Rozdział 17

Trzeci dzień na Teneryfie przyniósł rozwiązanie problemu mieszkaniowego. Jakby nie patrzeć, znowu wyszło na nasze. Wiara w przychylność „wyższej instancji” zaprocentowała zakończeniem naszych poszukiwań i uwolnieniem nas od rodzącego się pomału niepokoju i obawy co do szczęśliwego finału tychże, czyli niepotrzebnego stresu. Uważam co prawda, że rozum i wiara w tradycyjnym, religijnym rozumieniu tego słowa, to pojęcia raczej się wykluczające i tylko w wyjątkowych, sporadycznych przypadkach idą w parze, to jednak w naszym przypadku akurat taki wyjątek nastąpił. Zdrowy rozsądek, będący niewątpliwie konsekwencją używania rozumu, nakazywał nam bowiem, oprócz wiary, mieć w zanadrzu plan awaryjny. Wiadomo, że strzeżonego Pan Bóg strzeże nieco bardziej. Zakładał on przedłużenie pobytu w hotelu i objęcie poszukiwaniami całego terenu Teneryfy, również jej północnych krańców, których wcześniej nie braliśmy pod uwagę. Wytłumaczyliśmy sobie, że gdzie jak gdzie, ale na tej rajskiej wyspie wszędzie znajdziemy cudowne okoliczności przyrody, spotkamy fajnych, ciekawych, życzliwych i uśmiechniętych ludzi i będziemy mogli poczuć się jak w domu. Wystarczy przecież tylko znowu przekręcić odpowiednie gałki w naszych głowach. Na szczęście, a może niestety, nigdy nie dowiedzieliśmy się, jak wyglądałaby nasza przyszłość w tej alternatywnej wersji naszego życia, gdyż plan awaryjny pozostał tylko planem, a to za sprawą naszego następnego kontaktu, czyli Agnieszki.

Brytyjskie i niemieckie agencje w zasadzie zdominowały rynek handlu nieruchomościami, zarówno na Majorce jak i na Teneryfie, a właściwie to na całych Balearach, wszystkich Wyspach Kanaryjskich i w co atrakcyjniejszych rejonach hiszpańskiego wybrzeża kontynentalnego. O ile w pozostałej części dają coś uszczknąć z tego biznesowego tortu hiszpańskiej konkurencji, o tyle segment nieruchomości luksusowych, czyli najbardziej dochodowy, to prawie wyłącznie ich domena. Agnieszka pracowała w jednej z takich brytyjskich agencji nastawionej na sprzedaż apartamentów, domów i rezydencji ludziom o ponadprzeciętnej grubości portfela lub raczej nieprzyzwoitej ilości zer na koncie. W ramach swoich obowiązków pilotowała, między innymi, transakcję sprzedaży apartamentu w La Calecie rodzicom naszego znajomego z branży internetowej. I to właśnie im w dużej mierze (oprócz wspomnianej „wyższej instancji”) należą się podziękowania za szczęśliwy finał naszych poszukiwań, gdyż wspaniałomyślnie skontaktowali nas z Agnieszką, wystawiając jej przy tym jak najlepsze referencje. Szczególnie podkreślili jej uczciwość i profesjonalizm, czyli cechy raczej deficytowe wśród rodaków na obczyźnie. Ta laurka wystawiona Agnieszce przez ludzi godnych zaufania sprawiła, że wiązaliśmy z nią określone, choć umiarkowane, nadzieje.

Agnieszka już podczas pierwszej wymiany maili, jeszcze na Majorce, bez ogródek zakomunikowała nam, że jej specjalizacją jest sprzedaż nieruchomości i nie ma zbyt dużego rozeznania w rynku najmu, a w zasadzie to w ogóle się tym nie zajmuje i tylko ze względu na wstawiennictwo państwa Z (rodzice naszego znajomego) popyta tu i tam i prosi o przypomnienie się, kiedy już zawitamy na Teneryfę. Ponieważ czas przeznaczony na poszukiwania „kanaryjskiej siedziby” był ograniczony długością naszego pobytu w hotelu, czyli trochę naglił, już pierwszego dnia po przyjeździe zadzwoniłem do niej, awizując nasze przybycie i polecając się łaskawej pamięci w wiadomej sprawie. Trochę zaniepokoiła mnie, wyczuwalna w jej głosie, rezerwa. Była wprawdzie uprzejma i po raz kolejny zapewniła nas, że zobaczy, co da się zrobić, ale była to raczej uprzejmość typu urzędniczego, czyli takiego, który nie rokuje zbyt dobrze, jeżeli chodzi o załatwienie czegokolwiek. Na szczęście tym razem pomyliłem się w ocenie sytuacji, ponieważ pozory, jak to często bywa, były mylące. Agnieszka okazała się po prostu osobą nieszafującą nadmiernie emocjami, co objawiało się u niej wyjątkową oszczędnością słów i gestów. Jak na jej wiek – który oceniliśmy na trzydzieści kilka lat – uprawiany zawód i ciągłe obcowanie ze słońcem, na pewno była to cecha dość unikatowa. Nie przeszkodziło nam to jednak odebrać jej jako inteligentnej, rozsądnej i na swój sposób sympatycznej panienki. Zdecydowanie należała bowiem do tej wąskiej grupy osób, które wiedzą, co mówią, a nie mówią, co wiedzą. A że nie rzucała słów na wiatr, przekonaliśmy się właśnie tego trzeciego dnia, kiedy zadzwoniła z wiadomością, że tak jak obiecała, popytała tu i tam i w rezultacie umówiła nas na oglądanie dwóch mieszkań. Znajdowały się one w Las Galletas i Costa del Silencio, czyli w dwóch sąsiadujących ze sobą miejscowościach, leżących około jedenastu kilometrów na południe od Los Cristianos.

Agnieszka przyjechała po nas swoim Polo punktualnie o szesnastej. Od razu dała nam odczuć, że jest przede wszystkim człowiekiem czynu, gdyż nie przejawiała najmniejszej ochoty na zwyczajowe strzępienie języka i zaraz po krótkim powitaniu ruszyliśmy w kierunku autostrady. Podczas drogi jakimś cudem wydobyliśmy od Agnieszki garść informacji o oferowanych nam mieszkaniach. Ważyła każde słowo niczym wytrawny dyplomata, więc ten proces wydobywania informacji przypominał raczej przesłuchanie prezydenta Clintona przed komisją senacką w sprawie afery rozporkowej niż normalną rozmowę. Na szczęście nasza – zrozumiała przecież – ciekawość została wkrótce w pełni zaspokojona. Po niespełna pół godzinie zaparkowaliśmy przed hotelem Alborada Beach Club w Las Galletas. W hotelowym lobby czekała na nas elegancka hiszpanka w średnim wieku, przedstawicielka miejscowej agencji, z którą Agnieszka od czasu do czasu współpracowała, podsyłając sobie wzajemnie klientów. Marga, czyli hiszpański odpowiednik naszej Małgorzaty, przywitała się z nami serdecznie, po czym rozpoczęła prezentację pierwszego mieszkania. Okazało się ono dawnym apartamentem hotelu w którym się spotkaliśmy. Mieściło się w prawym skrzydle budynku, wyłączonym aktualnie z eksploatacji. Pierwsze co rzuciło nam się w oczy to dominujący wszędzie surowy beton. Elewacja, balkony, korytarze, wszędzie ten beton i to często i gęsto nadgryziony zębem czasu. W takim stanie bardziej to przypominało pruskie koszary lub jakiś inny budowlany koszmar niż trzygwiazdkowy hotel. Pewnie dlatego właściciel, mając kłopoty z pełnym obłożeniem i chcąc się jakoś ratować, postanowił pokoje w jednym skrzydle przeznaczyć na sprzedaż lub długoterminowy wynajem. Oferowane nam mieszkanko okazało się malutkie, umeblowanie mocno sfatygowane, typowe dla hoteli o niskim standardzie, a skromny aneks kuchenny nadawał się co najwyżej na wakacyjny pobyt. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak zaznaczyć, że miał ten hotel coś, co wyróżniało go spośród wszystkich innych hoteli. Był to (tak twierdziła Marga) największy hotelowy basen na całej Teneryfie. Rzeczywiście robił wrażenie i to nie tylko z powodu swojej wielkości (3792m2), ale i fantastycznego położenia. Od oceanu oddzielał go bowiem tylko wąski wał wulkanicznych głazów, a że ocean, nawet gdy wydaje się spokojny, lubi zademonstrować swój brak skłonności do żartów wysyłając od czasu do czasu pomruk w postaci zupełnie niespodziewanej, wielkiej fali, więc często można było zaobserwować niezwykle efektowne zjawisko zderzenia się owej fali z tymi głazami, co powodowało wzbijanie się jej na wysokość drugiego piętra, by następnie, ulegając sile rozpędu oraz grawitacji, opaść po drugiej stronie wału, w postaci prysznicu, prosto na głowy kąpiących się akurat w tej części basenu. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że przez najbliższe miesiące będziemy częstymi bywalcami tego miejsca, a ja będę wytrwale wyśrubowywał tu swoje rekordy w pływaniu długodystansowym. Okazało się bowiem, że zamieszkaliśmy całkiem niedaleko, choć na razie miny nam nieco zrzedły.

Mieszkanie w hotelu okazało się niewypałem, więc z mocno obniżonym poziomem optymizmu wróciliśmy na parking, wsiedliśmy z Agnieszką do samochodu i ruszyliśmy za terenówką Margi. Nie ujechaliśmy daleko. Po niespełna pięciu minutach, podczas których Agnieszka nie zdążyła nawet wrzucić czwartego biegu, wysiadaliśmy już przed kompleksem mieszkalnym Residencial Atlantico w Costa del Silencio. Nie przeceniam wagi pierwszego wrażenia, ale kiedy wysiedliśmy z samochodu i rozejrzeliśmy się dookoła, po raz pierwszy podczas poszukiwań mieszkania na Teneryfie, poczuliśmy dziwne mrowienie w okolicach żołądka, które było manifestacją gorącego pragnienia, aby cała reszta, czyli wnętrza Atlantico i oferowany nam apartament, pozostawała w wizualnej harmonii z tym, co ujrzeliśmy.

Pewnie wyda się to trochę irracjonalne, ale zanim nasze oczy zaczęły wtedy rejestrować obrazy otaczającej nas rzeczywistości, zdążyliśmy w tej jednej, króciutkiej chwili poczuć coś jeszcze, jakiś rodzaj pozytywnej energii, którą później zdefiniowaliśmy jako emanację czy tchnienie spokoju. Tego rodzaju spokoju, który kojarzył się z relaksacją i odprężeniem, czyli z ogólnym błogostanem, który ma niezwykle dobroczynny wpływ na ciało i duszę. I chociaż równie dobrze mógł to być bezcenny szept intuicji lub dyskretny przekaz od duszków opiekuńczych, to i tak nie zmienia to faktu, że to w jaki sposób zaczęliśmy postrzegać wszystko potem, było konsekwencją tej magicznej chwili. Przynajmniej tak to sobie wytłumaczyliśmy, ulegając ludzkiej skłonności do nazywania wszystkich rzeczy po imieniu.

Przede wszystkim otaczało nas mnóstwo zieleni. Zieleni upstrzonej lub poprzetykanej różnokolorowymi barwami kwiatów w wydaniu gruntowym, lub zdobiących niektóre gatunki drzew i krzewów. No i cała masa kaktusów. Od małych przypominających te z naszych polskich mieszkań, po trzy, czterometrowe okazy. Niektóre również eksponowały swoje imponujące ukwiecenie, stając w tej materii w konkury z resztą florystycznej braci, jakby chcąc zadać kłam twierdzeniu niektórych radykałów, iż kaktusy najlepiej sprawdzają się po przerobieniu ich na tequile. We wszystkim znać było rękę ogrodnika. Trawniki równiutko skoszone, żywopłoty przycięte. Można było poczuć się jak w gigantycznym ogrodzie, w którym jednak ktoś zezwolił na wybudowanie kompleksów mieszkalnych, ale tylko takich, które harmonijnie wkomponowywałyby się w piękno tego miejsca. I rzeczywiście w zasięgu naszego wzroku nie dojrzeliśmy budynków wyższych niż dwupiętrowe. Niemal wszystkie miały estetycznie wykończone elewacje, gdzie często tradycyjny tynk pięknie współgrał z naturalnym kamieniem, najczęściej piaskowcem. Umiejętnie wykorzystano też miejscowy kamień, czyli pokruszoną, zastygłą lawę. Użyto go głównie do budowy różnego rodzaju murków oporowych oraz murów ogrodzeniowych. Mur z takich kamieni otaczał również Atlantico. Choć nie wszystkim jego ciemna barwa może przypaść do gustu, nam wcale nie przeszkadzała. Byliśmy przecież na Teneryfie, wyspie wulkanicznej i praktyczne wykorzystanie zastygłej lawy, najtańszego budulca było czymś naturalnym. Warto też wspomnieć, że kamień ten posiada ponoć różne cudowne właściwości, w tym lecznicze. Używa się go w różnego rodzaju terapiach, a także wyrabia prozdrowotną biżuterię.

Atlantico i pozostałe kompleksy usytuowane były po obu stronach spokojnej, jednokierunkowej ulicy. Okazało się, że biegła ona równolegle do oceanu. W linii prostej oddalona była od niego zaledwie o jakieś sto pięćdziesiąt metrów. Podczas całej naszej wizyty przejechały nią raptem dwa lub trzy samochody. Raz na pół godziny przejeżdżał też autobus, którym można było dojechać do dowolnej miejscowości w „trójmieście” lub miejscowości położonych na wschód od Costa del Silencio, na przykład do mekki golfiarzy, czyli Golf del Sur. Przystanek znajdował się w odległości kilku minut od Atlantico. Dalszych kilku minut potrzeba było, aby dojść do najbliższego supermarketu i centrum gastronomiczno-handlowego.

Tych kilka wiadomości w ekspresowym tempie przekazała nam Marga, zanim weszliśmy na teren kompleksu. Wejścia strzegła duża, dwuskrzydłowa brama wykonana ze stalowych prętów. Zwieńczona zdobnym łukiem, stylizowana nieco na średniowieczne wrota do zamczyska, wyglądała bardzo efektownie, a pnące się po jej krawędziach naręcza bugenwilli z setkami kwiatów w pełnym rozkwicie dodawały jej sielskiego uroku. Nasze nadzieje rosły równie intensywnie, jak rozchodzący się zapach bugenwilli. Parę metrów za bramą znaleźliśmy się na szerokim korytarzu rozdzielającym dwa, długie na kilkadziesiąt metrów, piętrowe budynki. Korytarz wyłożony był świecącą się w słońcu jakby dopiero co wypolerowaną terakotą. Co kilkanaście metrów zdobiły go klomby z egzotyczną zielenią i gustowne ławeczki. Drzwi do „naszego” mieszkania znajdowały się akurat naprzeciw takiego klombu. Marga przekręciła klucz w zamku, uchyliła je nieznacznie i gestem zaprosiła mnie pierwszego do środka. Widać latynoski kult macho odcisnął na niej swoje piętno, ale pochodzenie zobowiązuje, więc oczywiście ja, dżentelmen z poznańskiego Dębca, grzecznie, aczkolwiek stanowczo zaprotestowałem. Panie przodem. Tak też się stało i za chwilę, jako ostatni zamykałem drzwi od środka.

Chwilę wcześniej zerknąłem na żonę i dostrzegłem w jej oczach kumulację emocji. Nadziei połączonej z niepokojem. Wiedziałem, jak bardzo chciała już rozpakować walizki, poukładać i powiesić wszystko po swojemu w szafie, poustawiać nieliczne fotografie bliskich oraz najbardziej osobiste bibeloty, które przywieźliśmy tu ze sobą ze względu na ich wielką wartość, niestety wyłącznie sentymentalną, jak chciała znowu ugotować obiad, postawić na stole wazon z kwiatami, raczyć się śniadaniem na tarasie grzejąc się równocześnie w nieśmiałym, porannym słońcu, wyeksponować wszystkie kosmetyki w łazience, zrobić pranie (tu chyba nieco przesadziłem), przeczesać okolicę w poszukiwaniu najciekawszych sklepów, knajpek i fryzjera, słowem poczuć się wreszcie jak w domu. No i ruszyć na podbój Teneryfy. Wszak tyle niezwykłych miejsc czekało na nasze przybycie i uwiecznienie na wspólnej z nami fotografii.

Po wejściu do środka dokonaliśmy błyskawicznej lustracji i ciężar spadł nam z serca. Mieszkanie było po gruntownym remoncie. Czuć było jeszcze zapach świeżo położonej farby. Niedrogie, proste, ale z gustem dobrane meble z Ikei dobrze komponowały się z nowoczesną kuchnią z lakierowanymi w kremowym kolorze frontami. Kuchnia z pokojem dziennym tworzyła otwartą przestrzeń, co bardzo nam odpowiadało, gdyż tak właśnie mieliśmy w naszych polskich domach przez ostatnie kilkanaście lat. Uwielbiamy zapachy wydobywające się z kuchni podczas przyrządzania posiłków, nawet te wydzielane przez smażoną rybę. Przywołuje to też dawne wspomnienia wakacyjnych pobytów u naszych dziadków na wsi i już zawsze będzie dla nas synonimem tak zwanego ogniska domowego. Dwie sypialnie, jedna z dużym małżeńskim łożem, szafkami nocnymi i komodą w stylu kolonialnym, druga z rozkładaną sofą i wielką nowoczesną, wnękową szafą. Całość uzupełniała niewielka, ale funkcjonalna łazienka z prysznicem i efektowną, choć jak się później okazało, niepraktyczną, nastawną, szklaną umywalką. Najbardziej jednak przypadł nam do gustu około dwudziestometrowy taras. Nie roztaczał się z niego co prawda zachwycający widok na ocean, ale i tak było pięknie, ponieważ wzdłuż całego budynku ciągnął się szeroki na jakieś trzydzieści metrów pas zieleni. Z dobrze utrzymanego trawnika wyrastały pinie, palmy i inne nieznane mi gatunki drzew, krzewów i kwiatów oraz – jakżeby inaczej – kaktusów. Pas zieleni wieńczył wysoki na metr murek oporowy ze wspomnianego ciemnego kamienia wulkanicznego. Murek wyznaczał granice Atlantico, a zarazem odgradzał go od ulicy i ciągnących się po obu jej stronach chodników. Po drugiej stronie ulicy znowu dojrzeliśmy liczne drzewa skąpane w skromniejszej wzrostem zieleni, a za nimi tarasy budynków z kolejnego kompleksu. Taka odległość zapewniała pełną intymność, a jednocześnie umożliwiała obserwację toczącego się w wyjątkowo niespiesznym rytmie, życia na zewnątrz. Wymieniliśmy z żoną porozumiewawcze spojrzenia, które nie pozostawiały złudzeń, iż nasze myśli są w tym momencie identyczne. Tak, to było to. Nie trzeba nam nic więcej. Już wiedzieliśmy, że to właśnie tu chcemy tworzyć naszą nową, kanaryjską rzeczywistość przez najbliższe pięć i pół miesiąca. Pozostała jeszcze kwestia uzgodnienia ceny i kilku drobnych spraw. Negocjacje były czystą przyjemnością i przebiegały w atmosferze wzajemnego zrozumienia, jakby to określił protokół dyplomatyczny. W ich rezultacie zostaliśmy szczęśliwymi najemcami przytulnego mieszkania na rajskiej wyspie, zwanej też wyspą wiecznej wiosny. Nic zatem dziwnego, że tak szybko ulegliśmy jej czarowi, bo i w naszych sercach panowała wtedy wiosna, a kalendarz wydał się jakimś irracjonalnym, surrealistycznym tworem, gdy parę dni później przewracaliśmy w nim stronę z napisem listopad.

Początkowo chcieliśmy niezwłocznie osiąść w naszym nowym mieszkaniu, ale kiedy schłodziliśmy rozgrzane głowy w hotelowym basenie, doszliśmy do wniosku, że jednak zostaniemy w hotelu do końca „turnusu”, czyli jeszcze trzy dni. W końcu cóż znaczą trzy dni do prawie pół roku, jakie mieliśmy spędzić w Costa del Silencio. Na trzy dni mieliśmy też jeszcze wynajęte nasze autko, więc postanowiliśmy wykorzystać optymalnie ten czas i urządzać całodzienne wycieczki. Na pierwszy ogień poszły, wspomniane już, Puerto de Santiago i Los Gigantes.

Gdy byliśmy w Puerto de Santiago na wakacjach, ponad dwadzieścia lat temu, była to malutka miejscowość z jednym, dużym, czterogwiazdkowym hotelem i dwoma lub trzema o niższym standardzie. Kilka knajpek i restauracji ledwo wiązało koniec z końcem, a ich właściciele witali każdego klienta jak zbawcę. Wraz z przyjaciółmi mieszkaliśmy w tym dużym hotelu, mając wykupioną opcję ze śniadaniem. Już nie pamiętam z jakiego powodu, prawdopodobnie, żeby wyindywidualizować się z rozentuzjazmowanego (to dla giętkości języka) tłumu Niemców i Brytyjczyków napierających na hotelowy bufet, a także dla sympatycznego klimatu biesiadowania przy wspólnym stole, wczesną kolację lub późny obiad jadaliśmy z reguły we włoskiej knajpce, niedaleko hotelu. Właściciel, młody Włoch, po kilku dniach zwiększania mu marnych obrotów, poczuł się z nami tak zżyty, że najpierw zaczął nas osobiście obsługiwać, potem razem z nami jadł, a jeszcze potem pił z nami zimną grappę, w następstwie czego przystępował do śpiewania rzewnych włoskich piosenek akompaniując sobie na gitarze. Nie odbywało się to kosztem innych klientów, ponieważ na ogół ich po prostu nie było. Oczywiście podstawą tej zażyłości nie był emocjonalny charakter Włochów ani nasz nieodparty urok osobisty, ale sute napiwki na które, z woli Najwyższego, było nas wtedy stać. Kiedy wakacje dobiegły końca i przyszło nam spożyć ostatnią wieczerzę z Włochem, po której serdecznie go pożegnaliśmy, chłop miał łzy w oczach. Omal nie zaczął szlochać, a białą, jedwabną chusteczką, a la późny Pavarotti, na przemian wycierał oczy i machał nam na pożegnanie. Pod niebiosa wychwalał też Polskę i Polaków, głównie dlatego, iż byliśmy pierwszymi i jedynymi, których wtedy poznał. Wówczas na Teneryfie nie spotkaliśmy jeszcze innych rodaków. Turystyka egzotyczna w Polsce nabierała dopiero rozpędu, więc na pewno przez jakiś czas pozostawał w tym błogim stanie uwielbienia dla naszych współobywateli. Ciekawe czy późniejsza fala turystów z naszego kraju zweryfikowała jego poglądy w tej kwestii? No cóż, wszyscy mający choćby minimalną wiedzę na temat reputacji polskich turystów za granicą zaliczą to pytanie do tych z gatunku retorycznych. Odpowiedź jest przecież oczywista.

Teraz Puerto de Santiago to kurort pełną gębą o wciąż rosnącej renomie i popularności. Co prawda połapaliśmy się jeszcze w topografii ulic i odnaleźliśmy wszystkie miejsca kojarzone przez nas z tamtymi wakacjami, ale to jest już zupełnie inne Puerto niż to z naszych wspomnień. Odnotowaliśmy jednak z zadowoleniem, że hotel, w którym wtedy mieszkaliśmy, oprócz gruntownej modernizacji, nadal jest największym budynkiem w Puerto, co oznacza, że rozrost miejscowości postępuje w dobrym, niskokondygnacyjnym kierunku pozwalającym, mimo wszystko, zachować jej kameralny charakter. Jej główne atuty to, niezła jak na Teneryfę, plaża Playa de la Arena, malownicza promenada wzdłuż oceanu, kilka klimatycznych zaułków i przede wszystkim fantastyczny widok na jedną z głównych, nieprzereklamowanych ani trochę, atrakcji wyspy, czyli klify los gigantes. Sięgające nawet sześćset metrów wysokości monumentalne skały, wyrastające niemal pionowo z oceanu, porażają swym ogromem i pięknem. To jeden z tych widoków, na których opisanie brakuje słów w ludzkim języku i które pamięta się do końca życia.

Miasteczko Los Gigantes usytuowało się niemal u podnóży klifów olbrzymów, od których, jak nietrudno się domyślić, wzięło swoją nazwę. Od Puerto de Santiago dzieli je krótki spacerek. Z roku na rok granica między nimi zaciera się jednak coraz bardziej i zapewne w bardzo nieodległej przyszłości scali się to w jeden organizm. Wspaniała naturalna sceneria, która je otacza i jeszcze nie zatracony, niepowtarzalny urok małej kanaryjskiej miejscowości z elementami architektury kolonialnej powodują, że ilekroć mamy przyjemność tam gościć, pić kawę w kafejce na placyku przed kościołem, zaciągać się głęboko chłodniejszą, oceaniczną bryzą lub zefirkiem znad pobliskich gór Teno, odczuwamy stan lekko euforyczny. To taki stan, w którym mówienie, a nawet myślenie o wszelkich rzeczach negatywnych wydaje się karygodne, pozbawione szacunku dla tego, czym zostaliśmy tak szczodrze, w tej właśnie chwili, obdarowani.

Musieliśmy przejść dosyć długą drogę, żeby odkryć genialność prostoty (nie mylić z prostactwem, ani z disco polo), a więc i takich prostych przyjemności, choć i tak wdzięczni jesteśmy losowi, który tak umiejętnie pokierował naszym życiem, że to oświecenie w ogóle nastąpiło. I znowu nie można tu mówić o przypadku, jeżeli chodzi o wybór czasu i miejsca. Po prostu wcześniej byliśmy niegotowi, zbyt niedojrzali pod każdym względem. Gdy teraz, z komfortowej pozycji kibica, z pokaźnym bagażem wiedzy, doświadczeń i refleksji, obserwuję, jak większość ludzi zatraca się w nieustannym pędzie za materialnymi, krótkotrwałymi substytutami szczęścia, zaniedbując nie tylko najbliższych, ale i siebie, stępiając swoją wrażliwość do poziomu medialnej płycizny, jak bezkrytycznie i bezrefleksyjnie przyjmują wszystkie „recepty na życie” ordynowane im przez system, dla którego najważniejszą i jedyną wartością jest zysk i który uznaje tylko jednego Boga, któremu na imię pieniądz i władza, jak zanika zdolność do przeżywania emocji wyższych, wzniosłości i duchowości, a co za tym idzie brak dostrzegania prawdziwego piękna, jak trywializuje się znaczenie miłości, empatii i aktu przebaczania, to zastanawiam się, dokąd to wszystko zmierza. Odkryłem przy tym, jak wierutną bzdurą jest popularne, stare, łacińskie powiedzenie, jakoby historia była najlepszą nauczycielką życia. Na pewno nie w odniesieniu do ludzkości, która jest gatunkiem wyjątkowo odpornym na proces samodoskonalenia. Przecież samodoskonalenie istot rozumnych, za które gatunek ludzki chce uchodzić, powinno być, między innymi, następstwem analizy własnej historii. Tymczasem ludzkość przez dziewięćdziesiąt pięć procent swojego istnienia trwała w stanie wojny, pozostałe pięć procent się do niej gotowała, a największy postęp, jaki zrobiła to ten w sukcesywnym unicestwianiu świata i siebie nawzajem. Dla coraz większej rzeszy historyków staje się jasne, że historia ludzkości to historia samozagłady.

Do Los Gigantes trzeba też przyjechać z dwóch niezwykle ważnych powodów. Te powody to możliwość zaliczenia dwóch z listy czterech, może pięciu największych atrakcji Teneryfy. Oczywiście w naszej, jak zwykle subiektywnej, ocenie. Obie atrakcje mają związek z niewielkim, malowniczym portem, którego Los Gigantes jest szczęśliwym posiadaczem. To z niego bowiem najlepiej wypłynąć, na jednym z licznych stateczków, na kilkugodzinny rejs w celu podziwiania stada delfinów, które wybrały sobie, głębokie na kilka kilometrów, wody rowu tektonicznego między południową Teneryfą a malutką wyspą La Gomerą, na swoje siedlisko. Można też wypłynąć z portu w Los Cristianos, ale tam jest prawie dwukrotnie drożej no i nie będziemy mogli tak długo rozkoszować się wspaniałymi widokami na klify. Drugi powód to konieczność skorzystania z któregoś z tramwajów wodnych kursujących między portem a Cala Masca, niewielką zatoką u podnóży klifów. Tramwaje dostarczają lub odbierają turystów mających przed sobą, lub za sobą (w zależności od obranego kierunku) przejście cudownego, niepowtarzalnego szlaku wąwozem Masca.

Oglądanie delfinów w ich naturalnym środowisku, płynących wzdłuż prawej bądź lewej burty, albo tuż przed dziobem niewielkiej łodzi, a więc będących prawie na wyciągnięcie ręki i od czasu do czasu robiących salto w radosnym wyskoku, to oszałamiające doznanie. Wcześniej zachwycaliśmy się ich popisami w kilku delfinariach, ale z czasem świadomość, że są tam jednak niewolnikami poddanymi tresurze, mocno wyciszyła intensywność naszych emocji. W takim samym stopniu, a może i wyższym – chyba ze względu na ich rozmiary – dotyczy to władców oceanów, czyli orek, a także wszystkich innych, dzikich zwierząt trzymanych w niewoli. Z tego właśnie powodu wiele lat temu przestaliśmy chodzić do cyrku, a później i do ogrodów zoologicznych, bo bardziej nas te wizyty przygnębiały, niż dostarczały rozrywki. No cóż, wiemy już, że świadomość pewnych rzeczy nie zawsze ułatwia życie, ale przecież łatwe i przyjemne życie nie jest celem ani istotą naszej ziemskiej wędrówki, a rozwiniętą świadomość trzeba postrzegać jako dar, przywilej, który czyni te życie bogatszym, a nie jako przyczynę egzystencjalnej udręki.

Przy odrobinie szczęścia możemy również spotkać, wizytujące często te wody, stado grindwali. W celach marketingowych nazywa się je tutaj wielorybami, choć tak naprawdę należą do rodziny delfinowatych. Grindwale wydają się jednak nic nie wiedzieć o tej klasyfikacji, gdyż ich cechujące się dostojeństwem zachowanie rzeczywiście bardziej upodabnia je do wielorybów niż do mniejszych kuzynów. Ot czasami wychylą głowę w celu zaczerpnięcia powietrza, lustrując przy okazji okolicę, a jedyną dostrzegalną formą ich emocjonalnej ekspresji jest sporadyczne uderzenie płetwą ogonową o powierzchnię wody. Nie są to co prawda olbrzymie płetwale błękitne, kaszaloty, czy humbaki, ale i tak oglądanie blisko sześciometrowych i trzytonowych waleni jest wielkim przeżyciem.

Podczas drogi powrotnej stateczek na pół godziny zarzuca kotwicę u podnóży klifów. Załoga urządza wtedy mały poczęstunek, a chętni mogą skoczyć w odmęty oceanu, by zażyć kąpieli. Oczywiście zawsze korzystałem z tej możliwości, czyli trzy razy i za każdym razem, gdy unoszony przez fale leżałem sobie na plecach i przesuwałem wzrok do góry, najpierw po gładzi tych skalnych, sześćsetmetrowych olbrzymów, a potem ku ich wierzchołkom, towarzyszyło mi silne uczucie szczęścia i zarazem pokory wobec tego surowego piękna i potęgi natury. Zawsze też dziękowałem w duchu losowi za możliwość dostąpienie zaszczytu przeżywania takich chwil.

Kiedy wreszcie stateczek podnosi kotwicę i bierze kurs na port, turyści na ogół rozsiadają się wygodnie i kontemplują krajobraz, nie spodziewając się już żadnych spektakularnych doznań. Wtedy niespodziewanie, niejako na deser, następuje ostatni, mocny akord tego rejsu. Z półek skalnych, jak na komendę, zrywa się kilkadziesiąt mew, by po chwili, z charakterystycznym skrzekotem, otoczyć stateczek ze wszystkich stron i lecieć wyznaczonym przez niego kursem. Wychodzi wtedy na jaw, dlaczego kapitan, sternik i bosman w jednej osobie, doradzał nam wcześniej zostawienie pewnej ilości jedzenia. Stanął przy krawędzi burty, odłamał kawałek ciastka i wyciągnął rękę. Jedna z mew natychmiast zbliżyła się do jego dłoni i delikatnie ujęła dziobem słodką zdobycz. Następny kawałek włożył sobie do ust. Nadleciała kolejna mewa, dała mu całusa i odleciała z nagrodą. Teraz wszyscy uczestnicy rejsu, którzy posłuchali kapitana i nie popełnili grzechu obżarstwa, wyciągnęli ręce z kawałkami jedzenia. Przez kilka minut trwał niesamowity spektakl. Jedni karmili, inni pstrykali zdjęcia, ptaki leciały, jedząc, a niektóre tylko leciały, skrzecząc coraz głośniej ze złości, że jeszcze żaden kawałek ciastka nie padł ich łupem. O dziwo wszystkie palce pozostały na swoim miejscu. Nikt jednak nie odważył się pójść w ślady kapitana i dać mewie całusa. Co prawda przeszła mi taka myśl przez głowę, ale spojrzałem w oczy szanownej małżonki i to, co w nich zobaczyłem, spowodowało, że od razu przeszła mi ochota. Gdy mewy ogołociły nas z resztek jedzenia i przez jakiś czas nikt już nie wyciągnął ku nim ręki, również jak na komendę, nastąpił nagły zwrot i ptaki z niezwykłą szybkością powróciły na swoje skalne stanowiska, by wypatrywać następnego pływającego fast fooda. Byliśmy pod wrażeniem i musieliśmy przyznać, że kanaryjczycy opanowali sztukę dogadzania turystom niemal do perfekcji. Ale, jak to często bywa, w tej wielkiej beczce miodu znalazła się też odrobina dziegciu, o czym nie omieszkam napisać w dalszym ciągu tej opowieści.

„Jeśli zro­zumiesz ludzi, nie będziesz u nich szu­kać zrozumienia.”

Bogusław Wojnar

 

2 komentarze

  • Adam

    Tata super…Kiedy czytałem ten rozdział to czułem się tak jakbym tam wrócił:)

  • Janina

    Bardzo się cieszę, że wznowił Pan swoje nadzwyczaj interesujące i z dużą dozą humoru wspomnienia. Pisze Pan bardzo obrazowo, więc i ja ( podobnie jak Pana Syn) czuję się jakbym tam była.
    Te piękne zdjęcia również przybliżają mi to miejsce.
    Myślę, że uda mi się tam polecieć i zobaczyć ten RAJ na własne oczy.
    Czekam z niecierpliwością na kolejne rozdziały. Pozdrawiam
    Janina Olszewska

Zostaw odpowiedź