Rozdział 13

Kilka dni po zamieszkaniu w naszym majorkańskim gniazdku, wczesnoporanne, jeszcze lekko przytłumione, dźwięki budzących się leniwie do życia ulic, do których zdążyliśmy już prawie przywyknąć, zostały brutalnie zaatakowane, pozostającym z nimi w ewidentnym konflikcie tonacyjnym, głośnym, przeszywającym powietrze, gwizdem. Nie był to wczesny świt, narodziny dnia odbyły się już jakiś czas temu i słoneczko coraz śmielej brało w swoje objęcia coraz to większe połacie przestrzeni. Jakoś tak się stało, że zegar biologiczny naszych organizmów nie uznał tej pory – a szkoda – za najlepszej do aktywacji. Żeby zatrzymać nas w łóżku, posłużył się sprytnym, choć nieco perfidnym sposobem. No bo jak wytłumaczyć fakt, że akurat w tym czasie następowała wzmożona produkcja fascynujących snów, które sprawiały, że na ogół przesypialiśmy tę, bądź co bądź, piękną część dnia.

Tak więc akurat fruwałem sobie wieczorową porą, zadziwiająco lekki i wolny jak ptak, wzdłuż jakiejś nieznanej mi ulicy, tuż ponad dachami budynków ciągnących się po obu jej stronach. Zamiast jednak rozkoszować się nieludzko fantastycznym aktem swobodnego lotu, zaglądałem z właściwym ludziom wścibstwem przez okna – dziwnym trafem nie zasłonięte – do wnętrz oświetlonych mieszkań. Właśnie zaciekawiła mnie jakaś rodzinna scenka, gdy go usłyszałem. Przez krótką chwilę myślałem, że to jakiś kolejny element snu, ale następny gwizd, a raczej melodyjny zagwizd, uświadomił mi, że jednak jestem już na jawie. Ktoś najwyraźniej źle wychowany lub dobrze „wczorajszy”, albo też ze zbyt dominującym pierwotnym, samczym pierwiastkiem, gwizdał donośnie krótkie frazy powszechnie znanych piosenek, pomiędzy które wplatał jednak co chwilę charakterystyczny zagwizd, z jakiego słyną na przykład, kipiący testosteronem, włoscy młodzieńcy artykułujący w ten sposób swoje skryte pragnienia i podziw dla przechodzącej właśnie „belli”, czyli pięknej kobiety.

Początkowa złość związana z faktem, że ktoś tak bezceremonialnie przerwał mi moje senne doświadczenia związane ze swobodnym lataniem, zaczęła ustępować rozbawieniu, do którego, po następnych piętnastu minutach gwizdanego koncertu, dołączyło zaintrygowanie, które spowodowało, że wstałem z łóżka i wyszedłem na taras, żeby zlokalizować delikwenta. I wtedy gwizdanie raptownie ustało, widać „gwizdacz” dostrzegł mnie pierwszy. Przeszukałem wzrokiem całą dostępną mi przestrzeń, ale nie dostrzegłem nikogo, komu mógłbym zadać pytania w rodzaju: Estas enfermo? Tu cabeza esta bien? czyli: jesteś chory? z twoją głową wszystko w porządku? Nawiedzony, ale sprytny – pomyślałem i wróciłem do łóżka w nadziei, że dane mi będzie jeszcze trochę pospać, a może nawet kontynuować lot. Niestety, nadzieja okazała się płonna, ponieważ, gdy tylko przyłożyłem głowę do poduszki, koncert został wznowiony. Usłyszałem pierwszą frazę „Besame mucho” i zaraz po niej znajomy już zagwizd włoskich ogierów. Po następnych piętnastu minutach, zrezygnowany, ostatecznie dałem za wygraną i ponownie cicho wygramoliłem się z łóżka, nie chcąc budzić żony, którą los, w przeciwieństwie do mnie, obdarzył błogosławieństwem tak głębokiego snu, iż czasem miałem wrażenie, że tylko biblijne trąby jerychońskie lub słynny motyw ze „Smoke on the water” grupy Deep Purple, mogły ją z niego skutecznie wyrwać. Upierdliwe gwizdanie, które na pewno postawiło na nogi wszystkich w promieniu przynajmniej pięćdziesięciu metrów, do tego momentu szczęśliwie pozostających w objęciach Morfeusza, na niej nie zrobiło żadnego wrażenia.

Ubrałem się i jak co dzień – wtedy oczywiście dużo wcześniej niż zwykle – zszedłem na dół z jednoczesnym zamiarem zakupu pachnącej, gorącej bagietki oraz ostatecznego rozwikłania zagadki tajemniczych gwizdów. Po wyjściu z naszej kamienicy mogłem się przekonać nausznie, że tym razem „gwizdacz” nic sobie nie robi z mojego pojawienia się i w najlepsze kontynuuje swoje popisy ku uciesze coraz większej liczby nasłuchującej i gapiącej się gawiedzi. Przeszedłem zatem kilkanaście metrów wzdłuż ulicy, do skrzyżowania, aby do niej dołączyć, bynajmniej nie w celu zaspokojenia moich melomańskich ciągotek, lecz by go wreszcie skutecznie namierzyć i zadać mu wymienione wcześniej pytania, a może też przy okazji wyrzucić z siebie choćby kilka najłagodniejszych epitetów z wielu cisnących mi się na usta. Podążyłem wzrokiem w kierunku źródła gwizdów, upewniwszy się błyskawicznie, że wszyscy gapią się w tym samym kierunku, i wtedy Ją ujrzałem. Na balkonie mieszkania znajdującego się na pierwszym piętrze narożnej kamienicy.

Moje negatywne emocje, które wzbierały we mnie od jakiegoś czasu, ulotniły się natychmiast niczym efekt pierdnięcia kolibra a ich miejsce, zajęły takie uczucia jak zdumienie, a zarazem podziw i błyskawicznie rosnąca sympatia. Zdobiły ją piękne, jaskrawo kolorowe pióra. Gwiżdżąc, zabawnie przekrzywiała główkę, wpatrując się w gapiów swoimi, zaskakująco dużymi, okrągłymi oczami. Czubek tej głowy zwieńczony był niewielkim żółtym pióropuszem, a na policzkach można było zauważyć fantazyjne, różowoczerwone plamy. Najdziwniejsze było jednak to, że wisiała głową w dół, co odebrałem jako wielce oryginalny objaw artystycznej ekstrawagancji oraz oznakę silnej osobowości, a pewnie też posiadania sporej dawki próżności, która zdawała się dawać gapiom wyraźny przekaz mówiący, kto tu jest gwiazdą i jak głęboko, w związku z tym, ma ich w swoim pierzastym tyłku. Jeżeli dodam, że otoczona była wielką, metalową klatką to już zapewne zyskaliście podejrzenie graniczące z pewnością, że nie była to jednak ani Maryla Rodowicz, ani Doda, ani tym bardziej Szpak – nie ptak. Był to bowiem imponujący okaz papugi z gatunku nimf australijskich, jak się później dowiedziałem, płci męskiej. U ptaków, odwrotnie niż u ludzi, to panowie są na ogół tą piękniejszą połową. Stroją się w kolorowe piórka, wyśpiewują miłosne trele i odtańcowują tańce godowe, wszystko po to, by zostać szczęśliwym wybrańcem samiczki, następnie ojcem małych piskląt i zrealizować tym samym nadrzędny cel, biologiczny imperatyw, jakim jest przedłużenie gatunku.

Odtąd poranne, a często i przedwieczorne, gwizdane koncerty przestały nam przeszkadzać, ba, szybko je polubiliśmy, a z czasem stały się kolorowym, atrakcyjnym elementem naszej majorkańskiej codzienności. I to do tego stopnia, że kiedy właściciel papugi, sympatyczny starszy pan, wyjechał na dwutygodniowe wakacje, zamykając ptaka we wnętrzu mieszkania i pozbawiając nas tym samym jego gwizdanych treli, byliśmy niepocieszeni i z niecierpliwością czekaliśmy na jego powrót. Jedynym, malutkim mankamentem jego popisów, do którego też się w końcu przyzwyczailiśmy, była monotonia jego repertuaru, ciągła powtarzalność tych samych melodyjek. Jakby jego panu zabrakło inwencji i konsekwencji w nauczaniu. Mimo naszego przyzwyczajenia do tej artystycznej ograniczoności, postanowiłem coś z tym zrobić. A dokładniej, poszerzyć papuzie – rzecz jasna, artystyczne – skrzydła. Toteż kiedy już oswoił się z naszą obecnością na tarasie i pewnego ranka gwizdał sobie w najlepsze, wykorzystałem krótką przerwę między „utworami” i zagwizdałem donośnie nasze swojskie „biedroneczki są w kropeczki”. Papuga zamilkła na dłuższą chwilę, chyba nieco skonsternowana i zaskoczona zarazem, więc powtórzyłem zagwizd. Tym razem odpowiedziała, znanym już, włoskim motywem. Wtedy ja znowu swoje, ona uparcie swoje i tak trwało to przez dobrych kilka minut.

Odgwizdywaliśmy sobie tak niemal codziennie, przez jakiś tydzień, aż któregoś dnia, ku mojej wielkiej radości, papuga odpowiedziała mi „biedroneczkami”. To był punkt zwrotny w naszej gwizdanej przepychance, ponieważ od tego czasu włączyła ten zagwizd do swojego repertuaru. Wyobraziłem sobie zdumienie jej pana, gdy go usłyszał, i muszę przyznać, że ta wizja dawała mi sporo zadowolenia, wręcz przepełniała dumą. Po takim sukcesie nabrałem apetytu i postanowiłem rozszerzyć swoją edukacyjną misję o pierwszą frazę naszego narodowego hymnu. Chyba dlatego, że od czasu do czasu i przede wszystkim za granicą, odzywały się we mnie – będące w głębokiej sprzeczności z moimi oficjalnymi kosmopolitycznymi poglądami – patriotyczne nuty. W tym przypadku poniosłem jednak totalną klęskę, bo papuga za nic nie chciała się naszego mazurka nauczyć. Trochę mnie to zdziwiło. Przecież przed wieloma laty, malkontenci nazywali ironicznie nasz hymn „skowronkowym trelem” i wobec tego sądziłem, że moja nimfa przyswoi sobie te dźwięki bez problemu. Niestety, widocznie gustowała w muzyce łatwej, lekkiej i przyjemnej. Po tygodniu bezowocnych starań mój entuzjazm bezpowrotnie wygasł i uznałem swoją misję za zakończoną. Niemniej pozostaliśmy – jeżeli można tak to ująć – w przyjacielskich stosunkach. Po prostu chyba mnie w jakiś papuzi sposób polubiła, bo chociaż milczała przez większość dnia, czyli, jak zauważyłem, w okresie największej słonecznej ekspozycji, gdy pojawiałem się na tarasie, pozdrawiała mnie którymś ze swoich zagwizdów. Uprzejmie jej odpowiadałem, ona znowu, lecz ja nie kontynuowałem już tego swoistego dialogu i na wstępnych grzecznościach się kończyło, zwłaszcza że żona zaczęła mi się już trochę dziwnie przyglądać.

No cóż, niecałe osiemset lat temu był taki jeden, który twierdził, że rozmawia ze zwierzętami, a w szczególności z różnymi ptaszkami. I nie był to przodek doktora Dolittle. Ale miał za to niewiarygodne wyczucie miejsca i czasu, w wyniku czego jego ascetyczne zwidy czy, jakby to określiła współczesna psychiatria, efekt zaburzeń biochemicznych, zostały potraktowane przez paru innych religijnych fanatyków całkiem serio. Sto lat później jego „koledzy z branży” pod postacią świętej inkwizycji zapewne spaliliby go na stosie za herezje, wcześniej wydłużając mu o kilkanaście centymetrów wzrost, ręce, nogi, a może i inny już typowo męski narząd, przy użyciu specjalistycznych narzędzi tortur, posiadających oczywiście papieski certyfikat. Jeszcze kilkaset lat później troskliwa służba zdrowia zaopiekowałaby się nim, ubierając w gustowne wdzianko bez rękawów i zamykając pacjenta na długi czas w pokoju bez klamek i ostrych krawędzi. Dzisiaj, na szczęście, minęła już niezdrowa moda na ascezę i umartwiania się, będące w istocie fanatyczną demonstracją pogardy dla największego daru, jakim jest życie, choć, niestety zastąpiły je inne formy autodestrukcji. Zwidy, omamy czy objawienia wywoływane są najczęściej przy pomocy różnych zabronionych substancji i nie skutkują już stawianiem kolejnych sanktuariów, ale, jak wspomniałem, szczęśliwe wyczucie miejsca i czasu sprawiło wtedy, że nie tylko nie wzięto go za wariata, ale w jakiś czas później ten nieszkodliwy w sumie pan – pomijając wstydliwy epizod z czasów młodości, kiedy to okradł własnego ojca – otoczony został religijną czcią. A że był to czas wielkiego deficytu świętych w łonie kościoła, to wkrótce został wyniesiony na ołtarze, a jego legenda rosła i rosła. Tak więc, gdy w wyniku splotu jakichś dziwnych okoliczności, zacznie się komuś wydawać, że wszedł na wyższy poziom komunikowania się ze światem zwierzęcym, powinien niezwłocznie zastanowić się nad ewentualnymi konsekwencjami posiadania tego „daru”. I nawet nie chodzi tu o ewentualność zostania świętym, ale czy naprawdę chcemy wiedzieć, co myśli o nas nasz wyniosły kot, albo skazany na dożywocie w klatce kanarek.

Przed przyjazdem kolejnych gości nie odczuwaliśmy żadnych szczególnych emocji, gdyż przylatywali nasi wieloletni, sprawdzeni przyjaciele. I chociaż znaczenie tego określenia, z powodu jego patologicznego wręcz nadużywania, dramatycznie się obecnie spłyciło, to akurat w tym przypadku zachowało ono dawne, definicyjne kryteria. Znaliśmy się od ponad dwudziestu lat, wiele się w tym czasie wydarzyło, wiele razem przeżyliśmy i zawsze mogliśmy na Staszków (tak się jakoś przyjęło na nich mówić) liczyć, a i oni na nas również.

Toteż nazbierało się trochę rzeczy za które czujemy wzajemną wdzięczność. Po prostu staraliśmy się sobie pomagać w sprawach, w których było to możliwe, jak to między przyjaciółmi być powinno. Z drugiej strony to, że nasza przyjaźń trwa tak długo jest też konsekwencją nienachalnego z niej korzystania, dużego wyczucia i umiaru, którego brak mógłby doprowadzić do gwałtownego przegrzania lub powolnego schłodzenia wzajemnych relacji. A tak, mimo że każdy z nas jest zupełnie odmienną osobowością, niezmiennie od lat czujemy się dobrze w swoim towarzystwie, tworząc całkiem zgrany kwartet. Zawsze mamy mnóstwo tematów do rozmów, wielu znajomych do „obrobienia”, no i coraz więcej wspólnych wspomnień. O stopniu naszej zażyłości niech świadczy fakt, że wielokrotnie uczestniczyliśmy w uroczystościach, w których oni lub my byliśmy jedynymi gośćmi spoza najbliższego kręgu rodzinnego. Krótko mówiąc, spędziliśmy ze sobą mnóstwo dobrego czasu, i to zarówno tego od wielkich okazji jak i tego powszedniego.

Niestety, wraz z upływem czasu, coraz więcej miejsca w naszych rozmowach zajmuje temat zdrowia, a raczej chorób, z którymi przyszło nam się zmagać. Jako że jest to dość powszechna i charakterystyczna przypadłość Polaków w nieco zaawansowanym wieku, to na pewno rozumiecie, o czym piszę. Jednak w przypadku Małgosi nie są to standardowe utyskiwania o podłożu nerwicowo – hipochondrycznym, lecz realny i bardzo dramatyczny problem zdrowotny, który stał się jej udziałem. Kilka lat wcześniej Gosia doznała bowiem niewielkiego udaru, którego sprawcą okazał się tętniak-gigant o średnicy ponad dwóch centymetrów, usadowiony w jednej z tętnic mózgowych. Tylko ponadnormatywnej wiedzy medycznej Stasia, który, na podstawie występujących symptomów, natychmiast postawił diagnozę i mógł podjąć zdecydowane działania polegające na wyścigu z czasem, czyli jak najszybszym dostarczeniu Gosi pod opiekę kompetentnych lekarzy oraz niesamowitemu rozwojowi medycyny w zakresie leczenia takich przypadków, zawdzięczamy fakt przebywania Gosi wśród żywych. Zastosowana wówczas nowatorska, niemal pionierska, metoda odcinająca tętniaka od niebezpiecznego napierania przepływającej krwi nie tylko uratowała jej życie, ale spowodowała również cofnięcie się wszystkich fizycznych objawów udaru. Niestety jej psychika już zawsze obciążona będzie świadomością, iż w głowie tkwi intruz pod postacią dwucentymetrowego balonika, który po prostu nie może pęknąć. Życie na minie lub życie z tykającą bombą to metafory, które dość wiernie oddają zaistniałą sytuację i które Staszki często przytaczają, gdy o tym rozmawiamy.

Poza tym Stasiu i Gosia są ludźmi, których po prostu szanujemy. Nigdy się przy nas nie kłócą, nawet nie podnoszą na siebie głosu (co najwyżej zgromią się wzrokiem) no i twardo obstają jeden za drugim w dyskusji. Zwracając się do siebie, używają masy zdrobnień. Gdyby ktoś nie znał ich tak dobrze jak my, mógłby nawet odnieść mylne wrażenie, że są odrobinę infantylni. My jednak wiemy, że te pieszczotliwe zdrobnienia w ich wykonaniu, to po prostu jeden z objawów miłości oraz wzajemnej troski po traumatycznych przeżyciach, licznych problemach i kłopotach, które ich spotkały w ostatnich latach. Mamy wręcz nieodparte wrażenie, że mimo tego bagażu mało przyjemnych doświadczeń ostatnich lat, a także mimo wieloletniego już stażu małżeńskiego, temperatura ich uczuć w ogóle nie opadła, wręcz przeciwnie, ich związek jeszcze bardziej się scementował, a emanacja ich miłości ciągle pnie się w górę, dosłownie i w przenośni.

Jednak relacje wzajemne, rodzinne i przyjacielskie to jedna sprawa, a biznes to druga. I tu Staszki potrafią z wielką elastycznością przeistoczyć się z gruchających gołąbków w twardych, konsekwentnych graczy. Rodzinna firma, którą prowadzą wraz ze starszym synem, to ich oczko w głowie i jednocześnie powód do dumy. Szczególnie Stasiu wyróżnia się rzadko spotykaną determinacją w dążeniu do celu, jakim jest stały jej rozwój i, co za tym idzie, systematycznie zwiększająca się kwota na koncie. Wykazuje przy tym niezwykły szacunek dla pieniędzy. Po prostu kreatywność, polot czy fantazja budżetowa to nie jego domena i pod tym względem stanowi na przykład całkowite przeciwieństwo Roberta, który z kolei, gdy tylko ma trochę grosza przy duszy, to wręcz eksploduje pomysłami na ich szybkie się pozbycie.

Czasem ten szacunek Stasia do pieniędzy implikuje ciekawe sytuacje. Byliśmy ich świadkami głównie podczas wspólnych zagranicznych wakacji, gdzie w jakiś irracjonalny sposób objawia się on szczególnie mocno i przybiera niekiedy groteskową formę, budząc w nas, w zależności od charakteru owej sytuacji, małą konsternację lub rozbawienie. Mogło się odnieść wrażenie, że euro nie jest dla niego zwykłymi pieniędzmi, lecz walutą o sporej wartości numizmatycznej i to w dodatku silnie namagnesowaną, gdyż z wielkim oporem się od Stasia portfela odczepiała. Ktoś znający Stasia pobieżnie, chętnie szermujący ocenami i obdarzony przy tym sporą dozą złośliwości, mógłby go nawet posądzić o nadmierną oszczędność czy wręcz skąpstwo. Byłoby to jednak dla niego wielce krzywdzące, gdyż ta jego wstrzemięźliwość czy też rozwaga przy wydawaniu pieniędzy, wsparta dobrymi radami małżonki, jest wielce pozytywną cechą, która owocuje na przykład przemyślanymi inwestycjami, brakiem kredytu lub zakupami wyłącznie rzeczy praktycznych, ale zarazem gustownych i o wysokiej jakości. No i ma ponadto swoje naukowe uzasadnienie. Współczesna psychologia udowodniła bowiem ponad wszelką wątpliwość, że człowiek w dziewięćdziesięciu procentach zostaje „zaprogramowany” w pierwszych pięciu latach swojego życia, a późniejsze zachowania, reakcje i odruchy, czyli to jakimi stajemy się ludźmi, determinuje właśnie te pięć lat. W przypadku Stasia te pięć lat, a także kilka następnych, to raczej złe wspomnienia związane z niedostatkiem i innymi towarzyszącymi temu problemowi zjawiskami. Nic więc dziwnego, że raczej niechętnie, w odróżnieniu od większości z nas, wraca wspomnieniami do okresu swojego dzieciństwa. Odsłonił się przed nami właściwie tylko raz, może dwa razy. I widać było, że mówienie o tym, nawet teraz, po tylu latach, jest dla niego trudne. Właśnie dlatego materialna strona życia jest dla niego tak ważna, wręcz priorytetowa. Posiadanie majątku i odpowiedniej kwoty na koncie daje mu poczucie bezpieczeństwa i zapewnia równowagę jego dość kruchej psychiki, rekompensując jednocześnie w pewien sposób ten czas dziecięcej traumy.

Dwa tygodnie ze Staszkami minęły w sielankowej atmosferze. Żadnej, nawet małej sprzeczki czy choćby utarczki słownej. Pełna zgodność we wszystkich aspektach wakacyjnego życia. Ponieważ byli już z nami trzy razy na Majorce na wakacjach, zwiedzanie ograniczyliśmy do pokazania im naszych świeżo odkrytych „perełek”, czyli cudownych zatok w gminie Santanyi, wycieczki rowerowej do Cala Morlanda czy Arty w dzień targowy. Odwiedziliśmy także urocze miasteczko Pollenca, gdzie spacerowaliśmy średniowiecznymi uliczkami, przeszliśmy przez most z czasów rzymskich, uduchowiliśmy się w kościele zbudowanym przez templariuszy oraz pokonaliśmy, z niemałym zresztą trudem, trzysta sześćdziesiąt pięć kamiennych stopni, czyli drogę krzyżową Via Crucis biegnącą pośród szpaleru wysokich, dumnych cyprysów do leżącej na wzgórzu małej i jak to zwykle na Majorce, skromnej, ale klimatycznej kapliczki zwanej Kalwarią. W Wielki Piątek odbywa się w tej wspaniałej scenerii imponujące Misterium Męki Pańskiej transmitowane przez telewizję. Z punktu widokowego, niedaleko kapliczki, rozpościerają się fantastyczne widoki na, oddalone o kilka kilometrów, dwie zatoki. Podobno Pollenca i jej okolice były artystyczną inspiracją dla takich gigantów kultury jak ponadczasowa królowa kryminału Agatha Christie czy wielki aktor i reżyser Peter Ustinov.

Ponadto Staszki, jako namiętni wielbiciele wylegiwania się na słońcu, skwapliwie korzystali z okazji, czyli pięknej pogody i codziennie spędzali po kilka godzin na plaży. Po dwóch tygodniach Stasiu, i tak obdarzony  ciemniejszą małosłowiańską karnacją, był już tak opalony, że nawet odróżniał się od rdzennych majorkańczyków, bardziej upodabniając się do przybyszy z Afryki Północnej na przykład Marokańczyków czy Algierczyków. Podczas któregoś z ostatnich wieczorów, hołdując swojemu upodobaniu do czarnego humoru, ale też jednak trochę w trosce o jego bezpieczeństwo, doradziłem mu, aby po powrocie do Polski przez jakiś czas – czyli dopóki nieco nie wypłowieje – unikał przebywania w miejscach publicznych. Może się bowiem zdarzyć, że jacyś niereprezentatywni członkowie naszego światłego, otwartego, tolerancyjnego, przyjaznego i radosnego społeczeństwa, o unikatowej, moherowej mentalności, mogą dojrzeć w nim „innego”, czyli automatycznie osobnika potencjalnie niebezpiecznego czy wręcz terrorystę, co w najlepszym przypadku może skończyć się na krótkotrwałym pobycie w szpitalu. Stasiu, niestety, nie należy do klubu entuzjastów czarnego humoru, więc jego śmiech, będący reakcją na moje słowa, na pewno nie był tym rodzajem śmiechu, który ma w sobie terapeutyczną, pozytywną moc. I nie wiem też, czy cokolwiek z tego co mu mówiłem, wziął sobie do serca, czy był to zwykły przypadek, a może rozsądne nieprowokowanie losu, w każdym razie po powrocie profilaktycznie poddał się dobrowolnej kwarantannie. Na szczęście nie wiązało się to z jakimiś wielkimi wyrzeczeniami, ponieważ biuro firmy znajduje się w ich domu. Tak więc rzucił się w wir pracy i tym właśnie wymawiał się Gosi od wspólnego wychodzenia na miasto czy wypraw na zakupy do centrum handlowego. Stasiowi pozostawało wtedy tylko odmawianie – jak mantry – słów popularnej wśród powściągliwych monetarystów modlitwy: Panie Boże spraw, aby kupiła tylko to, po co wyszła.

Był początek września, kiedy Staszki opuścili nasze Cala Millor, by powrócić do swojej dziatwy, domu i firmy. Do zakończenia serialu pod tytułem „Goście” pozostał miesiąc. Epilog tego serialu miał napisać nasz syn awizujący swoje przybycie, wraz z czerwcową ekipą, siódmego października. Postanowiliśmy do tego czasu wykorzystać świeżo nabyte umiejętności w tej dziedzinie, poświęcić całą energię, wszystkie siły, słowem cały nasz potencjał jednemu, według nas, bardzo szczytnemu celowi i zacnej inicjatywie, a mianowicie totalnemu nicnierobieniu. Nie dlatego, żeby coś odreagować, aczkolwiek goście zawsze w jakiś sposób powodują trwanie gospodarzy w trybie gotowości, czuwania czy wzmożonej czujności. Bardziej dlatego, że nasz system emocjonalny wysyłał już sygnały o potrzebie kolejnej zmiany. Nie były to sygnały natarczywe, raczej takie, które wyczuwa się intuicyjnie, a jak wiemy, nie powinno się lekceważyć roli intuicji w podejmowaniu decyzji. No więc właśnie intuicja podpowiadała nam wtedy, że miesiąc nicnierobienia to właściwy kierunek zmiany i najlepsza rzecz, jaką możemy dla siebie zrobić.

Trzeba przyznać, że nie było to zbyt trudne zadanie. Jak już wspomniałem, wrzesień i początek października to wspaniały czas, aby w pełni korzystać z uroków Majorki. Liczba turystów wyraźnie spada, co oznacza możliwość swobodnego rozłożenia się na plaży lub odbycia wieczornego spaceru po promenadzie bez konieczności uprawiania slalomu wśród tłumu niemiecko-brytyjskich turystów. Woda w morzu ma około dwudziestu sześciu stopni, czyli tyle ile potrzeba, aby kąpiel w nim była czystą przyjemnością. Słońce grzeje z umiarem, dostarczając naszym ciałom idealne dawki rozkosznego ciepła, a nie parzy, jak to ma w zwyczaju w środku lata. Przy odrobinie wyobraźni można nawet poczuć jak to ciepło dostarczane za pomocą promieniowania UV, powoduje skokowy wręcz wzrost, tak dobroczynnej dla nas, witaminy D. Zdaje się docierać wtedy do nawet najbardziej poskręcanych, unerwionych i ukrwionych organów i narządów w naszym organizmie. Naturalnie powróciliśmy także do naszego wieczornego rytuału kąpielowo-medytacyjnego będącego przecież jakąś formą nicnierobienia. Wszak nicnierobienie jest stanem dalece subiektywnym, mocno spersonalizowanym. Inną jego formą były dla nas piesze wędrówki po okolicy, nader często przerywane z powodu nagminnego odwiedzania przydrożnych knajpek, gdzie upajaliśmy się leniwie płynącym czasem i delektowali różnorodnymi tapasami popijanymi zimnym piwkiem z beczki zwanym tu cania. Całe pozostałe piwo to po hiszpańsku cerveza, ale dla piwa z beczki jest osobna nazwa.

Podczas początkowego stadium nauki języka hiszpańskiego często wydawało nam się, że obfituje on w tyle dziwnych i niezrozumiałych osobliwości, iż opanowanie go dla ludzi naszego pokroju, czyli bardzo umiarkowanie zdolnych lingwistycznie, będzie niemożliwe. Ponadto, przeważnie podczas oglądania jakiegoś hiszpańskiego kanału w telewizji, towarzyszyło nam nieodparte wrażenie, że Hiszpanie mówią dwa razy szybciej od nas, i że z potoku słów, które wyrzucają z siebie z szybkością karabinu maszynowego, niezmiernie trudno jest wyłowić zrozumiałe dla nas słowa, o całych zdaniach nie wspominając. Jednak po jakimś czasie, a raczej po przekroczeniu pewnego symbolicznego momentu w procesie nauczania, nagle wszystko zaczęło układać się w naszych głowach w ciąg logicznych związków składniowych, które należało oczywiście stale wzbogacać poprzez zapamiętywanie nowych słów i zwrotów oraz wymawianie ich w sposób zrozumiały później dla hiszpańskojęzycznych tubylców. Byliśmy wówczas skłonni przyznać rację dość obiegowemu twierdzeniu, iż język Cervantesa jest jednym z najłatwiejszych do opanowania. Przynajmniej w zakresie podstawowym umożliwiającym wszakże jako takie porozumiewanie się. Rzecz jasna, dość szybko okazało się, że „im dalej w las, tym więcej drzew” i zmuszeni byliśmy znowu dokonać małej korekty naszego zdania w tej kwestii. Ostatecznie stanęło na tym, że hiszpański może i jest łatwiejszy od innych znanych języków, ale opanowanie go w stopniu zaawansowanym to wcale nie jest przysłowiowa bułka z masłem i wymaga jednak trochę zdolności oraz poświęcenia mu sporo czasu na mozolną naukę. A że ta czynność w najmniejszym stopniu nie spełniała żadnego z kryteriów, aby stać się dla nas kolejną formą nicnierobienia, stało się jak się stało i mówimy po hiszpańsku tak jak mówimy, czyli przeciętnie.

Ta przeciętna znajomość hiszpańskiego wystarczyła jednak, aby zafrapował mnie inny, lingwistyczny temat, a mianowicie jego porównania z językiem polskim. W wyniku licznych konsultacji, analiz, obserwacji oraz wspomożenia się internetem, pozwoliłem sobie na wysnucie kilku smutnych, niestety, wniosków. Zawiłości, osobliwości, a także paradoksy i nonsensy naszego języka to lingwistyczne Himalaje, i w porównaniu z nim, hiszpański to zaledwie Karkonosze, no może w porywach, Tatry. Mimo to doskonale spełnia on swoje komunikacyjne i poznawcze funkcje, o czym najlepiej świadczy bardzo długa lista hiszpańskojęzycznych gigantów światowej literatury. Jednak najbardziej zasmuciło mnie inne spostrzeżenie. Chodzi o szacunek dla własnego języka. Hiszpanie kochają, szanują i są bardzo dumni ze swojego języka. Nawet do głowy im nie przyjdzie zaśmiecać go jakimiś obcobrzmiącymi słowami. Najbardziej zdumiał mnie fakt, że potrafili nadać hiszpańskie nazwy tym setkom a może i tysiącom nowych słów, które kojarzymy z gwałtownym rozwojem technologii informatycznych ostatniego dwudziestopięciolecia.

Zupełna odwrotność sytuacji, która ma miejsce w naszym, skądinąd pięknym, kraju. Po odzyskaniu wolności nastąpiło niemal bezkrytyczne przyjmowanie wszystkich „dobrodziejstw” zachodu wynikające z naszych tradycyjnych, bo sięgających właściwie początków naszego państwa, kompleksów cywilizacyjnych. – Byle co jesz, byle co gadasz – mówiło się czasem żartobliwie do osoby, która plotła jakieś bzdury. Transponując to powiedzenie do dzisiejszych czasów, można by rzec, że wraz ze śmieciowym jedzeniem pojawiła się u nas ponownie moda na śmieciowy język. Piszę „ponownie”, bo przerabialiśmy to już w naszych dziejach z językiem francuskim, co było pokłosiem, wynikającej z kompleksów właśnie, nadmiernej egzaltacji wszelkich osiągnięć kultury francuskiej. Świetnie przedstawił to Prus w swojej „Lalce”. Teraz francuski zastąpił angielski. a raczej anglicyzmy. I tak jak w czasach „Lalki” tak i teraz prym w tym niechlubnym procederze wiodą, tak zwane elity, które na dodatek zyskały teraz potężnego sprzymierzeńca w postaci mediów. Można zrzucić na karb na ogół przyciasnego intelektu wszelkiej maści celebrytów lub automatyzacji umysłowej korposzczurów, fakt durnego wtrącania przez nich w co drugie zdanie jakiegoś angielskiego słowa czy zwrotu, ale robiącym to samo politykom, dziennikarzom, naukowcom, biznesmenom czy nawet ludziom kultury – są wtedy niby tacy cool i trendy – powinno się to wytykać jako śmieszne i niedopuszczalne lapsusy językowe.

Tymczasem jest na to używanie śmieciowego języka powszechne przyzwolenie i nawet niektórzy językoznawcy godzą się z tym faktem, tłumacząc to jego naturalną ewolucją. Szkoda tylko, że w tym temacie nie bierzemy przykładu z krajów stojących od nas wyżej w rozwoju cywilizacyjnym, takich właśnie jak Hiszpania, Włochy czy Francja. W krajach tych świadomość społeczeństwa w kwestii nadrzędnych wartości narodowych takich jak na przykład język ojczysty nie powoduje prymitywnego, bezmyślnego wtłaczania do niego całej masy obcojęzycznych słów. „Polacy nie gęsi, iż swój język mają” – pisał niecałe pięć stuleci temu Mikołaj Rej, jako pierwszy zrywając z panującym do tego czasu zwyczajem pisania wyłącznie po łacinie. Obserwując to, co wyrabia się aktualnie z naszym językiem, odnoszę jednak wrażenie, że coraz bardziej do tych gęsi się upodabniamy, nic nie ujmując tym pięknym ptakom, a zwłaszcza tym świeżo wyjętym z piekarnika.

Tak więc czerpaliśmy z życiodajnych zasobów Majorki pełnymi garściami, lecz w miarę upływu czasu nasze myśli coraz częściej krążyły wokół nieuchronnie zbliżającego się wyjazdu na Teneryfę. Coraz dłużej buszowałem w internecie, przeglądając oferty mieszkań na wynajem. Podobna logistyczna operacja przed wyjazdem na Majorkę nauczyła nas jednak, że oferta internetowa ma się nijak do rzeczywistości zastanej na miejscu. Wszystkie mieszkania, które wytypowaliśmy wtedy do oglądania, okazały się już nieaktualne. Po prostu wielkie portale od nieruchomości nie bardzo przejmują się uaktualnianiem swojej oferty, a że z powodu swojej dominującej pozycji rynkowej zajmują co najmniej dwie pierwsze strony w znanej nam wszystkim przeglądarce, jesteśmy trochę na nie skazani. Byliśmy pewni, że podobnie jak na Majorce, dopiero na miejscu, w wyniku uruchomionych kontaktów i wizyt w niewielkich agencjach obsługujących lokalny rynek, uda się nam obejrzeć kilka wolnych apartamentów i wybrać coś sensownego. Wobec tego bardziej interesował nas średni standard mieszkań mieszczących się w naszym finansowym zasięgu oraz ich dostępność w poszczególnych miejscowościach. Już jednak pobieżna analiza internetu i kilka wstępnych rozmów z naszymi „kontaktami” utwierdziła nas w przekonaniu, że ciężko będzie znaleźć lokum w sławnym „trójmieście” czyli Los Cristianos, Playas de Las Americas i Costa Adeje. To leżące na południu, najpopularniejsze, turystyczne miejsce na Teneryfie, stąd ceny nieruchomości są tu dużo wyższe niż gdzie indziej. Na razie jednak nie przejmowaliśmy się tym zbytnio, wierzyliśmy w swoją szczęśliwą gwiazdę, a przede wszystkim mieliśmy przed sobą tydzień z naszym synem i to było dla nas najważniejsze.

„Życie jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, co ci się trafi.”

Forrest Gump

 

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź