Rozdział 20

Kiedy za sprawą osiągnięcia odpowiedniego poziomu równowagi wewnętrznej, udało nam się po pewnym czasie dostroić do rytmu życia panującego na Majorce i Teneryfie, zaczęliśmy delektować się nim w pełniejszym wymiarze. I mimo że wiązało się to z jego znacznym spowolnieniem, w jakiś zadziwiający sposób dni mijały nam bardzo szybko. Nie wiadomo do końca dlaczego, ale tak to już jest, że dobry czas pędzi jak wicher, a zły wlecze się jak żółw. Ta dziwna właściwość czasu, znana od zarania dziejów, doświadczana przez większość ludzi, będąca przedmiotem dociekań poważnych naukowców, a także inspiracją dla wizjonerów czy ludzi sztuki, również na nas odcisnęła swoje piętno. No bo przecież najpierw te dni, potem tygodnie, miesiące i wreszcie cały rok spędzony na słonecznych wyspach, będący właściwie kondensacją dobrych, pięknych i cudownych chwil, o wiele za szybko stał się już tylko wspomnieniem.

Tak więc ani się spostrzegliśmy, jak nastał grudzień, a potem jego połowa i oto już jechaliśmy na lotnisko wynajętym na tydzień samochodem, aby odebrać z niego naszego syna. Akurat z faktu, iż okres oczekiwania na niego minął nam tak szybko, bardzo się ucieszyliśmy i tym razem nie mieliśmy do okrutnego czasu żadnych pretensji.

Teneryfa powitała Adama piękną, słoneczną pogodą, my pogodą ducha i radosnymi uśmiechami, więc w świetnych humorach jechaliśmy do Costa del Silencio i naszego Atlantico. Byliśmy ciekawi, jakie wrażenie zrobi na nim, najpierw nasze nowe mieszkanie i jego otoczenie, a później cała wyspa, chociaż raczej nie mieliśmy wątpliwości, że Teneryfa zauroczy go równie mocno jak Majorka.

Już sama okoliczność, że po pięciu godzinach lotu zamienił zimny, szary, zamglony, zasmogowany i znowu bezśnieżny polski grudzień na słońce, ciepło, błękity i egzotyczną zieleń, wystarczyła, żeby pozbył się resztek jesiennej chandry i przestawił zmysły na odbiór samych przyjemnych bodźców. Dobrze, że Adam ma podzielność uwagi, bo w samochodzie cały czas rozmawiał z nami, a jednocześnie intensywnie kręcił głową w prawo i w lewo, niczym kibic na meczu tenisowym. Z jednej strony widok oceanu, z drugiej monumentalnego szczytu wulkanu Teide, a pomiędzy nimi cały zestaw innych, bardziej lub mniej ciekawych detali, nikogo nie pozostawiłby obojętnym. No, chyba że parę staruszków z pizzerii Mammy.

Plan zwiedzania, jaki przygotowaliśmy dla Adama, mieścił się w ogólnych schematach przyjętych dla tygodniowego pobytu na Teneryfie, ale okrasiliśmy go kilkoma dodatkami. Pierwszego z nich doświadczył już wieczorem, kiedy po sutym obiedzie zjedzonym na tarasie i krótkiej sjeście, wyruszyliśmy na spacer w kierunku Las Galletas. Tym samym zaczęliśmy prezentować mu najbliższą okolicę, zarzucając oczywiście nadmiarem różnych informacji, lecz naszym głównym celem była latynoska piwiarnia w Galletas, która wyróżniała się tym, że była po prostu inna od barów i knajp w okolicy. Jednak ta jej wyjątkowość na pewno nie mieściła się w standardach myślowych przeciętnego turysty, któremu to słowo kojarzyłoby się raczej z ponadprzeciętnością, czymś bardziej zbliżonym do luksusu. Tymczasem wyjątkowość tej piwiarni polegała na tym, że była to po prostu speluna, jakiej nigdy dotąd nie spotkaliśmy, ani na Majorce, ani na Teneryfie. No cóż, zbaczanie z utartych szlaków w poszukiwaniu czegoś niekonwencjonalnego; miejsc, ludzi czy potencjalnych zdarzeń, często skutkuje przeżyciem przygód, które okazują się bardziej egzotyczne – przy całej wieloznaczności tego słowa – od tych związanych z polecanym pakietem turystycznym.

Ta piwiarnia napatoczyła się nam właściwie sama. Był to wyjątkowy, bo dość oczywisty przykład działania przeznaczenia lub nieuchronności losu, czyli sił, na które nie mamy zbyt dużego wpływu. Można się tylko zastanawiać, dlaczego objawiły się przy okazji tak banalnej sprawy jak wybór miejsca, w którym mamy ugasić pragnienie. Być może los chciał w ten sposób zademonstrować swój słynny chichot, swoją przewrotność lub tajemniczą ekstrawagancję.

