Rozdział 16

Bardzo długi i obfitujący we wrażenia dzień spowodował, że sen przyszedł niemal natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki. Zdrowy, głęboki sen to jednocześnie najlepszy lekarz i niewyczerpany generator energii. Mogliśmy się o tym przekonać rano, kiedy wstaliśmy rześcy, wypoczęci i wygłodniali niczym świstaki, susły czy niedźwiedzie po zimowej drzemce. Te i inne dobroczynne efekty głębokiego snu były dla mnie jak powrót do raju utraconego, przypomnieniem dawno zapomnianych doznań z okresu słodkiej młodości, zanim stres związany z prozą życia zafundował mi syndrom chronicznej bezsenności. Tak właściwie to był jeden z wielu elementów tworzących niemal codzienną porcję argumentów, których byliśmy wtedy adresatami i które nie pozostawiały wątpliwości, iż decyzja o wyjeździe oraz nasze życie na Majorce i Teneryfie to były jedne z najlepszych rzeczy, jakie nas w życiu spotkały.

Sen może też przynieść odpowiedzi na niektóre nurtujące nas pytania lub podsunąć sposoby na uporanie się z różnymi problemami. Nadal w społeczeństwach nieprzeżartych na wskroś wirusem konsumpcjonizmu, popularna jest wiara w to, co przez tysiąclecia, we wszystkich kręgach kulturowych było powszechną oczywistością, czyli przypisywanie śnieniu funkcji jednej z bram w zaświaty, tej, która umożliwia otrzymywanie wskazówek i innych komunikatów ze świata zmarłych. Z kolei według psychoanalizy, sen umożliwia przeciek głęboko zakamuflowanych i niedostępnych na jawie informacji z podświadomości, czyli głębin ludzkiej jaźni, do świadomości. Tak czy owak, wiele epokowych wynalazków narodziło się w głowach ich odkrywców w czasie snu. Tym sposobem odkryto na przykład strukturę DNA, tablicę Mendelejewa, czy rozwiązano problem z igłą w maszynie do szycia. To dzięki sennym wizjom świat ujrzał takich „przyjemniaczków” jak Frankenstein, Terminator i Avatar. Lista nie ma końca, choć nie ma na niej niestety ciągle lekarstwa na ludzką głupotę. Nie są to na ogół przekazy oczywiste, wymagają prawidłowej ich interpretacji, czyli niejakiego wysiłku umysłowego, a często i odpowiedniego nastawienia duchowego, co powoduje, że w epoce klikania jest niestety coraz mniej chętnych do korzystania z tego naturalnego no i bezpłatnego kanału informacyjno-poradnikowego. Niekoniecznie trzeba się od razu utożsamiać z wiarą Aborygenów w to, że sen jest ważniejszy od jawy i to w nim toczy się prawdziwe życie, niemniej warto się czasem rano, po przebudzeniu, zastanowić nad ewentualnym znaczeniem naszego snu. Być może ktoś z tamtej strony, bardzo nam życzliwy, zadał sobie wiele trudu, aby podesłać nam liczby, które padną w najbliższym losowaniu lotto.

Słońce stało już dość wysoko na nieboskłonie, kiedy udaliśmy się na śniadanie. Tak uwielbialiśmy jadać śniadania na balkonie naszego mieszkania w Cala Millor, że nigdy nie przyszło nam do głowy, żeby choć raz zejść na dół i skorzystać ze śniadaniowego menu w pobliskiej restauracji. Nie zachęcił nas do tego nawet codzienny, idylliczny widok zadowolonych ludzi siedzących przy stolikach owej restauracji i pałaszujących rytualny, poranny rogalik popijany aromatyczną kawą. Tak więc było to pierwsze śniadanie od wyjazdu z Polski nieprzygotowane przez nas. No, ale przecież zmiany, nawet takie banalne, jak już wielokrotnie wspominałem, są często źródłem inspiracji i rozwoju i mają w sobie wielką pozytywną moc. Otwierają nam oczy na nowe możliwości i … nowe przyjemności. Tak było i tym razem. Stolik w cieniu rozłożystej pinii na restauracyjnym tarasie, bogaty bufet i nasz wilczy apetyt, wszystko to sprawiło, że smakowało nam wybornie. I chociaż przesiąkliśmy już hiszpańskością w temacie jedzenia i staraliśmy się celebrować każdy posiłek, jakby był ostatnim w naszym życiu, to jednak tym razem musieliśmy się trochę spieszyć. Przed hotelem czekał bowiem już na nas Marcin, pierwszy z naszych kanaryjskich kontaktów, który miał nam pomóc w znalezieniu lokum na najbliższe pięć miesięcy. Rezygnacja z porannej kawy i towarzyszącego jej tradycyjnego hiszpańskiego churros, była dla nas niemalże aktem heroizmu, ale cóż, są rzeczy ważne i ważniejsze.

Jeszcze na Majorce, kiedy podjęliśmy decyzje o przezimowaniu na Teneryfie, odrobiliśmy logistyczną lekcję i poprzez sieć różnych znajomości nawiązaliśmy kontakt z ludźmi, którzy potencjalnie mogliby nam pomóc w znalezieniu odpowiedniego mieszkania do wynajęcia. Marcina poleciła nam „pani dyrektor” Marzena. Dwa lata wcześniej, podczas wakacji na Teneryfie, skorzystała z jego oferty rajdu jeepami i była bardzo zadowolona. Bez trudu znaleźliśmy stronę internetową jego firmy i zadzwoniłem pod wskazany na niej numer. Nie odmówił pomocy, choć jak wyznał nam później, w ogóle nie pamiętał naszej przyjaciółki, na którą się wtedy powołaliśmy. Marcin mieszkał na Teneryfie z żoną i dwojgiem dzieci już od ponad dziesięciu lat, a od kilku był właścicielem firmy świadczącej turystom dość szeroki wachlarz usług. Organizował dla nich wycieczki po wyspie, pośredniczył w wynajmie samochodów, zakupie biletów na różne atrakcje oraz wynajdywał mieszkania i apartamenty dla tych, którzy preferują wypoczynek poza hotelowy.

Po przywitaniu się i wymianie kilku standardowych uprzejmości wsiedliśmy do jego, nieco już wysłużonego, dostawczego volkswagena i ruszyliśmy w kierunku Playa Paraiso, czyli rajskiej plaży, miejscowości wypoczynkowej położonej około dwunastu kilometrów na północny zachód od Los Cristianos. Po drodze dowiedzieliśmy się od Marcina tego, o czym w zasadzie już wiedzieliśmy, czyli, że znalezienie przyzwoitego mieszkania w „trójmieście”, w wyznaczonym przez nas limicie cenowym, graniczyłoby z cudem i raczej możemy o tym zapomnieć. Niespecjalnie nas to zmartwiło. Liczyliśmy się z taką ewentualnością i nie mieliśmy nic przeciwko temu, aby tym razem zamieszkać w jakiejś mniejszej i spokojniejszej, aczkolwiek niepozbawionej oczywiście uroku, miejscowości. Przeżyliśmy już letnią inwazję turystów na Cala Millor i powtórka tego nas nie interesowała. Spełnione musiały być za to inne warunki. Najważniejsze z nich to bliskość oceanu i pozostawanie w zasięgu sygnału naszego dostawcy internetu. Obowiązywała nas roczna umowa, więc przywieziony z Majorki router powinien działać po podłączeniu do gniazdka elektrycznego, oczywiście pod warunkiem odbierania tegoż sygnału. Niestety, niektóre miejscowości, które wchodziłyby w rachubę przy poszukiwaniach mieszkania, nie spełniały tego warunku i z pewnym żalem musieliśmy je skreślić. Ten żal w największej mierze dotyczył dwóch leżących obok siebie kurortów Puerto de Santiago i Los Gigantes, a więc lokalizacji, w której byliśmy na niezapomnianych wakacjach dwadzieścia lat wcześniej. Cóż, pozostanie nam odbycie sentymentalnej podróży, podczas której wydobędziemy z zakamarków pamięci wyłącznie miłe wspomnienia, odwiedzimy ponownie miejsca uwiecznione na dalece niedoskonałych i już lekko pożółkłych, ale jakże uroczych fotografiach i przywołamy nostalgiczną wizję dawno niewidzianych postaci. Też pięknie.

Po niespełna pół godzinie jazdy zawitaliśmy do „Playa Paraiso”. Hiszpanie są jednymi z mistrzów turystycznego marketingu, a ich zasoby kreatywności w tej dziedzinie zdają się być niewyczerpane. Skromność czy choćby jakikolwiek umiar w tej kwestii to dla nich krępujące ich fantazję ograniczenia i jako takie są im zupełnie obce. Właśnie mieliśmy przed sobą przykład ich radosnej, nazewniczej twórczości, która jednak nijak miała się do zastanej rzeczywistości. Plaża, owszem była, ale malutka i niezbyt urodziwa. Choćby nie wiem jak kreatywnie, pracowała nasza wyobraźnia, to nie przyszłoby nam do głowy nazwać ją rajską. Zwłaszcza po majorkańskich doświadczeniach. Samo miasteczko też wydało się nam średnio atrakcyjne. W dodatku w samym centrum trwały akurat w najlepsze prace przy budowie wielkiego hotelu. Odgłosy dochodzące z budowy, a w szczególności pracujących akurat na najwyższych obrotach młotów pneumatycznych, powodowały, oprócz nieprzyjemnych wibracji w naszych głowach, iż musieliśmy prawie krzyczeć, by się porozumiewać. Marcin poinformował nas, że biznesmeni z Arabii Saudyjskiej postanowili zainwestować tu swoje petrodolary i postawić pięciogwiazdkowy hotel z kasynem, salą koncertową, pełnowymiarowym boiskiem do piłki nożnej i innymi bajerami. I to wszystko w ciągu roku. Bardzo fajnie, kto bogatemu zabroni, ale na rajskość tego miejsca w najbliższym czasie nie było co liczyć. Nie przypadła nam też do gustu nadmierna stromizna ulic, w pełni akceptowalna i zrozumiała w górach, ale niekoniecznie nad oceanem. Gdyby chodziło o krótkie wakacje to pół biedy, ale nie uśmiechało się nam przez najbliższe pięć miesięcy codziennie się wspinać, albo zafundować sobie chorobę zwyrodnieniową kolan eksploatując je nadmiernie przy schodzeniu.

Skoro jednak już tu przyjechaliśmy, to postanowiliśmy, chociaż zebrać doświadczenia, a także nie konfundować pełnego dobrych chęci Marcina, który poświęcał nam swój cenny czas no i umówił się z dwoma agentami z różnych biur nieruchomości, którzy mieli nam zaprezentować dwa mieszkania. O pierwszym z nich nie warto nawet wspominać. Było zbyt blisko wspomnianego placu budowy, a do tego klaustrofobicznie małe. Drugie dla odmiany zlokalizowane było na obrzeżach miasteczka, na niewielkim osiedlu niegdyś białych, dwupiętrowych bloków. Czas mocno przeszły w odniesieniu do bieli budynków był jak najbardziej uzasadniony. Teraz przybrały barwę surowego betonu, podobno ostatniego wnętrzarskiego krzyku mody, ale abstrahując od coraz bardziej udziwnionych designerskich trendów, był to po prostu widok przygnębiający. Na pierwszy rzut oka było widać, że osiedle ma już swoje lata. Zieleń wokół budynków była w agonalnym stanie i gdyby mogła mówić, błagałaby zapewne o wodę. Było kwestią krótkiego czasu, by słońce, na ogół przyjazne wszelkiemu życiu, w tym przypadku bez litości dokonało dzieła zniszczenia. Spora odległość od oceanu i najbliższego supermarketu oraz, jak się mieliśmy za chwilę przekonać, żałosny standard oferowanego mieszkania, poszerzał liczbę negatywnych odczuć i również nie warto byłoby się dłużej rozwodzić nad tą ofertą, gdyby nie zabawna, z dzisiejszej perspektywy, historyjka związana z osobą agenta.

To mieszkanie prezentował nam Anglik, właściciel agencji nieruchomości. Nie spodobał się nam od samego początku. Nie dlatego, że wyglądał jak wzorzec Anglika utrwalony w palecie polskich stereotypów, czyli wysoki, kościsty, piegowaty rudzielec i śmiało mógłby być umieszczony w Sevres pod Paryżem obok wzorca kilograma i metra, ale dlatego, że przyjechał mocno spóźniony i do tego jakiś taki naburmuszony, jakby robił to za karę lub cierpiał, iż z powodu jakiejś mało istotnej prezentacji był zmuszony opuścić pole golfowe tuż przed uderzeniami na ostatnim dołku. O jakichkolwiek przeprosinach czy usprawiedliwieniu nie było oczywiście mowy. Do tego zdawkowe hello rzucone gdzieś nad naszymi głowami bez najmniejszego grymasu ust, który mógłby uchodzić choćby za imitację uśmiechu. Marcin uprzedził go, że jesteśmy Polakami i mogło się odnieść uzasadnione wrażenie, że za nami nie przepadał. Zapewne spodziewał się też, że wynajmiemy to mieszkanie szybko i bez szemrania, okazując przy tym należytą wdzięczność. Jeszcze nie przeczuwał, że nie będzie to jego dzień. Mimo nieskazitelnie czystego nieba nad Anglikiem zaczęły gromadzić się bowiem ciemne chmury. Po prostu w takich sytuacjach budzi się we mnie mały diabełek, o czym doskonale wie moja żona, więc posłałem jej wzrokiem zakodowaną wiadomość informującą ją, że co prawda odegram małe przedstawienie, ale panuje nad emocjami. Ten sposób porozumiewania się, nie do rozszyfrowania przez osoby postronne, jest wyłącznie przywilejem małżeństw o wieloletnim stażu.

Tak więc po wejściu do środka zacząłem ostentacyjnie sprawdzać wszystkie detale, a że jak już wiadomo, standard wykończenia przeciętnych hiszpańskich mieszkań daleki jest od ideału, co chwila wynajdywałem jakieś felery. Każdy z nich odpowiednio głośno komentowałem, wspomagając się oczywiście stosowną gestykulacją i grymasami twarzy. Przydało się przy tym moje budowlane doświadczenie. Mówiłem po angielsku, choć z tego mojego angielskiego Anglik na pewno rozumiał tylko liczne shit i fuck. To jednak wystarczyło, abym osiągnął zamierzony efekt. Z niemałą satysfakcją obserwowałem, jak jego z początku wyniosłe i jakby znudzone oblicze stopniowo zmienia swój wyraz. Podczas chłodnego powitania i lakonicznego opisu mieszkania, może raz raczył na nas spojrzeć. Za to teraz nie spuszczał ze mnie wzroku, a purpura na jego twarzy mówiła aż nazbyt wyraźnie o narastającej wściekłości. Marcin stał z boku trochę skonsternowany, nie bardzo wiedząc jak się zachować, więc po prostu milczał. Tymczasem diabełek we mnie rozbisurmanił się na dobre. Pokażę temu zjadaczowi puddingu, ryby z frytkami, bekonu i fasolki, na co stać miłośnika golonki, flaków i czerniny. Na finał zostawiłem sobie łazienkę. Po wygłoszeniu mało wyszukanych, sarkastycznych uwag na temat brudnych fug, kamienia na kranach, grzybie pod oknem i niedomykających się drzwiach, odpuściłem niemal równocześnie wodę w umywalce, pod prysznicem i spuściłem ją w klozecie, badając czy wszystko działa, jak należy. A woda jak to woda. Zero subordynacji. Zaczęła wypływać otworami zupełnie do tego nieprzeznaczonymi i jako miejsce zbiórki, zamiast umywalki i brodzika, wybrała sobie łazienkową podłogę. Tego już dumnemu synowi Albionu było za wiele. Prawie eksplodował. Jego ręce zaczęły wykonywać nieskoordynowane ruchy, gdzieś do nieba i z powrotem, zupełnie jak u podpitego dyrygenta, oczy nabiegły krwią, a piegi zdawały się przybierać monstrualne rozmiary. Jednocześnie mocno podniesionym głosem zaczął przemawiać do Marcina po hiszpańsku, że on jako agent bierze pełną odpowiedzialność za to mieszkanie i ja nie mogę się tak zachowywać i w ogóle co my za jedni i skąd nas wziął. Podczas jazdy nie pochwaliliśmy się Marcinowi naszą znajomością hiszpańskiego, więc zarówno on, jak i angol zrobili wielkie oczy, kiedy również po hiszpańsku i jeszcze donośniej od Anglika obwieściłem mu, co myślę o tej jego odpowiedzialności, a także, że to mieszkanie to po prostu jedna, wielka katastrofa, zwykła nora i że przez niego marnujemy tu nasz cenny czas. Następnie skinąłem na żonę i Marcina i ostentacyjnie, oczywiście bez pożegnania i akcentując z odpowiednią mocą zamknięcie drzwi, opuściliśmy mieszkanie, zostawiając osłupiałego Anglika w środku. Idąc w kierunku samochodu, spojrzałem na żonę wzrokiem zadowolonego z siebie, samczego bufona oczekując co najmniej paru wyrazów uznania a może i okruchów bałwochwalczego podziwu, lecz żona spojrzała na mnie z dezaprobatą, kręcąc przy tym głową i z na ogół niepodobną do niej łatwością dochodzenia do sedna, powiedziała tylko – mogłeś sobie darować.

W drodze powrotnej do Los Cristianos moje samozadowolenie z utarcia nosa gburowatemu Anglikowi ulatniało się niczym czad z nieszczelnego piecyka, a w głowie ciągle huczały mi te trzy słowa – mogłeś sobie darować. Wątpliwości związane z moim zachowaniem mnożyły się i osaczały mnie zewsząd zupełnie jak reklamy suplementów diety w Polsce. Czy źródeł mojej postawy nie należy szukać w podświadomych kompleksach będących wynikiem różnic cywilizacyjnych? A może posiadam jakieś inklinacje do zachowań konfrontacyjnych, które tylko czekają na sprzyjające okoliczności, aby się uaktywnić? Nie, żeby zaraz nadstawiać drugi policzek, ale wystarczyło pamiętać o pryncypiach i wartościach, które przyświecały nam przez cały majorkański okres. Zwłaszcza podczas pracy nad pogłębianiem naszej duchowości. Żona pamiętała. A tak często ją pouczałem. Niestety, życie to nieustanne weryfikowanie złudzeń. Najczęściej tych dotyczących własnej osoby. Dążenie do bycia w harmonii z samym sobą to ciężka, bezustanna praca i trzeba uwzględniać w niej liczne potknięcia i porażki. Kiedy dojeżdżaliśmy do hotelu, dotarło do mnie w całej pełni, że mój duszek opiekuńczy na pewno nie jest ze mnie dumny i czułem już raczej zażenowanie, a nawet lekkie zawstydzenie. Doszła do tego jeszcze refleksja, że cel dzisiejszego wyjazdu, czyli znalezienie odpowiedniego mieszkania, nie został zrealizowany. Marcin bezradnie zwiesił ręce, oświadczając, że mimo szczerych chęci nie ma dla nas więcej ofert. Już przy pożegnaniu, jakby chcąc nas pocieszyć, wspomniał, że zadzwoni jeszcze do znajomej Polki, która obok innych zajęć, też sporadycznie pośredniczy w wynajmie lub zakupie nieruchomości przez rodaków.

Na szczęście wystarczy odsunąć negatywne myśli gdzieś na boczny tor podświadomości, albo najlepiej w ogóle wyrzucić je z głowy, a świat staje się na powrót piękny i pełen możliwości. Opanowanie tej niełatwej sztuki wymagało sporo wysiłku, ale to bezcenny dar i poniesiony trud zwraca się po stokroć. Cóż, pierwsze śliwki robaczywki, pierwsze koty za płoty, więc nie przejmując się wcale, już w całkiem dobrych nastrojach, udaliśmy się na obiad, by później, po krótkiej sjeście, kontynuować eksplorację Los Cristianos. Mieliśmy jeszcze pięć dni na znalezienie mieszkania, toteż byliśmy wolni od wszelkich oznak paniki, a ponadto wierzyliśmy w naszą szczęśliwą gwiazdę i opiekę szeroko pojętej opatrzności, na której działalność w ostatnim czasie absolutnie nie mieliśmy prawa składać zażalenia.

Nazajutrz po śniadaniu dla czystości sumienia i w celu pozbycia się resztek złudzeń, zrobiliśmy rajd po miejscowych agencjach nieruchomości. Odwiedziliśmy ich sześć czy siedem i w każdej z nich znaleźliśmy potwierdzenie otrzymanych wcześniej informacji, czyli, że to już prawie szczyt sezonu i wszystkie przyzwoite apartamenty i mieszkania mieszczące się w naszym limicie cenowym są już wynajęte. Znowu usłyszeliśmy kilka razy słowo cud w kontekście znalezienia jakiegoś lokum w trójmieście. Wszyscy doradzali nam kontynuować poszukiwania w innych, czyli mniej popularnych, ale zarazem tańszych miejscowościach. Nie był to dla nas żaden problem, zwłaszcza w sytuacji, w której nasze duszki opiekuńcze zrobiły już dla nas tyle dobrego, że nie śmieliśmy ich prosić o żaden dodatkowy cud. Widać jednak nie spoczęły na laurach, gdyż wieczorem zadzwonił Marcin z wiadomością, że umówił nas następnego dnia z tą znajomą Polką w miejscowości Palm-Mar, około dziesięciu kilometrów na południe od Los Cristianos. Ma ponoć dla nas fajne mieszkanie z dużym tarasem i widokiem na ocean. No i mieściło się w naszym budżecie. Super. Już nie mogliśmy doczekać się jutra.

Tak naprawdę Palm-Mar od Los Cristianos dzieli w linii prostej jakieś cztery kilometry, ale wielka góra leżąca między nimi powoduje, że trzeba ją po prostu objechać i odległość wydłuża się do wspomnianych dziesięciu kilometrów. Gdy rozmawialiśmy wcześniej z różnymi rodakami z Teneryfy o tej miejscowości, zwróciliśmy uwagę na niemal zawsze wypowiadane przy tej okazji określenie: snobistyczna. I to, o dziwo, w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Jakby się umówili wyrażając niemal zgodną opinię, że to by było wielce nobilitujące zamieszkać w tak snobistycznej miejscowości. Zabawne, że ta opinia wśród miejscowej Polonii zaczęła krążyć tylko dlatego, że apartamenty tam kupiło sobie kilka zamożnych osób z Polski, w tym paru lekarzy. I żeby było jeszcze zabawniej, sprzedał im je po zawyżonych cenach miejscowy hochsztapler, Polak serdecznie znienawidzony przez resztę rodaków i to nie tylko z powodu swoich oszukańczych praktyk, ale również z powodu podobno dość paskudnego charakteru. Na szczęście hołdowaliśmy zupełnie innemu systemowi wartości, no i procentowało nasze życiowe doświadczenie, więc tego rodzaju argumentacja w ogóle do nas nie przemawiała. Wręcz przeciwnie, zapalało się w naszej głowie czerwone światełko. I ta wyostrzona czujność pozwalała dostrzec, że słowo snobistyczny, powtarzane jak mantra, odmieniane we wszystkich przypadkach, używane było najczęściej w przypadku braku innych przekonujących, merytorycznych argumentów. Dla nas słowo snobizm miało jednoznaczne, negatywne konotacje. Jednak nowobogackim, na ogół nadętym próżniakom z Polski skutecznie wmawiano, że bycie snobistycznym, mieszkać w snobistycznym miejscu i obracać się w snobistycznym towarzystwie jest jak najbardziej na topie i powinno wywoływać u nich poczucie awansu społecznego, podwyższenie samooceny i inne podobne bzdury. W myśl zasady, iż cel uświęca środki, bez skrupułów stosowano ten rodzaj marketingu, który trafiał widocznie na podatny grunt, o czym świadczyły wspomniane dość liczne transakcje kupna nieruchomości w zwykłej dziurze. Bo taką właśnie dziurą, w naszej opinii, okazała się Palm-Mar. Składała się na nią główna ulica, biegnąca prostopadle w kierunku oceanu, niemal przyklejona z prawej strony do stromych skał, od których odgradzał ją tylko rząd dość karkołomnie osadzonych na nich budynków i odchodząca od niej z lewej strony sieć mniejszych uliczek, wzdłuż których deweloperzy, w okresie prosperity, wybudowali zamknięte osiedla. Na tej głównej ulicy, mającej raptem trzy lub cztery kilometry, usytuowały się wszystkie sklepy, bary, restauracje oraz obiekty użyteczności publicznej. Nie było tego dużo, choć pewnie wystarczająco, by zaspokoić potrzeby niewielkiej liczby turystów i stałych mieszkańców.

Do Palm-Mar przyjechaliśmy dwie godziny przed umówionym spotkaniem i czas ten w zupełności wystarczył na dokonanie dogłębnej wizytacji miasteczka, konsumpcję pierożków w chińskiej restauracji oraz krótką analizę i wyrobienie sobie opinii o tym miejscu. Nasze potęgujące się rozczarowanie osiągnęło kulminację, kiedy nad oceanem nie dojrzeliśmy ani skrawka piaszczystej plaży. Jakiś czas później dowiedzieliśmy się, że deweloperzy z powodu trudności z uzyskaniem pozwoleń w bardziej atrakcyjnych lokalizacjach, postanowili zainwestować w Palm-Mar lansując to miejsce jako mekkę bogaczy. Raczej średnio im się to udało, gdyż nietrudno było zauważyć kilka już opuszczonych, niszczejących osiedli, a ogrodzenia pozostałych oblepione były ogłoszeniami sprzedaży i najmu.

Tak więc decyzję podjęliśmy jeszcze przed spotkaniem z Anną, bo tak miała na imię pani agentka. Grzeczność wymagała jednak, aby zachować pozory i pozwolić Ani ( już przy powitaniu nastąpiły cmoknięcia i przejście na ty) się wykazać. Umówiliśmy się w kawiarni, więc zamówiliśmy kawę i po pół godzinie zwyczajowego bajdurzenia Ania przeszła do rzeczy. Oczywiście od razu podkreśliła niezwykłą snobistyczność miejscowości. Brak turystycznego zgiełku, a co za tym idzie cisza i spokój miały pozwolić na niespieszne kontemplowanie przyrody, zwolnienie rytmu życia i w konsekwencji na odnalezienie własnego „ja” zagubione gdzieś w codziennej, wielkomiejskiej gonitwie. Cholera, pomyślałem, czy ja brzmię równie niewiarygodnie, głosząc czasem, podobne w swojej wymowie, opinie wśród znajomych? Doszedłem do wniosku, że problem tkwi w autentyczności, czyli wierze bądź niewierze w to, co się mówi. U Ani rozdźwięk między przekazem ustnym a mową ciała był aż nadto widoczny. Nie bez nutki sarkazmu, zapewniliśmy ją, że z ochotą odnajdziemy w magicznym Palm-Mar zagubione, nie wiadomo gdzie i kiedy, własne „ja” i nie możemy się wprost doczekać, aby obejrzeć lokum, w którym zaczniemy go szukać.

Mieszkanie okazało się dwupokojową ruderą. Wynajmował je młody Włoch, pracujący jako kelner w jednej z tutejszej restauracji. Miał współlokatora, wielkiego owczarka niemieckiego, z którym pospołu i niezwykle skutecznie dokonali aktu dewastacji. Zwłaszcza owczarek mógł wykazać się inwencją w tej kwestii, gdyż przez długie godziny nieobecności swojego pana, zamknięty na tak małej przestrzeni, nie mógł tylko dumać o swojej niedoli i marzyć o lepszym psim świecie. Ania, jak na wytrawnego agenta nieruchomości przystało, skupiła się na uwypukleniu plusów, a konkretnie to jednego plusa, jakim był rzeczywiście wspaniały widok roztaczający się z tarasu. Przez krótką chwilę staliśmy jak urzeczeni, sycąc wzrok błękitnym bezmiarem wód oceanu, a jedynym tłem akustycznym był w tym momencie kojący dźwięk szumu jego fal. Niestety Ania przerwała tę krótką, czarowną chwilę stwierdzeniem, że lokal wymaga co prawda niewielkiego odświeżenia, ale i tak większość czasu spędzać będziemy przecież na tarasie. Diabełek we mnie momentalnie znowu ocknął się z letargu i zgłosił gotowość bojową. Bynajmniej nie w celu upokorzenia Ani, ale raczej dania jej do zrozumienia, żeby w przyszłości nie traktowała wszystkich przybywających na Teneryfę rodaków jak zahukanych, nierozgarniętych prowincjuszy. Już miałem ruszyć do ataku, gdy powróciło wspomnienie wczorajszego dnia, które spowodowało, że w porę się opanowałem, ale nieoczekiwanie funkcje edukacyjno- krytykanckie wzięła na siebie żona. Ze swojej roli wywiązała się znakomicie, bo nie zdążyła nawet wejść do łazienki, kiedy Ania uznała, że ma już dość i prosi żeby oszczędzić jej dalszych katuszy. Przy pożegnaniu zauważyła z przekąsem, że z naszymi wymaganiami i takim budżetem będzie nam trudno znaleźć coś odpowiedniego, ale życzy nam szczęścia. Cóż, szczęścia nigdy za wiele, podziękowaliśmy zatem, odwzajemniliśmy życzenia i już pół godziny później, zrelaksowani, kontynuowaliśmy nasz rok w klapkach, racząc się zimną sangrią przy hotelowym basenie, zupełnie nie przejmując się kolejnym niepowodzeniem. Był wszakże czas przywyknąć do takich przygód podczas analogicznych poszukiwań na Majorce.

Niemartwienie się na zapas, widzenie przysłowiowej szklanki w połowie pełnej, a nie w połowie pustej, otwartość na innych ludzi i towarzysząca temu życzliwość połączona z uśmiechem, czerpanie z życia pełnymi garściami tu i teraz, czyli nieustanna gotowość do fiesty, nieobciążanie innych swoimi problemami, traktowanie siebie, czasu, pracy i wielu innych, wydawało by się śmiertelnie poważnych spraw, z dystansem, na luzie to charakterystyczne cechy nie tylko Hiszpanów, ale całego latynoskiego świata. Jednym z celów naszego wyjazdu była choćby częściowa absorpcja tych cech i w jakiejś mierze nam się to udało, chociaż odczuwamy w tej kwestii spory niedosyt. Dzisiaj, mieszkając znowu w Polsce, jeszcze dobitniej uświadamiamy sobie, jaki to dar. Jednocześnie z przerażeniem dostrzegamy tu progresję zjawiska odwrotnego, czyli wiecznego zamartwiania się, narzekania, malkontenctwa, obnoszenia się z często wyimaginowanymi problemami, a nawet wzrostu poziomu agresji i nienawiści będącego najczęściej rezultatem pogłębiającej się polaryzacji społeczeństwa. Rozszerza się ponadto dramatycznie skala lenistwa umysłowego. Dla coraz większej liczby ludzi najpoważniejszą lekturą jest gazetka promocyjna z supermarketu, a szczytem intelektualnego wysiłku jest wysłuchanie ze zrozumieniem prognozy pogody lub wysłanie esemesa zawierającego zdanie złożone.

Sukcesywnie spotykamy się z ciekawymi, z socjologicznego punktu widzenia, sytuacjami, w których po przedstawieniu naszych poglądów na różne sprawy w duchu hiszpańskim oraz zachowań z nimi licujących, wielu członków naszej rodziny lub znajomych zaczęło określać nas mianem nieodpowiedzialnych lekkoduchów, niestąpających po ziemi z wystarczającą twardością, nierobów niemyślących o przyszłości ze szczególnym uwzględnieniem emerytury i całą gamą podobnych uprzejmości. Nasze argumenty przemawiające na korzyść hiszpańskiego podejścia do życia i jego pozytywny wpływ na zdrowie psychiczne i fizyczne natrafiają najczęściej na mur niezrozumienia. Zupełnie jakby rozmawiać ze ślepym o kolorach lub z głuchym o muzyce. Tylko nieliczni w pełni się z nami utożsamiają, ale większość nie jest w stanie przełamać w sobie narosłych od dziecka barier, wznieść się ponad standardowe schematy myślowe i tym samym wyjść z tego mentalnego, polskiego bagienka. Jak zwykle nie przejmujemy się tym. Jednym z naszych priorytetów było, jest i będzie stawanie się coraz bardziej niezależnym od oczekiwań zewnętrznego świata, nieprzejmowanie się społeczną akceptacją, tym co myślą o nas inni. Niestety z czasem straciliśmy potrzebę i chęci, by przekonać ich do swojego sposobu myślenia i widzenia świata. Szkoda czasu na walenie głową w mur, gdy można go wykorzystać na tak wiele wspaniałych sposobów.

„Nie jest wstydem nie wiedzieć; wstydem jest nie szukać odpowiedzi.”

Rosyjskie przysłowie

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź