Rozdział 2

Dopadł nas syndrom wypalenia zawodowego. Uświadomiliśmy sobie ponad wszelką wątpliwość, że nie zrobimy z naszej firmy internetowej drugiego Microsoftu, choćbyśmy mieli ją rozwijać następne sto lat. Słowo „rozwijać” i tak jest tu użyte na wyrost, gdyż firma po prostu od paru lat stała w miejscu. Jej prowadzenie stawało się coraz bardziej stresujące i wysysało z nas coraz większe pokłady energii, co oczywiście przekładało się na dramatyczny spadek zasobów optymizmu i tym samym ogólnego stanu zdrowia. Zdawaliśmy sobie sprawę, że firma potrzebuje szeregu zmian, głębokiej restrukturyzacji, która ewentualnie mogłaby wyrwać ją ze stanu wegetatywnego i tchnąć w nią nowe życie, ale nie mieliśmy już w sobie ani grama entuzjazmu i determinacji, które wykrzesałaby z nas siły, a przede wszystkim chęci, aby robić z nią cokolwiek. Ponieważ w międzyczasie zmieniły się nam też życiowe priorytety, które coraz mocniej zaczęły wpływać na konkretyzowanie się wizji naszej najbliższej przyszłości, o lata świetlne oddalonej od tego, co robiliśmy dotychczas, zaczęliśmy postrzegać ją jak balast uniemożliwiający rozwinięcie skrzydeł. Na szczęście nigdy nie traktowaliśmy jej z nadmierną tkliwością, ot była po prostu narzędziem, maszynką do zarabiania, więc decyzję o jej sprzedaży podjęliśmy bez żadnych oporów. Myślę nawet, że poczuliśmy pewną ulgę, decydując się w końcu na ten krok. Zbliżał on nas przecież do urzeczywistnienia się naszych planów, choć nie przeczuwaliśmy wtedy, że ten pierwszy krok zapoczątkuje długą drogę od podjęcia decyzji o sprzedaży firmy, poprzez znalezienie kupca i procedury weryfikujące, do podpisania satysfakcjonującej umowy. A przecież sprzedaż firmy była jednym z kluczowych warunków ich realizacji. Drugim nie mniej ważnym warunkiem była sprzedaż domu. Krótko mówiąc, upłynnienie firmy i domu miało zapewnić nam uwolnienie się od presji związanej z procederem zarabiania i pozwolić na skupieniu się na „słonecznych” aspektach życia.

Historie związane z zakupem i sprzedażą naszych domów dość wiernie oddają nasz stosunek do kolejnych materialnych zdobyczy. Najpierw następowało podniecenie z powodu zakupu działki, później ekscytacja spowodowana rozpoczęciem budowy nowego „gniazdka”. Następnie euforia wywołana przeprowadzką i urokami adaptacji w nowym miejscu oraz entuzjazm pierwszych paru lat związany z urządzaniem się. Urządzanie się polegało głównie na kupowaniu mnóstwa niepotrzebnych rzeczy, zwłaszcza tak zwanych wypełniaczy przestrzeni, ponieważ tak się jakoś składało, że nowy dom był zawsze większy od poprzedniego. Na fali tego entuzjazmu urządzaliśmy też dla rodziny, znajomych czy nowych sąsiadów liczne przyjęcia, kolacyjki, grille, itp. Nie zrażeni dotychczasowymi raczej miernymi efektami, po raz kolejny próbujemy sił w ogrodnictwie, oszukując się co do końcowego rezultatu. Po pewnym jednak czasie okoliczności powszedniały, a entuzjazm stopniowo wygasał, przechodząc w fazę zobojętnienia, które po następnych paru latach przeistaczało się znowu w kolejne podniecenie spowodowane decyzją o wystawieniu nieruchomości na sprzedaż i wytyczeniu sobie kolejnego celu, jakim był zakup większej działki i budowa kolejnego, zupełnie innego i naturalnie większego domu. Oczywiście ewolucja naszych emocji znowu się powtarzała. Ciekawy z psychologicznego punktu widzenia był okres ostatni, od powzięcia decyzji o sprzedaży do jej szczęśliwej finalizacji i wyprowadzki. W naszym przypadku cechował się on wzrastającą niechęcią do obecnie zamieszkiwanego lokum. Większość tego, co uważaliśmy za wspaniały efekt naszej kreatywności, coraz bardziej wysublimowanych gustów, co nam się tak podobało lub przynajmniej nie przeszkadzało, obecnie było nie do zniesienia. Rozkład pokoi, ich ilość i rozmiary, kolory ścian, płytki w łazienkach, meble, ogólny wystrój, niektóre sąsiedztwo i szereg innych rzeczy już w najmniejszym stopniu nie miało tego uroku co na początku. Coraz rzadziej koszę trawnik, machamy ręką na panoszące się chwasty, żona zaniedbuje swój warzywnik, który odpłaca jej coraz skromniejszymi plonami, ogród podlewam sporadycznie, właściwie wtedy, gdy wszystkim roślinom grozi już uschnięcie i to tylko dlatego, aby całość wyglądała jako tako podczas prezentacji nieruchomości ewentualnym kupcom. Gdy wreszcie, po zawsze zbyt długim czasie i systematycznej obniżce pierwotnie wyznaczonej ceny, udaje się sprzedać dom, nasza niechęć do niego osiąga takie rozmiary, że opuszczamy go bez cienia żalu, bez nutki nostalgii, nie zaszczycając go nawet ostatnim spojrzeniem. Tak to z nami już jest i nic na to nie poradzimy. Nasz pęd ku ciągłym zmianom jest nieokiełznany i kto wie, czym jeszcze zaskoczymy nie tylko nasze otoczenie, ale i siebie.

Byliśmy akurat w początkowym okresie fazy zobojętnienia przy naszym ostatnim domu, gdy wyjechaliśmy z przyjaciółmi na wakacje na Majorkę. Teraz już wiemy, że nic w życiu nie dzieje się przypadkowo. Miała być ta Majorka, więc była. Jak wspomniałem, mieliśmy to szczęście, że zwiedziliśmy dużo fajnych, atrakcyjnych miejsc, lecz nigdzie nie poczuliśmy, że chcielibyśmy zostać tam na stałe, czy chociażby na jakiś dłuższy czas. Myślę, że po prostu nie byliśmy wtedy jeszcze gotowi. Nie wystąpiło to nieodzowne przy takich okazjach, sprzężenie odpowiedniego czasu i miejsca. Pierwszy raz nawiedziła nas taka myśl właśnie podczas tych wakacji. Byliśmy tylko siedem dni. Zwiedziliśmy tyle, ile mogliśmy, czyli niewiele, choć wystarczająco, by wrócić oczarowani pięknem małych zatoczek, wspaniałych plaż, ciepłym turkusowym morzem, monumentalnymi górami, gajami oliwnymi i migdałowymi, doliną pomarańczową, balsamicznym powietrzem przesyconym morską solą i kwiatowo-owocowymi wonnościami. Zdumiała nas jakość dróg, w których na próżno szukaliśmy, chociażby jednej dziury à la Polonia. No i ludzie, na których twarzach gościł uśmiech w ilościach przekraczających wszelkie normy dopuszczalne w naszym kraju.

Gwoli ścisłości muszę dodać, że to nasze oczarowanie osiągnęło różny stopień, to znaczy u mojej żony bardzo wysoki, a u mnie trochę mniejszy. Jako realista i taki osobnik co to przeważnie szuka podwójnego dna, dziury w całym i docieka przyczyn takiego, a nie innego stanu rzeczy, zacząłem zadawać sobie różne nurtujące mnie pytania. Taki akt samoprzesłuchania bez jednoznacznych odpowiedzi, dlatego motywujący do dogłębniejszego zbadania tematu. Dlaczego majorkańczycy tak często się uśmiechają? Czy to odruch naturalny, czy może mają w tym jakiś interes? Dlaczego zachowują spokój, a nawet luz w sytuacjach, w których u nas ludzie skaczą sobie do gardła? Czy te pomarańcza, podejrzanie soczyste i słodkie, nie są faszerowane chemią? Skąd biorą pieniądze na te wspaniałe drogi?, dlaczego co parę kilometrów nie ma na nich radarów i dlaczego nie widzieliśmy żadnych policjantów zatrzymujących samochody do kontroli drogowej? Podejrzewałem, że miejscowi delikatnie mijają się z prawdą, mówiąc, że na Majorce w wypadkach drogowych ginie rocznie zaledwie około trzydziestu osób. Gdy im powiedziałem, że w Polsce, mimo największego na świecie zagęszczenia radarów i napisów : kierowco zwolnij! ginie w tym czasie średnio trzy i pół tysiąca ludzi, czyli znika ludność takiego ich kurortu jak na przykład Cala Millor, to łapali się z niedowierzaniem za głowy, a najczęściej wypowiadanym słowem było wówczas : imposible. – Możliwe, możliwe – odpowiadałem i żeby wprawić ich w jeszcze większe osłupienie, dodawałem, że dwa razy tyle, czyli blisko siedem tysięcy Polaków wędruje na tamten świat w wyniku samobójstw. Najpierw myśleli, że żartuję, ale odesłałem ich do internetu, żeby sobie sprawdzili te dane, skoro mi nie wierzą. Kiedy dotarło do nich, że mówię całkiem poważnie, to natychmiast zamówili następną butelkę brandy de Jerez. Tak zupełnie na trzeźwo trudno im było przetrawić takie ponure sprawy, zwłaszcza że jak często powtarzali – życie jest przecież takie piękne.

Byliśmy potem na Majorce jeszcze osiem razy. Prawie zawsze w innym miejscu, co pozwoliło na w miarę dokładną jej penetrację. Jeżeli twierdzi się, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze, to w naszym przypadku znalazło to potwierdzenie. Nasze oczarowanie nic nie straciło na swej sile, a wręcz nabierało mocy wraz z odkrywaniem kolejnych pięknych zakątków wyspy. Myśl o pozostaniu tu na dłużej, która zakiełkowała w naszych głowach podczas pierwszego wyjazdu, puściła widocznie korzenie, bo z każdym następnym pobytem stawała się coraz bardziej natarczywa i nie dawała nam spokoju. Z widoczną premedytacją wykorzystywała sprzyjające okoliczności polegające na dynamicznym wzroście poziomu naszej świadomości. Jednym z rezultatów tego procesu była wspomniana reforma naszych życiowych priorytetów. Część z nich wiązała się przecież z diametralnymi zmianami, nie tylko stylu życia, ale i miejsca, w którym zamierzaliśmy je wieść.

W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że z przeznaczeniem nie ma co walczyć i zaczęliśmy mentalnie przygotowywać się do wyjazdu. Równolegle podjęliśmy także działania praktyczne. Zapisaliśmy się na kurs hiszpańskiego, zaczęliśmy penetrować majorkański rynek wynajmu nieruchomości, no i podjęliśmy strategicznie najważniejszą chyba decyzję. Decyzję o spieniężeniu wszystkiego, co posiadamy, a więc przede wszystkim domu i firmy, ale także pomniejszych rzeczy posiadających jakąkolwiek wartość, oprócz paru drobiazgów, które z różnych powodów darzyliśmy szczególnym sentymentem. Aby podjąć tak ważną życiową decyzję, muszą zaistnieć odpowiednie okoliczności. W naszej ocenie takie okoliczności właśnie wtedy zaistniały. Wspomniałem o syndromie wypalenia zawodowego i fazie zobojętnienia w emocjonalnym stosunku do naszego domu. Do tego doszły mniejsze i większe kłopoty zdrowotne, które z pewnością miały związek ze stanem naszej psychiki. Medycyna tak zwana niekonwencjonalna odkryła już wieki temu to, co medycyna konwencjonalna, czyli akademicka usankcjonowała niedawno, czyli fakt, że większość chorób jest pochodną stanu naszego umysłu. Im więcej w nas optymizmu, pogody ducha, im bardziej kochamy, śmiejemy się, im więcej w nas harmonii, spokoju, im staranniej pielęgnujemy więzy rodzinne i przyjacielskie, tym mniej chorujemy. System immunologiczny człowieka jest tak genialnie skonstruowany, że z większą ochotą zwalcza w naszym organizmie intruzów powodujących choroby, jeżeli wie, że nasz umysł funkcjonuje bez zarzutu. Że jest dla niego, jak dobry dowódca dla żołnierzy: spokojny, zrównoważony i opanowany, a gdy trzeba stanowczy i potrafiący motywować do zdwojonego wysiłku.

Zanim w wyniku skumulowania się całego szeregu czynników, dokonaliśmy tego życiowego zwrotu, nie było z nami najlepiej. Staraliśmy się nie wpadać w jakieś stany przygnębienia i nie uprawiać malkontenctwa, ale przychodziło nam to z coraz większym trudem. Życie w ciągłym stresie zrobiło swoje. Docenialiśmy to, co osiągnęliśmy, jednak gdzieś tam czuliśmy, że nie chcemy spędzić reszty życia w taki sposób jak dotychczas. Mieliśmy wrażenie, że brniemy w ślepy zaułek, drogę bez celu. Byliśmy w mentalnym impasie. Zaobserwowaliśmy u siebie niepokojące objawy, na przykład takie, że nie śmiejemy się już tak często, jak kiedyś, że seks nie daje nam już tyle radości i satysfakcji, że nowe rzeczy cieszą coraz krócej, że coraz lepiej czujemy się w swoim samotnym, dwuosobowym gronie, przez co spotkania towarzyskie są coraz rzadsze i mniej spontaniczne. Że coraz szybciej przerzucam kanały w telewizorze i coraz rzadziej mamy ochotę wyjść do kina, teatru, na koncert czy w ogóle gdziekolwiek.

Ptaki kojarzyły nam się głównie z odchodami, którymi „przyozdabiały” płot, balustrady balkonów i schody przed głównym wejściem do domu. Deszcz oznaczał nowe dziury na nieutwardzonych drogach naszego osiedla i obawę przed następstwami ewentualnej nieszczelności dachu, czyli wątpliwości co do fachowości dekarskich fachowców wynikające ze złych doświadczeń. Śnieg to potrzeba jego odgarniania i oczywiście znowu stan naszych dróg. Mróz to potrzeba zwiększenia mocy grzewczej pieca i szalejący licznik gazu. Lato to konieczność koszenia, podlewania, nawożenia, odchwaszczania, opryskiwania i innych czynności, na których, jako chłopak z blokowiska, mało się znałem i w związku z tym serdecznie ich nie znosiłem. Dodać do tego trzeba wszechobecne mrówki bez skrupułów rozwalające nasze brukowane ścieżki i systematycznie próbujące dokonać inwazji na nasz dom. Muchy w kuchni, komary w sypialni, meszki w czerwcu, mszyca regularnie siejąca spustoszenie w naszym ogrodzie no i krety lub nornice z upodobaniem spulchniające nasz trawnik. Mimo że są w Polsce pod ochroną, wyzwalały we mnie mordercze instynkty i bez wahania przyczyniłbym się do zmniejszenia ich populacji, gdyby tylko dały mi się złapać. Chociaż ślepe, a może właśnie dlatego, były niesamowicie przebiegłe. Próbowałem różnych metod ich eliminacji i zawsze wychodziły zwycięsko z tych konfrontacji.

Tak więc twierdzenie, iż nie było wtedy z nami najlepiej, było aż zanadto uzasadnione. I była to raczej delikatna próba nazwania tego, co działo się w naszych głowach. A przecież kiedyś było inaczej. Cieszyły nas wiosenne trele ptaków, nawet gruchanie gołębi, którym kibicowaliśmy w rodzicielskich obowiązkach, gdy założyły gniazdo w balkonowym korytku z kwiatami. Deszcz kojarzył nam się z książką lub dobrym filmem, gorącą herbatą, czasem z czymś o mocniejszym działaniu rozgrzewającym i nocnym miarowym stukaniem w parapet w cudowny sposób układającym nas do snu. Lato i upał to wyjazdy na wakacje, upojne noce pod gwiazdami, plaża, kąpiel w morzu lub jeziorze, spływy kajakowe, wesołe spotkania przy grillu, a więc też zmrożona wódeczka i zimne piwko, piłka nożna i tenis. Zima to w młodości ślizgawka, sanki, gra w hokeja z chłopakami z osiedla, walka na śnieżki, gorący kaloryfer w pokoju, a później już rodzinne wyjazdy w góry, spacery po skrzypiącym śniegu i ogień w kominku.

Odzyskanie radości życia jest bezcenne, dlatego potrzebowaliśmy radykalnej zmiany. Żadnej modyfikacji czy korekty, żadnych półśrodków. Pragnęliśmy zmiany wywracającej nasze życie do góry nogami. Zmiany, która na powrót wypełniłaby nas energią, pobudziła do działania, spowodowała, że świat znowu wyda nam się piękny, a ludzie (przynajmniej niektórzy) wspaniali. Z mądrej książki dowiedzieliśmy się, że wizualizacja celów i planów potrafi zdziałać cuda, więc zaczęliśmy to robić. Wyobrażaliśmy sobie naszą przyszłość na Majorce i od razu robiło nam się jakoś lepiej na duszy. Odkryliśmy, że to nie zewnętrzne powody, ale nasze własne blokady i ograniczenia nabyte przez wzrastanie i życie w określonym środowisku, w określonym kraju, narzucone przez lata propagandy wpajającej nam różne bzdury, powodowały, że nie zrobiliśmy tego wcześniej. Na szczęście stopniowo wyzwalaliśmy się z okowów niemożności. Uwierzyliśmy, że jednak można, że los uchylił w naszych głowach mentalną furtkę. Wierzycie w przypadek lub zbiegi okoliczności? My nie wierzymy. Wszystko, co się wydarzyło, co się dzieje i co się wydarzy, jest tam gdzieś zapisane czy zaprogramowane. Oczywiście taki pogląd może wzbudzać kontrowersje, ale trzeba przyznać, że jest on niesłychanie praktyczny. Wszystko można tym wytłumaczyć. Wystarczy powiedzieć sobie: „widocznie tak miało być” i od razu robi się człowiekowi jakby lżej na sercu. Wierzący w konkretnego Boga używają często sformułowania: „Widocznie Bóg tak chciał” lub już nieco archaicznych: „Taka wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba” oraz: „Niezbadane są wyroki boskie”. Wszystkie te stwierdzenia odnoszą się do tego samego. Zrodziły się z wiary w to, że wszystkie przeszłe, teraźniejsze i przyszłe wydarzenia nie są dziełem przypadku ani chaotycznego zbiegu okoliczności. Wiary w to, że ktoś lub coś nad tym wszystkim panuje, czuwa, pozostawiając nam jednak pewien margines, niszę, czy szansę na to, aby mieć pewien wpływ na nasze życie. Nazwano to wolną wolą. Niestety, większość ludzi nie bardzo wie jak z tego daru korzystać lub korzysta w fatalny sposób.

Także w naszym przypadku wydarzenia zostały zaprogramowane perfekcyjnie. W myśl powiedzenia: „Wszystko w swoim czasie”. Co prawda wystawiło to naszą cierpliwość na ciężką próbę, ale najważniejsze, że cel został osiągnięty. Dom sprzedawaliśmy ponad trzy lata. Firmę niewiele krócej. Trafiliśmy na zły okres. Akurat trwał w najlepsze światowy kryzys finansowy. Nastał czas niepewności. Ceny nieruchomości szybowały w dół. Chętnych na zakup dużych domów oraz inwestowanie było coraz mniej. Ludzi opanował strach przed nadmiernym zadłużaniem się w bankach. Firmy zwalniały pracowników i pozorna stabilizacja rynku pracy uległa zachwianiu. Wielu potencjalnych kupców postanowiło po prostu przeczekać i obserwować rozwój wydarzeń.

My też nie byliśmy bez winy. Zaczęliśmy ze zbyt wysokiego pułapu cenowego. Gdy dotarło do nas, iż ceny sprzed kryzysu to już historia, minęło sporo czasu. Nie jest tak łatwo dość drastycznie redukować swoje oczekiwania finansowe. Przyznaję, że było w tym trochę pazerności. Ta pazerność dotyczyła głównie mojej osoby, bo moja żona dużo szybciej doszła do wniosku, że tracimy czas i że odzyskanie radości życia i realizacja naszych planów jest o wiele cenniejsza niż uzyskanie maksymalnej i jak się okazało, wirtualnej ceny.

Historia sprzedaży firmy to temat na odrębne opowiadanie. Zgłaszali się kupcy różnej maści i proweniencji. W dwóch przypadkach rozmowy osiągnęły taki pułap, iż wydawało się, że transakcja jest nieunikniona. W pierwszym przypadku dyrektor do spraw inwestycji potencjalnego inwestora „prześwietlał” naszą firmę prawie trzy miesiące. Wszystko wypadło pomyślnie, czyli papierki potwierdziły prawdziwość przekazanych przez nas wcześniej danych. Po tym czasie przyjechał osobiście jego szef, aby negocjować cenę. Dogadaliśmy się. Wpłacili zadatek. Zamówiłem termin u notariusza. Szampan się chłodził. Kilka dni przed podpisaniem umowy szef wyjechał na krótkie wakacje na Teneryfę. I nie wiemy do dzisiaj, czy nadmiar słońca lub drinków, czy w ogóle nadmiar wrażeń spowodował, że w przeddzień dokonania transakcji zadzwonił z plaży do swojego dyrektora z wiadomością, że doznał oświecenia lub czegoś w tym rodzaju i rezygnuje z zakupu naszej firmy. Nie muszę dodawać, że poczuliśmy się „lekko” rozczarowani, a wieczorny drink przyprawiony był szczyptą goryczy.

Drugi przypadek dotyczył obywatela Izraela, czyli Żyda prowadzącego różne interesy w naszym kraju. Znowu pomyślnie przeszliśmy weryfikację i uzgodniliśmy cenę. W ciągu tygodnia miał wpłynąć zadatek. Nie wpłynął. Wkrótce okazało się, że pan Żyd jest goły jak „święty turecki” i w dodatku żaden bank nie chce mu dać kredytu. No cóż, okazało się, że nie każdy Żyd dysponuje kapitałem i, o ironio losu, nam się taki właśnie trafił. Na szczęście sprawdziło się kolejne powiedzenie mówiące, iż do trzech razy sztuka. Trzeci poważny kupiec okazał się bowiem ostatnim. Wszystko przebiegło bezproblemowo i wreszcie mogliśmy odkorkować szampana.

Po trzech latach wysiłków i starań, chwilach zwątpień i płonnych nadziei, zostaliśmy wreszcie wolnymi ludźmi. Tak właśnie się czuliśmy; wolni i szczęśliwi. Spełniła się część naszych marzeń. Pozbyliśmy się „balastu” i nic nie stało już na przeszkodzie, aby realizować następne. Udało nam się wypisać z tego przysłowiowego „wyścigu szczurów”, szalonej pogoni za pieniądzem, która determinuje większość ludzkich zachowań, w olbrzymiej mierze mało chwalebnych.

Przez ponad trzy lata usiłowaliśmy sprzedać dom i firmę, a kiedy to się wreszcie udało, to niemal w tym samym czasie. Na dodatek jakiś miesiąc przed sprzedażą domu nasz wówczas dwudziestoośmioletni syn postanowił się wyprowadzić i zamieszkać ze swoją Kasią. Wiedzieliśmy, że kiedyś wyfrunie z gniazda. Sam czasem mu napomykałem, że chyba już pora się usamodzielnić, że ja w jego wieku to już ohoho, czyli marudziłem, jak przystało na reprezentanta starzejącego się pokolenia, lecz kiedy w pewien pogodny, wrześniowy poranek wyjeżdżał z naszego domu tylko w jedną stronę, nie obyło się bez kilku głębokich westchnień i uronienia paru łez. Nie ma co ukrywać, że trochę zakłuło nas w serduchu. Pewnie żonę bardziej, ale trudno się dziwić. Dla niej nasz syn zawsze będzie małym Adasiem. Ukochanym dzieckiem wymagającym troski i czułości. No cóż, serce matki. Ojcowie kochają trochę inaczej, co nie znaczy, że mniej. Po prostu bardziej kontrolują emocje i chyba dlatego w sposób bardziej pragmatyczny podchodzą do takich sytuacji.

W każdym razie zostaliśmy bez domu i firmy, a nasz syn rozpoczął samodzielne życie. Nie było na co czekać. Zaczęliśmy zatem przygotowania do wyjazdu. Wszystko mieliśmy szczegółowo rozpisane, wszak najważniejszy w każdym działaniu jest początek, jak zauważył kiedyś pan Platon. Na pewien czas wynajęliśmy przytulne dwupokojowe mieszkanie. Wyprzedaliśmy wszystkie meble i wyrzuciliśmy lub rozdaliśmy chyba połowę rzeczy, więc zmieściliśmy się w nim bez problemu. Trzeba było jeszcze uporządkować sprawy majątkowe, administracyjne i osobiste. Odbyliśmy kilka „pouczających” rozmów z bankowcami. Szukaliśmy bezpiecznych i w miarę przyzwoitych, czyli zyskownych lokat. Tymczasem bankowcy próbowali namawiać nas na jakieś niepewne fundusze inwestycyjne, obiecując oczywiście krociowe zyski. Podpierali swoje wywody stosownymi wykresami z ostatniego roku, chlubiąc się tym, ile to dany fundusz dał zarobić inwestorom. Znałem te schematyczne, wyuczone na szkoleniach, techniki sprzedaży i manipulacji danymi. Wiedziałem, ile ludzie stracili przez ostatnie kryzysowe lata, powierzając swoje pieniądze takim funduszom. Wystarczyło więc, że poprosiłem o taki sam wykres, ale obejmujący ostatnie trzy lub cztery lata i miny im rzedły. Bankowcy nie kłamią, prawo jeszcze im zabrania, dlatego musieli opanować do perfekcji sztukę nie mówienia całej prawdy.

W końcu udało się załatwić sprawy w bankach, urzędzie skarbowym i ZUS. Wypowiedzieliśmy umowy operatorom komórkowym, dostawcy internetu i telewizji satelitarnej. Zjedliśmy kilka pożegnalnych kolacji. Nie obyło się bez paru chwil wzruszeń i oczywiście stosu życzeń powodzenia na nowej drodze życia. Brzmiało tak jakoś dziwnie znajomo.

Piątego marca w Poznaniu świeciło słońce. Zapowiadał się piękny dzień. Tyle że już bez nas. Rano zdaliśmy wynajęte mieszkanie i zapakowaliśmy cały nasz dobytek, który zmieścił się w dwóch walizkach i dwóch torbach podręcznych, do samochodu. Wkrótce przyjechał Adam, by odwieźć nas na dworzec autobusowy. Przekazaliśmy mu symbolicznie kluczyki od auta, będącego obok stosownej sumki na koncie, prezentem od rodziców mającym ułatwić mu trochę start w samodzielność. Na dworcu, po czułym pożegnaniu, wsiedliśmy do autobusu i udaliśmy się do Berlina, skąd nazajutrz, po przenocowaniu u przyjaciół, odlatywaliśmy na Majorkę.

„Porażką jest nie mieć odwagi spróbować. (…) Jedyną rzeczą odgradzającą większość ludzi od ich marzeń jest strach przed porażką.”
Robin S. Sharm

Komentarz ( 1 )

  • Robertino

    Czekam z napieciem na ciag dalszy, zdaje sobie sprawe z tego ze pozbywanie sie rzeczy doczesnych nie przebieglo bez kompikacji i jednak trzy lata to kawal, czasu. Jezeli wasza historia jest prawdziwa to skladam wyrazu szacunku.Podoba mi sie historia o Twoim Ojcu przypomina mi troche film „300 mil do nieba” chociaz czasy byly inne w przypadku Twojego Taty okupacyjne a Ci chlopcy w czasach PRL uciekali lub tez jak Twoj Tata po prostu wyjezdzali. Dzieki za kilka minut przyjemnosci

    pozdrawiam Robert Berlin