Rozdział 18

Zmierzch przez większą część naszego życia kojarzył nam się z początkiem końca dnia. Porą, wraz z którą wchodził w swój okres schyłkowy, smugę cienia. Zmierzchając, dzień sygnalizował też ludziom, że nadszedł czas zwolnienia obrotów, stopniowego dokręcania kurka z adrenaliną oraz świadomego i nieświadomego wszczęcia procedur i rytuałów związanych z przygotowaniem naszych organizmów do nocnego przełączenia ich w stan spoczynku. Wyłączając krótki okres lata, kiedy to zmierzch bywał preludium do wieczorno-nocnych, przeważnie całkiem przyjemnych doznań, zazwyczaj utożsamialiśmy go z pojawiającymi się nagle obłokami mgły lub mżawki wypełniającymi niemrawe światło ulicznych latarni, zgrabiałymi rękami, parą w wydychanym powietrzu, zamykaniem sklepów, wyludnianiem się ulic, w dzieciństwie końcem całodziennych gier i zabaw na podwórku i powrotami do ciepłego domu, a także pozbawionym wszelkiego schematu, stopniowym pojawianiem się światła w oknach blokowisk, na których się wychowaliśmy. To ostatnie skojarzenie może wydać się co najmniej dziwne, ale tak, był taki krótki okres, kiedy gapiliśmy się z kolegami w nasz blok i obstawialiśmy następne okno, w którym nastanie jasność. Później, za sprawą pewnej zekranizowanej sagi powieściowej, świat dowiedział się, że zmierzch stał się też symbolem końca sielanki dla niewielkiego amerykańskiego miasteczka, albowiem wtedy właśnie uaktywniały się tam różne stwory, za dnia udające zwykłego człowieka, ze swoimi morderczymi, a przede wszystkim krwiopijczymi skłonnościami. Krótko mówiąc, słowo zmierzch raczej nie wywoływało w nas pozytywnych skojarzeń.

Jednak podczas hiszpańskiego epizodu naszego życia, zmierzch zyskał w naszych oczach zupełnie nowe znaczenie. Z synonimu końca stał się synonimem początku. Początku niezwykle radosnej, kipiącej energią i intrygującej – z powodu pewnej nieprzewidywalności – części dnia. To wtedy bowiem następował masowy wysyp ciżby ludzkiej, nie tylko turystów, ale i tak zwanych lokalsów, na wszelkiego rodzaju deptaki, promenady, bulwary i place. Zapełniały się bary, restauracje, kawiarnie i sklepy, które po spokojnym, by nie rzec sennym, bytowaniu za dnia, zamieniały się w tętniące życiem miejsca. Z tym że miejscowi zazwyczaj gromadzili się w lokalach odpowiednio oddalonych od turystycznego centrum. Czuli i zachowywali się tam swobodnie, co skutkowało wysoką częstotliwością wybuchów śmiechu i innych objawów wesołości i zadowolenia z faktu spędzania tego wieczornego czasu w gronie przyjaciół lub rodziny. I takie miejsca odwiedzaliśmy najczęściej, kiedy już przeszliśmy etap fascynacji wypasionymi, efekciarskimi knajpami w pierwszej czy drugiej linii brzegowej.

Oczywiście miało to związek ze wspomnianym odkryciem genialności prostoty, ale kierował też nami racjonalny pragmatyzm, ponieważ z wizyt w tych lokalach wynikały dla nas same korzyści. Listę otwierała możliwość intensywnego i w dodatku bezpłatnego osłuchania się z językiem hiszpańskim i to z jego mniej oficjalną wersją, ze wszystkimi skrótami myślowymi, epitetami, wezwaniami wszystkich świętych i przekleństwami.

Cienka jest granica między cynizmem, sarkazmem a ironią, więc obawiam się, że wszystkie te określenia mogą się przewijać w kontekście naszego komentarza stwierdzającego, że odkryliśmy wreszcie dziedzinę – szkoda, że niechlubną – w której wyraźnie górujemy nad Hiszpanami. W kwestii przekleństw wręcz bijemy ich na głowę. Ekspozycja słowna naszych historycznych i kulturowych frustracji jest bowiem imponująca. Jakże ubogi, wręcz przaśny jest repertuar ich wulgaryzmów w porównaniu z kwiecistością naszego języka w tym temacie. W dodatku trzeba sporej cierpliwości i koncentracji, żeby co jakiś czas wyłowić je z potoku słów, którymi strzelają do siebie niczym z kałasznikowa. Z naszej, polskiej perspektywy będzie też bardzo dziwnym, czyli zarazem podejrzanym, fakt, że można przekuć głębię swoich myśli na w miarę logiczny wywód, nie używając, w co drugim, a w inteligentnej wersji w co trzecim zdaniu, odpowiedniego przerywnika na k, h lub p.

Inną niebagatelną korzyścią bywania w tych lokalach był fakt, iż ceny w nich były dużo niższe niż w tych nastawionych na skubanie turystów, przy czym nie odbywało się to kosztem jakości dań i napitków. Mało tego, najczęściej bywało na odwrót, jedzenie było znakomite, gdyż klientela składała się w większości ze znajomych, sąsiadów i rodziny właściciela, a także z mieszkańców najbliższej okolicy i to od nich zależało jego dalsze być albo nie być w gastronomicznym lokalnym świecie. A że jak już wiadomo, we wszystkim, co związane jest w jakikolwiek sposób z jedzeniem, Hiszpanie wyprzedzają nas o parę lat świetlnych, dlatego byli oni najbardziej wymagającymi i surowymi cenzorami tego, czym raczono ich wysublimowane kubki smakowe.

Następna ważna rzecz to muzyka, która dobrana niestosownie do okoliczności, potrafi wprowadzić u mnie pewien rodzaj dyskomfortu, jakiś zgrzyt czy zakłócenie w harmonijnym przepływie energii. W restauracjach i barach dla miejscowych mieliśmy pewność, że podczas konsumpcji paelli, pescado a la plancha (ryby z grilla), papas arrugadas (małych pomarszczonych ziemniaków) moczonych w sławnych sosach mojo rojo i mojo verde, czy różnorakich tapasów i delektowania się później szarlotką z lodami popijaną cafe de leche i kieliszkiem brandy de Jerez, będzie nam towarzyszyć muzyka hiszpańska lub latynoska, czyli energetyczne rytmy idealnie dostosowane w swych wibracjach do klimatu tych miejsc i naszych prohiszpańskich nastrojów. Jakim strasznym dysonansem byłaby dla nas ewentualność wysłuchiwania przy takich okazjach, na przykład, bawarskich przyśpiewek. Niestrawność połączona z obstrukcją gwarantowana.

Wizyty w takich lokalach bywały też często okazją nie tylko do słuchania, ale również do szlifowania naszego hiszpańskiego. Zauważyliśmy przy tym, że to szlifowanie, pozbawione uprzedniej presji, przychodzi nam jakby z większą łatwością, a już na pewno sprawia nam więcej przyjemności. Byliśmy tam przeważnie jedynymi extranjeros, czyli zagranicznikami i z tego tytułu, przynajmniej przez pierwsze piętnaście minut, wzbudzaliśmy pewne zainteresowanie. Oczywiście panowie, jak to Latynosi, lustrowali dość bezceremonialnie moją małżonkę, mrucząc pod nosem stosowne komentarze, z kolei panie szukały kontaktu wzrokowego z moimi rzadkimi tutaj, więc oryginalnymi dla nich, niebieskimi oczami. Niestety latynoskie kobiety (oczywiście z wyjątkiem Penelope Cruz, Salmy Hayek, Jennifer Lopez i paru innych), być może od nadmiaru słońca lub z powodu jakichś genetycznych przyczyn, po przekroczeniu pewnej granicy wiekowej, dosyć szybko zaczynają przypominać stateczne matrony, a młode senioritas, które ewentualnie mogłyby przykuć mój wzrok na nieco dłużej niż ułamek sekundy, okupowały w tym czasie ze swoimi chicos (chłopakami) okolice Burger kinga lub Mc Donald’sa. Wpychały tam w siebie śmieciowe jedzenie popijane colą lub shakeami mając w głębokim poważaniu tradycyjne, smaczne i zdrowe przysmaki, z których ich kraj słynie na cały świat. Znak czasu? Chyba tak, i pewnie dlatego większość z nich, raczej prędzej niż później, zostanie klientkami butików dla puszystych i pacjentkami gabinetów gastrologicznych. Rubens na pewno chichocze ze złośliwą satysfakcją w zaświatach.

To początkowe zainteresowanie skutkowało na ogół tym, iż parę chwil później, pod jakimś błahym pozorem, kelner, barman lub nawet któryś z klientów, zawsze miły i obowiązkowo uśmiechnięty, zagadywał nas pytając skąd pochodzimy i czym się zajmujemy. Kiedy już taki jeden z drugim zaspokoił swoją ciekawość, a wraz z nim reszta sali, często próbował okazać nam jakiś wyraz sympatii, usiłując na przykład wymienić nazwisko jakiegoś znanego mu naszego rodaka. Zazwyczaj po dość znacznym wysiłku umysłowym (sądząc po grymasie twarzy i wzroku kierowanym do nieba), potrafili wymienić tylko dwa nazwiska: Lewandowski i Wałęsa. Ponieważ ich wiedza o naszym kraju i jego mieszkańcach sprowadzała się do znajomości tych dwóch postaci, więc dla podtrzymania rozmowy, z premedytacją schodziłem na inny temat, w którym czuli się już dużo, dużo swobodniej. Ten temat to oczywiście piłka nożna, obok jedzenia i może narodowych loterii, ich główna religia. Praktycznie mogli rozmawiać o niej bez końca, więc często zatracali się w czasie, z czego rzecz jasna skwapliwie korzystaliśmy ćwicząc język tak długo, dopóki ktoś skutecznie nie przywołał naszego rozmówcy do porządku, przypominając mu o jego zawodowych bądź towarzyskich obowiązkach.

To właśnie o zmierzchu miało miejsce nasze pierwsze spotkanie z wrogiem publicznym numer jeden Teneryfy. To był piękny, listopadowy dzień, jakiś tydzień po osiedleniu się w Costa del Silencio. Po kilkugodzinnym pławieniu się w blasku słońca i falach oceanu oraz po częściowym przetrawieniu, w czasie dwugodzinnej sjesty, wielkiego, półkrwistego steku z tuńczyka popitego butelką czerwonego Pata Negra, oczywiście dziewięcioletniego Gran Reserva, leżakującego pięć lat w dębowych beczkach, świeżo po zdobyciu złotego medalu na światowym festiwalu win, kupionego w promocji w naszym ulubionym supermarkecie za jedyne dwa dziewięćdziesiąt euro, wyszliśmy na spacer, aby zapoznać się z wieczorno-nocną ofertą atrakcji naszej nowej, małej ojczyzny.

Zbliżaliśmy się właśnie do Centro Comercial, czyli skupiska sklepów, barów i restauracji, gdy naszą uwagę przykuł biało-czarny kocur zabawiający się w najlepsze, na skwerku tuż przy chodniku, z jakimś małym stworzonkiem. Każdy napotkany kot przywoływał w nas tęskne wspomnienie naszego ukochanego Tofika, który swoje mruczanto uskuteczniał wtedy pod opieką naszego syna, więc nasze zainteresowanie było jak najbardziej zrozumiałe. Z początku myśleliśmy, że jesteśmy świadkami typowej zabawy w kotka i myszkę, do której czas był przywyknąć, gdyż nasz Tofik uwielbiał tę zabawę, popisując się w niej swoją kocią sprawnością oraz morderczą konsekwencją, niestety czasem w naszej obecności. Pół biedy, kiedy robił to w ogrodzie, w na tyle bezpiecznej odległości, aby nasz wzrok nie mógł dostrzec drastycznych szczegółów, ale zdarzało się, że towarzysza i zarazem przyszłą ofiarę tych zabaw, oczywiście wbrew jego woli, przynosił sobie w pyszczku do domu. Najczęściej była to polna mysz, ale ponieważ Tofik instynktownie dbał o bioróżnorodność w naszym leśno-polnym ekosystemie, bywało, że wymopowaną podłogę przed kominkiem uświetniła swoją obecnością także jaszczurka, kret lub padalec. Zasady tej zabawy były banalnie proste. Gość Tofika próbował na wszelkie znane mu sposoby opuścić nasze gościnne progi, a Tofik, przeważnie w ostatnim momencie, zawracał go z powrotem. Robił to przy pomocy swoich ostrych jak brzytwa mojego dziadka pazurków lub wcale nie mniej ostrych ząbków, toteż po kilku, czy kilkunastu próbach takiego zawracania dostrzegaliśmy autentyczne zdziwienie w zawsze niewinnych oczach naszego kotka, kiedy nieoczekiwanie zabawa dobiegła końca. Jakby nie mógł zrozumieć, że ciężko jest biegać lub pełzać będąc pozbawionym większości odnóży, nie wspominając o głowie. Oczywiście nie przyglądaliśmy się temu z jakimś chorym, sadystycznym zainteresowaniem. Po pierwszym przedstawieniu, podczas którego żona wskoczyła ze strachu na krzesło, z trudem tłumiąc krzyk, a ja naiwnie wierzyłem, że nasz przekarmiony pupil odprowadzi za chwilę swojego gościa tam, gdzie go spotkał, kiedy tylko Tofik zjawiał się ze swoją ofiarą, żona odwracała w jakiś sposób jego uwagę, a ja przy pomocy szufelki wynosiłem stworzenie na zewnątrz i zwracałem mu wolność. Niestety kilka razy, z powodu przebywania w innych pomieszczeniach, nasza interwencja okazała się spóźniona i dlatego mogliśmy już tylko ujrzeć rozczłonkowane zwłoki oraz wspomniane zdziwienie w oczach Tofika.

Kiedy znaleźliśmy się w bezpośredniej bliskości biało-czarnego kocura coś nas jednak zaintrygowało. A konkretnie to pechowa ofiara kociej zabawy. Dlaczego ta mysz, jak jeszcze w tym momencie myśleliśmy, potrafi skakać na pół metra w górę niczym odbijająca się piłeczka pingpongowa, kiedy kot łaskawie zwalniał nacisk swojej uzbrojonej w pazury łapki? No i właściwie, dlaczego ten kot zabawia się w tak bliskim sąsiedztwie przechodzących ludzi, zamiast przenieść to swoje małe co nieco w bardziej ustronne miejsce i tam, nie wnikając w szczegóły, wypełnić swoją rolę w łańcuchu pokarmowym? Okazało się, że zmierzch, ten wielki sprzymierzeniec iluzji, skutecznie utrudnił nam prawidłową identyfikację stworzonka. Kiedy bowiem pochyliliśmy się nieco, żeby w miarę z bliska przyjrzeć się małemu skoczkowi, szybko skonstatowaliśmy, że pierwsze skojarzenie z myszą było nietrafione. Owszem, wąsy nawet się z grubsza zgadzały, ale cała reszta diametralnie się od myszy różniła, zwłaszcza wyposażenie w trzy pary odnóży.

– To na pewno nie mysz – powiedziałem do żony.

– To karaluch. Po hiszpańsku La Cucaracha – mówiący to facet za naszymi plecami okazał się właścicielem polskiego sklepu w Costa del Silencio. Akurat przechodził koło nas, usłyszał, w jakim narzeczu się do siebie zwracamy i co zaprzątnęło naszą uwagę, więc przyszedł nam z pomocą. Przy okazji zareklamował też swój sklep i to na tyle skutecznie, że zostaliśmy jego stałymi klientami, chociaż kiełbasa śląska była tam wyjątkowo podłego gatunku i na jednej sentymentalnej degustacji się skończyło.

– To pora, gdy wychodzą żerować – kontynuował tymczasem – niedługo będzie ich pełno. Są dużo większe niż w Polsce. Na pewno rozdepczecie ich kilka podczas spaceru. To taki charakterystyczny odgłos pękającego chitynowego pancerza. Rano chodniki będą upstrzone ich rozgniecionymi ciałami, ale na szczęście służby porządkowe codziennie robią z tym porządek.

Po takiej rekomendacji jeszcze baczniej przyjrzeliśmy się karaluchowi. To było owadzie monstrum. Mógł mieć jakieś sześć centymetrów długości i ciągle walczył o życie. Jednak dało się zauważyć, że podczas każdego kolejnego skoku osiągał niższy pułap. W końcu kot widocznie uznał, że karaluch z powodu swojej postępującej rachityczności, przestał być zabawny i po ostatnim, już bardzo mizernym skoku, przydusił go nieco dłużej i mocniej. Karaluch znieruchomiał, więc wziął go do pyszczka i pomaszerował gdzieś w bardziej ustronne miejsce, by go w spokoju skonsumować. Wszak koty, po całodziennym wylegiwaniu się, również o zmierzchu zaczynały swoje łowy. Trzeba jednak zaznaczyć, że karaluchy to nie jest ich ulubiona strawa i w zasadzie mogą być dla nich jedynie przystawką i to niezbyt wyszukaną. Za to uwielbiają je jaszczurki i gekony, same będące z kolei dla kotów daniem głównym. Podobno w hotelach, w których koty czują się swobodnie przechadzając się ospale między turystami, jest gwarancja spotkania bliskiego stopnia z karaluchami. Najczęściej w łazience, czasem w pokoju przy pozostawionych nieopatrznie resztkach jedzenia. Z kolei w hotelach, w których nie toleruje się kotów, a dużą estymą cieszą się jaszczurki i gekony, problem z karaluchami praktycznie nie istnieje. Niestety w łańcuchu pokarmowym nie ma miejsca na sentymenty. To kwestia przeżycia. My, ludzie, najwięksi drapieżcy w przyrodzie, wiemy o tym najlepiej, stojąc na jego szczycie.

Karaczan zwany potocznie karaluchem to wróg publiczny numer jeden nie tylko Teneryfy, ale wszystkich Wysp Kanaryjskich. W uprzykrzaniu życia mogą z nim konkurować tylko mrówki faraona. Właściwie to mrówki są nawet bardziej upierdliwe, ale karaluch wzbudza zdecydowanie większe obrzydzenie. Kiedy dojdzie do tego jeszcze świadomość, że potencjalnie mogą roznosić zarazki blisko siedemdziesięciu chorób, w tym takich, których nazwy powodują jeżenie się włosów na głowie – jeżeli się je oczywiście posiada – jak na przykład cholera, gruźlica, trąd i dżuma to przyznanie im palmy pierwszeństwa na liście wrogów jest jak najbardziej uzasadnione. Na szczęście, wbrew obiegowej opinii, kanaryjskie karaluchy nie potrafią fruwać, a skrzydła pełnią wyłącznie rolę spadochronu, kiedy szybko i bezpiecznie pragną znaleźć się z powrotem na ziemi na przykład po uczcie w koronach palm daktylowych, których owoce uwielbiają. Najbardziej smakują im jednak tak zwane spady, czyli te już trochę przejrzałe i nadgniłe. Mają ich pod dostatkiem, ponieważ kanaryjska palma daktylowa jest tu drzewem szalenie popularnym. Nie dość, że rodzi smaczne i zdrowe owoce, to jest ponadto niezwykle efektowna. Turystom kojarzy się z egzotycznymi wakacjami, ucieczką od szarej codzienności, wolnością od harówki, beztroską zabawą i kolorowymi drinkami. Ich widok działa na nich jak wyrafinowane techniki podprogowe na podświadomość konsumentów. Nic zatem dziwnego, że obsadzono nimi większość promenad i alei. Są obowiązkowym elementem nie tylko hotelowych ogrodów, ale często i gęsto tworzą szpalery drzew wzdłuż długich odcinków ulic i chodników. Również w naszym Costa del Silencio. Dlatego kierując się o zmierzchu lub wieczorem w kierunku centrum lub do pobliskiego Las Galletas, zmuszeni byliśmy rozgniatać nie tylko karaluchy, ale i przejrzałe owoce daktylowca. Z początku próbowaliśmy to jakoś omijać, ale wychodził z tego nieporadny slalom przypominający scenkę z Ministerstwa Dziwnych Kroków cyrku Monty Pythona, a efekt był słabiutki. Z czasem się do tego po prostu przyzwyczailiśmy i tak jak inni przestaliśmy na to rozgniatanie zwracać uwagę, myjąc jednak skwapliwie, po każdym wieczornym spacerze, podeszwy klapek, aby zapobiec roznoszeniu się mikroskopijnych jajeczek.

Wizyta karaluchów oraz mrówek faraona w naszym mieszkaniu nastąpiła już kilka dni po osiedleniu się w Costa del Silencio. Niezwykle wrażliwe na zapachy karalusze czujki, które przy pierwszym spotkaniu pomyliłem z mysimi wąsami, oraz mrówczy zwiad wyczuły nowe, fantastyczne zapachy wydobywające się z naszej kuchni i niezwłocznie zameldowały o tym swoim owadzim przełożonym. Decyzja o inwazji była kwestią czasu. Pierwsze dwa karaluchy spotkałem podczas nocnej wizyty w toalecie. Światło oślepiło je na tyle, że znieruchomiały, a być może udawały martwe w nadziei na pozostawienie ich w spokoju. Zachowałem zimną krew i przy pomocy papieru toaletowego pochwyciłem je w momencie, w którym widocznie przejrzały moje zamiary i podjęły rozpaczliwą próbę ucieczki. Rozgniotłem bezlitośnie papier w palcach i już w następnej chwili karalusze zwłoki znikły w czeluściach kanalizacji. Kładąc się z powrotem do łóżka, dziękowałem opatrzności za to, że wysłał do toalety mnie, zamiast żonę, i pomyślałem, że muszę ją jakoś delikatnie na takie spotkania przygotować. Wyeliminowanie elementu zaskoczenia to w jej przypadku połowa sukcesu w uzyskaniu efektu przewidywalności zachowania.

Rano, jak zwykle wstałem wcześniej od żony, aby odbyć rytualny rajd po gorącą bagietkę. Rozsunąłem zasłony i otworzyłem na oścież drzwi tarasowe w salonie. Światło kanaryjskiego słoneczka natychmiast rozgościło się w jego wnętrzach i sąsiadującej z nim kuchni. Podszedłem do lodówki, aby przed wyjściem napić się jeszcze wody. Pijąc, mimowolnie powiodłem oczami po kuchennym blacie i omal się nie zakrztusiłem. Mrówcza armia w szyku bojowym próbowała właśnie dobrać się do wszystkiego, co dla mrówek jadalne, a wiadomo, że nie są specjalnie wybredne. Chwilowa konsternacja, swojskie o k…a, uruchomienie turbosprężarki w zwojach mózgowych i po dziesięciu sekundach byłem gotowy do działania. Wstawiłem wodę na wrzątek i obudziłem żonę. Trochę się przeraziła, głównie skalą inwazji, ale na szczęście byliśmy już zaprawieni w walce z mrówkami. Próbowały zaanektować część naszego domu w Polsce, ale daliśmy im wtedy skuteczny odpór. Część zginęła od wrzątku, a część od broni chemicznej. Wybór takich samych, radykalnych działań, wydawał się oczywisty. Żona dostała zadanie niezwłocznego przystąpienia do kontrataku przy użyciu wszelkich dostępnych środków. Jedynym dostępnym środkiem był wrzątek, więc chwyciła czajnik, który swym gwizdaniem właśnie meldował o gotowości bojowej i wyszła na taras, żeby unicestwić mrówcze oddziały, które nie zdążyły jeszcze przekroczyć ich Rubikonu, czyli progu mieszkania. Użycie wrzątku w środku groziłoby większymi stratami, niż tymi zadanymi przez mrówki. Mnie pozostało jak najszybsze dotarcie do supermarketu w celu zaopatrzenia się w śmiercionośne dla mrówek spraye. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie zrobiłem tego w takim tempie. Cóż, wojna wymaga poświęceń. Wróciłem po kilku minutach z płucami na wierzchu, a wody zimnej łyk wdarł się w gardło niby krzyk, jak śpiewały kiedyś Wały Jagielońskie. Po zaspokojeniu pragnienia przystąpiłem do odbezpieczenia tuby z bronią chemiczną, bacznie obserwując w tym czasie ruchy wroga. Wydało mi się, że ich stanowczość i zdecydowanie w dążeniu do celu, czyli do tak zwanej wyżerki, mocno wyhamowała. Jakby dotarła do nich wiadomość o straszliwym końcu oddziałów na tarasie. Po chwili jednak znowu ruszyli zwartym szykiem. Widocznie ich wódz wydał komunikat podobny w treści do tego z mojego ulubionego serialu, kiedy to pułkownik obwieszcza brygadzie pancernej, iż drogi powrotnej nie ma.

Pierwsza chmura śmiercionośnego pyłu spowodowała jednak, że cały ich impet i dotychczasowa dyscyplina ulotniła się niczym sny o potędze naszej reprezentacji piłkarskiej, a zastąpił ją instynktowny głos mrówczego rozsądku, czyli ratuj się kto może. To spowodowało, że mrówki zaczęły rozpierzchać się na wszystkie strony, co z kolei zmusiło mnie do zmiany kierunku kontrnatarcia. Właściwie to w moje działanie wkradł się pewien chaos, musiałem bowiem reagować na nieskoordynowane ruchy wroga i neutralizować go najpierw w tych miejscach, w których zbliżał się na niebezpieczną odległość do zapasów żywności. Wszak kwestia aprowizacji to jedno z najważniejszych zagadnień w czasie wojny. Koniec końców po zużyciu prawie całego arsenału, walka dobiegła końca. Tysiące martwych mrówek zalegało blaty i podłogę w kuchni, a powietrze przesycone było wonią środka chemicznego. Otworzyliśmy wszystkie okna na oścież i poszliśmy do pobliskiej knajpki na śniadanie. Kiedy wróciliśmy po dwóch godzinach, mieszkanie znowu pachniało oceanicznym, kryształowo czystym, zdrowym powietrzem. Następną godzinę zajęło nam uprzątnięcie mrówczych zwłok i umycie kuchni. Kiedy wreszcie usadowiliśmy swoje strudzone ciała na tarasie, mogliśmy ze spokojem przeanalizować wydarzenia dzisiejszej nocy (powiedziałem żonie o karaluchach) i poranka. Przeczuwaliśmy, że karaluchy pewnie jeszcze odwiedzą nas parę razy, ale wojnę z mrówkami uznaliśmy za wygraną. Myliliśmy się. Okazało się, że była to dopiero pierwsza bitwa. W ciągu następnych dwóch tygodni takich bitew musieliśmy stoczyć jeszcze trzy. Na szczęście również zwycięskie. Dopiero wówczas mrówki ostatecznie uznały się za pokonane, ponieważ już do końca naszego pobytu omijały nasze mieszkanie szerokim łukiem. Spotykaliśmy za to często ich oddziały raźnie maszerujące przez kawiarniane lub restauracyjne stoliki. Dla branży gastronomicznej były prawdziwą plagą. Nie lubimy mrówek. To najbardziej ekspansywne, poza człowiekiem, znane nam stworzenie. I w ogóle nam ich nie żal, że Coś lub Ktoś obłożył je straszliwą klątwą, skazując na bezustanną pracę. Co jednak przykre, okoliczność ta stała się kolejnym narzędziem w rękach władców systemu do prania naszych mózgów. Określenia „pracowity jak mrówka” i „mrówcza praca” są używane w kontekście wzorca zachowań godnych naśladowania. W zestawie z pełnymi hipokryzji hasłami w rodzaju „Praca czyni lepszym” czy „Cudza praca nie utuczy” wydatnie przyczyniają się do produkcji kolejnych pokoleń ludzkich wołów roboczych, naturalnie o odpowiednio zwężonych horyzontach myślowych. Na tyle wąskich, aby można im na przykład bez problemu wmówić, że jednym z najważniejszych wyznaczników wielkiego postępu ludzkości jest wynalezienie podgrzewanej klapy do sedesu.

Kiedy pogłębiłem trochę moją wiedzę o karaluchach, zrozumiałem, dlaczego miejscowi nie robią z ich masowej obecności wielkiego problemu. Można nawet stwierdzić, że stały się one jakby elementem ich kultury i tradycji. W myśl starego powiedzenia mówiącego, że jeżeli nie możesz kogoś pokonać, to przyłącz się do niego albo naucz się z nim żyć. Karaluch towarzyszy bowiem człowiekowi od zarania jego dziejów. Przez cały okres zbieracko-łowiecki, aż do czasów, gdy ludzie zajęli się rolnictwem, żyliśmy z nim w swoistej symbiozie. On czyścił wszystko wokół nas z resztek jedzenia, zapobiegając powstawaniu wielu potencjalnych zagrożeń zdrowotnych, a my zjadaliśmy masowo dorodne i pożywne karaluszki, które wspaniale zaopatrywały nasze organizmy w białko i sole mineralne. Później jednak wzajemne relacje ulegały ciągłemu ochładzaniu, a gdy z mroków dziejów wyewoluowała tak zwana cywilizacja zachodnia, zredukowała rolę karalucha do rangi śmiertelnego wroga. I tak jest do dzisiaj. Tymczasem w Azji, Afryce, niektórych rejonach Meksyku i wielu innych miejscach na świecie jest on nadal jednym z elementów diety. Sprzedawane są na kilogramy, na niezliczonych bazarach i targowiskach, często rywalizując o względy konsumentów z innymi, równie pożywnymi owadami. Największym popytem cieszy się karaluch madagaskarski, którego walory smakowe przez wielu wybitnych i wybitnie bogatych smakoszy są tak cenione, iż delektują się nimi tylko przy specjalnych okazjach. Pojawia się wtedy na stole na równych prawach z homarem, kawiorem ze stuletnich jesiotrów, japońską wołowiną, truflami przyprawionymi szafranem i najlepszymi rocznikami win i szampana. No cóż, podobno zjeść można prawie wszystko, a obyczaje kulinarne zależą wyłącznie od uwarunkowań kulturowych.

W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku wielkim przebojem dancingów, czyli potańcówek, na które w grzesznych latach swojej młodości uczęszczali nasi rodzice, była piosenka zatytułowana „La Cucaracha”. Później w przypływach radosnego nastroju, najczęściej krzątając się po kuchni, nigdy po wywiadówce w szkole, nasze mamy nuciły sobie pod nosem refren tej piosenki. La cucaracha, la cucaracha, i z oczywistych powodów, kończyły stosunkowo łatwym, la, la, la, la, la. Nieźle się z żoną uśmialiśmy, wspominając tę historię w kontekście znaczenia słowa: la cucaracha. Pewnie myślały, że to piosenka o miłości, bo w tamtych czasach wszystkie piosenki śpiewane po hiszpańsku, włosku czy francusku musiały być przecież o miłości. Wyobraziliśmy sobie, jak kąpią schabowe w jajku i wyśpiewują – karaluch, karaluch. Nasze pękanie ze śmiechu potęgował fakt, że tak naprawdę jest to stara meksykańska piosenka o marihuanie. Nieco później, gdy już trochę ochłonęliśmy, naszła mnie refleksja, że wystarczyłoby przecież, żeby nasze mamy wychowały się w innej, bardziej oswojonej z karaluchami, kulturze i wszystko by ze sobą – jakby to ujęła nasza przyjaciółka Marzena -znakomicie konweniowało. Marihuana, karaluch madagaskarski w sosie własnym i dobry humor.

Niedawno w niektórych rejonach Rosji zauważono masowy zanik występowania karaluchów. Nikt nie wie, co jest tego przyczyną. Takie zjawisko wystąpiło po raz pierwszy w wielowiekowej wzajemnej koegzystencji i w związku z tym wywołało wielkie zaniepokojenie. Poważnie rozpatrywana jest nawet ewentualność objęcia ich ochroną. Znawcy tematu twierdzą, że jeżeli to samo zacznie się dziać ze szczurami, to następni w kolejce są ludzie. Nie pojawił się żaden głos poddający to twierdzenie w wątpliwość.

Trzecim i ostatnim, obok mrówek i karaluchów, składnikiem wspomnianego dziegciu w tej wielkiej beczce miodu, trzecią szczerbą w tym rogu obfitości wszelakich, jaką bez wątpienia jest Teneryfa, jest zjawisko zwane calima. Można je zaliczyć do gatunku nietrafionych prezentów, jakie sukcesywnie przynosi ze sobą wschodni wiatr o egzotycznej nazwie sirocco, wiejący od strony Afryki. Pokonuje on ponad stukilometrową drogę nad oceanem, przenosząc wraz z gorącymi masami powietrza ogromne ilości ziarenek saharyjskiego piasku. Występuje najczęściej między jesienią a wiosną. Ponieważ nasza bytność na Teneryfie obejmowała właśnie ten okres, więc mieliśmy nieprzyjemność kilka razy odczuć działanie calimy na własnej skórze. Muszę ugiąć się pod biczem samokrytyki i przyznać, że zapewne przez zbyt powierzchowne potraktowanie tematu, pominąłem gdzieś w gąszczu informacji o Teneryfie, wątek związany z tym zjawiskiem.

Toteż kiedy pewnego grudniowego poranka, jak zwykle wyruszyłem szlakiem wzdłuż oceanicznych klifów do sklepu po gorącą bagietkę i jak zwykle mając zamiar niespiesznie, z radością w sercu kontemplować otaczające mnie zewsząd cudowności natury oraz zgłębiać meandry własnej duszy poddając ją presji za pomocą medytacji i mantry, ogarnęło mnie zdumienie i lekki niepokój, gdy najpierw spojrzałem w niebo, a potem powiodłem wzrokiem dookoła. Niebo, zamiast jak zwykle przyoblec się w ulubione przeze mnie błękity, tym razem spowite było w jakieś dziwne szarobrązowe szaty, których tren rozpościerał się na całym nieboskłonie, sięgając ziemi i przybierając formę ciężkiej mgły. Za jej sprawą, tak dobrze znane mi już otoczenie zrobiło się jakby surrealistycznie nierealne. Jakbym znalazł się w przestrzeni między snem a jawą. Kolory, kontrasty, krawędzie, krzywizny, kontury, granica widnokręgu, słowem wszystko, co tworzyło dotychczas tak oczywistą rzeczywistość, uległo załamaniu lub zamazaniu. Zwłaszcza że moje oczy zaczęły nagle mocno łzawić, a organizm zareagował wzmożonym wydzielaniem potu w odpowiedzi na nagły wzrost temperatury. Zauważyłem, że owa mgła w postaci pyłu osiada na maskach samochodów, pokrywając je szczelnie nieprzezroczystą powłoką. Po chwili zorientowałem się, że brudny pył osiada wszędzie, na roślinach, na budynkach i na ludziach, wnika we wszystkie szpary, otwory, wklęsłości i wypukłości, a palący wiatr jest jego sprzymierzeńcem. Co się dzieje? Myśli kłębiły się w mojej głowie jak nierozplątane lampki na choinkę. Czy tak albo jakoś podobnie nie miał wyglądać świat po wybuchu wulkanu Yellowstone, albo po uderzeniu potężnej asteroidy lub – co na jedno wychodzi – krótkiej wojnie nuklearnej? Trudno, co by to nie było to i tak nie mam na to wpływu, więc pogodzony z nieuniknionym, kontynuowałem swój marsz po bagietkę. Wszak nawet skazaniec w celi śmierci ma prawo do ostatniego posiłku. Ukojenie znalazłem w twarzach mijanych ludzi. Jak zawsze uśmiechniętych, gdy pozdrawialiśmy się zwyczajowym ola. W supermarkecie też wszyscy zachowywali się normalnie, to znaczy według tutejszych norm, bo nigdzie indziej kasjerka siedząca najbliżej drzwi nie wita z uśmiechem każdego wchodzącego klienta głośnym ola, que tal, czyli cześć, jak się masz? Odpowiedziałem pozdrowieniem i wcale niewymuszonym uśmiechem, ponieważ wiedziałem już, że nie stało się nic ostatecznego i życie będzie toczyło się dalej swoim ustalonym torem.

Po śniadaniu, zjedzonym przy szczelnie zamkniętych oknach, żona zadzwoniła do poznanej parę dni wcześniej na przystanku autobusowym Doroty. Jej córka z mężem i dwójką dzieci mieszkała również w Atlantico, a ona sama w innym kompleksie, niecałe dziesięć minut drogi od nas.

– Możecie być spokojni. To jeszcze nie koniec świata. To calima. Normalna rzecz o tej porze roku. Za dwa, trzy dni powinna ustąpić. Gorzej mają ci na Lanzarote i Fuertaventurze, bo są bliżej Afryki. Poczytajcie w internecie. W każdym razie, jak nie musicie, to lepiej nie przebywajcie w tym czasie za długo na zewnątrz no i mycie okien murowane.

Wtedy pierwszy raz usłyszeliśmy to słowo. Calima. Uruchomiliśmy komputer i już pół godziny później wiedzieliśmy wszystko na jej temat. Oprócz tego, czego doświadczaliśmy empirycznie, okazało się, że calima może być niebezpieczna dla astmatyków, dzieci, ludzi w podeszłym wieku oraz mających problemy kardiologiczne. Później calima nawiedzała nas jeszcze ze trzy razy, choć nigdy z taką intensywnością jak tego grudniowego poranka. No i traktowaliśmy ją już jako coś zupełnie normalnego. Tak zresztą jak karaluchy i mrówki. Tak jak człowieka, nie można kochać Teneryfy wybiórczo. Trzeba ją kochać z całym dobrodziejstwem inwentarza i taką właśnie ją pokochaliśmy.

Tym samym kochaliśmy już dwie wyspy, bo Majorka też na stałe znalazła miejsce w naszych sercach. Czuliśmy się wybrańcami losu, ponieważ życie na Majorce i Teneryfie było dla nas nieprzerwanym pasmem dobrych, bardzo dobrych i szczęśliwych zdarzeń. Omijały nas choroby, złe wiadomości, źli ludzie i inne nieszczęścia. Karaluchy, mrówki i calima były tylko niewiele znaczącymi epizodami, a perspektywa czasu prawie zupełnie zminimalizowała ich znaczenie. Trzymając się jednak zasady, aby pisać o rzeczach pomijanych w oficjalnych folderach marketingowych, spotach reklamowych, o rzeczach o których nie usłyszymy w biurach podróży i które są skrzętnie skrywane lub dyplomatycznie pomijane przez miejscowych żyjących z turystyki, nie mogliśmy pominąć tego aspektu naszej przygody.

„Jeśli kiedykolwiek zamierzasz cieszyć się życiem – teraz jest na to czas – nie jutro, nie za rok. Dzisiaj powinno być zawsze najwspanialszym dniem.”

Thomas Dreier

Komentarz ( 1 )

  • Janina

    Witam,
    18 Rozdział zdominowały Pana „doświadczenia” z plagą mrówek, karaluchów i calimą. Nie udało się Panu w ten sposób skutecznie zniechęcić czytelników do wyjazdu na opisywane Wyspy. Przecież nie taki był Pana zamiar.
    Pomimo poruszanego tematu ” robali” rozdział jest bardzo ciekawy i zawiera praktyczne wskazówki radzenia sobie z tego typu „szarańczą”.
    Pozdrawiam czekam z niecierpliwością na kolejne rozdziały.

Zostaw odpowiedź