To był nasz siódmy dzień na Teneryfie, dzień przeprowadzki z hotelu w Los Cristianos do Costa i zarazem ostatni dzień dysponowania autkiem. Tak więc tuż po śniadaniu przewieźliśmy nasz skromny dobytek, z grubsza się rozpakowaliśmy i ruszyliśmy na zwiedzanie stolicy, czyli Santa Cruz i leżącej nieopodal, reklamowanej jako jeden z cudów Teneryfy, plaży Las Teresitas. Byliśmy na tej plaży podczas naszej pierwszej wizyty na Teneryfie, ponad dwadzieścia lat wcześniej, i wtedy rzeczywiście wydawała nam się cudowna. Jeszcze wcześniej była to jedna z wielu, niezbyt atrakcyjnych czarnych plaż, ale władze Teneryfy, wykorzystując jej piękne położenie między klifami, postanowiły upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i uczynić z niej zarazem plażę miejską dla mieszkańców stolicy oraz kolejny folderowy wabik dla turystów. W tym celu czarny, wulkaniczny pył pokryto tysiącami ton żółtego piasku przywiezionego z Sahary, wybudowano falochron chroniący przed prądami morskimi i przypływami, nasadzono trochę palm i uruchomiono parę barów i restauracji. Imitacja karaibskiej plaży była gotowa. Reszty dokonał mistrzowski marketing i wkrótce Las Teresitas stało się jednym z najbardziej emblematycznych miejsc na wyspie. I niestety, w naszej opinii, jednym z najbardziej przereklamowanych.

O ile zwiedzanie Santa Cruz było całkiem przyjemnym doznaniem – choć Palma de Mallorca to jednak wyższa liga – o tyle wizyta po latach na plaży Las Teresitas była rozczarowująca. Niegdyś żółty piasek zrobił się jakiś taki szaro-brudny, a na wodzie, pozbawionej naturalnej cyrkulacji, unosiły się liczne plamy oleju i ropy powstałe podczas eksploatacji silników będących wyposażeniem dużej ilości łodzi zacumowanych w bezpośrednim sąsiedztwie kąpieliska. Większość plażowych palm przedstawiała opłakany widok i przypominała pacjentów w ciężkim stanie żyjących wyłącznie dzięki podłączeniu do respiratora. Popękana i często wybrzuszona nawierzchnia betonowo-asfaltowych chodników i parkingów okalających plażę, aż prosiła się o generalny remont. Pewnie dlatego olbrzymia większość zdjęć plaży umieszczona w folderach reklamowych czy w internecie zrobiona jest z „bezpiecznej” odległości i rzeczywiście wtedy wygląda to imponująco. Zachodzi oczywiście taka ewentualność, że nasz osąd tego miejsca może być następstwem zblazowania wywołanego długim obcowaniem z przepięknymi plażami Majorki, a także faktem wywodzenia się z kraju posiadającego jedne z najpiękniejszych plaż na świecie. Śmiem twierdzić, że gdyby Polska miała inny, cieplejszy klimat sprzyjający egzotycznej roślinności, to film „Niebiańska plaża” z Leonardo di Caprio, równie dobrze co w Tajlandii, mógłby być kręcony, na przykład gdzieś między Białogórą a Dębkami.

Tak więc po całodniowym zwiedzaniu wracaliśmy autopistą del sur (autostradą południową) do naszego Costa del Silencio, nie uzupełniwszy wyczerpanych wcześniej zapasów wody. Słońce dopiero zaczęło nieśmiało pochylać się nad oceanem i ciągle prażyło niemiłosiernie. Rozkręcona do oporu klimatyzacja walczyła co prawda dzielnie z emitującymi ciepło, rozgrzanymi szybami i blachą autka, ale była to walka nierówna, z góry skazana na przegraną, więc temperatura za nic nie chciała obniżyć się do ustawionych 22 stopni. Krótko mówiąc, lepiliśmy się od potu, byliśmy znużeni i z każdym kilometrem coraz bardziej spragnieni. Nic zatem dziwnego, że postanowiliśmy zatrzymać się na krótko w Las Galletas, żeby w jakimś barze, w zacienionym, przewiewnym miejscu napić się rozkosznie zimnego piwa i przywrócić równowagę wodno-elektrolitową naszych organizmów.

Na szczęście na wyspach tej wielkości jak Majorka i Teneryfa nie trzeba pokonywać ogromnych przestrzeni, żeby przemieścić się z punktu A do punktu B, więc po niespełna godzinie zbliżaliśmy się do celu. Nie znaliśmy jeszcze wtedy tak dobrze Las Galletas i nie wiedzieliśmy o istnieniu dużego, publicznego parkingu, więc zapuściliśmy się w wąską, równoległą do promenady, ulicę i wypatrywaliśmy jakiegoś wolnego miejsca między gęsto zaparkowanymi samochodami. Dojeżdżaliśmy już prawie do jej końca, bez nadziei na sukces, gdy jeden z zaparkowanych samochodów zaczął kierunkowskazem sygnalizować włączenie się do ruchu. Przepuściliśmy go, podziękowaliśmy w duchu komu trzeba i po chwili zajęliśmy jego miejsce. Początkowo zamierzaliśmy znaleźć jakiś bar na promenadzie z ładnym widokiem na ocean, ale nasze wymagania ulegały redukcji wprost proporcjonalnie do potęgowania się suchości w naszych gardłach. Ktoś lub coś widocznie czytało w naszych myślach, bo gdy tylko otworzyliśmy drzwi autka, dobiegł do naszych uszu głośny, rytmiczny dźwięk. Okazało się, że zaparkowaliśmy dokładnie naprzeciwko, otwartych na oścież, drzwi latynoskiego baru, o czym informował skromny neon nad wejściem. W tym miejscu chodnik miał zaledwie około metra szerokości, więc wystarczyło zrobić dwa kroki, by znaleźć się w środku i następne dwa, by spocząć na wysokich stołkach przy dobrze widocznym z ulicy barze ciągnącym się przez całą długość lokalu, aż do następnych drzwi wychodzących na inną ulicę. Niewiara w przypadkowość zdarzeń, pragnieniowa desperacja, wspaniałe dźwięki salsy, a nade wszystko, dostrzeżony po chwili, mieniący się kusząco miedziano-złotym blaskiem nalewak do piwa, wszystko to sprawiło, że bezzwłocznie wykonaliśmy te cztery kroki i zajęliśmy miejsca przy barze.

Barman w średnim wieku, o wyraźnych rysach andyjskiego Indianina, rzucił ku nam zdziwione spojrzenie, ale natychmiast przybrał pozę nieudolnie udawanej nonszalancji i kontynuował polerowanie szklanek jakimś kawałkiem materiału, wsłuchując się jednocześnie w bełkot siedzącego naprzeciwko, kompletnie zamroczonego już klienta, jak się okazało, miejscowego pijaczka, stałego bywalca tego przybytku. Widząc jednak, że nie obracamy się na piętach i nie wychodzimy zdegustowani, jak pewnie większość wakacyjnych turystów, a także, że patrzymy to na niego to na nalewak wymownym wzrokiem, zbyt często przełykając przy tym ślinę, przerwał swoje frapujące czynności, podszedł do nas i przyjął zamówienie. Kilka łapczywych haustów piwa wywołało w nas poczucie błogości będące reakcją rozgrzanego organizmu na działanie odpowiedniego chłodziwa. Teraz mogliśmy odstawić pokale i zacząć się bardziej wnikliwie orientować, gdzie my właściwie trafiliśmy.

Już pobieżna lustracja wystarczyła na wysnucie wniosku, że gdyby nie wspomniane wyżej okoliczności, to rzeczywiście, zrobilibyśmy oczekiwany przez barmana zwrot w tył tuż po przekroczeniu progu tego lokalu. Wystarczyłby do tego już sam smród dymu papierosowego wymieszany z oparami alkoholu. To był jedyny znany nam bar, w którym, wbrew przepisom, pozwalano palić. Widać groźba trzydziestoeurowego mandatu na nikim nie robiła tu wrażenia. Dekoracja ściany za kontuarem, jak i zresztą reszta wystroju, to była kwintesencja kiczu. Obrazki z widoczkami z chińskiego sklepu rywalizowały o przykucie uwagi ze wzorzystymi makatkami, jak nas zapewniono, wytworami andyjskiego rękodzielnictwa. Duże portrety rewolucjonistów: Che Guevary, Fidela Castro i Lwa Trockiego sąsiadowały z przystrojonym sztucznymi kwiatkami i obramowanym choinkowymi lampkami, wizerunkiem uśmiechniętego, polskiego papieża. Liczne półki zawalone były zakurzonymi bibelotami, znowu sztucznymi kwiatkami, pomalowanymi butelkami i jakimiś wyblakłymi fotografiami w zniszczonych ramkach. Źródłem latynoskich rytmów był rozkręcony do oporu wielki radiomagnetofon, przywołujący wspomnienia licznych teledysków z lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Na końcu barowego kontuaru, na pliku kolorowych magazynów, leżał znudzony i zapewne głuchy, rudy kot. Musiał być głuchy, bo przecież żaden normalny kot nie wytrzymałby w tym hałasie ani minuty. Co jakiś czas otwierał leniwie jedno oko i łypał nim przez chwilę, jakby sprawdzając czy wszystko jest w porządku, czyli zgodne z codzienną rutyną.

Właśnie kończyła się pora sjesty, więc w barze nie było zbyt wielu klientów. Za to ci co byli stanowili wystarczający materiał poglądowy do zorientowania się, że bar był przystanią dla „elity” alkoholowych dziwaków Costa. Każdy z nich był na swój sposób oryginałem, ale dało się zauważyć, że łączyły ich pewne cechy wspólne, takie na przykład jak żółtawy odcień skóry, podkrążone, przekrwione oczy, nadmierne wychudzenie i problemy z koordynacją świadczące o różnych stadiach marskości wątroby. Na tle tego dekadenckiego towarzystwa wyróżniała się wysoka kobieta o niebieskich włosach. Obcisła, prawie przezroczysta, biała bluzka kończyła się tuż pod biustem osłoniętym dobrze widocznym czerwonym stanikiem, odsłaniając znaczną część pleców i nieźle wyrzeźbiony brzuch. Skórzana miniówka ledwo przykrywała podejrzanie płaskie pośladki, a przez duże oczka czerwonych rajstop typu kabaretki można było dostrzec równie podejrzanie muskularne nogi zwieńczone srebrnymi szpilkami z co najmniej dwunastocentymetrowymi obcasami. Jedni dostrzegliby w niej kolorowego ptaka, inni uosobienie tandetnej dziwki z taniego burdelu, przy której nasze swojskie tirówki jawią się jako wzór elegancji i dobrego smaku. Nie widzieliśmy tylko jej twarzy, ponieważ siedziała do nas tyłem i zajęta była rozmową z kimś siedzącym obok. Jednak, jakby czując na sobie nasz wzrok, w pewnym momencie obróciła się w i posłała nam szeroki uśmiech mrużąc przy tym uwodzicielsko jedno oko. Choć pewne symptomy mogły na to wskazywać, to jednak szczęki nam opadły z wrażenia, gdy ujrzeliśmy męską twarz z kilkudniowym, czarnym zarostem i przesadnie intensywnym makijażem.

Odpowiedzieliśmy nieznacznym skinieniem głowy i błyskawicznie zaczęliśmy udawać pogrążonych w gorącej dyskusji, żeby przypadkiem to coś nie zapragnęło zacieśnić z nami znajomości. Bardzo szybko dowiedzieliśmy się potem, że to Misza, miejscowy transwestyta i zarazem kontrowersyjna, choć zupełnie nieszkodliwa, atrakcja turystyczna. Później widywaliśmy Miszę wiele razy, gdy jeździł na rowerze lub chodził lubieżnym krokiem wśród turystów po promenadzie i głównych deptakach Costa, w zawsze innych odlotowych strojach, wzbudzając różne reakcje, ale na pewno dalekie od agresji. Wyobraziliśmy sobie takiego Miszę epatującego swoją odmiennością i przechadzającego się główną ulicą któregoś z polskich miast czy miasteczek. Jedyną kwestią sporną pozostawał czas, po upływie którego pojawiliby się strażnicy moralności i wszelakiej poprawności w postaci grupy wygolonych, sterydowych osiłków, która przy aprobacie większości zgorszonej gawiedzi, zmieniłaby mu bezpowrotnie rysy twarzy i poprzestawiała parę organów, raz na zawsze wybijając z głowy paradowanie w miejscach publicznych.

Egzotyka niejedno ma imię. Przede wszystkim kojarzy się z odmiennością. Są rzeczy uniwersalnie egzotyczne i takie, których egzotyka zależy od naszego postrzegania rzeczywistości, a wiadomo, że każdy człowiek ma swój własny świat. Czyli może dotyczyć prawie wszystkiego, w tym rzeczy tak banalnej jak podły, latynoski bar w Costa del Silencio z jego „wykwintną” klientelą. Mogłem sobie na przykład wyobrazić, że to w nim, zamiast w podobnej knajpie w cieszącej się złą sławą meksykańskiej Tijuanie, Robert Rodriguez kręci knajpiane sceny w „Desperado” lub „Od zmierzchu do świtu”. Statyści najbardziej autentyczni z możliwych, zapewnieni.

Nie byliśmy do końca pewni, czy Adam podzieli naszą niezdrową fascynację tym miejscem. Czy nie zacznie podejrzewać, że to objaw naszej postępującej degrengolady. Tyle fajnych knajp dookoła, a my prowadzimy go do największej spelunki, która w dodatku ma być atrakcją jego pierwszego wieczoru na Teneryfie. Na szczęście nasze obawy okazały się płonne. Abstrahując od faktu, że był w radosnym nastroju spowodowanym spotkaniem z rodzicami i perspektywą spędzenia z nimi tygodnia w rajskich okolicznościach przyrody i raczej nic nie mogło zakłócić tego stanu, Adam w pełni docenił trud rodziców związany z wyszukiwaniem wyjątkowości. Tak mu się spodobał swoisty klimat baru, że trzy miesiące później, gdy przyjechał ze swoją majorkańską ekipą, też już pierwszego wieczora zaprowadził ich na piwo właśnie tam. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Niby mało odkrywcze, ale genialnie trafia w sedno sprawy.

Gdy zastanawialiśmy się nad kolejnością prezentacji Adamowi atrakcji Teneryfy, przyszedł nam do głowy pomysł, by zastosować metodę wielkiego Hitchcocka, czyli rozpocząć od trzęsienia ziemi, a potem napięcie miało już tylko rosnąć. Tak mocne początkowe wrażenia miała zapewnić wizyta w Loro Parku, jednym z trzech najlepszych ogrodów zoologiczno-botanicznych na świecie. Nazajutrz, z samego rana, pojechaliśmy więc do Puerto de la Cruz, największego kurortu północnej części wyspy, którego historia sięga początków szesnastego wieku. Miasto było kolebką turystyki na Teneryfie. Już w dziewiętnastym stuleciu zjeżdżali tu artyści, botanicy i podróżnicy zwabieni przez wspaniały klimat i egzotyczną zieleń. Inwestorzy szybko wyczuli potencjał tego miejsca i wkrótce powstało pierwsze sanatorium na Wyspach Kanaryjskich, a zaraz potem pierwszy hotel. Miasto szczyci się odwiedzinami wielu sławnych ludzi, ale na współczesnych największe wrażenie robi fakt przebywania tu przez kilka dni maja 1963 roku trzech Beatlesów. John Lennon wybrał wtedy Torremolinos na andaluzyjskim Costa del Sol. Boom turystyczny i związany z nim gwałtowny rozwój infrastruktury na szczęście nie pozbawił Puerto charakteru typowego kanaryjskiego miasta. Urocza starówka z przylegającym gąszczem wąskich uliczek, liczne elementy architektury w stylu kolonialnym, obfitość soczystej, egzotycznej zieleni, a przede wszystkim spora liczba mieszkających tu rdzennych kanaryjczyków, bardzo przyjacielsko nastawionych do turystów i pielęgnujących tradycyjne zwyczaje ze szczególnym uwzględnieniem licznych fiest oraz widocznym brakiem jakiegokolwiek pośpiechu, wszystko to zdecydowanie odróżnia je od turystycznego molocha południa, jakim jest Costa Adeje, Playa de las Americas i Los Cristianos. Trójmiasto, ze swoim rozmachem, jest po prostu atrakcyjne inaczej, lecz moim zdaniem, brak mu tego niematerialnego pierwiastka zwanego duchem lub duszą miejsca, które w Puerto jest wyczuwalne niemal tak samo, jak wilgoć. Przynajmniej przeze mnie i innych podobnych typów odbierających świat na podobnych częstotliwościach. Zdaję sobie jednak sprawę, że ta opinia może przyprawić o mdłości, wzbudzić politowanie lub nawet reakcje agresywne olbrzymiej większości turystów uważających trójmiasto za raj na ziemi i w związku z tym zakochanych w nim na zabój. Doskonale ich rozumiem, zwłaszcza że w ich obozie znalazła się moja żona.

Loro Park tydzień przed świętami przybrał baśniową oprawę. Nawet na zwiedzających o mocno stępionej wrażliwości na bodźce estetyczne, musiał robić imponujące wrażenie. Adam już przy wejściu został jakby trafiony emocjonalnym obuchem i to oszołomienie potęgowało się wraz z każdą mijaną atrakcją, osiągając swoje apogeum podczas pokazu orek. W parku chyba również posłużono się metodą Hitchcocka, bo na początku trasy zwiedzania umieszczono wybieg dla goryli. Gości witał ogromny samiec, który przykucnął parę metrów od ściany z grubego szkła. I widać było, że zastrzegł sobie ten skrawek terenu dla siebie, jakby uzurpując sobie wyłączne prawo do kontaktu ze światem zewnętrznym. Reszta gorylej rodziny rozproszyła się w pozostałej części wybiegu. Zachowywał się trochę jak zmanierowany celebryta. Na początku zmierzył nas swym niesamowitym wzrokiem, udając zaciekawienie, by po chwili demonstracyjnie odwrócić się tyłem i wypinając swe włochate dupsko, dać nam do zrozumienia, w jak głębokim ma nas poważaniu. Co by jednak nie robił i tak wzbudzał nasz podziw i zachwyt. I jednocześnie litość. Znowu ta cholerna świadomość, która oczami wyobraźni widziała go wraz z rodziną wolnego i dumnego w swoim królestwie, gdzieś w zamglonych górach Konga czy niedostępnych lasach Ugandy. Podobne mieszane uczucia towarzyszyły nam niemal przy każdym wybiegu, może z wyjątkiem dla pingwinów cesarskich, podczas oglądania których mogło się odnieść wrażenie, że na krótko teleportowano nas na Antarktydę.

To niemal hipnotyczne spojrzenie goryla momentalnie przywołało we mnie odległe, ale wciąż wyraźne wspomnienie naszego pierwszego spotkania z przedstawicielem tego gatunku. Po obejrzeniu kilku wersji King Konga, przeczytaniu kilku książek z gorylami w tle oraz zapoznaniu się z historią Dian Fossey, która miłość do tych zwierząt przypłaciła własnym życiem, goryle urosły w mojej głowie do rangi stworzenia magicznego. W roku dziewięćdziesiątym w żadnym polskim zoo nie było goryla, więc gdy zdarzyło się nam przez kilkanaście dni przebywać w Kairze, po prostu musiałem skorzystać z okazji i zobaczyć go w tamtejszym ogrodzie zoologicznym. Wybraliśmy się do niego któregoś popołudnia naszym swojskim polonezem, których duża liczba służyła tam wówczas za taksówki.

Ogród zadziwił nas już od samego wejścia, bowiem każdy kawałek trawnika między ścieżką a wybiegami dla zwierząt zajęty był przez piknikujących kairczyków. Dzieci bawiły się na skrawkach wolnej przestrzeni, a starsi pili i jedli na rozłożonych matach. Wszyscy ubrani byli w długie szaty, mężczyźni w białe, a kobiety raczej w czarne. Nasza odmienność spowodowała, że podobnie jak w podczas wizyty w slumsach, przykuliśmy uwagę większości z nich. Nawet dzieci przerywały zabawę i całkiem niedyskretnie pokazywały nas sobie palcami. W tym momencie byliśmy dla nich bardziej egzotyczni niż zwierzęta na wybiegach. Wielki kolisty pawilon dla goryli usytuowany był prawie na samym końcu trasy zwiedzania, toteż upłynęło trochę czasu, nim do niego dotarliśmy. No i pocałowaliśmy klamkę. Pawilon zamknięto pięć minut wcześniej. Teraz zapewne odebralibyśmy taką okoliczność jako znak od losu i pokornie przyjęlibyśmy jego wyrok, ale wtedy słowo porażka nie istniało w naszym słowniku. Szybko doszliśmy do wniosku, że skoro obiekt zamknięto przed chwilą, to istnieje duża szansa, że ktoś jest jeszcze w środku, robiąc cokolwiek usprawiedliwiającego jego obecność. Zacząłem pukać w drzwi, najpierw cicho, miarowo, później coraz głośniej, seriami, by już zdesperowany, przejść do walenia pięścią. Kiedy już zamierzałem zrezygnować i rozpocząć trudny proces godzenia się z porażką, usłyszeliśmy zgrzyt obracanego w zamku klucza. Po chwili drzwi uchyliły się i z półmroku wyłonił się z nich mały, chudy człowieczek w mocno poplamionym stroju roboczym zdradzającym charakter wykonywanych przez niego czynności. Jego znajomość angielskiego była szczątkowa, więc wspomagając się rękami i wskazując na tabliczkę informacyjną, z widocznym żalem, obwieścił nam, że się spóźniliśmy i jest już zamknięte. Nasze prośby o wpuszczenie nas choćby na minutę nie odniosły skutku. Chcąc nie chcąc musieliśmy użyć argumentu nie do odrzucenia. Sięgnąłem do kieszeni i wydobyłem z niej ciemnoniebieskie opakowanie perfum Pani Walewska. Te perfumy, u nas wtedy stosunkowo tanie, uważane były w Egipcie za towar luksusowy i jako taki niezmiernie pożądany. Ich moc sprawcza jako łapówki lub napiwku była ogromna. Człowieczkowi natychmiast zaświeciły się oczy i dwie sekundy później Pani Walewska zmieniła kieszeń. Wynegocjowaliśmy całe trzy minuty.

Po wejściu do środka najpierw musieliśmy oswoić wzrok z panującym półmrokiem. Kiedy to nastąpiło, ujrzeliśmy stojącą na środku dużą kwadratową klatkę, a w niej, w jednym z narożników, skuloną, przycupniętą sylwetkę goryla o szaro-rudej sierści. Głowę miał opuszczoną, mocno wciśniętą w ramiona. Nie zareagował w żaden sposób na naszą obecność i trwał w bezruchu. Wiedziałem, że nie śpi. Nie w tej pozycji i nie tak głęboko, żeby nas nie słyszeć. Zaczęliśmy obchodzić klatkę dookoła, licząc w swej naiwności na nieco bardziej spektakularne zachowanie jej lokatora. W pewnym momencie obserwujący nas człowieczek krzyknął coś do niego po egipsku, co zapewne było jakimś rodzajem komendy nakazującej mu jakąkolwiek aktywność. Chyba chciał uczciwie zapracować na każdą kroplę Pani Walewskiej. Przystanęliśmy w oczekiwaniu. Goryl uniósł wolno głowę i otworzył oczy. Najpierw spojrzał na człowieczka a potem przeniósł wzrok na nas. Przez kilka sekund patrzyliśmy sobie w oczy, po czym westchnął głęboko wydając przy tym cichy, ale dojmujący pomruk i wrócił do poprzedniej pozycji. To spojrzenie nami wstrząsnęło. Wyrażało bezsilną rozpacz, ból i beznadzieję, niemą skargę i bezgraniczny smutek. To było bez wątpienia spojrzenie, niegdyś dumnego zwierzęcia, pogrążonego w głębokiej depresji, której objawem była skrajna apatia. Cały entuzjazm i podniecenie związane z bliskim spotkaniem z mityczną postacią, natychmiast się ulotniło. Nie zrobiliśmy ani jednego zdjęcia. Odechciało nam się. Po latach okazało się, że nie było trzeba. Moja podświadomość uwieczniła tę chwilę o wiele skuteczniej niż nietrwała klisza fotograficzna, o czym mogłem się przekonać, gdy tylko ujrzałem goryla w Loro Parku.

Na podziw i uznanie turystów z całego świata Loro Park zasłużył sobie doskonałym połączeniem ogrodu zoologicznego z ogrodem botanicznym oraz stojącymi na najwyższym poziomie pokazami w wykonaniu papug, lwów morskich, delfinów i orek. Zieleń jest fantastycznie zaaranżowana. W wielu miejscach możemy poczuć się jak w dżungli lub w głębi lasu deszczowego. Zewsząd otaczają nas kwitnące, egzotyczne kwiaty, a ogród orchidei poraża pięknem i zapachami. No właśnie, zapachy. Kryształowo czyste powietrze przesycone jest całą gamą wonności, których intensywność sprawia, że właściwie aplikujemy sobie kilkugodzinny, bezpłatny zabieg aromaterapii. A że zapachy, jak nic innego, odpowiadają za 40 procent naszego nastroju, to trudno się dziwić, że odwiedzający Loro Park są zazwyczaj w doskonałym humorze. Nie wychodząc z domu można obejrzeć w internecie masę zdjęć i filmów z Loro, przeczytać o wszystkich atrakcjach i ciekawostkach, ale nie wymyślono jeszcze przesyłania zapachów drogą elektroniczną. Chociaż niewątpliwie kiedyś to nastąpi (prace są ponoć zaawansowane) i co oszczędniejszym ruchowo taki substytut doświadczeń podróżniczych całkowicie będzie wystarczał, to póki co trzeba po prostu przyjechać na Teneryfę.

W Loro Parku zrobiono wszystko, żeby dylematy niektórych ludzi związane z więzieniem zwierząt i ich tresurą, zostały mocno przytłumione. Muszę z pokorą przyznać, że przynajmniej w naszym przypadku, te działania okazały się skuteczne. Oszałamiające bodźce wizualne, zapachowe i słuchowe sprawiły, że zatraciliśmy się prawie zupełnie w konsumowaniu wrażeń. Jak wspomniałem, pojawiały się myśli stojące w wyraźnej opozycji do tego, czym raczono nasze zmysły, ale w czasie pobytu w Loro stanowczo nie miały wystarczającej siły przebicia. Kiedy bowiem po kilkugodzinnym zwiedzaniu i zaliczeniu wszystkich atrakcji z pokazami lwów morskich i delfinów, przychodzi pora na finał – przynajmniej my tak to sobie zorganizowaliśmy – w postaci show z orkami w roli głównej, człowiek jest w stanie takiej ekscytacji, że dylematy wolą poczekać cierpliwie na właściwy moment, czyli opadnięcie emocji i powrót świadomego myślenia. Wystarczyło, że zobaczyliśmy ich charakterystyczne płetwy grzbietowe, kiedy pływały sobie w bocznym basenie, a ciśnienie skoczyło nam o kilka stopni. Pokaz można zobaczyć na You Tubie, ale oglądanie go na żywo to zupełnie inna bajka. Tym bardziej kiedy, używając odrobiny sprytu, zajmie się odpowiednie miejsca, które sprawią, że kiedy w pewnym momencie pokazu dwie orki przy pomocy ruchu ślizgowego spoczną na chwilę na specjalnej platformie na zewnątrz basenu, ma się je prawie na wyciągnięcie ręki. Nie mogliśmy ochłonąć jeszcze długo po opuszczeniu parku. Jednak organizm ma to do siebie, że najlepiej czuje się w stanie równowagi, więc w trakcie drogi powrotnej, wykorzystując monotonię jazdy autostradą, zaczął stopniowo wracać na właściwe tory. Dylematy tylko na to czekały. Od razu przystąpiły do ataku, uruchamiając kanonadę pytań i wątpliwości. Nie wiem czy taki był cel ich działań, ale skutek był taki, że zaraz po powrocie do Costa Adam uruchomił swojego laptopa i przez blisko godzinę studiował wszystko na temat orek trzymanych w niewoli. Wiadomości były porażające.

Wiedzieliśmy już co nieco o orkach. Głównie o ich inteligencji i o tym, że są niepodzielnymi władcami oceanów. Wyedukowany naprędce Adam uznał, że to stanowczo za mało i wygłosił rodzicom – jak się wyraził – ekskluzywny wykład na ich temat. Tak więc dowiedzieliśmy się, że orki łączą się w pary na całe życie, żyjąc w rodzinnych stadach, że każde stado porozumiewa się własnym dialektem, że samice dożywają nawet stu lat, że są jedynym po ludziach gatunkiem, na których ewolucję ma wpływ ich kultura i że nigdy nie zanotowano ataku orki na człowieka a wręcz przeciwnie, istnieje mnóstwo relacji o rozbitkach uratowanych przez te niezwykłe zwierzęta. Nową, nieco szokującą, ale jakże radosną informacją była wiadomość, że Indie, jako pierwszy kraj na świecie uznały, że delfiny (a więc i orki) są „osobami” niebędącymi ludźmi i jako takie podlegają ochronie prawnej. Do podjęcia takiej decyzji przyczyniły się, między innymi, najnowsze badania mózgu orek, które wykazały, że ich część odpowiedzialna za język i emocje jest rozwinięta bardziej niż u jakichkolwiek innych ssaków, w tym ludzi. Czyli, że ich życie emocjonalne toczy się na głębszym poziomie niż nasze. To jakoś mnie nie zdziwiło. Konsekwencją tej decyzji była likwidacja wszystkich delfinariów w Indiach.

Niestety orki trzymane w niewoli przeżywają prawdziwą gehennę. Po części ich stan ilustruje pytanie retoryczne zadane przez jednego z badających je naukowców – jakbyś się czuł, gdybyś przez dwadzieścia lat musiał siedzieć w wannie?. Nuda, frustracja, klaustrofobia, ciągły stres i w rezultacie depresja i rozliczne psychozy. Nic dziwnego, że od czasu do czasu dochodzi do dramatycznych incydentów. Wszystkie z udziałem orek odłowionych jako wolne. Orki urodzone w niewoli, nieznające innego świata, jakoś się przystosowują, jak człowiek urodzony w więzieniu, który będzie postrzegać je jako swój dom. Niemniej płacą inną cenę, ponieważ żyją ponad dwa razy krócej niż orki w oceanach. Odłowiony jako dziewięciolatek, potężny samiec orki o imieniu Tilikum, trzymany w parku wodnym na Florydzie zabił w sumie trzy osoby, a jednej odgryzł genitalia. Po wszystkich cierpieniach zadanych mu przez ludzi trudno orzec, czy były to świadome akty zemsty, czy objawy szaleństwa. Loro Park również ma swoje mroczne historie. Parę lat temu orka Keto zabiła trenera, inna orka Morgan już dwukrotnie próbowała popełnić samobójstwo. Takich przypadków, które ujrzały światło dzienne, było dużo więcej, ale i tak jest to zaledwie wierzchołek góry lodowej, promil okrutnego dramatu zwierząt, który rozgrywa się codziennie w wodnych parkach rozrywki i tym podobnych przybytkach. Nietrudno się domyślić, że za wszystkim stoi ogromny biznes. Wytresowany delfin kosztuje kilkaset tysięcy dolarów, orka od miliona w górę, a są jeszcze lwy morskie, olbrzymie żółwie i niestety coraz popularniejsze, zwłaszcza w Azji, białe walenie. Do tego przychody z biletów, dotacje na nic niewarte programy ochronne i edukacyjne, słowem pieniądze, dla których człowiek, jak zawsze z ochotą pozbywa się wszelkich skrupułów, moralność stacza się na dno, a hipokryzja wspina się na szczyty.

Mogliśmy ubolewać nad kondycją ludzkości, współczuć delfinowatym i innym dzikim zwierzętom trzymanym w niewoli, złorzeczyć władzy pozwalającej na takie praktyki i wskrzesić w sobie jeszcze kilka oczyszczających emocji, ale generalnie cisnęło się na usta znane powiedzonko – co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Po tej konkluzji uśmierzyliśmy z Adamem ból istnienia w takiej, a nie innej rzeczywistości, szklaneczką whisky, a podpisanie się pod internetową petycją jednej z organizacji ekologicznych żądającą uwolnienia orek, pozwoliło częściowo oczyścić nasze polskie, specyficzne sumienia. Po drugiej szklaneczce byłem już nawet gotowy odkupić winę ludzkości wobec orek i zadeklarowałem gotowość przeżycia następnego wcielenia jako orka. Wtedy reszta rodziny uznała, że chyba powinienem iść już spać. Nie protestowałem. Kac nie powinien zakłócać delektowania się w pełni kolejnym słonecznym, pięknym dniem na Teneryfie.

Najważniejszą rzeczą jest, aby cieszyć się swoim życiem – być szczęśliwym – tylko to się liczy.

-Audrey Hepburn

 

Komentarz ( 1 )

  • Adam

    Teneryfa…mam nadzieję,że jeszcze tam razem spędzimy trochę czasu:)Latino pub trzeba odwiedzić koniecznie ale rybki w knajpce na rogu to było mistrzostwo świata.

Zostaw odpowiedź