Rozdział 21

Dziewięciokilometrową trasę z La Calety do Los Cristianos, biegnącą cały czas nadmorską, a raczej nadoceaniczną promenadą, w czasie naszego pobytu na Teneryfie, przeszliśmy trzy razy. Za każdym razem była to dla nas, miłośników pieszych wędrówek, wielka frajda. Zajmowało to prawie cały dzień, ponieważ gospodarowaliśmy wówczas czasem w sposób cudownie niedbały, mając w głębokiej pogardzie wszystkie zegarki i inne czasowskazywacze. Znaczyło to ni mniej, ni więcej, że priorytetem było dla nas nieumiarkowane dozowanie sobie różnych doznań i przyjemności, które aktywowały w nas poczucie bycia szczęśliwymi ludźmi, a jak wiadomo, szczęśliwi czasu nie liczą. I chociaż wiele starych przysłów i tak zwanych ludowych powiedzonek mocno się w dzisiejszych czasach zdewaluowało, nie wytrzymując, nomen omen, próby czasu, to jednak te dotyczące samego czasu niezmiennie zdumiewają swoją aktualnością i uniwersalizmem. Czy zacytujemy nasze swojskie: „gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy” czy przytoczymy słowa mędrca z Orientu: „kto przez życie przechodzi pośpiesznie, szybciej dociera do grobu” czy też jak mawiają Japończycy: „życie to sztuka niespieszenia się” to i tak konkluzja jest jedna – wszystkie te przysłowia w gruncie rzeczy mówią o tym samym. Przypominają nam, że pędząc przez życie, skutecznie stępiamy swoją wrażliwość, przez co zatracamy zdolność cieszenia się zwykłymi sprawami i dostrzegania piękna otaczającego nas świata. Ciągłe podwyższanie progu pozytywnej reakcji prowadzi do powstania zjawiska błędnego koła, a stąd już tylko krok do depresji, utraty zdrowia i skrócenia życia. W sposób jasny sugerują nie tylko zwolnienie tempa, ale też częste zatrzymanie się, uważne rozejrzenie dookoła i odrobinę zadumy nad priorytetami. Zastosowanie się do tych prostych wskazówek, albo choćby zastanowienie się nad nimi, może być początkiem „duchowego odwyku” i wejścia na ścieżkę powrotu do świata normalności.

Na tej trasie przyjemności czyhają na człowieka na każdym kroku i nie trzeba wcale się wysilać, aby sięgać po nie jak po wszechobecny agrest w ogrodzie moich dziadków. Jedynymi rzeczami, które mogą ten proces skutecznie zakłócić, to brak przynajmniej paru gramów wrażliwości oraz odrobiny kondycji. Zmęczenie bowiem zazwyczaj odbiera chęć kontemplowania i przeżywania czegokolwiek z wyjątkiem cieszenia się błogim bezruchem. Taki los spotkał Staszków, którzy odwiedzili nas w styczniu. Poddali się już w połowie drogi i w rezultacie musieliśmy poszukać przystanku autobusowego, aby ewakuować ich do Costa.

W przypadku Adama żadna z tych przeszkód nie wchodziła w rachubę, więc trzeciego dnia jego pobytu i naturalnie kolejnego pięknego, słonecznego dnia na Teneryfie, tuż po śniadaniu wsiedliśmy do autobusu jadącego do Los Cristianos, by tam przesiąść się na inny, jadący do La Calety. Ta niegdysiejsza kolonia rybacka zyskuje sobie coraz większe uznanie, głównie z powodu swojego położenia, dostatecznie oddalonego od Trójmiasta, by cieszyć się ciszą i spokojem i jednocześnie na tyle bliskiego, by po krótkim spacerze znaleźć się w centrum Costa Adeje, w pobliżu sławnej plaży Del Duque i nowoczesnego centrum handlowego Plaza del Duque. Zyskuje też opinię miejsca elitarnego, skutecznie kreowaną przez deweloperów i agencje nieruchomości, które w ciągle budowanych kondominiach sprzedają drogie mieszkania i apartamenty. Jeden z takich apartamentów nabyli rodzice naszego znajomego, wspomniani państwo Z, którym mieszka się tutaj wspaniale, oczywiście, gdy wyłączą myślenie o elitarnej cenie, którą musieli przełknąć, podpisując akt notarialny. Niektórzy zaliczają ten szlak, darując sobie La Caletę i rozpoczynają go w Costa Adeje. Zaoszczędzą w ten sposób jakieś półtora kilometra i trochę czasu, ale naszym zdaniem to błąd, ponieważ La Caleta warta jest pokonania tego pierwszego i poświęcenia tego drugiego.

Zwiedzanie centralnej części tej kameralnej miejscowości zajmuje mniej więcej pół godziny. Zadziwia duża ilość restauracji ulokowanych malowniczo na wulkanicznych skałach, wokół niewielkiej zatoki. Większość z nich oferuje wspaniały widok na ocean oraz wyśmienite dania z ryb i owoców morza. Niestety ceny tych dań zdają się konweniować ze słowem elitarny. Należeliśmy co prawda do elity, ale szczęśliwców nieliczących się z czasem, a nie z pieniędzmi, więc kulinarne doznania musiały poczekać. W pobliskim Trójmieście ceny były bowiem o dwadzieścia, a nawet trzydzieści procent niższe. Nic za to nie kosztuje przechadzka zadbanymi, wręcz wypieszczonymi, stylowymi uliczkami. Większość budynków, a przynajmniej ich elewacje, wygląda tak, jakby właśnie malarze, tynkarze i sztukatorzy zakończyli swoją robotę, a ciężarówka ze zdemontowanym rusztowaniem odjechała chwilę wcześniej. Właściciele knajpek i sklepików zadbali o aranżację przestrzeni przed swoimi biznesami, używając różnego rodzaju gadżetów jednoznacznie kojarzących się z charakterem prowadzonej działalności. Spotkaliśmy się z określeniem La Calety, jako nieco cukierkowatej, ale przecież życie dostarcza wystarczająco dużo goryczy, by sporadyczne spożycie landrynki nie przyprawiło nikogo o mdłości.

Póki co życie w La Calecie toczy się własnym, spokojnym rytmem, wyznaczanym przez nawyki i rytuały jej mieszkańców, choć raczej nikt nie ma wątpliwości, że najdalej w ciągu dekady, ekspansywne Trójmiasto oplecie ją swoimi mackami i wchłonie niczym Rosja Krym. Tego rodzaju dywagacje odkładamy jednak na bliżej nieokreśloną przyszłość, ponieważ minęło właśnie dwadzieścia minut potrzebne na dotarcie do Costa Adeje i, schlebiając Epikurowi oraz własnym potrzebom, ponownie przestawiamy zmysły na odbiór bodźców dostarczających przyjemności. Być może w Trójmieście nie zagnieździł się jeszcze duch czy dusza odpowiedzialna za doznania na głębszym poziomie emocjonalnym – tak jak w Puerto de la Cruz – ale te wspomniane kilka gramów wrażliwości wystarczy, by otrzymać stosowną rekompensatę w postaci całej gamy prostszych doznań, głównie natury estetycznej, które równie skutecznie wprawiają nas w doskonały nastrój. I ten nastrój towarzyszy nam już do samego końca tej wędrówki osiągając swoją kulminację w finale, czyli w mongolskiej restauracji, gdzie zaplanowaliśmy wielkie obżarstwo. Od finału dzieliło nas jednak sporo kilometrów, które należało wypełnić odpowiednią treścią, więc raźnie ruszyliśmy do przodu.

Jak wspomniałem, promenada z Costa Adeje do Los Cristianos to pasmo różnych atrakcji, ale największe wrażenie robią na nas bezustannie zmieniające się, niczym w starym fotoplastykonie, wspaniałe widoki. Co jakiś czas trasa zygzakuje, więc co rusz oglądamy ocean z innej perspektywy i jakby w nowej odsłonie. To spokojny, liżący plaże kończącymi swój bieg falami, to wzburzony, używający fal do gniewnego uderzania w wulkaniczne skały stojące na straży wybrzeża. Spokój oceanu wykorzystują liczni turyści, chłodząc w jego wodach rozgrzane na słońcu ciała, zaś jego wzburzenie jest z kolei gratką dla surferów. W Playa de Las Americas jest miejsce zwane Las Palmeras, gdzie występuje unikatowe zjawisko zwane lewą falą. Nie wchodząc w szczegóły, oznacza to po prostu idealne czyli ekstremalne warunki do uprawiania surfingu. Lewa fala zyskała taką sławę wśród surferów na całym świecie, że między październikiem a marcem, kiedy to zjawisko występuje najczęściej, ściągają do Playa niczym Muzułmanie do Mekki.

Tak jak każdy dobry spektakl wymaga odpowiedniego oświetlenia, tak i ten oceaniczny spektakl natury nie byłby kompletny bez kanaryjskiego słońca, które z każdym kilometrem, a więc i z upływającym czasem, zmieniało swoje położenie na niebie i używając swych promieni, tak operowało światłem, by co rusz przyoblekać nie tylko ocean, ale i świat dookoła w coraz to nowe barwy, czyniąc go jeszcze piękniejszym.
Co jakiś czas mijamy luksusowe, cztero i pięciogwiazdkowe hotele. Ich bryły to często dzieła sztuki architektonicznej. Nie obowiązuje żaden styl. Liczy się rozmach i oryginalność. Jeden przypomina arabski alkazar, jakby żywcem przeniesiony z któregoś z andaluzyjskich miast lub z baśni tysiąca i jednej nocy, inny pyszni się rzymską kolumnadą, której nie powstydziłaby się któraś ze świątyń na Forum Romanum. Białe budynki z uroczymi niebieskimi okiennicami hotelu w stylu kolonialnym graniczą z ultra modernistycznym wieżowcem, którego elewacja obłożona wielkimi prostokątami z przyciemnianego szkła, finezyjnie załamuje światło słoneczne. Jeszcze większe wrażenie robią na nas aranżacje ogrodów i przestrzeni rekreacyjnej. W tym przypadku projektantom bez wątpienia przyświecał jeden cel; osiągnięcie wrażenia przebywania w tropiku. Fantazyjne kształty basenów zdobnych często w oryginalne mostki, sztuczne wodospady spływające po sztucznych skałach i liczne elementy małej architektury, najczęściej skąpane są w egzotycznej zieleni. Im więcej palm, dracen, dorodnych kaktusów, drzew i traw bambusowych oraz kwiatów bugenwilli, tym lepiej. Luksus na Majorce, choć skalą przewyższający zdecydowanie ten na Teneryfie, jest jednak bardziej wyrafinowany i taktownie dyskretny.

Wiem, że nieodłącznym atrybutem niemal wszystkich nadmorskich promenad na świecie są niezliczone bary, restauracje, kawiarnie i że kwitnie na nich handel oraz usługi i że one wszystkie mogą się pod tym względem wydawać podobne w swojej ofertowej monotonii, ale tak się jakoś ułożyło w naszych głowach, że ten nadoceaniczny bulwar na Teneryfie darzymy szczególnymi względami. I to do tego stopnia, że jak ostatnio zapewniła mnie żona, mogłaby go przejść co najmniej następne trzy razy, niezmiennie czerpiąc z tego radość, chociażby przez odkrywanie nowych rzeczy, w wyniku ekscytacji ogromem uciech, wcześniej niedostrzeżonych i w związku z tym pominiętych.

A tych rzeczy może być potencjalnie cała masa, jak na przykład widok na La Gomerę, drugą najmniejszą kanaryjską wyspę, której widoczne zarysy rozmywają się w otaczającej ją wiecznej mgle, bezustannie zmieniającej kolor w reakcji na intensywność światła słonecznego, jakby tym kamuflażem chciała chronić resztę niewinności tej najbardziej dziewiczej z siedmiu wysp archipelagu. Jak mały sklepik przypominający rupieciarnię z oryginalnymi artefaktami kultury hipisowskiej, wymieszanymi z jej współczesnymi odpowiednikami, gadżetami made in China, jaskrawo-kolorowymi strojami, chustkami, kwiatami i biżuterią, jakby zawieszony w czasie relikt przeszłości, a być może objaw syndromu Piotrusia Pana – wiecznego chłopca – jego właściciela, podstarzałego rockmana o włosach długich i czarnych jak smoła, a raczej jak farba, której używał, i którego twarz poorana była tak gęstą siecią głębokich bruzd, że nawet mniej wprawny fizjonomik odczytałby z niej nazwy większości zabronionych substancji, które ów sobie aplikował w swoim hipisowskim życiu. Sklepik jakimś cudem ulokował się – choć bardziej by tu pasowało określenie; wcisnął – między eleganckimi salonami topowych marek, które tak skutecznie zawładnęły świadomością większości, zwłaszcza młodych ludzi, iż ci są przekonani, że bez kupowania i posiadania produktów z markowym logo, życie nie miałoby większego sensu. Jak polska restauracja, w której zrobiliśmy sobie namiastkę wigilii, racząc się barszczem oraz pierogami z kapustą i grzybami i której sympatyczny i rozmowny właściciel zapewniał nas z niewzruszoną pewnością siebie, że James Cameron kręci właśnie na La Gomerze Avatar 2. Jak szwedzki kościół ewangelicki odkryty niemal u kresu wędrówki, na skraju Los Cristianos, osadzony tam niczym strumyczek zadumy obok gejzeru konsumpcjonizmu. Takich smaczków jest na tej trasie dużo więcej. Ich dostrzeżenie jest kwestią indywidualnego postrzegania otoczenia, percepcji każdego szczęśliwca spacerującego tą przepiękną promenadą.

Jeżeli los tak chce, to nie potrzebuje jakichś spektakularnych okoliczności, żeby wywrócić życie człowieka do góry nogami, przestawić je na zupełnie inne tory lub je zwyczajnie zakończyć. Ma tysiące sposobów, by zrealizować to, co wobec nas zaplanował. Na szczęście w większości przypadków, nim zastosuje bardziej drastyczne metody, zadowala się udzieleniem lekcji wychowawczej w postaci małego klapsa lub prztyczka w nos, oczekując jednak w zamian wyciągnięcia właściwych wniosków i odrobiny refleksji. Chwała mu za te edukacyjne skłonności i benedyktyńską cierpliwość w stosunku do raczej tępawych kursantów, gdyż w przeciwnym razie ludzka, i tak wystarczająco krucha egzystencja, przypominałaby taniec na linie rozwieszonej nad Wielkim Kanionem.

Do dzisiaj nie wiem, czy był to prztyczek od losu, ale jestem przekonany, że przy braku szczęścia nasz spacer mógł się zakończyć, zanim tak naprawdę się rozkręcił. I to dość dramatycznie. Plaża Del Duque kończy się niewielkim, malowniczym skalnym cyplem. Uznaliśmy z Adamem, że kąpiel w jego sąsiedztwie to wspaniały pomysł. Schłodzimy się przed dalszą drogą, a przy okazji obejrzymy go z perspektywy oceanu. Zeszliśmy zatem na plażę, założyliśmy kąpielówki w przebieralni i ruszyliśmy w kierunku wody. Żona pilnowała plecaka i ręczników w jakiejś trzeciej linii plażowania, co najmniej piętnaście metrów od brzegu. Wejście na głębszą wodę, gdzie kilka osób z uśmiechem zadowolenia na ustach uskuteczniało kąpiel, wiązało się z pokonaniem strefy spiętrzania się fal. Okazało się to wyjątkowo trudnym zadaniem. Fale nie były zbyt wysokie, ale zadziwiająco silne. Mimo odpowiedniego ustawiania się i zapierania nogami, dwa razy ścięły nas z nóg. Adam pierwszy pojął, że nie tędy droga i trzeba sposobu. Potężnymi susami ruszył falom naprzeciw, by tuż przed ich kulminacyjnym spiętrzeniem, dać nurka w głębiny. Po chwili wynurzył się w miejscu, gdzie już swobodnie unosił się i opadał na lekko falującej wodzie, pośród innych kąpiących, i machał do mnie ręką, szczerząc zęby w uśmiechu. Oczywiście zamierzałem niezwłocznie powtórzyć ten skuteczny manewr, więc tylko na moment odwróciłem głowę w kierunku żony, żeby przedłużyć ten Adamowy uśmiech i sprawdzić, czy obserwuje nasze poczynania. Obserwowała, więc dostrzegłem na jej twarzy grymas przerażenia, którego źródło musiała mieć przed oczami. Ze mną było wszystko w porządku, więc zaniepokojony powtórnie skierowałem wzrok na Adama. Nie zdążyłem zobaczyć już jednak nic oprócz zbliżającej się błyskawicznie ponad dwumetrowej ściany wody. Nie było czasu na żadną reakcję. Nawet moje życie nie zdążyło przelecieć mi przed oczami. W następnej sekundzie poczułem się jak moje skarpetki wirujące w pralce. Olbrzymia, pierwotna siła fali oceanicznej obróciła kilkakrotnie moim bezwładnym, niezdolnym do jakiegokolwiek oporu, ciałem, by na końcu wypluć mnie na plażę, jak pestkę od wiśni, kilka metrów od miejsca skąd mnie porwała. Fala zniknęła równie gwałtownie jak się pojawiła, zastawiając tylko mokry ślad na piasku. Siedziałem przez chwilę kompletnie oszołomiony, nim dotarło do mnie, co się stało. Ocean zademonstrował mi swój słynny pomruk. Mało subtelny sposób wzbudzania szacunku, a może strachu. Zaraz potem rozpocząłem proces autoobdukcji. Najpierw obróciłem głowę w lewo i w prawo. Kark pracował bez zarzutu. Potem zacząłem delikatnie poruszać kończynami, żeby z ulgą odnotować, że nie tylko mam nad nimi pełnię władzy, ale też wszystkie kości są na swoim miejscu. W międzyczasie pojawiła się przestraszona reszta rodziny. Uspokoiłem ich mówiąc, że wszystko jest w porządku. Adam pomógł mi wstać i przeszliśmy do miejsca, gdzie wcześniej stała żona i gdzie leżały nasze rzeczy. Wtedy nastąpiły bardziej szczegółowe oględziny, które wykluczyły poważniejsze obrażenia, oprócz zaczynającego się właśnie obfitego krwawienia z kolan. Był to wynik licznych zadrapań powstałych na skutek mocnego tarcia o ostry piasek. To był jednak pryszcz w porównaniu do potencjalnych urazów, których mogłem doznać, ze skręceniem karku włącznie. Kilka chusteczek higienicznych załatwiło sprawę i dziesięć minut później to wydarzenie zostało zarchiwizowane w dziale wspomnień, a ja byłem gotowy do dalszej drogi. Adam sięgnął po spakowany plecak, a żona po torebkę, którą położyła na chwilę na piasku, żeby pomóc mi opatrzyć rany. Ledwo zdążyli się wyprostować, kiedy niespodziewanie nastąpił drugi akt tego oceanicznego pokazu mocy. Fala jeszcze potężniejsza od poprzedniej błyskawicznie rozlała się po plaży, siejąc spustoszenie wśród plażowiczów. Ręczniki, koce, torebki, torby, jedzenie, książki, gazety, wszelka elektronika i wreszcie sami ludzie zostali kompletnie zmoczeni. Towarzyszyły temu przekleństwa i krzyki dorosłych oraz piski i płacz dzieci. Fala zakończyła bieg jakieś cztery metry za nami, obmywając tylko nasze stopy. Gdyby przyszła pięć sekund wcześniej, zalałaby żony torebkę a wraz z nią dokumenty, karty płatnicze, trochę gotówki i telefon. Pewnie dzień nie byłby już taki sam. Na szczęście znowu wyszliśmy z tego zdarzenia bez szwanku i mogliśmy zagrać oceanowi na nosie. Dopiero późnym wieczorem, gdy o tym myślałem, doszedłem do wniosku, że gdyby naprawdę chciał nas skrzywdzić, to zrobiłby to bez problemu. Wiadomo, jaki potrafi być straszliwie okrutny. Widocznie to było tylko takie jego przekomarzanie się, objaw wodnej odmiany czarnego poczucia humoru, a wzbudzanie szacunku i strachu przed jego mocą to skutek uboczny tych gierek.

Jakby nie żartować z tego zdarzenia i nie bagatelizować jego znaczenia, to nie zmieni to faktu, że od tamtej chwili nieco inaczej zacząłem postrzegać ocean. Przede wszystkim nabrałem dla niego odpowiedniego respektu, a moja dotychczasowa pewność siebie i beztroska podczas obcowania z jego wodami została zastąpiona ostrożnością. Dowiedziałem się co prawda, że zjawisko zdradzieckiej fali występuje na ogół przy rozbijaniu się wód oceanu o skalne występy i wybór miejsca na kąpiel w bezpośrednim sąsiedztwie skalnego cypla nie był najlepszym pomysłem, ale dlaczego zdarzyło się to dwa razy akurat podczas naszego krótkiego pobytu na plaży, chociaż turyści musieli w tym miejscu opalać się i kąpać od co najmniej dwóch godzin. No i dlaczego działanie tej fali zobaczyliśmy jeszcze tylko raz, trzy miesiące później, kiedy stateczek wycieczkowy, na którym zaliczaliśmy safari z delfinami, zakotwiczył przy klifach Los Gigantes, w zatoce Masca, abyśmy mogli się posilić i wykąpać. W tym samym czasie grupa kilkunastu turystów stała na niewielkim betonowym pomoście wychodzącym z maleńkiej plaży kilka metrów w głąb oceanu. Oczekiwali na tramwaj wodny, który kursował między portem w Los Gigantes a tym miejscem, odbierając lub przywożąc turystów, którzy kończyli lub zaczynali wędrówkę słynnym szlakiem wąwozem Masca. Wydarzyło się to podczas drugiej wizyty Adama, który tym razem przyjechał w majorkańskim składzie. Dziewczyny zostały na pokładzie, a ja z Adamem i Łukaszem wskoczyliśmy do wody. Trochę popływaliśmy, a potem, kołysani przez łagodne fale, leżeliśmy na plecach, podziwiając monumentalne piękno klifów. W pewnym momencie poczuliśmy, że unosimy się znacznie wyżej i dłużej, co było nawet całkiem przyjemne, choć dotarło do nas niemal natychmiast, że to nie jest standardowe zachowanie oceanu i że chyba coś się święci. Kiedy znowu opadliśmy w ramiona łagodnych fal, automatycznie skierowaliśmy wzrok w kierunku brzegu, dokąd zmierzało to falowe monstrum. Obserwowaliśmy jak niemal z każdym metrem nabierało mocy i się wypiętrzało. Turyści zgromadzeni na pomoście zobaczyli ją w ostatniej chwili. Podobnie jak ja na plaży, nie mieli czasu na ucieczkę. Fala uderzyła z takim impetem, że dosłownie zmiotła kilkoro z nich do wody, a resztę zmoczyła do suchej nitki. Na szczęście okazało się, że ta chwila grozy nie zaowocowała jakimś nieszczęściem. Poza drobnymi otarciami i najedzeniem się solidnej porcji strachu, nic nikomu się nie stało. Nadanie tej fali miana zdradzieckiej, czy podstępnej jest w pełni uzasadnione, ponieważ kamufluje się ona niemal do ostatniej chwili, by uderzyć w osłupiałe ofiary z całkowitego zaskoczenia. Zarówno kąpiąc się przy klifach oraz wcześniej, podczas incydentu ze mną w roli głównej, Adam poczuł tylko większe kołysanie i nic ponadto.

Tymczasem wróciliśmy na promenadę, żeby kontynuować marsz. Wszak worek z wrażeniami dopiero się zapełniał, a zdający się nie mieć końca orszak z drzew palmowych, smagany porywami wiatru, machał zapraszająco gałęziami w naszym kierunku. Nie zrezygnowałem z kąpieli, lecz tym razem zamierzałem uczynić to w miejscu sprawdzonym i bezpiecznym. Minęliśmy małą zatokę wciśniętą pomiędzy dwa cyple, by ponownie wędrować wzdłuż plaż. Najpierw plaża de Fanabe, potem de Torviscas. Korciło mnie, aby znowu użyć określenia; sławne, bo okazuje się, że olbrzymia większość plaż, nie tylko zresztą na Teneryfie, ale na całych Kanarach, a także na Balearach i hiszpańskim wybrzeżu kontynentalnym, jest z jakiegoś powodu sławna. Wystarczy pogrzebać w Internecie lub w przechodzących pomału do historii, papierowych przewodnikach, by się o tym przekonać. Moim zdaniem to kolejny przykład użycia prostego, a zarazem genialnego chwytu marketingowego, wzorzec do naśladowania dla rodzimych speców od reklamy i pijaru. Wystarczyłaby połowa hiszpańskiej fantazji w tej kwestii, a tysiące nowych miejsc, budynków, szlaków, ulic, przedmiotów, zdarzeń, słowem wszystko, co ma jakikolwiek, nawet pobieżny związek z turystyką, zyskałoby w Polsce status sławnego. Sława jest bowiem pojęciem tak względnym, że raczej żaden zagraniczny turysta nie dociekałby zasadności jego użycia. A jaka nobilitacja. Zarówno dla turysty, bo obcując z czymś sławnym, zaspokaja swoje próżniacze potrzeby, jak i dla tego czegoś, co nagle sławnym się stało. Wszyscy odnoszą korzyści, wszyscy zadowoleni. Naprawdę genialne.

Sprawdzone i bezpieczne miejsce na kąpiel to niewielka plaża Puerto Colon Beach, znajdująca się w sąsiedztwie równie niewielkiego portu o tej samej nazwie. Colon to po polsku Kolumb, chyba najpopularniejszy patron w Hiszpanii. Plaża wieńczy niewielką zatokę, która jest częściowo osłonięta od otwartych wód oceanu portowymi falochronami, co upodabnia ją nieco do wielkiego basenu. Dlatego zazwyczaj panują tu idealne warunki do pływania, z czego zawsze skwapliwie korzystałem. Tak było i tym razem. Czas potrzebny na dojście tutaj wystarczył, by zadrapania się zastrupiły, więc już w pełnym komforcie zdrowotnym mogłem przepłynąć swoją dzienną normę. Adam też nie próżnował, toteż kiedy po niecałej godzinie wyszliśmy wreszcie z wody, w stanie przyjemnego wyczerpania, nasze organizmy drastycznie zaczęły upominać się o uzupełnienie wydatkowanych kalorii. Na szczęście mieliśmy z żoną swoją ulubioną restaurację w pobliżu, gdyż, jakkolwiek paradoksalnie to zabrzmi, wybór miejsca na posilenie się stanowił w Trójmieście olbrzymi problem. Oczywiście problem bogactwa. Nigdzie nie widzieliśmy takiego spiętrzenia oferty kulinarnej na określonym obszarze. Gastronomiczne eldorado, które czasem przybierało dość osobliwą formę, jak w długim na kilkadziesiąt metrów budynku w Los Cristianos, naprzeciw plaży Las Vistas, gdzie na trzech poziomach mieściły się wyłącznie bary i restauracje. Reprezentowane były chyba wszystkie kuchnie świata. Monstrualna orgia smaków i zapachów. Naganiacze dwoili się i troili, żeby skaperować klientów. Podziwialiśmy ich lingwistyczne zdolności. Prawie każdy potrafił zagaić w przynajmniej pięciu językach. Niektórzy nawet po polsku. Jak w takiej sytuacji wybrać właściwe miejsce na posiłek? Całkiem niegłupi wydaje się pomysł zastosowany przez pewnego turystę z Polski. Wraz z żoną i znajomymi wybrali się wieczorową porą na kolację. Szli promenadą przez dłuższy czas, nie mogąc się zdecydować na żaden lokal. Zawsze coś komuś nie pasowało. Jak to między nami rodakami. Atmosfera siadała, głód narastał. I wtedy, niczym w bajce o pomysłowym Dobromirze, doznał olśnienia. Zaproponował znaną grę w marynarza. Suma wskazanych przez wszystkich palców utworzy liczbę, która, przez odliczanie kolejnych lokali, wskaże restaurację, w której zjedzą kolację. Pomysł spotkał się z pełną akceptacją i po następnych dwudziestu minutach towarzystwo już w świetnych humorach raczyło się aperitifem w oczekiwaniu na przystawki. Kolacja udała się znakomicie, choć ryzyko było raczej niewielkie. Przy takiej konkurencji żadna restauracja nie może sobie pozwolić na złą reputację, a moc negatywnych opinii w internecie zmusiła już niejednego restauratora do zwinięcia interesu.

Restauracja, która stała się naszą ulubioną, nie różniła się od setek innych mniej lub bardziej do niej podobnych. To było w listopadzie podczas naszej pierwszej wędrówki tą trasą. Byłem właśnie po pływackim treningu w zatoce, więc nieco zgłodniałem, a żonie apetyt wyostrzył się od samego oddychania czystym, atlantyckim powietrzem. Podobnie jak w przypadku latynoskiego baru z poprzedniego rozdziału, napatoczyła się po prostu sama, będąc we właściwym miejscu o właściwym czasie i dodatkowo podtykając nam pod nos wielki napis na potykaczu informujący o ofercie dnia, czyli sardynkach z grilla w towarzystwie papas arrugadas i sosów mojo rojo i mojo verde za jedyne cztery i pół euro. Co oczywiste, w sytuacji ofertowej nadpodaży, mieliśmy moment zawahania się, ale restauracja zareagowała błyskawicznie, wytaczając następne działo w postaci, dostrzeżonej po chwili, kolejnej oferty oferującej piwo za jedno euro. Los dawał nam widoczne znaki i głupotą byłoby je bagatelizować. I rzeczywiście posiłek, choć tani, był wspaniały. Po raz pierwszy podano nam w tej restauracji piwo w zmrożonych kuflach. Kolejny genialny i prosty zarazem zabieg w istotny sposób zwiększający zadowolenie klientów. Piwo dłużej zachowywało odpowiednią temperaturę i nie przypominało pod koniec konsumpcji ciepłej zupy chmielowej. Dziwne, że nie spotkaliśmy się z czymś takim ani na Majorce, ani w Polsce w okresie największych upałów. Rzecz jasna zarekomendowaliśmy Adamowi tę samą potrawę, tym bardziej że grillowane sardynki nie dosyć, że rozpływały się w ustach, to jeszcze z oferty dnia stały się ofertą sezonu, z zachowaniem tej samej ceny. Kiedy skończył jeść i dopił wciąż zimne piwo, zapytaliśmy go, czy mu smakowało. Skory do żartobliwych puent, powiódł po nas wzrokiem, potem przeniósł go na rozciągający się przed nami, skąpany w słońcu ocean, mlasnął smakowicie ustami, poklepał się po pełnym brzuchu, westchnął, przeciągnął się i rzekł: – A więc tak może smakować życie. I to wystarczyło za cały komentarz.

Od portu Colon już tylko niewielki odcinek dzieli nas od Playa de las Americas. Nawet jak na ludzi nieliczących się z czasem, pokonujemy go w żółwim tempie. Coraz mocniej grzejące słońce oraz sardynki z ziemniaczkami dopiero rozpoczynające w naszych trzewiach swój trawienny szlak, powodują pewną ociężałość. Tradycyjnie nie ma żadnych tablic zwiastujących koniec jednej i początek drugiej miejscowości. O tym, że jesteśmy już w Playa, można się jednak dosyć łatwo przekonać, odnajdując tę nazwę na coraz to liczniejszych bilbordach reklamowych. Każda z miejscowości tworzących Trójmiasto ma swoją specyfikę. O ile Costa Adeje uważane jest za najbardziej dystyngowane, przede wszystkim z uwagi na skumulowanie tu dużej ilości luksusowych hoteli oraz ekskluzywnych centrów handlowych dostosowanych cenowo do zasobności portfeli gości tych hoteli, a Los Cristianos postrzegane jest jako najbardziej kanaryjskie, przez co przyciąga coraz większą grupę wiernych fanów, którzy odnajdują tu, oprócz obligatoryjnego blichtru, to nieuchwytne Coś, to Playa jest zdecydowanie centrum rozrywkowo-zabawowym. Za dnia jest jednak typowym wakacyjnym kurortem i tylko lektura wspomnianych reklam pozwala się domyślić, co tu się dzieje po dobranocce. Kasyna, centra handlowe, kluby nocne, dyskoteki, kluby taneczne i muzyczne, knajpy z muzyką na żywo, jazz, rock, house, pop, disco, latino. Do wyboru, do koloru. Wszystko, czego hulaszcza dusza zapragnie.

Cztery kilometry promenady przypadającej na Playa, to bezsprzecznie najbardziej malowniczy odcinek tej trasy. Ponieważ góry zdają się w tym miejscu być najbliżej oceanu, to z jednej strony podziwiamy kaskadową, bajecznie kolorową zabudowę i majaczący w oddali, majestatyczny, ośnieżony szczyt wulkanu Teide, a z drugiej plaże sąsiadujące ze skalnymi odcinkami wybrzeża poprzetykanymi dość licznymi urokliwymi zatokami. Jest grudzień, tydzień przed świętami, a mimo to mrowie ludzi. Zachłannie korzystają ze słońca, zalegając na plaży, na trawnikach i na skałach. Inni, zwłaszcza rodziny z dziećmi, spacerują leniwie, co rusz przystając przy kuszących wzrok atrakcjach. Kolejne wydane euro na jakiś czas przyhamują roszczeniowy amok milusińskich. Mimo dość wczesnej pory (chociaż to bardzo względne określenie, wobec potrzeby alkoholizowania się) liczne towarzystwo, głównie płci męskiej, łączy wygrzewanie kości z sączeniem kolorowych drinków i piwa na restauracyjnych i barowych tarasach. Kolekcja parasolek zgromadzona przez niektórych z nich każe domniemywać, że raczej nie doczekają w pełnej świadomości wieczornej części trunkowego maratonu. Surferzy szaleją na falach, których kojący szum dociera do naszych uszu mimo konkurencyjnej kaskady innych dźwięków. Słowem typowe wakacyjne obrazki. Kurortowa sielanka.

Jednak ten niespieszny czas spędzony na hiszpańskich wyspach wyposażył nas w wiedzę oraz wyostrzył nasz zmysł obserwacji, który pozwalał dostrzegać rzeczy dziejące się w cieniu tego blasku, za fasadą wspaniałości. Pomiędzy turystami, zazwyczaj pośpiesznie, przemykają przedstawiciele licznej grupy „personelu pomocniczego”. Łatwo ich rozpoznać, nie tylko po służbowych uniformach, ale przede wszystkim po tym pośpiechu i zamyślonym, wbitym w ziemię wzroku. Niestety Trójmiasto, jak każdy wakacyjny raj, wymaga całej armii ciężko pracujących ludzi borykających się ze zwykłymi, przyziemnymi problemami codziennej egzystencji. Dla nich to zwykłe miejsce pracy i chociaż na początku większość z nich była zachwycona okolicznościami przyrody i nie tylko, w których przyjdzie im zarabiać na życie, to z czasem ta „błogosławiona” robota stłamsiła ich początkową wrażliwość na tyle skutecznie, że przestali zwracać na otoczenie najmniejszą uwagę, nie mówiąc o odarciu, w ich oczach, tego miejsca z aury jakiejkolwiek wyjątkowości. W tym kontekście jakże celne wydaje się zdanie usłyszane ostatnio w skeczu kabaretowym – życie nie po to jest, żeby pracować, życie jest po to, by się nim delektować. Niestety, kiedyś w starożytności Fenicjanie lub Grecy (zdania są podzielone) wpadli na głupi pomysł i wynaleźli pieniądze. Odtąd świat kręci się wokół nich, wszystko ma swoją cenę, a w życiu nie ma nic za darmo. Nawet mistrzowie delektowania się życiem, tacy jak buddyjscy mnisi, indyjscy jogini czy menele sprzed osiedlowego blaszaka potrzebują choćby minimalnego materialnego zaplecza, a cóż dopiero my, zwykli śmiertelnicy.

Kobiety są jednak nieodgadnione. Mimo że napisano i wypowiedziano na ten temat już morze słów, to końca zadziwienia tym fenomenem nie widać. Mógłbym nie przeczytać, ani nie wysłuchać żadnego z tych słów, a i tak doszedłbym do tego samego wniosku. I pewnie większość facetów będących w długoletnich związkach stwierdziłoby to samo. Moja żona zadziwia mnie dość sukcesywnie i to najczęściej w momencie, gdy już, już wydaje mi się, że naprawdę znam ją na wylot, w szczególe i w ogóle i pod każdym innym względem. Zazwyczaj moje zaskoczenie ma miejsce w sytuacjach niecodziennych, by nie rzec ekstremalnych, co już nie jest takie dziwne, ponieważ właśnie wtedy ludzie najbardziej się obnażają. W odróżnieniu jednak od olbrzymiej większości takich przypadków, w których na ogół manifestuje się ludzka małość i ułomność, żona niemal zawsze zaskakuje mnie pozytywnie. Mógłbym sypać historiami na ten temat jak z rękawa, stawiając ją w jak najkorzystniejszym świetle, ale sytuacja, która wytworzyła się w czasie naszego marszu, gdy dotarliśmy do centrum Playa, spowodowała automatyczne skojarzenie z przygodą na Majorce, która ukazała moją żonę jako niemal symboliczną przedstawicielkę gatunku zwanego kobietą, ze wszystkim, co się za tą nazwą kryje.

To było parę lat temu, w maju. Byliśmy w naszej ulubionej Santa Ponsie na dwutygodniowych wakacjach. Po zwyczajowych trzech dniach aklimatyzacji zaczęliśmy eksplorować okolicę. Głównie pieszo, tylko od czasu do czasu wspomagając się autobusem. Codziennie połykaliśmy sporo kilometrów, a żona znosiła to dzielnie mimo zimowej wstrzemięźliwości ruchowej. Nic zatem dziwnego, że rozzuchwalaliśmy się coraz bardziej, bacząc jednak, by mierzyć siły na zamiary. Mieliśmy przecież swoje lata, a nasz stopień wytrenowania mieścił się, mniej więcej, w średnich stanach amatorszczyzny. Szlak z Port Andratx do Santa Ponsy wydawał się idealny, bo gwarantował solidny trening oraz fantastyczne doznania. Do Port Andratx pojechaliśmy autobusem. Po zwiedzeniu miasteczka i portu ruszyliśmy na południe, trzymając się jak najbliżej wybrzeża, aby przypadkiem nie przegapić żadnego punktu widokowego. Pierwsze cztery i pół kilometra do Camp de Mar przebyliśmy raźnym krokiem. Ponad połowa płaskiej drogi wiodła pośród lasu sosnowego, więc upajaliśmy się śpiewem ptaków i wonią powietrza przesyconego cudownym aromatem pini. W Camp de Mar żona zaaplikowała sobie dodatkową porcję adrenaliny, zaliczając krótki rajd po trzech czy czterech butikach zlokalizowanych na jedynej, krótkiej uliczce. Ja w tym czasie przezornie regenerowałem się piwkiem w ocienionym patio nadmorskiej knajpki. Butikowy doping wystarczył na krótko, ponieważ następne trzy kilometry do Paguery to w dużej mierze wspinaczka po zalesionych wzgórzach, które schodziły na tym odcinku do morza w postaci malowniczych klifów. Już po pierwszym dość stromym podejściu, wystąpiły u żony pierwsze specyficzne objawy zmęczenia. Na razie było to niewielkie zobojętnienie na docierające bodźce oraz coraz częstsze przystanki w celu zaczerpnięcia tchu, umiarowienia pulsu i ugaszenia pragnienia. Jednak w miarę zbliżania się do Paguery objawy nasiliły się do tego stopnia, że więcej czasu przeznaczaliśmy na odpoczynek niż na wędrówkę. Widok wspaniałej zatoki Cala Fornells , forpoczty Paguery, jawił się dla niej jak zielona oaza dla karawany po tygodniowej jeździe przez pustynię. Kąpiel i krótka relaksacja na małej, prawie pustej plaży spowodował przypływ sił, który pozwolił żonie na przejście czterokilometrowej promenady w Paguerze z przerwą na, opisaną w rozdziale siódmym, wizytę we włoskiej restauracji, gdzie zjedliśmy świetną carbonarę w towarzystwie kelnera-melomana i boskiego głosu Enrico Caruso wydobywającego się ze zdartej płyty. Do Santa Ponsy pozostało jednak jeszcze około pięciu kilometrów. Droga wiodła przez obszar zwany Costa de la Calma, wybrzeże spokoju. W normalnych okolicznościach, czyli bez bagażu prawie dwunastu kilometrów w nogach, byłaby to czysta przyjemność, ponieważ akurat w tym przypadku, nazwa wiernie odzwierciedla rzeczywistość. Ten spokój jest wręcz uderzający, zwłaszcza w zderzeniu z bulwarowym gwarem Paguery. Idąc główną ulicą biegnącą często wzdłuż urwistego wybrzeża, można podziwiać mieniącą się w słońcu bajecznymi kolorami taflę Morza Śródziemnego oraz pozazdrościć trochę mieszkańcom licznych, eleganckich willi z basenami. Podejrzewam, że właśnie ten spokój oraz wyczuwalna atmosfera niespiesznego wręcz sennego życia, obok oczywiście świetnej lokalizacji, przyciągnęła tu inwestorów z całego świata szukających wytchnienia od szalonej gonitwy za pieniędzmi.

Cała ta otoczka na niewiele się jednak zdała, bo w połowie tego ostatniego odcinka żona zupełnie opadła z sił. I tak miałem wrażenie, że doszła do tego momentu siłą rozpędu, a właściwie solidnego pozytywnego kopa, jakim była krótka biesiada w oparach opery. Najpierw przestała się odzywać, a to już samo w sobie było wystarczającym powodem, by zacząć się martwić. Krótko potem nastąpiła apatia, totalne zobojętnienie na bodźce zewnętrzne. Zanikła jakakolwiek zdolność koncentracji na otaczającym ją świecie. Pozostała niewielka cząstka energii pozwalała skupić się wyłącznie na wsłuchiwaniu we własny organizm, czyli doszukiwania się wczesnych symptomów ataku serca, udaru mózgu, rozedmy płuc, zaniku krążenia w kończynach dolnych i innych tego typu przypadłościach. Tym razem oazą była każda zacieniona ławka, a odległości między nimi postrzegała jako drogę przez mękę. I choćby otaczałoby nas w tym momencie siedem cudów świata, to i tak nie miałoby to dla żony żadnego znaczenia. Moja rola sprowadzała się do podawania butelki z wodą, wzywaniu do zachowania spokoju i hartu ducha oraz próbach stosowania technik motywacyjnych. Przedstawiałem jej bliską wizję ożywczego prysznica oraz tarasowej degustacji w blasku zachodzącego słońca czekającego w lodówce zestawu przekąskowego: szynki serrano, aromatycznej sobrasady, sera manchego, sosu czosnkowo-majonezowego alioli, mięsistych oliwek, pachnących pomidorów, chrupiącej bagietki i wina Rioja. Niestety te jakże apetyczne argumenty okazały się kompletnie nietrafione. Z przykrością przyznaję, że dobierałem je przez pryzmat własnych potrzeb i niewiele to miało wspólnego z empatią. Ostatni kilometr to już była prawdziwa męczarnia. Powłóczenie nogami, krótki oddech, rozpaczliwe łapanie powietrza ustami niczym karp przed egzekucją, bezustanne wzywanie imion członków Świętej Rodziny i błagalny wzrok ku niebiosom spowodowały u mnie rzadkie poczucie bezradności, zwłaszcza po fiasku kolejnej próby zastosowania techniki motywacyjnej. Tym razem postanowiłem skupić jej myśli na czymś wesołym i może nawet była mała szansa na sukces, ale oczywiście znowu nie mogłem się powstrzymać, by nie była to wesołość jak najbardziej nie na miejscu, czyli ekspozycja mojego zamiłowania do czarnego humoru. No i przesadziłem pytając ją o wizję świetlistego tunelu i głosy zmarłych przodków, więc z pokorą przyjąłem kolejny zarzut o znieczulicy i braku empatii. Kiedy moje myśli definitywnie przestały skupiać się na technikach motywacyjnych, a zaczęły krążyć wokół technik reanimacyjnych, w oddali pojawiły się zarysy Santa Ponsy. I wbrew obawom żony nie była to fatamorgana, tylko widok zwiastujący koniec udręki. Jeszcze ostatni odpoczynek na ławce i ruszyliśmy do hotelu. Tak mi się przynajmniej wydawało dopóki nie doszliśmy do długiej ulicy prowadzącej do centrum kurortu. Najpierw powitały nas liczne bary i restauracje, obok których żona przeszła obojętnie, ale potem zaczynała się strefa sklepów z ciuchami, butami i kosmetykami. Wystawione na chodniku wieszaki i lady z promocjami już z daleka przyciągały wzrok pstrokacizną kolorów i bogactwem oferty. Nie tym razem, pomyślałem i z zadowoleniem skonstatowałem, że rzeczywiście w każdej sytuacji można doszukać się jakichś pozytywnych akcentów lub, przytaczając następne przysłowie: „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Nie będę musiał odbębnić zwyczajowego rytuału i w ramach kompromisu czekać cierpliwie na żonę buszującą w czeluściach sklepów.

Tę pierwszą iskierkę w jej oczach dostrzegłem jakieś dwadzieścia metrów przed pierwszym wieszakiem, ale nie potraktowałem tego jeszcze jako znak ostrzegawczy. Raczej jako oznakę tlącego się jeszcze życia i korzystnych rokowań na resztę dnia i wieczór. Jednak to, co wydarzyło się po chwili, spowodowało, że to całe moje psychologiczne i fizyczne rozpoznanie – bądź co bądź będące następstwem ponad trzydziestoletniego doświadczenia –  okazało się niewarte przysłowiowego funta kłaków i wprawiło mnie w stan takiego zdumienia, że nie mogłem się z niego otrząsnąć przez następne kilka godzin. Stałem się bowiem świadkiem tak wielkiej metamorfozy mojej żony, że, siląc się na porównania, przychodzi mi do głowy dr Jekyll i mr Hyde, a nawet superbohaterowie ze stajni Marvela. I to bez zażycia środków dopingujących, wzmacniających kroplówek czy zastrzyku z adrenaliną.

Jeszcze zanim doszła do pierwszej fatałaszkowej ekspozycji – zapewne w wyniku eksplozji tej pierwszej iskierki – jej oczy zaczęły bić niezwykłym blaskiem. Nogi, które jeszcze kilkanaście minut wcześniej porównywała do kamiennych kolumn, bo z tak wielkim trudem odrywała je od ziemi, odzyskały nagle pełną sprawność, bo jej krok zrobił się sprężysty i energiczny zarazem. Zgarbiona sylwetka z nosem prawie przy ziemi wyprostowała się jak u mistrzyni fitness, w wyniku czego łopatki i pośladki zwarły się w całkiem apetyczny sposób, a biust powędrował jednocześnie w górę i do przodu. Kiedy stanęła przy stojaku, objawiła się też doskonała gibkość i synchroniczność jej ruchów. Ręce, zdające się przez ostatnią godzinę cierpieć na częściowy niedowład, błyskawicznie zdejmowały i odwieszały lub odkładały bluzki, spódnice i sukienki, pomagały sprawnie wzuwać i zezuwać różne typy obuwia i jeszcze aktywnie uczestniczyły w rozmowie z ekspedientką. Nadzwyczajnie wyostrzył się jej też zmysł powonienia pozwalający precyzyjnie rozróżniać subtelne różnice w zapachu dziesiątek perfum. Po prostu cud. Z tego wszystkiego, co znowu rzadko się zdarza, odebrało mi mowę. Żona instynktownie wyczuwając właściwy moment, czyli moją chwilową konsternację – mogącą być równie dobrze ciszą przed burzą – odesłała mnie do hotelu. Intuicja znowu uratowała ją przed gromami pomału cisnącymi mi się na usta. Wróciła po dwóch godzinach, zadowolona, z uśmiechem na ustach i niestety dźwigając torby z zakupami. – Wszystko w promocji – powiedziała zaraz po zamknięciu drzwi, uznając, że ten argument wystarczająco usprawiedliwia nabycie nowych ciuchów i przy okazji – naiwnością przekazu – rozbroi mnie z resztek amunicji. I miała rację, gdyż upływ czasu, chłodny prysznic, przysmaki z lodówki i trzymany w ręce kieliszek z Rioją spowodował, że straciłem ochotę na wygłaszanie złośliwych komentarzy i tylko machnąłem z rezygnacją ręką. Oczywiście moja chwilowa uległość została natychmiast wykorzystana i zmuszony byłem przystać na krótki pokaz mody, by wyrazić aprobatę dla tego wszystkiego, w co żona zamieniła nasze euro. Jednak jeszcze długo pozostawałem w stanie oszołomienia, kręcąc od czasu do czasu z niedowierzaniem głową przy próbie analizy cudownej transformacji mojej małżonki i dumając nad nieprzeniknionością jej wnętrza oraz złożonością psychiki kobiet w ogóle. Od tego czasu każdy facet, który ogłasza się znawcą kobiet, jawi mi się jako godny pożałowania mitoman lub co najwyżej żyjący w głębokiej nieświadomości naiwniak.

Kiedy doszliśmy do centrum Playa de las Americas, żona nawet w części nie przypominała siebie z opisanej wyżej przygody na Majorce, niemniej wystąpiły u niej pewne niewielkie symptomy zmęczenia. Pretensje do słońca za zbytnią emisję gorąca, do nieba za wysłanie wszystkich chmur na chłodne wakacje, do wiatru za dmuchanie w niewłaściwym kierunku, przez co umożliwił odpłynięcie owym chmurom na północ i inne podobne dyrdymały, które sprawiły, że dyskretnie postanowiłem wprowadzić w życie plan awaryjny. Nauka z Majorki nie poszła w las. Najbliższe centrum handlowe pojawiło się w zasięgu wzroku już po kilku minutach. Adam nie lubi pielgrzymować po sklepach równie mocno jak ja, ale nie mógł wrócić do Kasi z pustymi rękami, więc rad nierad zgodził się z moją sugestią, że to dobre miejsce i czas na odbębnienie zakupów. Żona oczywiście od razu odzyskała wigor, z ochotą podejmując się roli przewodniczki, tłumaczki i doradczyni w jednym. Kiedy zniknęli za progiem pierwszego sklepu, poszukałem zacienionego miejsca i zająłem się nieśpiesznym kontemplowaniem otoczenia. Uroki tej na pozór błahej czynności i korzyści z niej płynące, odkryliśmy w pełni dopiero podczas tego wyjazdu. To, co przez większość ludzi postrzegane jest jako zwyczajne zabijanie nudy, po osiągnięciu odpowiedniego stanu świadomości i spokoju ducha, okazało się być czynnością niesamowicie odprężającą i jednocześnie energotwórczą. Uzmysłowiliśmy sobie, że to leniwe zaleganie przy jakimś barowym stoliku z widokiem lub nawet zwykłe wysiadywanie ławeczki i obserwowanie toczącego się dookoła nas życia bez presji czasowej, bez myślenia o wynikach sprzedaży, obrotach, terminach, podatkach, rachunkach, klientach, bez tych wszystkich musów i zależności, czyli chociaż częściowego bycia poza systemem jest prawdziwą miarą naszego sukcesu, luksusem będącym przywilejem nielicznych wybrańców.

Po ponad godzinie moi najbliżsi oswobodzili się wreszcie z objęć centrum handlowego i dzierżąc torby z zakupami, wrócili na promenadę. Adam z twarzą wyrażającą ulgę, że ma to już za sobą, żona z twarzą i całą resztą wyrażającą entuzjazm niezrozumiały dla normalnego faceta, ale najważniejsze, że na fali tego entuzjazmu doszliśmy do Los Cristianos, które pomału zaczęło przyoblekać się w strój wieczorowy, ponieważ słońce, podobnie jak i my, zmierzało już ku kresowi swojej dziennej wędrówki. Jak zwykle na nabrzeżu zgromadziło się sporo ludzi, by w romantycznym uniesieniu podziwiać to jego zniknięcie w bezkresie oceanu. To fenomen natury i naszej percepcji zarazem, bo ile człowiek by się tych zachodów nie naoglądał, to i tak za każdym razem ma się wrażenie, że uczestniczymy w innym przedstawieniu. Jak gdyby słońce dla tej sceny znikania miało niewyczerpany limit interpretacji i zmian w scenografii. Jak zwykle zrobiliśmy kilka nieudanych zdjęć tego zjawiska, nawet w połowie nieoddających tego co rejestrowały nasze oczy.

Bajecznie rozświetlone Los Cristianos i gwałtownie rosnąca intensywność wieczornego misterium zakupowo-kulinarno-trunkowego zrobiły na Adamie duże wrażenie. Ostatni akord naszej wycieczki idealnie wpisywał się w te klimaty, chociaż musieliśmy przejść jeszcze ostatnie półtora kilometra, prawie na kraniec promenady, by ukoronować ten piękny dzień wielką wyżerką w mongolskiej restauracji. Ten lokal odkryła moja żona, buszując w Internecie w poszukiwaniu ciekawostek o Trójmieście. W większości rankingów restauracji zajmował czołowe miejsce, a entuzjastyczne opinie klientów nie pozostawiały wątpliwości, że jest to miejsce szczególne na gastronomicznej mapie Los Cristianos. Za dwanaście euro można było jeść bez ograniczeń, racząc się głównie potrawami kuchni orientalnej, ale też różnymi mięsiwami z moim ulubionym stekiem z argentyńskiej wołowiny w roli głównej. W dodatku obfitość dań szła w parze z ich jakością, co nie zawsze jest regułą w działających na podobnych zasadach licznych restauracjach chińskich. W Puerto de la Cruz jedna z nich oferowała jedzenie bez limitu już od sześciu i pół euro. Żal było nie skorzystać, zwłaszcza że byliśmy trochę głodni po wizycie w Loro Parku, a naganiaczka podtykała nam pod nos całkiem zachęcające menu. Jednak w tym przypadku cena nie czyniła cudów i tylko nadzwyczajną siłą woli okupioną bólami brzucha, Adam i ja dowieźliśmy błyskawicznie przetrawioną chińszczyznę do naszej domowej toalety. Tym razem obyło się bez tego typu przygód i góra jedzenia, którą sobie zaaplikowaliśmy, trawiła się prawidłowo. To był jeden z tych nielicznych przypadków – poza wigilią i śniadaniem wielkanocnym – kiedy człowiek zastanawia się, gdzie to wszystko się mieści. Opuszczając restaurację, czuliśmy się ciężsi o kilka kilogramów, zastałe mięśnie zrobiły się dziwnie nieposłuszne, a znużenie i narastająca senność objawiały się częstym ziewaniem, więc pięćset metrów dzielące nas od przystanku autobusowego okazały się być największym wyzwaniem tego dnia. Jednak każdy z nas miał też świadomość, że przeżyliśmy razem piękny, niezapomniany dzień i wystarczyło spojrzeć w oczy mojej małżonki, aby zobaczyć, jak bardzo jest z tego powodu szczęśliwa co i nas czyniło szczęśliwymi.


Więcej osiągniesz uśmiechem, niż wyrąbiesz mieczem.

 William Shakespeare

 

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź