uśmiech naszych przodków podczas snucia wspomnień, to bezcenne, dodatkowe bonusy naszej dociekliwości. Rzecz jasna nie wpadaliśmy w skrajność i nie dyskredytowaliśmy znaczenia Wigilii i świąt Bożego Narodzenia dla ogromnej rzeszy naszych rodaków, chociaż nawet najwięksi chrześcijańscy liberałowie ubolewają nad ich coraz bardziej kiczowatym, tandetnym i konsumpcyjnym charakterem. Dlatego zamiast doniosłym przeżyciem duchowym, coraz częściej stają się kłopotliwym obowiązkiem i źródłem stresu. Nic zatem dziwnego, że z roku na rok wzrasta gwałtownie liczba Polaków spędzających ten czas wesoło na zagranicznych lub krajowych wakacjach. Kto wie, czy nie jesteśmy świadkami narodzin nowej tradycji. Historia uczy, że nic nie jest stałe na tym świecie, że wszystko się zmienia i wszystko przemija.

Nie czekaliśmy na pierwszą gwiazdę, by zasiąść do stołu. Przyczyna była prozaiczna. Na Teneryfie słońce zachodziło w grudniu koło dziewiętnastej, czyli kilka godzin później niż w Polsce. Dzień spędzaliśmy bardzo aktywnie, spaliliśmy sporo kalorii, więc mieliśmy wymówkę, żeby posłuchać naszych żołądków i zarazem zgrać czas wieczerzy z Adamem i innymi naszymi bliskimi, aby potem, już nasyceni, móc składać i przyjmować świąteczne życzenia oraz trajkotać na tematy niekoniecznie tylko okołoświąteczne. Stół, jak i całe mieszkanie, był na tę okazję udekorowany w stylu minimalistycznym. Wielka, złota bombka od „chińczyka” oraz palące się świece symbolizowały choinkę i lampki choinkowe. Dania spoczęły na czerwonych papierowych serwetach z motywem świętego Mikołaja lub Papy Noela, jak zwą go w Hiszpanii, i nie dosyć, że pięknie kontrastowały z białą zastawą, to jeszcze przywodziły na myśl barwy naszej narodowej flagi. I tak w duchu świąteczno-narodowym, choć przede wszystkim w duchu miłości, przełamaliśmy się opłatkiem, życząc sobie wzajemnie wszystkiego naj, naj oraz spełnienia marzeń. Wiedzieliśmy, że nasze marzenia – choć każdy zawarł w nich jakąś osobistą, tajemną myśl – są spójne i oprócz standardowego pragnienia miłości, zdrowia i pomyślności, krążą gdzieś nad słonecznymi wyspami, ciepłym, lazurowym morzem i przyjaznymi tubylcami. Czyli mniej więcej dotyczą tego, czego właśnie doświadczaliśmy. Trochę to wszystko pokręcone, bo wychodziło na to, że ciągle marzymy o spełnionych marzeniach. Może to zagmatwanie wynikało z nieuchronnego już powrotu do Polski, czyli podążania w kierunku północnym ewidentnie niekorelującym z rejonem występowania naszych marzeń i rodzącej się stąd niepewności o podróżniczą przyszłość naszej ziemskiej wędrówki. Mimo wszystko mieliśmy nadzieję, że marzenia jakoś się w tym wszystkim połapią i we właściwym czasie dokonają aktu ponownego urzeczywistnienia.

