Rozdział 19

Costa del Silencio diametralnie różniło się od Cala Millor. Tam byliśmy, zwłaszcza w sezonie wysokim, w oku turystycznego cyklonu, tutaj dochodziły do nas tylko jego nieśmiałe pomruki. Tam wystarczyło wyjść na ulicę i w promieniu stu metrów mieliśmy ze dwadzieścia knajp i drugie tyle różnorakich sklepów i punktów usługujących turystom, tutaj do najbliższego sklepu i znajdujących się w jego bezpośrednim sąsiedztwie kilku knajpek, mieliśmy ponad dwieście metrów. Tam po piętnastu minutach od wyjścia z domu spotykaliśmy więcej ludzi niż tutaj przez trzy dni. Tam miara natężenia hałasu lub jak nazwała go moja mama, kurortowego gwaru, wyrażana w decybelach, osiągała w ciągu doby takie wartości, ile tutaj przez tydzień. Tam szukając ciszy i spokoju, żeby na łonie natury zgłębiać meandry swojej duchowości, musieliśmy iść wieczorem w odpowiednio wyludniony rejon plaży lub jeszcze dalej, na niewielkie klify, tutaj spokój był wszechpanujący. Na szczęście jeszcze nie ten obezwładniający, ostateczny, wyzwalający z wszelkich trosk, który towarzyszy często odchodzącym z tego świata, lecz ten jego rodzaj, który poczuliśmy pierwszego dnia w Costa i który u potrafiących korzystać z jego dobroczynnego wpływu, powoduje poczucie wewnętrznej harmonii i systematyczny wzrost wskaźników wszystkich hormonów odpowiadających za poczucie szczęścia i zadowolenia z wiedzionej egzystencji. Ale najważniejsza była konstatacja, iż nasza percepcja, zmysły i receptory zyskały taką elastyczność, że mogliśmy z czystym sumieniem stwierdzić, iż mimo tych różnic, a może właśnie dlatego, tam i tutaj było pięknie, tam i tutaj było nam dobrze i w związku z tym za obydwoma tymi miejscami bardzo tęsknimy.

Ta elastyczność sprawia, że właściwie prawie wszędzie czujemy się dobrze i potrafimy czerpać przyjemność z bytności w tym czy innym miejscu. To „prawie”, jak już wspomniałem, dotyczy mojej awersji do wielkich miast. Żona z kolei musi czuć, choćby płytki, charczący i nieświeży, oddech cywilizacji. Jednak lata docierania się i zrozumienie znaczenia kompromisu sprawiło, że teraz na ogół potrafimy różnić się pięknie i finalnie obie strony czerpią z tego korzyści. Tak też było w przypadku życia w Costa del Silencio. Był obszar z którego większe zadowolenie czerpała żona, był taki, który cieszył nas tak samo i był taki, który bardziej dogadzał moim preferencjom. Tym, co najbardziej ucieszyło żonę było to, że przestała czuć się anonimowym, turystycznym mięsem armatnim. Potwierdziły się internetowe opinie wskazujące, iż mieszkańcy Teneryfy są bardziej otwarci, bardziej bezpośredni, bardziej życzliwi i jeszcze bardziej uśmiechnięci, czyli bardziej hiszpańscy od nieco zblazowanych dobrobytem Majorkańczyków.

Społeczność Costa del Silencio była równie kosmopolityczna jak ta w Cala Millor, ale na tym stwierdzeniu podobieństwa się w zasadzie kończyły. Jej charakterystyka oraz skład narodowościowy był reprezentatywny właściwie dla większości kurortów Teneryfy, z wyjątkiem przypadków skrajnych, ale o tym później. Nie odczuwało się tu dominacji dwóch nacji jak Niemców i Brytyjczyków na Majorce. Tutaj proporcje były bardziej wyważone. Wprawdzie Brytyjczycy mieli nieznaczną przewagę liczebną, ale tylko niewiele ustępowali im Skandynawowie, Włosi i obywatele Beneluksu. O dziwo, stosunkowo mało, zważywszy na ich wszechobecność w ciepłodajnych krajach południowej Europy, było tu Niemców. Tylko trochę więcej niż Francuzów. Podobno bardziej upodobali sobie Lanzarote i Fuertaventurę i na tych kanaryjskich wyspach budują swoje zamorskie przyczułki. Nie brakowało również przedstawicieli państw z tak zwanego byłego bloku wschodniego, w tym Polaków. Niestety, w słonecznych rajach południowej Europy widać jak na dłoni, jak wielka przepaść dzieli ciągle społeczeństwa tych krajów od możnych i zamożnych tego świata, a zwłaszcza od społeczeństw starej Europy Zachodniej. Nasi rodacy, Czesi, Słowacy, Rumuni, Węgrzy, Litwini i Ukraińcy stanowili w przygniatającej większości, jakby to ładnie nazwali werbownicy siły roboczej, personel pomocniczy. Czyli przynieś, wynieś, pozamiataj i do wszystkich się uprzejmie zwracaj. Nostalgicznie nastawieni do obyczajów starego południa Stanów Zjednoczonych byliby zachwyceni, choć przyzwyczajeni do postrzegania tamtejszej rzeczywistości w biało-czarnych barwach, mogliby na początku mieć problem z rozróżnieniem, kto jest kim.

Jednak to, co najbardziej różniło obie społeczności, to status mieszkańców Costa del Silencio. Nie było wśród nich turystów w powszechnym rozumieniu tego słowa, a więc nie było też tej rozbuchanej infrastruktury i całej armii ludzi z nich żyjących, jak w przypadku Cala Millor. Działało tu wprawdzie kilka hoteli, ale przebywający w nich turyści przeważnie traktowali Costa jedynie jako bazę wypadową do eksploracji reszty Teneryfy. Po całodziennym zwiedzaniu trzymali się raczej w pobliżu hotelowych barów i basenów i tylko niewielu z nich można było spotkać wieczorem w restauracjach i kafejkach przy la calle principal, czyli przy głównej ulicy lub w okolicy portu.

Społeczność Costa del Silencio tworzyli przede wszystkim rezydenci ze wspomnianych powyżej bogatych europejskich krajów. Niektórzy mieszkali tu na stałe, inni przyjeżdżali na zimę, na pół roku, na rok lub z nie do końca sprecyzowanym czasem pobytu. Wielu miało tu swoje domy lub segmenty w ciągach szeregowców, lecz większość wykupiła sobie mieszkania i apartamenty w takich zamkniętych osiedlach jak nasze Atlantico. Nie ma co ukrywać, że przeciętna wieku tych ludzi oscylowała między sześćdziesiąt a siedemdziesiąt lat, co pewnie skutecznie zniechęci do przyjazdu tutaj wielu będących na wiekowym dorobku. I nie ma też co ukrywać, że musieli dysponować odpowiednimi środkami, aby cieszyć się beztroskim życiem na Teneryfie, chociaż tak naprawdę, większość obywateli tych krajów mogłaby pić sangrię i upajać się kanaryjskim słoneczkiem, korzystając wyłącznie ze środków finansowych pozyskiwanych z wypłaty bieżących rent lub emerytur. Wyraziłem już swój pogląd, poparty przykładami, na temat wątpliwych powiązań między usytuowaniem w hierarchii społecznej lub ekonomicznej a odczuwaniem szczęścia czy choćby zadowolenia z życia. Jednak z ludźmi będącymi już raczej bliżej niż dalej, sprawa ma się nieco inaczej. Bezpieczeństwo ekonomiczne ma dużo większe przełożenie na stan psychiczny, a co za tym idzie na zdrowie i kondycję fizyczną.

Może nadużywam słowa spokój, ale właśnie to słowo plus parę innych określeń, jak na przykład: pogoda ducha, niemal młodzieńcza promienność, zadowolenie akcentowane częstym uśmiechem i wysoka kultura osobista tożsama z taktowną uprzejmością, przychodziły nam do głowy, gdy próbowaliśmy charakteryzować olbrzymią większość naszych współmieszkańców. Po prostu widać było, że są to ludzie świadomi niezwykle ważnej rzeczy w ich wieku, a mianowicie faktu, że wreszcie skończył się dla nich pewien okres, w który wkroczyli będąc jeszcze dziećmi, wraz z pierwszym dniem w szkole, a niektórzy jeszcze wcześniej. To okres wywierania na nich bezustannej presji, przymusów, chorej rywalizacji, wymogów, dyktatów, gonienia za ułudą i innych macek, którymi oplótł ich współczesny świat. Wszystko, co teraz robią, wynika już wyłącznie z ich chęci i możliwości. Już nic nie muszą poza korzystaniem z dobrodziejstw życia na Teneryfie. I korzystali z tych dobrodziejstw, czerpiąc z nich pełną garścią. Byliśmy pełni podziwu dla ich aktywności i kreatywności objawianej mnóstwem pomysłów na przyjemne i zarazem pożyteczne dla nich spędzanie czasu. Spotykaliśmy ich raźnie pokonujących kilometry na turystycznych szlakach pieszych lub rowerowych, grających w tak ulubione przez nich kule, ćwiczących w grupach jogę lub tai-chi, dopieszczających wszystkie detale w swych ogrodach i na tarasach, pływających w oceanie lub osiedlowych basenach, czasem zwyczajnie wygrzewających się na słońcu, a wieczorem wesoło biesiadujących w gronie rówieśników, tańczących i śpiewających w licznych lokalach z muzyką na żywo lub karaoke. Ktoś powiedział, iż dla pewnego rodzaju ludzi, młodość przychodzi z wiekiem. Oni byli tego żywym przykładem. Mieliśmy nieodparte wrażenie, iż mimo swojego wieku, marzenia ciągle górowały u nich nad wspomnieniami. I tylko odrobina goryczy odzywała się w naszych sercach, gdy pomyśleliśmy o ich odpowiednikach w Polsce. Znowu przepaść, dwa światy. Oni tu zasypiali z nadzieją na jeszcze lepszy, pełen wrażeń, kolejny słoneczny dzień, a nasi seniorzy marzyli przed snem o dożyciu do kolejnej rewaloryzacji swoich skromnych emerytur, aby wreszcie starczyło im na wykupienie wszystkich leków.

Wspaniałym zwyczajem mieszkańców Costa del Silencio było wymienianie się uśmiechami i hiszpańskim pozdrowieniem „ola”, podczas mijania się na ulicy. Na początku naszego pobytu, gdy wracałem rano ze sklepu z gorącą bagietką i pokonując około czterystumetrowy odcinek naszej ulicy, musiałem co chwila odwzajemniać uśmiech i mówić „ola” do rzeszy „starszaków” podążających w odwrotnym kierunku, wydawało mi się to trochę dziwne i sztuczne zarazem. W Cala Millor panowała bowiem powszechna anonimowość. Nikogo nie interesowała pielęgnacja relacji międzyludzkich. Tabuny turystów starały się jak najwięcej wycisnąć z czasu, który przeznaczyli na wakacje, a cała reszta starała się jak najwięcej wycisnąć z turystów, operując uśmiechem i życzliwością niemal wyłącznie w celach komercyjnych. Ci pierwsi zdawali sobie z tego sprawę, a ci drudzy wiedzieli, że ci pierwsi wiedzą. Nikt jednak nie zaprzątał sobie tym specjalnie głowy, bo po prostu tak już jest w kurortach żyjących z turystów. Moja reakcja wydaje się jeszcze bardziej zrozumiała, jeżeli zważyć też na to, że byliśmy przecież ofiarami obyczajów panujących w tym względzie w Polsce, gdzie na ulicy, nawet w małych społecznościach, ludzie mijają się z obojętnością robotów. Na szczęście hiszpański luzik spowodował, że szybko zwalczyliśmy w sobie tę mentalną barierę i codzienny rytuał wymiany uśmiechów i pozdrowień stał się czymś zupełnie naturalnym, stając się nawet jednym z małych, ale ważnych elementów czyniących ten dzień lepszym, pełniejszym, wprawiał nas w dobry nastrój i nastawiał przyjaźnie do świata. Kolejny przykład genialności prostoty, prostych gestów, prostych słów. Obyśmy nigdy nie zatracili w sobie tej odrobiny wrażliwości, niezbędnej do smakowania życia poprzez dostrzeganie piękna w małych, drobnych rzeczach.

Specyficzna atmosfera Costa del Silencio, oparta na poczuciu wspólnoty i wynikających z niej uwarunkowań, umożliwiała w dosyć prosty sposób nawiązywanie sympatycznych relacji między ludźmi. Nie mówię tu o wielkich miłościach, równie wielkich przyjaźniach czy braterstwach dusz, choć bez wątpienia i takie historie miały tu miejsce, ale o takich relacjach, które sprawiają, że przypadkowe spotkanie na ulicy, wizyta u fryzjera, w sklepie, w restauracji rybnej, we włoskiej pizzerii czy w kilku kawiarniach i barach skutkuje pojawieniem się szczerych uśmiechów i odbyciem przyjemnej, niezobowiązującej pogawędki.

W związku ze zwyczajową fascynacją wszystkim co nowe, pierwszy okres w Costa był dla nas dosyć intensywny, nie tylko pod względem odkrywania jej naturalnych uroków, ale również pod względem gastronomiczno-barowo-sklepowo-usługowym. Dlatego dosyć szybko udało się nam takie sympatyczne relacje nawiązać, co jak już wspomniałem, najbardziej ucieszyło moją żonę. Człowiek jest ponoć istotą społeczną i ma silnie zakorzenioną potrzebę nawiązywania i utrzymywania więzi z innymi przedstawicielami swojego gatunku. Przykład mojej żony potwierdza to w całej rozciągłości. Można nawet powiedzieć, że jest bytem ponadprzeciętnie społecznym, niestety w stopniu zupełnie odwrotnie proporcjonalnym niż ja. Chociaż psychologia twierdzi, że teoria o przyciąganiu się przeciwieństw to mit, to jednak nasz przypadek zdaje się ten mit potwierdzać. Nie można jednak wykluczyć, że jesteśmy tylko jednym z wyjątków potwierdzających regułę.

Powszechnie wiadomo, że mieszkańcy krajów północno-zachodniej Europy nie są zbyt wylewni i otwarci w stosunku do innych ludzi, a już szczególną powściągliwość wykazują wobec przedstawicieli narodów spoza ich kręgu kulturowego, w tym mieszkańców Europy Wschodniej, których uważają, za delikatnie rzecz ujmując, cywilizacyjnie opóźnionych. Nie jest to co prawda zgodne z oficjalnym stanowiskiem rządów tych krajów, które ze względu na poprawność polityczną, twierdzą coś zupełnie innego, ale rzeczywistości i statystyk nie da się oszukać. Z drugiej strony nie ma im się co dziwić. Mając niejednokrotnie wątpliwą przyjemność obserwacji, słuchania i czytania o zachowaniu Polaków, Rosjan i innych przedstawicieli, ongiś bratnich krajów, na wakacjach za granicą, myślę, że na taką opinię solidnie sobie zapracowują.

Toteż kiedy po kilku tygodniach prawie codziennego wędrowania uliczkami Costa i sąsiedniej Las Galletas i bywania w tych samych miejscach o tej samej porze, zaczęliśmy być przez nich trochę rozpoznawalni i oczywiście, kiedy upewnili się, że nie jesteśmy częścią personelu pomocniczego, duma i uprzedzenie niektórych z nich rozrzedziły się na tyle, że do uśmiechu i hiszpańskiego ola, dodawali pozdrowienie znajomym gestem ręką, a jeszcze inni zdobywali się nawet na zagajenie nas grzecznościowym how are you, oczywiście nie oczekując wyczerpującej odpowiedzi w polskim stylu z opisem wszystkich chorób i innych nieszczęść, przy których mityczne plagi egipskie jawią się jako nieistotne igraszki losu. Z czysto przyjaznych pobudek, uznaliśmy te zachowania za objaw przychylności i zaakceptowania nas w społeczności rezydentów Costa del Silencio, jednak zrozumieliśmy też, że na polu zacieśniania więzi międzyludzkich z przedstawicielami tych nacji osiągnęliśmy maksymalny poziom.

Zupełnie inaczej rzecz się miała z rdzennymi mieszkańcami Teneryfy oraz z osiadłymi tu Włochami. Co ważne w przypadku Włochów, większość z nich pochodziła z biedniejszego, ale też bardziej słonecznego południa, głównie z Apulii, i to w zasadniczy sposób różniło ich od bogatszych i „chłodniejszych” krajanów z północy. Przede wszystkim mieli w sobie tę charakterystyczną dla nasłonecznionych narodów chęć i radość życia, którym to cechom towarzyszy na ogół ekspresja emocjonalna oraz otwartość na kontakty z innymi ludźmi. Bezrobocie i inne problemy ekonomiczne, które zmusiły ich do emigracji zarobkowej, powodowały, że w jakiejś mierze utożsamiali się z podobnymi im imigrantami z innych krajów i w związku z tym, nie wytwarzali tej niewidzialnej bariery, bufora oddzielającego rezydentów z bogatych krajów, od niższych im statusem społecznym i ekonomicznym. W przeciwieństwie jednak do przybyszów z Europy Wschodniej, Włosi nie zasilali szeregów personelu pomocniczego, ale uruchamiali własne, na ogół rodzinne interesy. Pewnie dla nikogo nie będzie zaskoczeniem fakt, że jakieś dziewięćdziesiąt procent pizzerii w Costa i Las Galletas – a było ich całkiem sporo – należało do nich. Próbowali też szczęścia w innych branżach, na przykład we fryzjerstwie. Właśnie takiego, włoskiego zakładu fryzjerskiego, zostaliśmy klientami, chociaż znak równości między nami w przypadku nazwania nas klientami zakładu fryzjerskiego to mocne nadużycie. Precyzyjniej rzecz ujmując, to żona została jego klientką, bo trudno, aby mój mocno przerzedzony czerep zasługiwał w pełni na to miano. A swoją drogą, ciekawe, czy Jezus uwzględniał też włosy, prawiąc w którymś ze swych kazań o wyższości jakości nad ilością. Myślę, że poczucie humoru powinno być jednym z ważnych atrybutów boskości. Przynajmniej w moim idealnym świecie.

Ten zakład fryzjerski został odkryty przez moją żonę na tydzień przed jego oficjalnym otwarciem. Szliśmy właśnie w kierunku oceanu, aby po raz kolejny nasycić wzrok zjawiskową wspaniałością Żółtej Góry, a następnie wydeptać swoją normę kilometrów, kierując się szlakiem na klifach w stronę Las Galletas. Żeby wejść na niezabudowany obszar nadoceaniczny, skąd rozciągał się widok na Żółtą Górę, musieliśmy przejść wzdłuż budynku mieszkalnego, którego parter wypełniały dwa sklepy, pizzeria i kawiarnia. Szyby jedynego wolnego jeszcze lokalu były brudne od remontowego pyłu, lecz mimo to żona dostrzegła w jego wnętrzu znajome, specjalistyczne fotele, zawieszone przed nimi lustra i kilka innych gadżetów, które nie pozostawiały wątpliwości co do jego przyszłego przeznaczenia, wzbudzając tym samym jej żywe zainteresowanie. Była bowiem właśnie na etapie szukania odpowiedniego zakładu fryzjerskiego. Dostrzegła także młodą kobietę, która intensywnie przyglądała się jej rozczapierzonej na szybie twarzy. Musiał to być bardzo zabawny obrazek, bo kobieta uśmiechała się od ucha do ucha. Żona natychmiast odkleiła się od szyby, a w następnej chwili kobieta wyszła na zewnątrz.

Lata praktyki, a także odrobina talentu w tym względzie – fałszywa skromność to przecież objaw hipokryzji – sprawiły, że potrafię rozróżnić różne rodzaje uśmiechów. Uśmiech lekceważenia, zdeprymowania, uległości, strachu, flirciarski, to niektóre z nich, ale najważniejsze, że potrafię odróżnić uśmiech szczery od fałszywego. Kobieta obdarzyła moją żonę najszczerszym ze szczerych uśmiechów, takim, w który zaangażowane są wszystkie, odpowiedzialne za uśmiech, mięśnie twarzy. Uśmiech, który powinni uwielbiać dentyści, bo świetnie ukazuje pełny stan uzębienia oraz okuliści, bo być może część z nich zaczęłaby się zastanawiać, czy oczy są tylko narządem wzroku i czy aby powiedzenia, że są też zwierciadłem duszy i oknem do wnętrza organizmu, są tylko czczą gadaniną, czy też jest w tym coś na rzeczy. Jeżeli jednak jest, to dusza Kobiety wespół ze wszystkimi ważnymi organami na pewno śmiała się w tym momencie razem z nią.

– Ciao bella, que puedo hacer para ti ? Cześć piękna, co mogę dla Ciebie zrobić ? – zapytała mieszanką włoskiego i hiszpańskiego. Taka zachęta do rozmowy plus wspomniany uśmiech to woda na młyn dla mojej małżonki i zarazem okazja do wystrzelenia w przestrzeń sporej, codziennej porcji słów, które niewypowiedziane, rozsadzają ją od środka niczym gazy po kapuście. A że Włoszki również słyną z zamiłowania do uprawiania słowotoku, nie zdziwiłem się, kiedy od słowa do słowa, od zdania do zdania wywiązała się między nimi ciekawa, oczywiście z kobiecego punktu widzenia, rozmowa. Po jakimś czasie przypomniano sobie o mojej osobie stojącej skromnie w stosownej odległości, więc wysłano mnie na kawę do sąsiadującej z lokalem kawiarni, abym swoją obecnością, nawet niemą, nie wprowadzał elementu dyskomfortu dyskusji pod presją czasową, po czym panie zniknęły za drzwiami. Po małej kawie i dużym piwie, które przytłumiło we mnie pojawiające się z wolna oznaki zniecierpliwienia, pojawiła się wreszcie moja małżonka, rozpromieniona jak słońce po burzy magnetycznej, i oznajmiła mi, że już ma nową, włoską fryzjerkę i koleżankę zarazem o imieniu Carla.

Carla przyjechała na Teneryfę z mężem i siedmioletnią córką. W swojej rodzinnej Apulii nie mogli znaleźć pracy w swoich zawodach. Jej mąż był budowlańcem. Nie dowiedzieliśmy się kim konkretnie, bo Carla bardzo oszczędnie wypowiadała się na jego temat. Podejrzewaliśmy, że coś ukrywa w związku z nim, ale nie przyszła nam do głowy żadna teoria spiskowa. Był mało rozmowny, raczej mrukliwy i najczęściej wychodził pod jakimś pretekstem, gdy przypadkiem przechodziliśmy obok i wpadaliśmy na krótką pogawędkę. Może również połączyły ich przeciwieństwa, gdyż Carla dla odmiany emanowała ciepłem, serdecznością i optymizmem, mimo że od pięciu lat walczyła z rakiem piersi. Krótko po diagnozie poddano ją mastektomii, a potem przeszła całą tę ciernistą drogę związaną z radio i chemioterapią. Na szczęście choroba od paru lat była w fazie remisji i walka z nią wydawała się wygrana. Carla zresztą nie dopuszczała do siebie innej myśli, choć gdy o niej mówiła, dostrzegałem w jej oczach tę odrobinę niepokoju i niepewności charakterystyczną dla ludzi w podobnej sytuacji.

O chorobie Carli dowiedziałem się naturalnie od żony, kiedy wróciła do domu po dwóch godzinach niby układania jej włosów. Po tylu latach małżeństwa nadal nie wiem tak do końca, czym z kolei emanuje moja żona i jaki rodzaj aury wytwarza, że tak dużo ludzi, już podczas pierwszej z nią rozmowy, zachowuje się tak, jakby leżeli na kozetce u psychoanalityka i opowiadają jej o swoich, czasem bardzo prywatnych czy wręcz intymnych problemach i sprawach, o których często nie mają pojęcia ich współmałżonkowie o najbliższej rodzinie nie wspominając. Wielokrotnie w czasie naszej zawodowej działalności, podczas spotkań z klientami, byłem świadkiem takich wynurzeń, a ile ich było podczas mojej nieobecności, trudno zliczyć. Kiedy więc wybrałem się do Carli na pierwsze golenie mojej nienachalnie owłosionej głowy, byłem już uzbrojony w stosowną wiedzę o niej. Pewnie temat choroby wcale by nie wypłynął, gdybym – najbardziej taktownie jak mnie było stać – nie zwrócił uwagi na jej dość liczne tatuaże. Nieco speszona powiedziała, że to pamiątka z czasów burzliwej młodości. Jak się wyraziła, była wtedy głupia i nie zawsze grzeczna, bez wchodzenia w szczegóły co się za tym kryło. Nie zamierzałem drążyć dalej tego tematu, ale Carla po dłuższej chwili, jakby chcąc jakoś spuentować to co powiedziała, dodała – i dlatego Pan Bóg pokarał mnie chorobą. No cóż, nieświadomie weszła na jedno z moich ulubionych poletek do dyskusji. Spojrzałem jednak na zawieszony nad drzwiami krzyż oraz na dwa krzyżyki przyczepione do złotego łańcuszka oplatającego szyję Carli i wiedziałem już, że nie powinienem zbytnio szarżować.

– Carla, nie obraź się za to, co powiem, ale gdyby było tak jak, mówisz, to ten Twój Bóg okazałby się cholernie mściwym i bezwzględnym gościem, a przecież ciągle słyszymy o jego wielkim miłosierdziu. Czy nie lepiej myśleć, iż chciał Ci przez to coś powiedzieć, dać jakąś lekcję, która spowoduje, że zaczęłabyś się zastanawiać nad swoim życiem. Znasz to powiedzenie, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Czytałem o ludziach, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji i stwierdzili potem, że choroba była czymś najlepszym, co ich w życiu spotkało, bo pozwoliła przewartościować mnóstwo rzeczy i zrozumieć co jest w życiu najważniejsze.

Coś tam chyba dotarło do Carli z tej mojej gadaniny, bo przy okazji następnej renowacji włosów mojej żony, nie szczędziła pochlebstw pod moim adresem i kilka razy pytała, kiedy znowu przyjdę się ogolić. Miałem cichą nadzieję, że był to przejaw, jeżeli nie rewolucji, to przynajmniej ewolucji jej poglądów na kwestię swojej choroby. Polubiliśmy Carlę na tyle, że zaczęliśmy się o nią trochę martwić, gdy jej fryzjerski interes nie przynosił na początku dochodów gwarantujących zyskowność. Obrazek Carli przeglądającej kolorowe czasopisma w oczekiwaniu na jakiegokolwiek klienta, był dość przygnębiający. Nadrabiała miną i uśmiechem, ale w jej oczach można było czytać jak w otwartej książce. Na szczęście wieści w społeczności Costa del Silencio rozchodziły się dosyć szybko, poczta pantoflowa działała sprawnie – przy naszym skromnym udziale – więc wkrótce sporo osób wiedziało już, że nowa włoska fryzjerka jest nie tylko sympatyczna, ale też zdolna i całkiem niedroga. Po dwóch miesiącach Carla zatrudniła pracownice i wprowadziła zapisy. Jej mąż znalazł pracę w swoim fachu i stał się jakby bardziej kontaktowy lub mniej autystyczny, jak mówili niektórzy złośliwcy. Oczy Carli odzyskały blask i zdawały się dawać wyraźny przekaz, że dusza Carli znowu śmieje się razem ze swoją materialną powłoką.

Nasza ulubiona pizzeria mieściła się w tym samym budynku co zakład fryzjerski Carli. Jej szefowa była uosobieniem naszych wyobrażeń o włoskie mammie. Ciepła, serdeczna, rozmowna oraz stanowcza, gdy wymagała tego sytuacja, no i przede wszystkim szerokopienna we wszystkich regionach swojego ciała, ze szczególnym uwzględnieniem obfitego biustu, do którego zapewne wypłakiwali się jej trzej dorośli, ale tylko ciałem, synowie po swych życiowych niepowodzeniach. Taka to już podobno włoska przypadłość, iż dorosłe dzieci bardzo długo nie mogą oderwać się od matczynego cycka. Po części to wina drogiego rynku mieszkaniowego, ale też nadopiekuńczości włoskich mam, mających jak najlepsze intencje, ale nieświadomych jej destrukcyjnego wpływu na swoje pociechy, które przyzwyczajone do życia pod kloszem, wyrastają na życiowe kaleki. Mamma – tak wszyscy o niej mówiliśmy- chyba kochała swoją pizzerię. Przynajmniej tak woleliśmy myśleć, niż rozważać wersję o życiowej konieczności. Przebywała w niej od rana do nocy, roztaczając swój urok osobisty, ale też kontrolując wszystkie aspekty jej działalności. Negocjowała z dostawcami, zabawiała rozmową gości, wybierała odpowiedni kanał w telewizorze i bacznie pilnowała tego ze swoich synów, który miał akurat dyżur za barem, ponieważ – którykolwiek by to nie był – widać było po nieobecnym wzroku, że jego myśli a więc i dusza, są zupełnie gdzie indziej. Podejrzewaliśmy, że pewnie z jakąś pięknością na plaży lub w którymś z nocnych klubów w Playa de las Americas, najbardziej zabawowym kurorcie Teneryfy. W tej sytuacji trudno się w zasadzie dziwić, że pracę w pizzerii swojej matki uważali za dopust boży. Szczególną słabość mamma zdawała się wykazywać w stosunku do różnych niespełnionych artystów, szczególnie malarzy, którym, chyba z litości, a może z włoskiego zamiłowania do sztuki, udostępniała ściany na darmową galerię. Wszystkie te rzeczy robiła prawie nie opuszczając swojego stanowiska dowodzenia, które mieściło się w samym centrum tego niewielkiego lokalu, przy otoczonej z trzech stron niewysokimi ściankami ze sklejki, stolnicy. To tam mamma wyczarowywała swoje przepyszne pizze. Najpierw rozwałkowywała przygotowane wcześniej kawałki ciasta, a potem pokrywała je odpowiednimi dodatkami. Synalek zanosił je wtedy do pieca, skąd wychodziły zarumienione, okrąglutkie i kolorowe dzieła sztuki kulinarnej.

Gwoli prawdy, to nie jesteśmy jakimiś wielkimi smakoszami pizzy. Będąc w miarę świadomymi konsumentami, zaliczamy ją do kategorii tak zwanego jedzenia śmieciowego, jednak będąc też wrogami wszelkich skrajności i radykalizmów, od czasu do czasu pozwalamy sobie zapomnieć o antyutleniaczach i wszystkich tych niezbędnych dla organizmu pierwiastkach, których pizza nie ma i po prostu wypełnić treścią nasze puste żołądki, nie obrażając przy tym subtelnej wrażliwości kubków smakowych.

Taki moment zapomnienia nadszedł wkrótce po naszej przeprowadzce do Costa. Zajmowaliśmy się w tym czasie intensywnym zwiedzaniem Teneryfy i właśnie wróciliśmy z jakiejś całodniowej wycieczki. Głodni i zbyt zmęczeni, aby przygotować coś samemu, postanowiliśmy zjeść coś na szybko, aby czym prędzej móc zacząć się regenerować, zalegając w rozkosznym bezruchu na leżakach przy basenie. Nie pamiętam, kto wpadł na ten pomysł, ale rzucone hasło: pizza i zimne piwo, zabrzmiało wtedy na tyle zachęcająco, że nie pojawił się żaden głos sprzeciwu. Wybraliśmy pizzerię leżącą najbliżej Atlantico, ponieważ mieliśmy już w nogach tyle kilometrów, że z każdym następnym krokiem tężały i ważyły jakby trochę więcej. Mamma powitała nas szerokim uśmiechem i wskazała jeden z pustych stolików. Wieczorny szczyt konsumpcyjny jeszcze się nie zaczął. Wybraliśmy szybko dwie pizze z końca długiej listy, bo tam są zawsze te zawierające najwięcej różnych dodatków. Jak człowiek jest mocno głodny, to po prostu chce jeść, a nie studiować menu. Mamma zajęła pozycję przy stolnicy i zaczęła rozgniatać ciasto, cały czas próbując podtrzymać rozmowę, na którą, z wyżej wymienionych powodów, początkowo nie mieliśmy specjalnej ochoty. Gdy jednak dyżurujący za barem synek przyniósł spienione piwo i kilkoma łapczywymi łykami ugasiliśmy pragnienie, głód łaskawie pozwolił na przypływ kojącego odprężenia, które z kolei pozwoliło na podniesienie temperatury rozmowy z mammą o kilka poziomów. Wskutek tego nasza z założenia pośpieszna wizyta w pizzerii, przedłużyła się do dwóch godzin. Zapewne znowu ta dziwna aura mojej żony spowodowała, że mamma opowiedziała nam z grubsza cały swój życiorys, nie szczędząc pikantnych szczegółów, puszczając wtedy do mnie szelmowskie oko i zmuszając mnie tym samym do przybierania zgorszonego wyrazu twarzy. To rozbawiało ją jeszcze bardziej i po chwili wszyscy wybuchaliśmy salwami śmiechu. Naturalnie zaspokoiliśmy też jej ciekawość informacjami o nas i streszczeniem ostatniego roku. Bardzo jej się to wszystko spodobało i z jeszcze z większą mocą zaczęła wysyłać ku nam swoje niezwykłe fluidy, dzięki którym u wszystkich w jej obecności wzrastał poziom szczęśliwości i ogólnego dobrostanu. Skonsumowana pizza, wypite piwo i przede wszystkim wesoła rozmowa z mammą wprawiła nas w wyśmienity nastrój i wspaniale podsumowała kolejny fantastyczny dzień na Teneryfie.

Gdyby przełożyć je na miarę naszego uwielbienia dla pizzy, wizyty u mammy byłyby czynnością sporadyczną, ale ponieważ od czasu do czasu odczuwaliśmy przemożną potrzebę znalezienia się w polu działania jej pozytywnych fluidów, wymyślaliśmy jakiś pretekst. Najczęściej była to kawa z jakąś słodką przystawką lub lekka sałatka w towarzystwie lampki, oczywiście włoskiego, białego wina. Zauważyliśmy z czasem, że mamma uśmiecha się do nas jakby serdeczniej i poświęca nam nieco więcej czasu niż innym gościom, nawet w porze wieczornego przesilenia i mimo tego, że raczej w mikroskopijny sposób przyczynialiśmy się do zwiększenia obrotów jej pizzerii. A już szczególnie poczuliśmy się wyróżnieni i uhonorowani, gdy zawitaliśmy do niej pewnego styczniowego wieczoru w towarzystwie Staszka i Małgosi, którzy akurat bawili u nas z wizytą. Dopiero w środku zorientowaliśmy się, że jest jakoś inaczej niż zwykle. Zamiast zwyczajowego odgłosu przytłumionych rozmów i wstrzemięźliwych gestów, panował typowy, włoski, wesoły harmider, niczym na jakimś małym piazza w Neapolu. Kilka dzieciaków uganiało się za małym yorkiem, który zręcznie kluczył między stolikami, wesoło merdając ogonem i obszczekując je swoim falsecikiem. Grupa nastolatków, skupiona przy jednym z narożnych stolików, głośno o czymś dyskutowała, a cała reszta wielopokoleniowego towarzystwa stała lub siedziała w centralnej części sali, tuż obok stolnicy mammy, i próbowała intonować jakąś starą, włoską piosenkę, której podkład muzyczny oraz słowa wydobywały się z telewizora. Ponad niezbyt ze sobą harmonizujące głosy, próbował się przebić jakiś doniosły, aczkolwiek raczej nieszkolony, tenor należący do podróbki Berlusconiego, jak go szybko ochrzciliśmy. Niski, wytwornie ubrany, ze sztuczną białą różą w butonierce i te mocno już przerzedzone włosy, ufarbowane na nienaturalny, zbyt czarny kolor i ulizane do tyłu, zapewne przy pomocy staroświeckiej brylantyny. Śpiewając wykonywał dramatyczne gesty, jakby przebywał nie w skromnej pizzerii, a na scenie mediolańskiej La Scali, w blasku reflektorów, w środku akcji którejś z oper Verdiego czy Pucciniego. Moją szczególną uwagę przykuł widok dwóch wysuszonych staruszków siedzących przy stoliku pod ścianą. Ubrani byli w czarne garnitury pamiętające z pewnością okres świetności swoich właścicieli, niegdyś z pewnością dziewiczo białe koszule i charakterystyczne sycylijskie czapki z daszkiem zwane coppola, co w połączeniu z ich beznamiętnym wyrazem twarzy oraz mętnym już wzrokiem, niezdradzającym najmniejszych nawet emocji, upodobniało ich – wypisz, wymaluj – do mafiosów na bardzo późnej emeryturze. Oczywiście równie dobrze mogli przez całe życie być poganiaczami kóz w górach Sardynii lub Sycylii, ale wersja o mafiosach była zdecydowanie bardziej ekscytująca. Staruszkowie do tego stopnia opanowali sztukę bezruchu lub oszczędzania resztek życiowej energii, że mogliby śmiało uchodzić za zmumifikowanych za życia lub kukły przywleczone i usadowione tu z jakiegoś dziwnego powodu. To, że tliło się w nich jeszcze życie, zdradzał jedynie fakt uginania przez nich, od czasu do czasu, ręki w łokciu w celu zaciągnięcia się cygaretką lub przechylenia kieliszka grappy.

Mamma, jak zwykle, trwała na swoim stanowisku przy stolnicy ugniatając ciasto, rozdając uśmiechy i jednocześnie wodząc czujnym wzrokiem dookoła, aby mieć wszystko pod kontrolą. Właśnie dojrzałem kartkę na drzwiach, którą przeoczyliśmy przy wchodzeniu, informującą o rezerwacji lokalu na prywatną uroczystość, więc tylko pozdrowiliśmy mammę ręką i już zamierzaliśmy wyjść, gdy błyskawicznie, uwzględniając jej gabaryty, znalazła się przy nas i mimo naszych protestów, znalazła nam stolik kosztem grupki dyskutujących nastolatków, których głosem nieznoszącym sprzeciwu, ścieśniła przy małym stoliku kawowym. Wyjaśniła nam, że celebrują jakieś włoskie święto i że są tu tylko członkowie jej rodziny i najbliżsi włoscy przyjaciele, ale dla nas stolik zawsze się znajdzie i wita nas z radością. Nie wypadało odmówić, więc podziękowaliśmy za takie wyjątkowe potraktowanie i pospiesznie złożyliśmy zamówienie, bowiem mamma musiała się uwijać, by obsłużyć tak duże gremium. Co prawda synkowie, wyjątkowo obecni w komplecie, robili za barmanów i kelnerów, ale przy stolnicy mamma była niezastąpiona. Wieczór okazał się uroczy. Już po pierwszym piwie zaczęliśmy podłączać się wokalnie do refrenów włoskich standardów. Arrivederci roma, mambo italiano czy volare przewijały się przecież, od czasu do czasu, w naszym życiu, najczęściej w różnych biesiadnych okolicznościach. Towarzystwo doceniło ten integracyjny gest i po którejś z piosenek zgotowało nam małą owację. Odwdzięczyliśmy się im krótkim toastem zakończonym polskim – na zdrowie. Od dawna już wiedzieliśmy, że obok naszego najpopularniejszego przekleństwa, to chyba najbardziej rozpoznawalne na świecie polskie słowo. Zwłaszcza że brzmi podobnie jak popularne rosyjskie zdarowyje. Reakcja była spontaniczna i wszyscy ochoczo podnieśli w górę swoje kieliszki lub szklanki. Zapanowała chwila ciszy będąca następstwem przełykania różnych płynów. Spojrzałem w tym momencie na staruszków i oniemiałem. Trzymali w górze opróżnione przed chwilą kieliszki i patrzyli w naszym kierunku. Po raz pierwszy odkąd tu przyszliśmy, czyli od prawie dwóch godzin, dostrzegłem w ich oczach jakąś reakcję. Może to moja wyobraźnia albo pobożne życzenie, ale chyba pojawiły się w nich na krótko te wesołe chochliki, które informują zainteresowanych, że jeszcze za wcześnie na pisanie epitafium. Zwłaszcza że rozchylili również nieznacznie usta, ukazując przy tej okazji cenne, bo rzadkie, sczerniałe zęby, co było ich wersją promiennego uśmiechu. Po kilku sekundach nałożyli swoje wcześniejsze maski i już do końca wieczoru nic nie zmieniło tego stanu rzeczy. Wracaliśmy do Atlantico w znakomitych humorach, a ja jeszcze długo, sam nie wiem dlaczego, miałem przed oczami widok ożywionych na krótko staruszków. Ten wieczór zacieśnił nasze relacje z mammą na tyle, że zaliczyliśmy ją w poczet tych postaci, które już na zawsze utożsamiać będziemy z naszą przygodą na Teneryfie.

Jednak z największym sentymentem wspominamy babcię Aurorę. Któregoś dnia, krótko po osiedleniu się w Costa, wstaliśmy wcześniej niż zwykle i po pośpiesznym śniadaniu udaliśmy się do Las Galletas, żeby zdążyć na tamtejszy targ rybny. Ten targ to jedna z perełek w koronie Costa i Galletas. Codziennie, oprócz niedziel, w drewnianych budkach przy porcie, rybacy sprzedawali wszystko co udało im złowić w czasie nocnej wyprawy na łowiska i czego nie kupili od nich, zjeżdżający tu z całej południowej Teneryfy, właściciele rybnych restauracji. Co prawda asortyment towaru nie był tak imponujący, jak na stoisku rybnym w supermarkecie Mercadona, ale tu przede wszystkim liczyła się świeżość i świadomość tego, że jeszcze kilka godzin wcześniej te wszystkie ryby i owoce morza z ciągle żywymi ośmiornicami, wiodły sielski żywot w odmętach wód Oceanu Atlantyckiego. Po dokonaniu zakupów ruszyliśmy w uliczki Las Galletas w poszukiwaniu jakiejś miłej i działającej już knajpki, aby zaliczyć poranną kawę i poobserwować rodzące się do życia miasteczko. Trafiliśmy w rejon niegdysiejszego mini osiedla domów rybackich, dzisiaj będący częścią ścisłego centrum Galletas. Dwie czy trzy działające tu klimatyczne knajpki były jeszcze zamknięte, więc podążyliśmy w kierunku głównego deptaka, licząc, że tam dopisze nam więcej szczęścia. Szukając najkrótszej drogi, weszliśmy w małą, wybrukowaną i kompletnie pustą uliczkę rozdzielającą rzędy piętrowych, białych kamienic.

Od razu ją zauważyliśmy. Siedziała na ławce przed otwartym oknem na parterze ostatniej kamienicy. Resztę ławki oraz okienny parapet wypełniały różne pojemniki z warzywami i owocami. Kiedy zbliżyliśmy się do okna, żonie zaświeciły się oczy na widok, uwielbianych przez nas, dorodnych papai, a ja wprost nie mogłem oderwać wzroku od kobieciny, ponieważ uderzyło mnie jej podobieństwo do mojej ukochanej, już dawno niestety nieżyjącej, babci. Tak jak ona, głowę miała owiniętą we wzorzystą chustę, twarz pooraną zmarszczkami, naznaczoną latami ciężkiej pracy lecz mimo to emanującą łagodnością i oczy, które już tyle widziały, a ciągle są ciekawe świata. Na sweterek i czarną spódnicę naciągnięty miała charakterystyczny fartuch, ponadczasowy w swojej odporności na zmieniające się mody i beżowe, grube rajstopy, pod którymi dojrzałem bandaże przeciwżylakowe. Tych ostatnich moja babcia na szczęście nie musiała stosować, no i dostrzegłem jeszcze jedną różnicę, kiedy jakiś czas później, staruszka uśmiechnęła się do nas w reakcji na komplementy pod jej adresem. Ujrzeliśmy wtedy niezbyt bogatą kolekcję jej zębów. Ze trzy z przodu i parę po bokach, dziwnym trafem dodawały jej dziecinnego uroku. Moja babcia wyjmowała sztuczną szczękę ze szklanki na stoliku nocnym zaraz po przebudzeniu i kładła ją tam z powrotem tuż przed zaśnięciem. Dbała, by nikt nie widział jej bez uzębienia. Nawet smarkate wnuki. Tutaj staruszkowie jakby nie mieli takich obiekcji. Para „mafiosów” w pizzerii, teraz ta babcia i sporo wcześniejszych przypadków dawałoby miłośnikom oparów absurdu podstawy do analizy tematu. W każdym razie staruszka o pięknym imieniu Aurora z miejsca zaskarbiła sobie naszą sympatię. Najpierw tylko swoim wyglądem i przyjaznym zachowaniem, a potem jeszcze informacją, że wszystkie wystawione produkty pochodzą z jej działki. A już kiedy wymieniła, ich cenę to w ogóle poczuliśmy z nią silną więź. Po kilku chwilach kilka papai, owoce kaki, pachnące pomidory, kanaryjskie banany, jajka, a nawet ziemniaki wylądowały w kilku siatkach, które przyszło mi nieść, razem z rybami, ponad dwa kilometry do domu. Ponieważ ani na Majorce, ani na Teneryfie nie dysponowaliśmy samochodem, robienie za tragarza stało się moją codziennością. Żeby nie stało się też udręką, szybko wytłumaczyłem sobie, że jest to dla mnie forma treningu fizycznego, który przynosi przecież same korzyści, wpływa na poprawę zdrowia, ogólnej wydolności i pozwala zachować jako taką sylwetkę. Nie bez znaczenia był też fakt, że gdy objuczony, spocony i zziajany wracałem do domu w towarzystwie zadowolonej z zakupów żony, zimne piwo nigdy nie smakowało lepiej.

Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że to sympatyczne wrażenie, jakie wywarła na mnie ta staruszka to przede wszystkim efekt wspomnianych skojarzeń i związanego z nimi nagłego skumulowania się różnych emocji…nostalgii, wspomnień i tęsknoty za czymś bezpowrotnie utraconym. Gdy w drodze powrotnej podzieliłem się swoimi wrażeniami z żoną, okazało się, że miała podobne myśli, tyle tylko, że jej staruszka przypominała z kolei babcię od strony ojca. Pomyślałem wtedy, że pewnie tysiące innych ludzi również dostrzegłoby w niej podobieństwo do swoich babć. Po prostu staruszka uosabiała te wszystkie charakterystyczne i zarazem najlepsze cechy naszych babć, które nasza podświadomość zachowała w pamięci. Była jakby archetypem babci z dawno minionego czasu, czasu naszego dzieciństwa i wczesnej młodości. Tak czy owak, uczyniliśmy z Aurory „naszą” babcię i od tej pory nigdy inaczej o niej nie mówiliśmy.

Naturalnie zakupy u babci Aurory stały się obowiązkowym punktem programu podczas naszych wizyt w Las Galletas. A że bywaliśmy tam średnio trzy razy w tygodniu, widywaliśmy się nader często i nasze relacje osiągały coraz większy stopień zażyłości. Po jakimś czasie zauważyliśmy nawet, że jakby nas wyczekiwała. Gdy tylko znaleźliśmy się w zasięgu jej wzroku, machała nam ręką na powitanie i już zupełnie bezceremonialnie szczerzyła wszystkie trzy przednie zęby w radosnym uśmiechu. Zawsze odbywaliśmy krótką pogawędkę, w którą wkładaliśmy jednak sporo energii, gdyż babcia, nie dosyć, że mówiła kanaryjską odmianą hiszpańskiego, charakteryzującą się, między innymi, straszliwą ilością zdrobnień, to jeszcze starczo sepleniła. Wkrótce poznaliśmy większość jej rodziny, męża, córkę, dwóch wnuków i kilkoro prawnucząt. Mieliśmy wątpliwości czy większą dumę odczuwała przedstawiając nam członków swojej rodziny, czy też przedstawiając nas im, jako swoich znajomych z egzotycznej dla niej Polski.

Kiedyś, jeden jedyny raz, zdarzyło mi się przeziębić. Miałem temperaturę, niezbyt dobrze się czułem, więc żona sama wybrała się do Las Galletas. Naturalnie odwiedziła babcię Aurorę i oprócz zakupu papai nie omieszkała jej rzecz jasna wspomnieć o chorym mężu. Przypuszczam, że trochę nagięła rzeczywistość, bo kiedy babcia dowiedziała się o moim „ciężkim” stanie, bardzo się przejęła. Kazała żonie zaczekać, poczłapała na piętro, a kiedy po dłuższej chwili pojawiła się znowu, miała ze sobą fiolkę z jakimiś „cudownymi” tabletkami. Wręczyła ją żonie, ponaglając jednocześnie, aby jak najszybciej mi je zaordynowała. Nie tylko nie chciała słyszeć o zapłacie, ale dodatkowo zapakowała też kilka pomarańczy ze swojego ogródka, zapewniając żonę, że ten zestaw na pewno postawi mnie na nogi. Jak łatwo się domyśleć, bardzo nas rozczuliła tym wielkodusznym gestem umoszczając już na stałe swoje gniazdko w naszych serduchach.

Carla, Mamma i babcia Aurora to osoby, z którymi nawiązaliśmy nieco bliższe relacje niż te standardowe charakteryzujące się rutynową wymianą uśmiechów, uprzejmości i plotek. Ale i ten poziom relacji był dla nas bardzo ważny, zwłaszcza w kontekście siedmiomiesięcznej, majorkańskiej posuchy w tej kwestii. Obsługa naszej ulubionej kawiarni, kelnerzy w restauracji rybnej w porcie, Diego w sklepie ze wszystkim, Gloria i jej mąż, od których wynajmowaliśmy mieszkanie i którzy mieli elegancki butik na deptaku w Galletas, barmani w latynoskiej piwiarni to galeria postaci przewijających się we wspomnieniach z tego wspaniałego okresu. Piękne miejsce, mnóstwo słońca, świeże powietrze, fajni, ciekawi ludzie…czegóż chcieć więcej. No cóż, zawsze jest jakieś ale. Do pełni szczęścia brakowało nam obecności najbliższych. Sporadyczne wizyty jeszcze bardziej nam to uświadomiły. I wiedzieliśmy, że oni też woleliby mieć nas zdecydowanie bliżej siebie. I wiedzieliśmy też, że nie przyjadą zamieszkać w Costa del Silencio. W tej sytuacji powrót na ojczyzny łono był jedynym wyjściem, choć na razie nie zaprzątaliśmy sobie tym głowy i skupiliśmy się na maksymalnym wykorzystaniu pozostałego nam czasu, głównie poprzez kolekcjonowanie uciech cielesnych i duchowych.

Spróbuj nie opierać się zmianom, które napotykasz na swojej drodze. Skąd wiesz, że ta strona do której się przyzwyczaiłeś, jest lepsza od tej, która Cię czeka. – Elif Shafak

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź