Rozdział 15

Natrętny sygnał budzika w telefonie skutecznie wyrwał nas ze snu parę minut po piątej. O tej porze, dwudziestego trzeciego października, na Majorce było jeszcze ciemno. Słońce pojawi się na widnokręgu od strony morza dopiero grubo po siódmej. Niestety, z powodu naszego upodobania do porannego wylegiwania się, ten piękny spektakl udało się nam obejrzeć zaledwie kilka razy. Poranna toaleta, pospieszne śniadanie, ostatnie rzewne spojrzenie na nasze majorkańskie mieszkanie i już kilka minut później siedzimy w autobusie wiozącym nas na lotnisko. A więc adios Cala Millor, adios Majorka. Koniec pierwszego rozdziału naszej wielkiej przygody. Półtorej godziny później, już o brzasku, dojeżdżamy do Palmy. Po następnych piętnastu minutach meldujemy się na lotnisku i zajmujemy miejsce na końcu długiej kolejki do odprawy. Gdy w końcu przychodzi nasza kolej, okazuje się, że nasze obawy związane z nadwagą bagażu były jak najbardziej uzasadnione. Na szczęście wystarczyło przełożyć to i owo do bagażu podręcznego, który przede wszystkim musiał spełniać wymogi objętościowe. Na jego wagę nie zwracano najmniejszej uwagi. Uznaliśmy to za kolejny objaw hiszpańskiego luziku, który zyskał naszą pełną aprobatę. Odprawiliśmy się zatem bez problemu. Mieliśmy jeszcze czas, by poszwendać się po sklepach wolnocłowych a także podumać trochę w samotności podczas profilaktycznej wizyty w toalecie. Potem zajęliśmy miejsca w samolocie i punktualnie o dziewiątej trzydzieści wzbiliśmy się w powietrze. Samolot kierował się w kierunku zachodnim, więc po paru minutach, z nosem przyklejonym do okiennej szyby, w nostalgicznym porywie wykręcałem szyję do granic możliwości, by jak najdłużej odprowadzać wzrokiem rozmywające się powoli kontury Majorki. No cóż, życie toczy się dalej. Zamykamy jedne drzwi, aby otworzyć następne.

Po nieco ponad godzinie samolot zaczął obniżać lot, co oznaczało, że za parę chwil wylądujemy w Madrycie. Tak, tak, musieliśmy lecieć z przesiadką w Madrycie, bo okazało się, że Majorka nie ma bezpośredniego połączenia lotniczego z Teneryfą. Poza tym, iż byliśmy tym faktem mocno zaskoczeni, dla żony oznaczało to także podwojenie stresu związanego z dodatkowym startem i lądowaniem. Jego symptomy zawsze są takie same: nadmierna potliwość rąk, wzmożone ziewanie, rozbiegany wzrok i kilka przeżegnań. Nie mogliśmy zrozumieć, że z drugiego co do wielkości lotniska w Hiszpanii, jakim jest „el Aeropuerto de Palma de Mallorca” można dolecieć w najdalsze, najbardziej egzotyczne zakątki świata, a nie można bezpośrednio dolecieć do światowej sławy ośrodka turystycznego, jakim niewątpliwie jest Teneryfa. I to znajdującego się na terytorium tego samego kraju. Sympatyczna pani w biurze podróży w Cala Millor, też nie potrafiła nam tego w żaden sposób wytłumaczyć. Kiedy jednak zaczęliśmy się nad tym zastanawiać i dociekać przyczyn takiego stanu rzeczy, doszliśmy do wniosku, że z pewnością musi istnieć jakieś logiczne uzasadnienie tego pozornego absurdu. W Polsce, ojczyźnie absurdów, uznalibyśmy taki przypadek za kolejny dowód potwierdzający, delikatnie rzecz ujmując, złożoną mentalność naszych rodaków, ale Hiszpania to przecież inny świat i sztukę zarabiania pieniędzy na turystce opanowali w stopniu niemal perfekcyjnym. Skoro więc uznali, że nie jest konieczne bezpośrednie połączenie lotnicze między swoimi najsławniejszymi wyspami, to na pewno była to decyzja dogłębnie przemyślana, podjęta w wyniku szczegółowej analizy sytuacji oraz, a raczej przede wszystkim, bilansu zysków i strat.

Na szczęście optymizm i pozytywne myślenie to były wtedy nasze drugie imiona. Naturalny efekt spędzenia siedmiu i pół miesiąca na Majorce. W takim stanie ducha, w każdej sytuacji, nawet tej z pozoru niekorzystnej, bez problemu znajdowaliśmy jakieś pozytywne akcenty. Takim pozytywnym akcentem lotu z przesiadką był na przykład fakt, że do swojego turystycznego życiorysu będziemy mogli dopisać pobyt w Madrycie. I nic to, że było to raptem jakieś pięćdziesiąt minut, czyli czas, jaki był nam potrzebny na przejście ogromnych połaci terminalu lotniska, nim trafiliśmy do naszego „gate’u”, zwyczajowe skorzystanie z toalety i zajęcie miejsca w następnym samolocie. Po latach, kiedy być może będziemy opowiadać o tym wnukom, możemy przecież pominąć nieistotne szczegóły i wydłużyć oraz ubarwić nieco odwiedziny dziadków w stolicy Hiszpanii. W każdym razie Cristiano Ronaldo i jego Real nie doczekali się wówczas naszej wizyty na meczu. Może następnym razem wygospodarujemy trochę więcej naszego drogocennego czasu i zaszczycimy Estadio Santiago Bernabeu naszą obecnością. Niech pozostają w nadziei.

Z Madrytu wystartowaliśmy z niewielkim opóźnieniem, wynikającym z opieszałości bagażowych, którzy ślimaczyli się z przeładunkiem i załadunkiem bagażu takich, między innymi, delikwentów jak my, czyli lecących z przesiadką. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że pewne pojęcia związane z czasem takie jak punktualność, terminowość czy działanie pod jego presją, to w świecie latynoskim pojęcia czysto abstrakcyjne. Nie zdawaliśmy sobie jednak wtedy sprawy, jakie to w tym konkretnym przypadku będzie miało dla nas konsekwencje. Może i dobrze. Czasem nieświadomość pewnych rzeczy ma swoje dobre strony i pozwala, przykładowo, dłużej zachować beztroskę. Tak więc po następnych dwóch godzinach spokojnego lotu, wylądowaliśmy na lotnisku południowym Teneryfy nazwanym imieniem Reina Sofia, czyli Królowa Zofia. Uroczystość nadania królewskiego imienia odbyła się w 1978 roku. Patronka osobiście zaszczyciła ją swoim majestatem. Lotnisko jest niewielkie, za to malowniczo położone, prawie nad samym oceanem. Jednak to nie za przyczyną unikatowego usytuowania, ani za przyczyną królewskiej patronki okryło się ongiś wielką, niestety złą sławą. W 1977 roku wydarzyła się tu największa katastrofa w historii lotnictwa cywilnego. Na pasie startowym zderzyły się dwa Boenigi. Zginęły 583 osoby. Ta straszna tragedia unosiła się nad rajską reputacją Teneryfy przez kilka lat, ponieważ w epoce przed internetowej ważne wydarzenia trwały w ludzkiej pamięci o wiele dłużej. Kiedy byliśmy tu na wakacjach w 1992 roku, katastrofa była już tylko mglistym wspomnieniem. Zresztą w niczyim interesie nie było pielęgnowanie pamięci o tym nieszczęściu. My nie mieliśmy o niej zielonego pojęcia. I całe szczęście, bo jak wspomniałem, nieświadomość pewnych rzeczy bywa czasem błogosławieństwem.

Wtedy było to jedyne lotnisko na wyspie. Jednak stale zwiększająca się baza hotelowa, a co za tym idzie, liczba turystów, wymusiła budowę drugiego lotniska, północnego. Obsługuje ono turystów, którzy zdecydowali się na wakacje w kurortach leżących po tej stronie Teneryfy z Puerto de la Cruz na czele. Nie bez znaczenia było też znaczne oddalenie starego lotniska od stolicy. Budowa nowego, zlokalizowanego od niej zaledwie kilkanaście kilometrów, na pewno była bardzo na rękę miejscowym notablom, zmuszonym do częstego przemieszczania się między wyspami. Obliguje ich do tego fakt, iż region autonomiczny Hiszpanii, jakim są Wyspy Kanaryjskie, posiada dwie stolice. Santa Cruz na Teneryfie i Las Palmas na Gran Canarii na przemian spełniają tę funkcję.

Naładowani pozytywną energią, otwarci na nowe doznania oraz, nie ma co ukrywać, szczęśliwi z powodu zakończenia cyklu startów i lądowań, przeszliśmy z samolotu do terminalu, aby odebrać bagaż. I w tym momencie los postanowił udzielić nam kolejnej lekcji, widocznie po to, aby trochę schłodzić nasze rozgrzane głowy i przypomnieć, że nadmierna euforia raczej rzadko idzie w parze ze zdroworozsądkowym myśleniem, które – jak się wkrótce okazało – zawsze powinno być w pogotowiu. Tym, co nas mocno schłodziło, a przez chwilę nawet zmroziło, było zaginięcie jednej z naszych walizek, czyli połowy naszego dobytku. Doprawdy nikomu nie życzymy takiej sytuacji. Gdy poczęto wrzucać bagaż z naszego samolotu na taśmę, tłumek pasażerów, jak zwykle, przywarł doń szczelnie, aby jak najszybciej opuścić lotnisko i rozpocząć swoją wakacyjną przygodę. Pierwsza walizka pojawiła się na taśmie dość szybko, więc byliśmy pewni, że zaraz ujrzymy i drugą. No bo przecież, skoro nadawaliśmy je razem, to naturalną koleją rzeczy, musiały być blisko siebie. Niby logiczne, ale jakże naiwne i wybitnie życzeniowe, było nasze myślenie. Jak ktoś kiedyś odkrył: „w życiu nic nie jest takie, jakim się wydaje”. Staliśmy więc cierpliwie, wypatrując naszej walizki, czas mijał i mijał, ludzi przy taśmie ubywało, a kolejka do agencji wynajmu samochodów, w której mieliśmy odebrać kluczyki do wcześniej zarezerwowanego przez internet auta, rosła i rosła. No cóż, przede wszystkim spokój. W takich sytuacjach nieodzowny i bezcenny. Przecież nigdzie się nie spieszymy. Nie przyjechaliśmy na tydzień czy dwa, ale na minimum pięć miesięcy, więc te dziesięć minut w tę czy we w tę nie ma najmniejszego znaczenia. Kiedy jednak zostaliśmy przy taśmie zupełnie sami, a chwilę wcześniej ostatnia spóźniona walizka odpłynęła wraz z ostatnim współpasażerem, do tego czasu solidarnym towarzyszem niedoli, stało się jasne, że połowa naszego dobytku gdzieś się zawieruszyła i nasz spokój zostanie poddany ostrej weryfikacji. Egzamin z umiejętności zachowania zimnej krwi zdaliśmy na szczęście celująco. Wprawdzie bluzgnąłem raz, no może dwa razy, ale szybko skarciłem się za to w duchu i co najważniejsze zdusiłem w zarodku, dawniej nieokiełznaną, przemożną chęć wyładowania na kimś swojej frustracji. A okazja ku temu pojawiła się niebawem w osobie młodego urzędnika, który w odpowiednim okienku przyjmował od nas zgłoszenie o zaginięciu bagażu. Na swoje szczęście i ku naszej częściowej uldze, okazał się profesjonalistą i to w dodatku współczującym, co objawiło się przyjęciem przez niego zatroskanego wyrazu twarzy i wielokrotnym powtarzaniem słowa – lo siento. Trudno stwierdzić z całą pewnością, czy było mu naprawdę przykro, ale ważne, że żonie zrobiło się jakby lżej na sercu, zwłaszcza kiedy po wypełnieniu rubryk w blankiecie, wykonaniu dwóch telefonów i sprawdzeniu czegoś w komputerze obwieścił nam, że nasza walizka poleciała następnym samolotem, gdyż bagażowi nie zdążyli przepakować jej do naszego i tak już zbyt długo czekającego na wylot i niedługo również wyląduje na Teneryfie, tyle że na lotnisku północnym. W tym momencie zwalniałem wszystkich odpowiedzialnych za logistykę w liniach lotniczych „Iberia”. I to bez żadnej odprawy. Urzędnik tymczasem wyjaśniał nam dalej, że jutro bagaż zostanie dostarczony do naszego hotelu, a na ten czas proponuje nam torby-niezbędniki. Biała koszulka, białe bokserki, miniaturowe tubki z pastą do zębów, szczoteczki, żel pod prysznic i woda perfumowana miały nam, choć częściowo zrekompensować chwilowy brak bielizny i kosmetyków.

Ten drobny gest wraz z przeprosinami i wyjaśnieniem sytuacji spowodował, że szybko odzyskaliśmy wcześniejszy stan ducha, więc cofnąłem ludziom z „Iberii” wypowiedzenia i już w całkiem dobrym nastroju poszliśmy odebrać zamówione auto. No może nie całkiem auto, tylko raczej autko, bo takie określenie bardziej pasuje do Renault Twingo. Niemniej autko spisało się doskonale, mieszcząc cały nasz pozostały dobytek i służąc nam przez ten pierwszy tydzień bez żadnych problemów. W dodatku był tani jak przysłowiowy barszcz. Za tydzień użytkowania zapłaciliśmy około sześćdziesięciu euro. Za taką kwotę, na Majorce mogliśmy wynająć samochód najwyżej na dwa dni. Nim wyruszyliśmy naszym autkiem na podbój Teneryfy, z ulgą zrzuciliśmy z siebie nieco cieplejszą i bardziej oficjalną odzież, którą uznaliśmy za stosowniejszą na tę podróż i przyoblekliśmy się z powrotem w luźne ciuchy, do których przywykliśmy, mieszkając na Majorce. Całe szczęście, że większość z nich mieliśmy w ocalałej walizce. Największy dyskomfort odczuwałem z powodu pierwszego od siedmiu miesięcy włożenia moich, zresztą jedynych wtedy, pełnych butów. Skóra na stopach przyzwyczajona do wietrzenia i oddychania całą powierzchnią, rozpaczliwie domagała się powietrza, sygnalizując to nadmiernym wydzielaniem potu. Kiedy więc moje nieco sfatygowane klapki, odkształcone przez dopasowanie się do wszystkich nierówności podeszwy stóp, wylądowały na swoim miejscu, czyli na tychże stopach, odczułem błogie zadowolenie. Ten luksus chodzenia przez blisko rok wyłącznie w klapkach lub sandałach był dla mnie na tyle ważnym elementem naszej hiszpańskiej przygody, że uhonorowałem ten fakt stosownym tytułem naszego bloga.

Z lotniska do miejscowości, w której mieliśmy zarezerwowany hotel, było niecałe dwadzieścia kilometrów. Trzeba było wjechać na „autopista del sur”, czyli autostradę południową i kierować się na wschód. Po niespełna piętnastu minutach jazdy, po lewej stronie, tuż za skalistą górą, na której umieszczono maszty operatorów komórkowych, wyłoniło się przed nami, opadające łagodnie w kierunku oceanu, skąpane w słońcu Los Cristianos. Gdy podnieśliśmy nieco wzrok, ujrzeliśmy bezmiar tego oceanu ciągnący się po horyzont. Jego błękit, na krańcu tego horyzontu, niemal zlewał się z błękitem nieskazitelnie czystego nieba i tym samym granica odcieniowa między oboma błękitami była prawie niezauważalna. Imponujący ogrom błękitu, który jako odcień niebieskiego ma właściwości relaksacyjne i uspokajające. Tak więc serca rosną nam z radości wywołanej możliwością delektowania się tak fascynującym widokiem, a poziom naszej relaksacji osiąga górne pułapy, co stanowczo nie sprzyja mojej koncentracji, więc oczywiście mijamy zjazd i musimy nadłożyć parę kilometrów. Następny zjazd nie umyka już jednak naszej uwadze, więc zjeżdżamy ślimakiem z autostrady, by po chwili znaleźć się w Playas de las Americas, kurorcie, który wraz z Los Cristianos i Costa Adeje tworzy słynne „trójmiasto”. To właściwie jeden organizm, wielki kombinat turystyczny z niezliczoną ilością hoteli i wszelkiego rodzaju atrakcji. Wracamy obrzeżami „Americas”. Dwa razy pytamy o drogę i, o dziwo, raz trafiamy na mieszkającą tu Polkę spacerującą z dzieckiem. Potem dowiemy się, że nie była to kwestia szczęścia, a raczej wynik rachunku prawdopodobieństwa. Po prostu naszych rodaków mieszka na Teneryfie bardzo dużo. A już w połączeniu z licznymi przez cały rok turystami, tworzą naprawdę wielką reprezentację naszego kraju. Właściwie podczas prawie każdego dłuższego spaceru czy zwiedzania różnych zakątków wyspy, przynajmniej raz usłyszymy ojczysty język. Daleko nam co prawda do wielkich turystycznych nacji, czyli Niemców, Brytyjczyków, Skandynawów i coraz bardziej ekspansywnych Rosjan, ale sam fakt, że w coraz większej liczbie restauracyjnych menu umieszcza się informację w języku polskim, ma swoją wymowę.

Naturalnie dokonujemy pierwszych porównań Teneryfy z Majorką. Później takie porównania będą na porządku dziennym. Na razie dochodzimy do wniosku, że drogowskazy i inne tablice informacyjne przy drogach czy rondach są na Majorce dużo bardziej czytelne i zrozumiałe. Dojeżdżamy do Los Cristianos, by po krótkim kluczeniu w gąszczu ulic i uliczek, zaparkować wreszcie autko przed naszym hotelem. W recepcji nie mogę się powstrzymać przed pokusą powtórzenia starego numeru i mówię, że jesteśmy w podróży z okazji trzydziestolecia naszego ślubu. Ta wiadomość w połączeniu z drugą o zaginięciu naszego bagażu ma taką siłę oddziaływania, że recepcjonistce mięknie serce, uginają się kolana i wychodzi ze skóry, aby nam dogodzić.

Rodzina i przywiązanie do tradycji to wartości, do których przywiązuje się w Hiszpanii wielkie znaczenie i można się o tym przekonać niemal na każdym kroku. Po jakimś czasie, potrzebnym na oswojenie się z zupełnie odmiennym podejściem do spraw z tym związanych, wydało nam się to takie oczywiste, że przestaliśmy się tym ekscytować i temat ten zmalał do rangi czegoś powszedniego. Dopiero po powrocie do kraju, w zderzeniu z naszą rzeczywistością, dotarło do nas, jak bardzo kontrastuje to z naszymi realiami. Polskie piekiełko w różnych jego przejawach dało się nam we znaki błyskawicznie, a do patetycznego pustosłowia i wyświechtanych frazesów, którymi epatują nasze media, nawiązując do kwestii tradycyjnych wartości, najczęściej przy okazji różnych świąt lub narodowych tragedii, nie przyzwyczaimy się już chyba nigdy. Taką mamy nadzieję, gdyż w przeciwnym razie świadczyłoby to o naszej umysłowej, mentalnej regresji.

Na szczęście byliśmy w Hiszpanii, więc ze specyficzną, właściwą południowcom, afektacją przydzielono nam dwupokojowy, skrajny apartament z aneksem kuchennym, położony w ciągu parterowych bungalowów. Dodatkowo uhonorowano nas wazą świeżych owoców, sokiem pomarańczowym i butelką czerwonego wina. A więc kłamstwo, tyle że takie niewinne, nieszkodliwe jednak czasem popłaca. Po owocowo-winnej degustacji nasz i tak dobry nastrój wspiął się na jeszcze wyższy poziom. Pomyśleliśmy, że w sumie to całkiem nieźle zaczynamy ten następny, kanaryjski etap. Incydent z walizką został zaklasyfikowany do kategorii przygód, oczywiście przy założeniu, że zgodnie z zapewnieniem, nazajutrz nam ją dowiozą.

Rozsadzała nas ciekawość nowego miejsca, więc zaraz po kolacji udaliśmy się na długi, rozpoznawczy spacer. Akurat w przypadku Los Cristianos potwierdziło się, nie zawsze słuszne powiedzenie, iż pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Tak jak urzekło nas, skąpane w słońcu, widziane z perspektywy autostrady, tak równie piękne wydaje nam się teraz, wczesnym wieczorem, gdy przechadzamy się niespiesznie reprezentacyjnymi bulwarami oraz urokliwymi, klimatycznymi uliczkami licznie rozsianymi w pobliżu dwóch plaż. Jedna z nich Las Vistas jest najdłuższą plażą na południowym wybrzeżu. Niezliczona ilość knajpek, sklepów i kumulacja dźwięków składających się na charakterystyczny gwar, nadaje temu miejscu typowy, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, kurortowy klimat. Gdy dochodzimy do ciągnącej się wzdłuż plaży, tętniącej życiem promenady, naszym oczom ukazuje się cudowny widok zachodzącego nad oceanem słońca. Nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszego zwieńczenia tego pierwszego dnia na Teneryfie, więc siadamy przy stoliku, na tarasie pobliskiego baru, zamawiamy mojito i delektujemy się spektaklem, jakim raczy nas słońce chowające się za bezkresem wód oceanu.

Ze względu na to, że jesteśmy zdecydowanie bliżej równika niż w Polsce, słońce wschodzi i zachodzi tu prawie pionowo, świt i zmierzch są bardzo krótkie, czyli rano bardzo szybko się rozjaśnia, wieczorem zaś błyskawicznie zapada głęboki mrok. Toteż, kiedy najpierw żółta, później pomarańczowa, a w końcowej fazie krwistoczerwona tarcza słońca znika za widnokręgiem, ciemności spowijają wszystko dookoła, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki lub jakby ktoś zwyczajnie zgasił nad ziemią światło przed snem. Triumf ciemności jest w przypadku Los Cristianos jednak tylko chwilowy i pozorny, bo przestrzeń wypełniają natychmiast feerie świateł z tysięcy latarni, lamp, diod Led, neonów, sklepowych świetlówek i wreszcie ze świeczek płonących romantycznie na kawiarnianych, barowych i restauracyjnych stolikach. Wyobrażamy sobie świetlistą łunę bijącą nad miastem, którą na pewno można podziwiać, na przykład ze wzgórz po drugiej stronie autostrady.

Jesteśmy trochę oszołomieni ilością wrażeń, których dostarczył nam ten dzień. Mimo to ciągle nam mało. Chcemy jak najdłużej doświadczać ekscytacji spowodowanej nowymi doznaniami. Wspominamy pierwszy okres na Majorce, kiedy to byliśmy w podobnym stanie ducha. Nie ma to, jak zmiany. Przynajmniej w naszym przypadku. Ich witalną, ożywczą moc odczuwamy w całej pełni. Wałęsamy się po nocnym już Los Cristianos jeszcze ze dwie godziny. Wszystko nam się podoba. W dużej mierze dlatego, że jest inne, nowe. Znużenie dopada nas dopiero po powrocie do hotelu. Prysznic przywraca nam trochę świeżości. Przynajmniej tyle, żeby usiąść jeszcze chwile na tarasie, pogapić się w cudownie rozgwieżdżone niebo i zgodnie dojść do wniosku, że dzisiejszy dzień będzie na pewno jednym z tych, które będziemy pamiętać do końca naszej ziemskiej wędrówki.

„Być szczęśliwym – tego trzeba się nauczyć.”

 Eurypides

 

 

3 komentarze

  • Adam

    Prawie spaliłem krokiety:) Nie mogłem się oderwać! Chyba najlepszy rozdział! Już chcę tam wrócić!Brawo partnerze:)

  • Ela.

    Hihih no przygoda z zaginioną walizką spowodowała u mnie szybsze bicie serca… No ale kto jak nie WY potraficie przejść do porządku dziennego z uśmiechem na twarzy… Cudny artykuł.. Opisujecie to, a ja znów jestem na Teneryfie.. Oczywiście w wyobraźni… Mi też tam było cudownie 🙂 pozdrawiam Was Marzenko i Wiesławie.

  • Fanka Stenia

    Aż zazdrość ściska kiedy tak obrazowo opisujesz te wszystkie miejsca ale równocześnie ciesze się ze umiesz tak wnikliwie odbierasz piękno natury i umiesz to wszystko zobaczyć i podziwiać a przy tym nie brak Ci humoru.Dobrze ze masz przy sobie oddaną towarzyszkę życia ona daje Ci i moc i siłę i coś więcej zachęca Cię do dalszych komentarzy. Czekam na więcej.

Zostaw odpowiedź