Stek z miecznika był doskonały. Tak jak zapewniali internetowi kucharze, różowe mięso przypominało konsystencją cielęcinę lub młodą wołowinę i tylko delikatny słonawy posmak zdradzał jego pochodzenie. Co prawda cielęcinę jadamy od wielkiego dzwonu, a może i rzadziej, lecz chyba właśnie dlatego pamiętaliśmy tę jej delikatną i soczystą konsystencję, choć niewykluczone, że ulegliśmy sugestii i tylko tak nam się wydawało. Na talerzu miecznik spoczywał w towarzystwie kanaryjskich ziemniaczków w mundurkach czyli papas arrugadas, a smak całości podkręcaliśmy oczywiście paprykowym sosem moho roho, bez którego nie może się obejść żaden poważny posiłek na wyspach kanaryjskich. Jego brat bliźniak moho verde tym razem pozostał w lodówce. Właściwie to nie musielibyśmy już nic więcej jeść, zwłaszcza że pojawiło się pierwsze beknięcie, które na przykład dla mnicha tybetańskiego byłoby czytelnym sygnałem od pełnego żołądka, że pora kończyć posiłek. Jednak siła przyzwyczajenia i nade wszystko chęć kultywowania żarłocznej tradycji spowodowała, że daliśmy zdrowemu rozsądkowi wolne i kontynuowaliśmy ucztę. Usprawiedliwiliśmy beknięcie naturalnym efektem ubocznym popijania miecznika cavą, hiszpańskim odpowiednikiem szampana. To kolejny element hiszpańskiej tradycji, który wprowadziliśmy do naszej Wigilii. Po mieczniku przyszła kolej na krewetki smażone na oliwie z oliwek z dużą ilością czosnku i natki pietruszki oraz odrobiną chili. Wszystko to podlewane białym winem, które pozostawiło swój ślad w potrawie, uzupełniając zachwycający bukiet aromatów, któremu żaden smakosz owoców morza nie byłby w stanie się oprzeć. Słońce w tym momencie jakby gwałtowniej opadło na nieboskłonie, by móc zajrzeć na nasz taras i natychmiast wysłało swoje promienie, by zlizać z talerzy resztki wspaniałego krewetkowego sosu. Nie dla takiego gościa stało puste nakrycie, więc szybko połamaliśmy bagietkę i wyczyściliśmy nią talerze na wysoki połysk. Urażone słońce odgrodziło się od nas małą chmurką i zaczęło szukać szczęścia gdzie indziej. Tymczasem jedliśmy dalej, co było już kulinarną rozpustą i spełniało kryteria wszystkich grzechów związanych z nieumiarkowanym jedzeniem. Dobrze, że chociaż nie z piciem. W razie spełnienia się różnych religijno-mitologicznych przepowiedni dotyczących nieuchronności stawienia się przed boskim trybunałem będzie to jakaś okoliczność łagodząca wymiar kary. Zawsze dobra, swojska sałatka jarzynowa przeniosła nas w przeszłość, przywołując wspomnienia smaków polskich potraw, lecz niebawem teraźniejszość powróciła za sprawą kolejnej sałatki, tym razem z owoców egzotycznych i najważniejszego dla mojej żony dania, czyli owocu papai. Gdy po papai nie została już ani jedna pestka, (działają dobroczynnie na organizm i ponoć wzmacniają potencję, co w pewnym wieku ma decydujące znaczenie w kwestii jeść czy nie jeść) odsunęliśmy nieznacznie krzesła, by móc przyjąć pozycję pół horyzontalną, korzystniejszą dla procesów trawiennych i bardziej komfortową dla strudzonych intensywnością tego dnia mięśni i stawów. Oznaczało to także koniec zasadniczej części wigilijnej biesiady.

W tym momencie polskie dzieci, a i wielu dorosłych osiągało szczyt podniecenia objawiającego się nieskoordynowanymi ruchami, nieskładną wymową i oczopląsem. Stan ten poprzedzał mające właśnie nastąpić najważniejsze dla nich wigilijne wydarzenie, a mianowicie rozdanie prezentów. Nasze prezenty leżały na komodzie, obok telewizora. Nie były dla nas niespodzianką, ponieważ każdy kupił go sobie sam. Oczywiście w ramach ustalonego budżetu. Niestety, zupełnie jak w przypadku naszego rządu, reżim budżetowy nie jest najmocniejszą stroną mojej żony. A swoją drogą chyba nigdy nie pojmę, dlaczego sto gramów pachnidła sygnowanego podpisem jakiegoś francuskiego cwaniaczka kosztuje więcej niż siedemset gramów markowej szkockiej whisky single malt leżakującej osiemnaście lat w dębowych beczkach po sherry lub porto. To dla mnie przykład jednego z największych paradoksów rynkowych naszych czasów wykreowany przez mistrzów socjologii i marketingu, którzy w natłoku ludzkich ułomności wygrzebali tą właściwą tylko naszemu gatunkowi, czyli obrzydzenie własnym naturalnym zapachem i uczynili z tego olbrzymie źródło zysku. Być może przemawia przeze mnie pierwotny pierwiastek męski buntujący się przeciwko postępującemu zniewieścieniu mojego rodzaju, ale może to też być wyraz desperackiego poszukiwania rozsądku w tym pokręconym świecie.

Dla zabawy postanowiliśmy odegrać jednak zwyczajową komedyjkę i wręczyliśmy sobie uroczyście wybrane i kupione przez siebie prezenty. Akcentowaliśmy nadmiernie wszystkie elementy tego ceremoniału, udając najpierw wielką ekscytację, później ogromne zaskoczenie, a na końcu zachwyt wyrażany niekończącymi się ochami i achami. Śmiechu przy tym było co niemiara, co jak zwykle przyniosło dodatkowe korzyści, ponieważ podniósł się poziom naszej szczęśliwości i przy okazji przyśpieszyło trawienie. To pozwoliło pomyśleć o ostatnim akordzie wigilijnej kolacji, czyli o kawie i deserze. I właśnie wtedy na niebie pokazała się pierwsza gwiazda, a zaraz za nią setki i tysiące innych. Słońce bowiem, jak to ma tam w zwyczaju, chwilę wcześniej błyskawicznie zniknęło za widnokręgiem, pogrążając Teneryfę w ciemnościach i umożliwiając tym samym ekspozycję innym ciałom niebieskim. Przez dłuższą chwilę patrzyliśmy zauroczeni w rozgwieżdżone niebo, ulegając bez walki coraz większej egzaltacji, co było zjawiskiem zupełnie irracjonalnym, bo przecież mieszkaliśmy na Teneryfie już ponad dwa miesiące i to upstrzone konstelacjami gwiazd niebo stało się w międzyczasie czymś zupełnie naturalnym. Czyżby jakimś rykoszetem trafiła do naszych umysłów ta przereklamowana do wszelkich granic magia świąt? Nie, przecież jutro nocne niebo będzie takie same. Szybko otrząsnęliśmy się z tych niedorzecznych myśli, chociaż tak naprawdę nie mielibyśmy nic przeciw temu, żeby akurat tego wieczoru magia świąt udowodniła nam, że nie jest tylko sloganem reklamowym.

Na kawę i deser postanowiliśmy przenieść się do naszego przytulnego saloniku, gdyż zbliżał się czas uruchomienia sekwencji składania i przyjmowania życzeń. Taras nie zapewniał intymności akustycznej niezbędnej do swobodnego, a w przypadku mojej małżonki, niejednokrotnie emocjonalnego wyrażania myśli. Ponieważ jednak obok innych przypadłości mam i tę, że aby czuć się komfortowo, musi w zasięgu mojego wzroku panować więcej niż względny porządek, przeto najpierw opróżniłem wigilijny stół na tarasie, zapełniając zmywarkę, potem przywróciłem mu blask sprzed wieczerzy i zmiotłem wszystko to, co nieopatrznie znalazło się na podłodze. Dopiero wtedy nalałem sobie szklaneczkę mojego osiemnastoletniego prezentu i ulokowałem się na sofie. Żona zadbała w tym czasie o aromatyczną kawę i deser, który nie wymagał żadnego nakładu pracy, nie licząc odwinięcia go z szeleszczącego celofanu. Zgodnie z hiszpańską tradycją był to turron, czyli mieszanka cukru, miodu pomarańczowego, białek jaj oraz migdałów i orzechów piniowych lub laskowych. W Hiszpanii oprócz smacznego deseru pełni on w czasie Wigilii rolę naszego opłatka. Są dwie podstawowe wersje; miękka i ciągnąca oraz twarda i krucha. Wybraliśmy wersję drugą, wychodząc z założenia, że na miękkie i ciągnące się potrawy przyjdzie w naszym życiu stosowniejszy czas. Turron był ostatnim pokarmem stałym tego dnia. Potem już tylko spełnialiśmy z naszymi najbliższymi i przyjaciółmi toasty napojami o różnej zawartości alkoholu. Nie wiadomo kiedy minęła dwudziesta trzecia i żona zarządziła wymarsz na pasterkę. Słowo się rzekło, więc mimo ogarniającego mnie rozluźniającego lenistwa, nie oponowałem. Moja podróżnicza ciekawość, mimo że już mocno w tym momencie przytłumiona, ciągle była niezaspokojona, więc przywdziałem wyjściowe sandały i po chwili szliśmy już pustymi ulicami w stronę Las Galletas.

Od czasu do czasu dochodziły nas odgłosy dobiegających o tej porze końca, hiszpańskich Wigilii. Przeświadczeni, że za chwilę ulice zapełnią się śpieszącymi na pasterkę ludźmi, przyśpieszyliśmy kroku, by zająć w kościele miejsca siedzące. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Ulice pozostawały puste, a kościół zapełniony był tylko w niewielkiej części. Zajęliśmy miejsca pośrodku rzędu ławek gwarantujące dobrą widoczność, a jednocześnie nierzucanie się w oczy. I znowu się przeliczyliśmy. Dobrą, a nawet świetną widoczność co prawda mieliśmy, lecz napływający z wolna ludzie siadali głównie z przodu lub zupełnie z tyłu pozostawiając wokół nas pustą przestrzeń. Nie wiem, czym to było spowodowane, ale dostrzegliśmy w ruchach tych z przodu pewność siebie, a nawet wyniosłość charakterystyczną dla ludzi uważających się za lepszych od innych, natomiast ci z tyłu, poprzez zastosowanie zerowych środków ekspresji ruchowej, emanowali wręcz chęcią niezwracania na siebie uwagi, a nawet bycia niewidzialnym. Nie identyfikowaliśmy się ani z jednymi, ani z drugimi, więc pozostaliśmy na swoim miejscu. Oczywiście ksiądz dostrzegł nas od razu, gdy tylko stanął przed ołtarzem i omiótł wzrokiem przybyłych. Skłoniliśmy się nieznacznie w odpowiedzi na powitalne skinienie powiekami. Msza trwała jakieś pół godziny. Bez ministrantów, kadzideł i nadmiernej gimnastyki szkodliwej dla kolan. Kazanie księdza często przerywane było śmiechem. Nie rozumieliśmy dokładnie istoty jego żartów, ale choćby dla zdrowia śmialiśmy się ze wszystkimi, zwłaszcza że ogólnie było nam wesoło. Na koniec odśpiewaliśmy kilka pieśni, których teksty leżały wydrukowane na ławkach. I to podobało mi się najbardziej, bo jak zawsze po alkoholu, mój głos nie wydawał mi się aż taki straszny, a ponadto dwie pieśni śpiewaliśmy do melodii Beatlesów.

Gdy tylko ksiądz zaczął wygłaszać – ulubioną przez wielu niedzielnych katolików – ostatnią formułkę zaczynającą się od słów: „idźcie”, ruszyliśmy ku wyjściu, by nie spotkać się z nim twarzą w twarz, gdy będzie żegnał swoje owieczki przy drzwiach, ściskając każdemu dłoń. Nie czulibyśmy się komfortowo, zionąc weń alkoholem. I tak dobrze, że było ciepło i nasze opary nie przybierały bardziej materialnej formy. Sięgnęliśmy wspomnieniami do polskiej, mroźnej pasterki sprzed kilku lat, kiedy opary alkoholu wydychane z setek znacząco zaczerwienionych twarzy stopniowo osiągały takie stężenie, że gdyby msza trwała jakieś pół godziny dłużej, niechybnie nastąpiłoby efektowne – jakby to ujął strażacki żargon – wyfuknięcie obłoku gazowego od ognia którejś z palących się świec.

Wracaliśmy wsłuchani w ciszę. Las Galletas i Costa del Silencio spały. Wiatr spał, więc drzewa nie szumiały swoich opowieści. Ocean spał, nie emitując falowego szumu. Nawet papugi przestały rywalizować z gołębiami o wokalną dominację, zresztą pozbawioną choćby odrobiny artyzmu. Tylko od czasu do czasu spod naszych stóp dochodził odgłos rozgniatanego chitynowego pancerza karalucha. Przypływ nostalgii sprawił, że nasunęło się nam porównanie z powrotami z polskiej pasterki i odgłosem skrzypiącego śniegu pod butami. Szybko jednak ta chwila romantycznego uniesienia się ulotniła, bo zaraz nastąpił ciąg negatywnych skojarzeń związanych z zimą i mrozem. Lodowate stopy, zgrabiałe ręce, zmrożone uszy, rachunki za gaz, niebezpieczne drogi czy morderczy smog to tylko część z nich. I zaraz podziękowaliśmy losowi, opatrzności, Bogu czy jak tam ludzie nazywają tę siłę sprawczą, która wbrew temu, co głoszą faceci w sutannach, na pewno nie mieszka w świątyniach, za to, że jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Za to, że za kilka godzin znowu będziemy grzać się w blasku słońca, pławić się w falach oceanu, celebrować posiłki, uśmiechać się do siebie i innych ludzi, czyli cieszyć się życiem na Teneryfie. Przed zaśnięciem zdążyłem jeszcze pomyśleć, że chyba ten wigilijny dzień był jednak trochę magiczny. Tyle że nie była to ta komercyjna magia konsumpcjonizmu, to była magia, którą wszyscy mamy w sobie, tylko tak rzadko potrafimy doświadczać jej działania. I jak mawiał klasyk kabaretu: to by było na tyle w temacie naszej Wigilii na Teneryfie.

„Cele są jak magnes. Przyciągają rzeczy potrzebne do ich zrealizowania.”

Anthony Robbins

Komentarz ( 1 )

  • Leszek

    Witaj Wiesiu
    Jak już powiedziałem z przyjemnością czyta się twój blog.
    Masz w sobie to coś co powoduje, że ludzie zarywają noce chcąc dotrzeć do celu i sedna tego co autor przeżył lub miał na myśli.
    W ostatnim rozdziale często uciekasz się do duchowych czy może raczej religijnych sloganów ,pojęć czy porównań i chociaż trochę w tym chaosu (przynajmniej dla mnie), to odnoszę wrażenie, że atmosfera tych religijnych obchodów, zabiegów i tradycji oraz ich świętowanie jest dla ciebie ważne i potrafisz czerpać z tego wszystkiego swoistą przyjemność, (czy nawet duchowe uniesienie?) a przecież ( jak powiadasz) to wszystko łączy się tylko z ludzkimi wymysłami , baśniowymi opowieściami itp.
    No to Wiesiu pomyśl (a jesteś w tym dobry) jeśli człowiek potrafi czerpać radość i przyjemność z czegoś co tak naprawdę nie istnieje jak może wyglądać radość człowieka dla ,którego to wszystko jest autentyczne i świętowanie np. Bożego Narodzenia to nie jednodniowy w roku incydent ale prawdziwe święto każdego dnia.
    Pozdrawiam serdecznie-pozdrowienia dla Marzenki (Marzanny)

Zostaw odpowiedź