Rozdział 14

Ostateczna decyzja o spędzeniu zimy na Teneryfie zapadła jakoś tak na przełomie wiosny i lata. Mieliśmy więc dużo czasu, aby się do tego przygotować. Działania logistyczne nie były specjalnie skomplikowane. We wrześniu wykupiliśmy w biurze podróży lot na Teneryfę w pakiecie z tygodniowym pobytem w hotelu w Los Cristianos. Zdecydowaliśmy się na najtańszy, trzygwiazdkowy hotel, ale bardzo przyzwoity, jak zapewniła nas sympatyczna pani z obsługi. Było w jej oczach coś, co pozwalało zaufać jej zapewnieniom, jednak i tak nie miało to dla nas istotnego znaczenia. Ten tydzień to był czas, jaki wyznaczyliśmy sobie na znalezienie i wynajęcie odpowiedniego mieszkania, więc nie tyle zależało nam na komforcie, co na lokalizacji. I właśnie Los Cristianos, ze względu na swoje centralne położenie na południu wyspy i dogodne połączenia komunikacyjne z wszystkimi miejscowościami aspirującymi do bycia naszą przyszłą małą ojczyzną, idealnie się na naszą bazę nadawało.

Powiadomiliśmy też o naszym wyjeździe właścicieli agencji wynajmującej nam mieszkanie w Cala Millor. Tomeu i Lucia byli niepocieszeni, ale w ich oczach ani słowach nie było cienia wyrzutu z powodu przedterminowego wypowiedzenia najmu. Wręcz przeciwnie. Lucia obcałowała i wyściskała nas dużo ponad zwyczajową ilość razy, jak starych przyjaciół lub członków rodziny, z którymi przyszło jej się pożegnać, a Tomeu, bardziej wyważony w okazywaniu emocji, zapewnił nas nieco uroczystym tonem, iż zawsze będziemy przez nich mile widziani i gdybyśmy kiedyś znowu przybyli na Majorkę, to oni oferują nam apartament w leżącym na terenie ich posesji, budynku i to w bardzo przystępnej cenie. Odwzajemniliśmy się im butelką Żubrówki, wyrazami wdzięczności, zapewnieniem o trwałej o nich pamięci i umówili na odbiór mieszkania w przeddzień naszego wyjazdu.

Tym sposobem mogliśmy skreślić dwa najważniejsze punkty z listy spraw do załatwienia przed opuszczeniem Majorki. Ta lista była zresztą bardzo krótka i, oprócz tych dwóch rzeczy, dotyczyła spraw banalnie prostych, takich na przykład jak sprzedaż telewizora czy wykup transferu na lotnisko. Cały nasz majątek materialny mieścił się w jednej szafie, co przekładało się na dwie walizki i dwie torby podręczne, czyli jakimś cudem nie zmienił swojej objętości podczas naszego pobytu na wyspie. Jednak teraz braliśmy ze sobą jeszcze inny rodzaj bagażu i w dodatku był to bagaż bezcenny, choć na szczęście niewymagający ubezpieczenia. Był to bowiem bagaż doznań, informacji, umiejętności i wspomnień, czyli suma majorkańskich doświadczeń.

Ostatni goście, czyli Adam z Kasią, Asią i Łukaszem przylecieli siódmego października. Tak jak za pierwszym razem, tak i teraz przywieźli ze sobą mnóstwo młodzieńczej energii i beztroskiego humoru. Ponieważ tym razem ich pobyt trwał tylko tydzień, postanowili większość czasu przeznaczyć na plażowanie i kąpiel w ciągle rozkosznie ciepłym morzu. Było to zupełnie zrozumiałe, ponieważ przyjemności te smakowały teraz ze zdwojoną mocą. Przyjechali bowiem z kraju, w którym jesień rozgościła się już na dobre. Słońce nie pokazało się od dwóch tygodni i wobec takiego stanu rzeczy przyroda zaczęła przygotowania do zimowego snu. Drzewa, wspomagane wiatrem, w błyskawicznym tempie pozbywały się zwiędłych liści, którymi ścieliły chodniki i parkowe alejki. Tym samym stopniowo odsłaniały swoje nagie ramiona, lecz nie były to ramiona, w które chciałoby się wtulić. Zbyt majestatyczne i ziejące chłodem. Dalie, chryzantemy i marcinki, zrezygnowane i pogodzone z losem, powoli traciły woń i intensywność kolorów. Poranna mżawka dawała w kość reumatykom i innym meteopatom. Zapadające coraz wcześniej ciemności wyludniały ulice już krótko po osiemnastej. Melancholia przemijania i nieuchronności rozlewała się w ludzkich umysłach niczym wieczorna mgła nad polami. W takich mniej więcej słowach opisała tę szaroburą, jesienną, polską rzeczywistość moja mama. Wbrew pozorom, nie miało to jednak wydźwięku negatywnego. Wręcz przeciwnie, mama dostrzegała w tym stanie pogodowym nieprzebrane możliwości. Od czerpania przyjemności z poczucia ciepła emitowanego przez ulubiony koc przez smak herbaty z czarnego bzu po inspirację dla swej artystycznej działalności. Płodziła wtedy egzystencjalne wiersze lub malowała obrazy z uroczymi jesiennymi widoczkami. To sprawka tej wrażliwej, promiennej części jej duszy, która pozwalała dostrzegać piękno w prawie każdej otaczającej ją rzeczy, a także widzieć ludzi lepszymi niż są w rzeczywistości. To niewątpliwie czyni jej życie bogatszym, o wiele bogatszym od większości bogatych w materialistycznym rozumieniu tego słowa.

Dla mnie jesień w Polsce, oprócz całego tego maminego anturażu, przywołuje też niestety inne, jednoznacznie ponure skojarzenia. Zdaję sobie bowiem sprawę z faktu, że to początek co sezonowej eksterminacji około pięćdziesięciu tysięcy moich rodaków, którzy opuszczają ziemski padół i przenoszą się do lepszego świata w wyniku wdychania najgorszego powietrza w Europie, będącego pokłosiem ekstremalnego smogu. To niewyobrażalna narodowa tragedia, która w wyniku dramatycznie beztroskiej relatywizacji rzeczywistości przez rządzących, została zepchnięta na margines polskich problemów. Nie zdziwiłbym się, gdyby niektórzy politycy, zwłaszcza ci z resortu zdrowia lub gospodarki, osiągając szczyty obłudy i głupoty – skądinąd cechy, niejako z urzędu, przynależne tej grupie zawodowej – zaczęli usprawiedliwiać ten fakt naturalną selekcją, eliminacją najsłabszych jednostek, najczęściej w wieku poprodukcyjnym, co w efekcie przyniesie przecież pozytywne skutki ekonomiczne, na przykład zmniejszenie kwoty wpompowywanych pieniędzy z budżetu w wiecznie bankrutujący ZUS i tym samym zwiększenie emerytur tym silnym jednostkom, które przeżyją i będą mieć siły, by iść do urn i podziękować władzy oddanym na nią głosem. W końcu najważniejsze to nie dać się odciągnąć od rządowego koryta, co oznacza, między innymi, niedrażnienie górników. Mam wrażenie, że stopień hipokryzji u reprezentantów politycznych naszego społeczeństwa, osiągnął taki poziom, iż gdyby dało się ich przenieść ponad dwa tysiące lat wstecz, do ówczesnej Judei, i gdyby wtedy Jezus, stając w obronie cudzołożnicy, zwrócił się właśnie do nich pamiętnymi słowami: „Kto z Was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem” to nie odeszliby zawstydzeni, lecz bez skrupułów ukamieniowaliby bidulkę w pięć minut.

Adam postawił sobie za punkt honoru skok z około ośmiometrowego klifu, który otaczał zatokę Cala Morlanda. Gdy byliśmy tam na, tradycyjnej już, wycieczce rowerowej w czerwcu, obserwowaliśmy ze zgrozą skaczącą z niego grupkę około dziesięcioletnich dziewczynek. Najbardziej zdumiewające było to, że wykonywały te skoki bez cienia strachu, bez grama respektu dla potencjalnego niebezpieczeństwa, z niczym niezmąconą dziecięcą radością. Zwłaszcza że co jakiś czas podchodził do krawędzi klifu jakiś dorosły osobnik płci obojga z widocznym zamiarem podniesienia sobie poziomu adrenaliny, ale po wzrokowym zmierzeniu się z odległością od tafli wody i tym samym automatycznym uruchomieniu blokady, będącej wynikiem działania, mało przydatnej w takich przypadkach, dorosłej wyobraźni, wycofywali się na tak zwanych miękkich nogach. Oczywiście samce Alfa pod postacią Adama, Łukasza i mojej skromnej osoby, musieli również przejść przez ten proces. Z tym że akurat w naszym przypadku, w podjęciu decyzji o rezygnacji ze skoku niebagatelną rolę odegrały nasze panie. Asia, Kasia oraz moja małżonka prześcigały się w uświadamianiu nam naszej nieodpowiedzialności, dziecinady, lekkomyślności i braku rozsądku, a ja dodatkowo zostałem obdarowany znanym powiedzonkiem mówiącym o związku starości z głupotą.

Wtedy się nie udało, jednak myśl o skoku drążyła umysł Adama niczym przysłowiowa kropla skałę. Nie, żeby musiał komuś czy sobie coś udowodnić, ot po prostu miał taką potrzebę, nieodparte pragnienie, jak inni, których jakaś wewnętrzna siła zmuszą do tego, aby zdobyć kolejną górę, skoczyć na bungee, spłynąć kajakiem Krutynią, przebiec maraton, popływać z delfinami czy przepędzić wyborny destylat ze śliwek. Ponad trzy miesiące dzielące ich od poprzedniej wizyty wykorzystał widocznie na skuteczne „zmiękczenie” stanowiska Kasi w tej kwestii, ponieważ tym razem już nie protestowała, gdy zwierzał nam się ze swoich zamiarów. Nie udała się ta sztuka Łukaszowi. Asia pozostała niewzruszona w swoim sprzeciwie, co nie zmieniało faktu, że byli jak najbardziej za powtórką z rozrywki, czyli ponownym pokonaniem wspaniałej trasy do Cala Morlanda i z powrotem. Dla mnie i żony była to już szósta i zarazem ostatnia taka wyprawa przed przenosinami na Teneryfę.

Tak więc już drugiego dnia ich pobytu, tuż po śniadaniu, udaliśmy się z naszymi gośćmi do wypożyczalni rowerów, by po godzinie jazdy rozkoszować się bajecznym widokiem na zatokę. Po zabezpieczeniu rowerów przeszliśmy jakieś pięćdziesiąt metrów, wzdłuż stromego klifu otaczającego zatokę z lewej strony, do miejsca, z którego wycofaliśmy się poprzednim razem. Również teraz, paru nastolatków z triumfalnymi okrzykami na ustach skakało do morza, wykonując podczas krótkiego lotu jeszcze różne ewolucje przypominające trochę swoim nieskoordynowaniem nasze swojskie tańce łamańce często wykonywane z „gracją” na weselach już grubo po oczepinach. Nie towarzyszyła nam Kasia, która postanowiła ubezpieczać Adama od strony morza i właśnie wypływała z małej, kamienistej plaży. Żona odbezpieczyła aparat fotograficzny, ja uruchomiłem kamerkę w telefonie, a Asia z Łukaszem przysiedli na pobliskim, kamiennym murku, z którego mieli doskonały widok na całokształt tego wydarzenia.

Gdy tylko pod względem logistycznym wszystko było gotowe, Adam podszedł do krawędzi klifu, spojrzał w dół i … odwrócił się w kierunku Łukasza, aby spytać go, czy aby na pewno nie chce mu towarzyszyć. Wiedzieliśmy, że bardzo by chciał i wystarczyłoby minimalne, aprobujące skinienie głową Asi, by błyskawicznie znalazł się obok Adama. Uchwycił się zatem tej ostatniej szansy i skierował w stronę swojej małżonki błagalne spojrzenie, które wysyłało jednocześnie niewerbalne, nieme podanie o zgodę. Jednak Asia, powodowana wielką troską o bezpieczeństwo swojego męża i zarazem ojca jej dziecka, które za kilka miesięcy miało pojawić się na tym świecie, z czarującym uśmiechem wspartym czułym muśnięciem jego czarnej czupryny, oświadczyła mu, żeby nawet nie próbował o tym myśleć, a jeżeli już zdążył pomyśleć, to niech czym prędzej wybije to sobie z głowy. Tym samym definitywnie ogołociła Łukasza z resztek nadziei, jeżeli je w ogóle jeszcze miał. Wyrok przyjął ze zrozumieniem, nie robiąc Asi wyrzutów ani nie przyjmując chmurnego oblicza, a my z wielką sympatią i podziwem przyglądaliśmy się tej scence, dostrzegając w niej piękny przykład kapitalnego znaczenia kompromisu, jako fundamentu udanego, kochającego się małżeństwa.

W takiej sytuacji nie było już na co czekać, zwłaszcza że w kolejce do oddania kolejnego skoku ustawili się wspomniani nastolatkowie, niecierpliwie drepczący z nogi na nogę, jak małe dzieci z pełnymi pęcherzami pod drzwiami zajętej toalety. Adam wziął głęboki oddech, zgiął lekko nogi w kolanach, po czym wybił się z nich do przodu, niczym skoczek narciarski przy wyjściu z progu. Na szczęście utrzymał pionową pozycję w locie, która umożliwiła mu w miarę bezkolizyjne zetknięcie z wodą i po jakichś trzech sekundach zniknął pod jej powierzchnią. Niby nie było żadnego zagrożenia, morze miało w tym miejscu około dziesięciu metrów głębokości, więc zderzenie z groźnie wyglądającymi i, poprzez optykę kryształowo czystej wody, niepokojąco bliskimi, dennymi skałami nie wchodziło w rachubę, ale mimo to, dopiero kiedy ujrzeliśmy uśmiechniętą twarz wynurzającego się syna, poczuliśmy prawdziwą ulgę. Pokiwał nam w geście triumfu, krzyknął, że było super i odpłynął w kierunku Kasi. Chwilę później, z wysokości klifu, niczym z teatralnej loży, mogliśmy z żoną podziwiać piękny obrazek, kiedy to spotkali się na środku zjawiskowo lazurowych wód zatoki, wymienili drobne czułości, by następnie ramię w ramię płynąć w kierunku plaży. Prawie jak scena z któregoś filmu z błękitem w tytule, jak na przykład „Błękitna Laguna”, „Wielki Błękit” czy „Błękitna Fala”.

Mogłoby się wydawać, że taki skok, to nic wielkiego. Mnóstwo ludzi zrobiłoby to samo bez zbędnych ceregieli, ale należy pamiętać, że każdy z nas ma w danym momencie swój własny, indywidualny, umowny Everest, będący kompilacją marzeń, chęci i możliwości, oczywiście ciągle ewoluujących w trakcie naszego życia. W tamtym momencie tym Everestem był dla Adama skok z wysokiego klifu, który pewnie i był sam w sobie atrakcyjnym, podnoszącym poziom adrenaliny, przeżyciem, ale przede wszystkim pozwolił mu przełamać własne ograniczenia i przekroczyć barierę, jaką wyznacza mu jego lęk wysokości.

Miasteczko Capdepera słynie przede wszystkim ze wznoszącego się na niewielkim wzgórzu średniowiecznego zamku-twierdzy, a raczej jego pozostałościom. Fascynaci starych zamczysk zapewne nie byliby ukontentowani, lecz nam to miejsce jawi się jako piękne i klimatyczne. Miejsce, któremu zdecydowanie warto poświęcić kilka przedpołudniowych godzin. Rozciągające się z dzwonnicy, zachowanej w przyzwoitym stanie, widoki, to raj dla oczu, a ukojenie dla duszy można znaleźć w starej, zabytkowej kapliczce lub po prostu sadowiąc się na którejś z zacienionych ławek i kontemplując emanujące spokojem otoczenie. Jest to tym bardziej przyjemne, że miejsce to, nie wiadomo dlaczego, nie jest oblegane przez turystów. Na koniec zwiedzania czekała nas atrakcyjna niespodzianka. W niewielkiej grocie eksponowano żywe okazy różnorodnych gatunków sów. Niektóre naprawdę wzbudzały respekt swoimi gabarytami. Tym bardziej, że nie były zamknięte w klatkach tylko siedziały z niewzruszonym spokojem i ptasią godnością na drewnianych palach wbitych w ziemię. Można je było pogłaskać, chociaż największe wrażenie robiło wpatrywanie się w ich niezwykłe, hipnotyzujące oczy. I rzeczywiście, zgodnie z zasłużoną opinią, można było bez trudu dostrzec w nich głęboką mądrość, a nawet coś więcej, w zależności od interpretacji tego sowiego spojrzenia. Uderzyło mnie wtedy, jak rzadko miewam podobne skojarzenia przeglądając się w oczach ludzkich.

Capdepera jest położona zaledwie dwa kilometry od Cala Rajady, jednego z najpopularniejszych kurortów wschodniego wybrzeża. Tak więc można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, czyli zwiedzić te dwie miejscowości w pół dnia, dostarczając sobie kolejnej, sporej porcji zróżnicowanych wrażeń, a jednocześnie skreślić dwa kolejne punkty z listy majorkańskich atrakcji. Właśnie tak zrobiliśmy to z żoną jakiś miesiąc wcześniej i taką właśnie opcję, oczywiście mocno przez nas rekomendowaną, wybrali nasi goście. Wrócili bardzo zadowoleni i nieco zdziwieni odkryciem faktu, jak wiele Majorka ma do zaoferowania pragnącym poznać ją bliżej, turystom. Trochę nas to rozbawiło, ponieważ właśnie taka sama refleksja przychodziła nam do głowy przy okazji każdego naszego kolejnego pobytu na tej cudownej wyspie. Dla nas Majorka jest niczym ten apetyt, który wzrasta w miarę jedzenia i nie mamy pewności, czy kiedykolwiek uda się go zaspokoić.

Idąc za ciosem, szybko poleciliśmy im jeszcze jedno miejsce warte odwiedzenia i to leżące całkiem niedaleko, a mianowicie Botanicactus. To największy ogród botaniczny w Europie i, jak nazwa wskazuje, przede wszystkim królestwo kaktusów, choć można tam również podziwiać tysiące innych gatunków roślin z tysiącletnimi drzewami oliwnymi, eukaliptusami i chlebem świętojańskim na czele. Na nas największe wrażenie zrobiły ogromne, monumentalne okazy kaktusów Saguaro z pustyni Sonora w Arizonie oraz, zaobserwowane podczas odpoczynku na ławce, … gąsienice, które wędrowały jedna za drugą, tworząc niemal metrowe „sznurki”, w sobie tylko – i zapewne biologom – wiadomym celu i kierunku. Być może instynktownie zmierzały do miejsca, gdzie przepoczwarzą się w piękne, różnokolorowe motyle. Przyszło mi wtedy na myśl, że ten proces przemiany w motyla, to przecież piękna alegoria losu człowieka. W chwili śmierci odrywamy się od swojego „przyziemnego” ciała i stajemy się wolni od wszystkich, związanych z jego posiadaniem, ograniczeń i zależności. Takie rzeczy jak grawitacja, czas i przestrzeń, ale też choroby, debet na koncie, podatki, wredny szef, upierdliwa teściowa czy nieudolny rząd, przestają mieć jakiekolwiek znaczenie, a nieograniczona świadomość pozwala zrozumieć cuda wszechświata i widzieć wszystko z innej, przepełnionej miłością, duchowej perspektywy.

Może poczyniłem maleńką nadinterpretację aktu gąsienicowego przeistoczenia, ale wierze, że w naturze, oprócz lekarstw na wszystkie choroby, istnieją też odpowiedzi na wszystkie ważne pytania. Jednak, żeby najpierw szukać, a potem uzyskać odpowiedzi, trzeba przede wszystkim te ważne pytania zadać. I tu jest problem, bowiem ciekawość i dociekliwość dla coraz większej liczby ludzi sprowadza się do takich „fundamentalnych” kwestii jak te w rodzaju: – co jest jutro na obiad?, w co się ubrać na imieniny do szwagra?, Ile mam laików na portalu społecznościowym?, skąd sąsiad wziął na nowy samochód?, na jaki kolor polakierować paznokcie? lub czy następna podstarzała, rodzima gwiazdeczka poprawiła już sobie wszystkie „akcesoria” na tyle, by zagrać laleczkę Chucky bez charakteryzacji? Życie jest dla nich bezrefleksyjnym trwaniem, podtrzymywanym przez konsumpcyjny charakter rzeczywistości. Bez pytań o sens, prawdę, piękno czy szczęście. Ten totalny zanik samoświadomości sprawia, że coraz łatwiej jest nimi manipulować, coraz łatwiej kontrolować, aby trzymać ich w ryzach systemu kontrolowanego przez wąską grupę polityków i bankierów.

Odwiedzanie takich miejsc jak Botanicactus jest też wspaniałą lekcją pokory wobec nieskończonego bogactwa przyrody i różnorodności jej form. Przy okazji może też być doskonałym treningiem fizycznym, ponieważ ogród ma około piętnastu kilometrów kwadratowych i pod koniec zwiedzania, zwłaszcza w pełnym słońcu, można poczuć się mocno zmęczonym. Jak jednak wiadomo, ruch jest jednym z fundamentów dobrego zdrowia, a bezruch jest nawet gorszy od palenia. Zmęczenie zresztą szybko ustąpi po wstąpieniu do którejś z urokliwych kawiarenek w pobliskim miasteczku Ses Salines i uraczeniu się pyszną i bardzo zimną sangrią. Co prawda Adam z przyjaciółmi nie mieli tam żadnych metafizycznych skojarzeń, ale Botanicactus musiał zrobić na nich spore wrażenie, bo takiej dokumentacji zdjęciowej nie poczynili z żadnego innego miejsca.

Dla nieowładniętych kultem pracy i zarabiania wakacje zawsze będą za krótkie. Tak było i tym razem. Czas przeleciał naszym gościom z szybkością myśliwca. Kolejne pożegnanie znowu nie obyło się bez uronienia paru łez, choć tym razem nie wyglądało to tak melodramatycznie jak to czerwcowe, ponieważ Adam już zapowiedział swoją wizytę na Teneryfie w grudniu. Gdy wyjeżdżał za pierwszym razem, nie wiedzieliśmy jeszcze, kiedy się ponownie zobaczymy, dlatego łzom i czułościom nie było końca. Teraz machaliśmy rękami na pożegnanie za odjeżdżającym na lotnisko autokarem, ale kiedy tylko znikł nam z oczu, wzięliśmy głęboki emocjonalny oddech zwany westchnieniem i niemal w następnej chwili dokonaliśmy mentalnego zwrotu niezbędnego, aby rozpocząć akcję Teneryfa. Do wyjazdu zostało nam bowiem tylko siedem dni, a do załatwienia jeszcze parę spraw.

Żeby przekazanie mieszkania i związane z tym oględziny przebiegły bez żadnych zgrzytów, przystąpiliśmy do prac porządkowych. Trzeba było wyprać i wyprasować wszystkie pościele po gościach, żeby zostawić je w takim stanie, w jakim je zastaliśmy. Przywróciliśmy też pierwotne ustawienie mebli, gdyż trochę „pojeździliśmy” z łóżkami, sofami i komodami, żeby było praktyczniej i ładniej przy okazji. Rzecz jasna nie obyło się bez użycia bezkonkurencyjnego zestawu sprzątającego, czyli odkurzacza i mopa. Nieoczekiwanie w osobie Marokańczyka, właściciela kebaba z naprzeciwka, znaleźliśmy kupca na telewizor i elektryczny grzejnik łazienkowy. Dorzuciliśmy mu w pakiecie sofę tarasową, którą kupiliśmy na początku naszego pobytu z wyprzedaży hotelowej za jedyne dwadzieścia pięć euro. On w rewanżu zaprosił nas na pożegnalnego donera. Tak dokładnie, to zasugerowałem mu takie rozwiązanie, jako symboliczne podziękowanie za sofę, ale przystał na to z ochotą. Dobrze się robi interesy z Arabami czy z Turkami pod warunkiem, że posiadło się umiejętność targowania się w ten sposób, aby obie strony miały potem poczucie wygranej, co wcale nie jest rzeczą łatwą. Bez odpowiedniego doświadczenia może to być wręcz bardzo trudne i stresujące przeżycie. Ja nauczyłem się tej sztuki wiele lat wcześniej, podczas kilkukrotnych turystyczno-handlowych wypraw do Turcji i Egiptu. To cały zestaw zachowań – grymasów twarzy, modulacji głosu, przesadnych gestów, operowania spojrzeniem i ekspresji słownej. A więc zachowań prawie zupełnie nieprzydatnych w Polsce, gdzie negocjacje biznesowe są bardziej wyrafinowane i przebiegają na ogół w atmosferze stonowanych, wzajemnych uprzejmości oraz powściągliwości słownej i emocjonalnej, a prawdziwe intencje, często bardzo krwiożercze, skrywane są głęboko.

Żona zainicjowała też proces pakowania. Ułożyłem nasze dwie walizki oraz dwie mniejsze torby, które miały grać rolę bagażu podręcznego, na łóżku w gościnnej sypialni i ze spokojem obserwowałem, jak z dnia na dzień zmniejsza się ich pojemność, mimo że większość naszej odzieży jeszcze wisiała bądź leżała sobie spokojnie w szafie. Tak naprawdę zacząłem się trochę niepokoić dopiero w ostatni wieczór, kiedy musiałem użyć kolana, aby ugnieść zawartość walizek na tyle mocno, żeby dało się zasunąć w nich zamek. Co prawda nie mieliśmy wagi, ale kiedy je uniosłem, to i bez niej wiedziałem, że na pewno przekroczyliśmy dopuszczalny ciężar. Na szczęście nigdy w takich sytuacjach nie wpadamy w panikę, ani nawet w drobne zdenerwowanie. Znowu procentowały doświadczenia z dawnych czasów, kiedy to z towarem kilkukrotnie przekraczającym dopuszczalne normy, z ułańską fantazją, przekraczaliśmy różne granice na szlaku handlowym łączącym Stambuł z Poznaniem lub Stambuł z lotniskiem w bułgarskim Burgas. Drobne przekroczenie wagi to była pestka w porównaniu z tym, co wtedy wyrabialiśmy. Szybko opracowaliśmy plan awaryjny i tę ostatnią noc na Majorce przespaliśmy nadzwyczaj spokojnie.

Tego ostatniego tygodnia nie spędziliśmy oczywiście tylko na pakowaniu i załatwianiu różnych spraw związanych z wyjazdem. Nie było żadnego biegania z wywieszonym jęzorem. Wszystko robiliśmy ze spokojem i w odpowiednich proporcjach. Wszak roli życiowej harmonii nie da się przecenić. Nadal więc codziennie wylegiwaliśmy się na plaży i zażywaliśmy morskiej kąpieli, tyle tylko, że teraz udawaliśmy się tam w samo południe. Wtedy bowiem słońce grzało najmocniej. I jak już wspomniałem, emitowało ten cudowny, terapeutyczny rodzaj ciepła, za którym tęskni się potem całą zimę. Było też na tyle intensywne, że z powodzeniem utrwalało naszą opaleniznę, a kiedy była taka potrzeba, robiło za suszarkę po wyjściu z wody.

Był to też czas podsumowań, ponieważ przeprowadzka na Teneryfę kończyła pewien etap w naszej emigracyjnej przygodzie. Etap, którego meta była pożegnaniem z naszą, niegdyś tak idealizowaną i wymarzoną, Majorką. Czas spędzony tutaj mocno bowiem zweryfikował nasze wcześniejsze wyobrażenia nie tylko o życiu na Majorce, ale w ogóle o życiu na emigracji. Pewnego wieczoru, bodajże dwa dni przed wyjazdem, zgasiłem telewizor, puściłem nastrojową muzykę, czyli ballady jazzowe z saksofonem tenorowym i trąbką w roli głównej, zaparzyłem żonie zieloną herbatę, nalałem sobie kieliszek świetnej hiszpańskiej brandy, po czym rozsiedliśmy się wygodnie na sofach i zaczęliśmy bilansować ostatnie siedem i pół miesiąca naszego życia.

Początkowo chcieliśmy zrobić to w sposób klasyczny, a więc wyszczególnić wszystkie plusy i minusy, ale kiedy, po dłuższym namyśle, zaczęliśmy wymieniać rzeczy, które ewentualnie moglibyśmy umieścić po stronie minusów, to zaraz reflektowaliśmy się, że przecież to żaden minus, co najwyżej zaniechanie będące rezultatem ewolucji naszych planów. Najbardziej bolesnym z nich była rezygnacja z perfekcyjnego nauczenia się języka hiszpańskiego. Nasza najbardziej optymistyczna wizja życia na emigracji zakładała, w ogólnym zarysie, osiedlenie się w jakiejś pięknej hiszpańskiej miejscowości, zaraz potem intensywną nauka języka na kursie dla obcokrajowców i równoczesną integrację z lokalną społecznością. Po pół roku mieliśmy opanować język w stopniu pozwalającym nam na w miarę swobodną konwersację i tym samym myślenie o uruchomieniu jakiegoś interesu. Niestety, jak wspomniałem, była to najbardziej optymistyczna, wręcz sielankowa i jak się okazało utopijna wersja naszego planu. Chyba naczytaliśmy się za dużo książek opisujących takie historie i zapomnieliśmy, że detale są jednak ważne. W naszym przypadku detal był dość duży, bo miał wymiary Majorki.

Na szczęście z tego, iż w majorkańskiej rzeczywistości nie mamy szans na realizację tej wersji planu, zdaliśmy sobie sprawę stosunkowo szybko, toteż nie straciliśmy, jakże drogocennego w naszym wieku, czasu na mozolne jego wdrażanie. Po raz kolejny muszę podkreślić, jak ważna jest w takich momentach umiejętność odpowiedniego przeprogramowania swojego umysłu. Jak ktoś trafnie zauważył: „niebo, piekło i wszyscy bogowie są w naszych głowach”. Wszystko inne również. Świadomość tego niewątpliwie pozwoliła nam prawie bezboleśnie pogodzić się z faktem, że nasz misternie budowany plan diabli wzięli. Wiele godzin rozmów, namiętnych dyskusji, przemyśleń, ślęczenia w internecie, parę lat coraz bardziej niecierpliwego oczekiwania, wizualizacji przyszłości, wszystko to obróciło się w zgliszcze w ciągu zaledwie miesiąca. Wielu ludzi na naszym miejscu dopadłaby czarna rozpacz, ogarnąłby ich stan rezygnacji, a głowy wypełniłyby się wątpliwościami i pytaniami o sens dalszego trwania na obczyźnie. I to by była całkiem zrozumiała reakcja, wszak tylko w tępych głowach nie rodzą się wątpliwości. Co prawda dokonaliśmy aktu skruchy, słusznej samokrytyki i niezbyt silnego bicia się w piersi, ale niezwłocznie przystąpiliśmy do pracy nad zmianą optyki w naszych głowach. Przede wszystkim skupiliśmy się na znalezieniu pozytywnych aspektów naszej sytuacji, bo przecież każda sytuacja takowe posiada.

Uznaliśmy na przykład, że takim pozytywem będzie nasze przeobrażenie się z emigrantów w turystów na baaardzo długich wakacjach. I wtedy okazało się, że wyłoniło się przed nami całe spektrum dodatkowych korzyści. Największą dla nas wartością okazał się w tym momencie brak jakiejkolwiek presji. To, co przed chwilą było, co prawda atrakcyjnym, ale jednak priorytetem, teraz zaczęliśmy postrzegać jako zbędny balast. Już nie musieliśmy się integrować, asymilować, uczyć codziennie języka, szukać nieruchomości do kupienia, myśleć o sposobie na zarabianie, czy też o innych sprawach bytowych.

Trochę nas zdziwiło tempo, w jakim dokonało się nasze przeprogramowanie. Niewątpliwie wiedza z zakresu stosowania różnych technik duchowych oraz zasad funkcjonowania ludzkiego ducha i umysłu była nam bardzo pomocna, ale żeby tak szybko i bez zbytniego żalu pożegnać się z tym, co tkwiło w naszych głowach przez ostatnie lata. Czy to aby normalne? Czy to dobrze, czy źle o nas świadczy? Czy to dobrze, że odpowiedzi na powyższe pytania nie mają dla nas żadnego znaczenia? Nieważne, ważne, że po bardzo krótkim okresie przejściowym poczuliśmy przypływ wręcz wzmożonego zadowolenia. Nowa sytuacja wyzwoliła w nas dodatkowe pokłady energii, którą spożytkowaliśmy, między innymi, na nieustanne doskonalenie się w sztuce nicnierobienia oraz snucie nowych planów i nadanie im jakiegoś logistycznego porządku. Krótko mówiąc, znowu „goniliśmy króliczka” i czuliśmy to podniecające uderzenie adrenaliny, które wywoływało w nas euforię związaną z działaniem, czy jakkolwiek byśmy nazwali nasze ówczesne poczynania.

Nasza stosunkowo krótka próba ułożenia sobie życia na Majorce zaowocowała też paradoksem polegającym na tym, iż mimo namiętnego uprawiania nicnierobienia, okres ten pod wieloma względami zaliczyliśmy do jednego z najbardziej intensywnych. I to zarówno pod względem fizycznym jak i mentalnym. W tym niedługim przecież czasie dowiedzieliśmy się o sobie więcej niż przez ostatnie parę lat. Na przykład to, że na pewno nie zaliczamy się do ludzi ceniących sobie najbardziej tak zwaną małą stabilizację, do ludzi, dla których powtarzający się scenariusz każdego dnia, czyli rutyna jest koniecznością i nie pragną niczego więcej jak wieść spokojną egzystencję, jak ognia unikając wzięcia odpowiedzialności za jakość własnego życia. Standardowo obawiamy się chorób, braku miłości, samotności, drżymy o los najbliższych, ale wręcz przeraża nas stan marazmu i stagnacji. Zmiany i związane z nimi nowe wyzwania powodują, że życie nabiera kolorów i staje się ciągiem ekscytujących przygód. I to różne wyzwania, oczywiście najlepiej takie, które kojarzą się z przyjemnymi doznaniami i których realizacja daje poczucie radości i spełnienia. Niestety, na życie każdego, a więc i nasze, składają się też doznania nieprzyjemne, smutne lub wręcz tragiczne. Cóż, tak to już jest, że aby stwierdzić, że coś jest gorące, musimy poczuć tchnienie zimna, żeby móc odczuwać radość, musimy też poznać oblicza smutku. Po prostu wszystkie nasze uczucia, emocje, doznania i inne stany psychiczne i fizyczne muszą mieć punkt odniesienia. Ponieważ, jak już zostało powiedziane i wyśpiewane, w życiu piękne są tylko chwile, więc każdy w swoim życiu spotyka się permanentnie z jego ciemną stroną, z jego negatywnymi aspektami. My nie jesteśmy tu wyjątkami, dlatego tym bardziej potrafiliśmy docenić zalety nowej sytuacji i czerpać z niej korzyści pełnymi garściami. Mieliśmy świadomość, że trwa właśnie, być może niepowtarzalna, kumulacja tych pięknych chwil. I dlatego w ostatnią noc na Majorce, kładliśmy się spać z mocnym przekonaniem, że właśnie przeżyliśmy jeden z najwspanialszych okresów w naszym życiu. Mieliśmy też pewność, że przekonanie to będzie się tylko umacniać wraz z upływającym czasem.

„Czasem tak długo patrzymy na drzwi, które się zamykają, że nie widzimy tych, które się otwierają.”

Alexander Graham Bell

2 komentarze

  • Janina

    Cieszę się, że po dosyć długiej przerwie napisał Pan kolejny bardzo ciekawy rozdział. Sądzę, że powinien Pan wydać książkę lub przewodnik turystyczny, który zachęci potencjalnych turystów do odwiedzenia Majorki i na pewno również Teneryfy. Ja postaram się tam polecieć i zobaczyć tę piękne miejsca.
    Ma Pan duży talent do pisania w niezwykle interesujący i obrazowy sposób.
    Pozdrawiam serdecznie
    Janina Olszewska

  • Mama

    Piszesz tak obrazowo ze człowiek czuje jakby tam był widzi i czuje nawet zapach cieszę się że masz taką wrażliwość Wyczyn Adasia zachwycił mnie ogromnie Brawo Adaś

Zostaw odpowiedź