Rozdział 11

Przyjazd naszego syna był dla nas ogromnie radosnym wydarzeniem i w ogóle okolicznością o dużym ładunku różnych pokrewnych emocji. Nie widzieliśmy go już ponad trzy miesiące i była to najdłuższa z nim rozłąka w naszym dotychczasowym życiu. Chociaż „Skype” czy inne komunikatory video to wspaniały wynalazek, nie zastąpią one jednak żywego, bezpośredniego kontaktu, takiego zwykłego przebywania razem, którego bardzo nam już brakowało i do którego bardzo tęskniliśmy.

Adam przyleciał ze swoją Kasią, jej siostrą Asią oraz mężem Asi, Łukaszem. Przywieźli ze sobą ten rodzaj energii, który jest wyłączną domeną młodości oraz pragnienie i zapał, aby jak najlepiej wykorzystać każdą godzinę swoich wakacji, które trwały, niestety, tylko dziesięć dni i oczywiście minęły – jak to wakacje – o wiele za szybko. Nie od dzisiaj wiadomo, że pozytywna energia – a już młodzieńcza pozytywna energia w szczególności – potrafi i wręcz powinna być zaraźliwa, a szczególną podatność na zarażenie nią powinny wykazywać osoby, którym ta energia jest najbardziej potrzebna, czyli będące w wieku, delikatnie mówiąc, mocno już popoborowym. Jako że podchodziliśmy już pod tę kategorię wiekową, z nadzieją oczekiwaliśmy na to zarażenie. No i nie zawiedliśmy się, bo naszych gości energia wręcz rozsadzała szukając ujścia, więc zainfekowaliśmy się nią właściwie już podczas entuzjastycznego powitania. Dzięki temu mogliśmy spędzić z nimi cudowne chwile. To był czas wspólnego biesiadowania, plażowania, kąpieli morskich, wycieczek pieszych i rowerowych, intensywnego zwiedzania, słowem wspólnego delektowania się urokami życia na Majorce. Wszystko to oczywiście okraszone żartami i kupą śmiechu, czyli atrybutami dobrego humoru. Serce się radowało, gdy widzieliśmy u Adama i jego kompanii tę ciekawość świata i intensywność emocji okazywaną podczas odkrywania kolejnych majorkańskich skarbów przynależną ludziom o otwartych umysłach i zwiększonej wrażliwości na piękno.

Rzecz jasna nie wisieliśmy naszym gościom cały czas na plecach, dając im odpocząć od naszego towarzystwa podczas ich wypraw do miejsc, które już doskonale znaliśmy. Łapaliśmy wówczas trochę wytchnienia, aby wieczorem móc znowu dotrzymać im kroku. Nasze bogate majorkańskie doświadczenia upoważniają nas do wysnucia opinii, iż ich plan pobytu był przygotowany perfekcyjnie. Śmiało możemy postulować, aby Biura Podróży proponowały go, jako modelowy dla tego segmentu klientów, którzy pragną w dziesięć dni swoich wakacji poznać nie tylko prawie wszystkie, emblematyczne miejsca na Majorce, ale także złapać opaleniznę na plaży, nacieszyć się kąpielą w ciepłym morzu czy basenie oraz niespiesznie, z należytym pietyzmem degustować miejscowe kulinaria i trunki. Nieskromnie dodam, że razem z żoną maczaliśmy swoje paluszki w konstruowanie tego planu, więc w razie czego będziemy mogli zgłaszać uzasadnione pretensje przy podziale honorariów autorskich.

Pierwszy dzień ich pobytu przeznaczony był na aklimatyzację i, używając nomenklatury wojskowej, rozpoznanie terenu wokół miejsca zakwaterowania. Oprowadziliśmy zatem naszych gości po reprezentacyjnych rejonach Cala Millor, odbyliśmy małą wyprawę na pobliskie wzgórze, do małego zameczku pełniącego niegdyś funkcję posterunku obserwacyjnego a dzisiaj będącego wspaniałym punktem widokowym oraz zdążyliśmy jeszcze przespacerować się promenadą do portu w Cala Bonie. Oczywiście aklimatyzacja nie mogła się obejść bez wizyty na plaży i kąpieli w morzu. Wieczorem odbyła się oficjalna, powitalna uczta zakrapiana, sławnym już, młodym majorkańskim winem od Paco, które po raz kolejny wywołało entuzjazm degustatorów. No, ale w tym przypadku nie mogło być przecież inaczej.

Nazajutrz, wczesnym rankiem, Adam z Łukaszem wynajęli samochód i ekipa wyruszyła w kierunku Palmy, która była pierwszym etapem ich całodniowej wycieczki. Kilka godzin spędzone w stolicy Balearów pozwoliło im na zaledwie pobieżne poznanie uroków jednego z największych ośrodków turystycznych na świecie. Niestety, ograniczenia czasowe spowodowały, że słowem–kluczem przy układaniu planu zwiedzania, było słowo kompromis. Zredagowana przez nas, w porywie szalonego entuzjazmu, pierwotna lista wszystkich niezwykłych i zarazem pięknych miejsc w Palmie i na całej Majorce, była na tyle długa, że jej „odfajkowanie” zajęłoby naszym gościom co najmniej miesiąc, więc z ciężkim sercem skreślaliśmy co chwilę następną zatokę, następne muzeum i następne urokliwe miasteczko lub wieś, pocieszając się jednocześnie, że przynajmniej przybędzie Adamowi i spółce mnóstwo nowych pretekstów czy powodów do powtórnych odwiedzin Majorki.

Naprawdę trudno nie zachwycić się Palmą. Nawet gdy ma się wielce krytyczny stosunek do tych odpychających, nieprzyjaznych tworów, którymi są współczesne miasta. Sam zresztą należę do tego nieformalnego klubu, który wręcz lawinowo zyskuje nowe rzesze zwolenników. Proces ucieczki z miast na przedmieścia, a nawet dalej, jest już zjawiskiem globalnym. Nadano mu nawet naukowe określenia: „urban sprawl” w USA lub „shrinking cities” w Niemczech. Zwiedziłem większość polskich miast, mnóstwo w Europie oraz parę na świecie. Jeżeli już coś mnie w nich urzekało, to zazwyczaj stare czy historyczne części. Najlepiej, rzecz jasna, wyłączone z ruchu samochodowego. W żadnym z nich nie poczułem jednak tego szczególnego uniesienia, które często objawia się u mnie w pięknych okolicznościach przyrody. I dlatego z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że ja po prostu za nimi nie przepadam. Zawsze wybiorę opcję umożliwiającą mi spędzanie czasu na kontemplowaniu uroków natury i delektowaniu się czystym powietrzem niż snucie się po hałaśliwych, zatłoczonych i przesiąkniętych spalinami czy innymi trującymi wyziewami, ulicach miast. Gdy już jednak przyszło mi z jakiegoś powodu „zaliczać” kolejne miasto, to niemal zawsze znajdowałem czas, żeby wstąpić do jakiegoś kościoła, meczetu, synagogi lub cerkwi, najlepiej pustej, aby odciąć się od nieznośnej kakofonii dźwięków na zewnątrz i znaleźć się choć przez parę chwil w strefie jakże inspirującej ciszy. I nie są to wynurzenia podstarzałego pryka, kwalifikujące się do skomentowania ich w stylu: „nie pamięta wół, jak cielęciem był”. Mam bowiem przyjemność posiadać tę „przypadłość” od dawna, właściwie odkąd sięgam pamięcią. Kiedyś była ona niewykształcona, instynktowna, ale z biegiem lat i zbierania miejskich doświadczeń, przybrała obecną formę. Może w poprzednim wcieleniu wiodłem życie wędrowca lub mieszkałem gdzieś w otoczeniu natury albo wręcz odwrotnie, w jakiejś miejskiej dzielnicy fabrycznej zasnutej gęstym dymem – nieprzepuszczającym nawet promieni słonecznych – którym zionął na okrągło las kominów.

Nasi goście nie mieli takiej awersji do miast, więc nawet te kilka godzin wystarczyło Palmie, aby uczynić z nich swoich wielbicieli. Tego się zresztą spodziewaliśmy, bo jak wspomniałem, stolica Balearów jest jednym z miejskich chlubnych wyjątków. Bez wchodzenia w analityczne szczegóły, można stwierdzić, że jest po prostu tym, czym miasto powinno być dla swoich mieszkańców i dla swoich gości. Miejsce w dziesiątce najlepszych do życia miast na świecie jest jak najbardziej zasłużone. Jaki osiągnęliby stan uwielbienia, gdyby dali jej więcej czasu na prezentację? A gdyby jeszcze odkryli coś, co według wielu zakochanych w tym mieście, jest w nim najbardziej ekscytujące, czyli jego ducha? Podobno sposób jego odkrycia jest zupełnie banalny. Wystarczy usiąść w przyjemnej kawiarni i sącząc cappuccino, niespiesznie przyglądać się zmieniającej się scenerii ulicy czy placu. Po kilku lub kilkunastu takich „seansach” (w zależności od stopnia wrażliwości) ten duch omota Cię niewidzialną siecią i już na zawsze zostaniesz mentalnym niewolnikiem miasta. Adam z przyjaciółmi, niestety, nie znalazł czasu, by chociaż zainicjować ten proces, gdyż musieli podążyć w stronę Valldemossy. Widocznie wówczas nie było to im pisane. Nie nastąpiła ta idealna synchronizacja miejsca i czasu, niezbędna do przeżycia niemal mistycznego, jakim niewątpliwie byłoby odkrycie ducha Palmy, ale być może dane im będzie jeszcze kiedyś wrócić tam na dłużej i nadrobić tę zaległość. Opuszczali jednak Palmę zachwyceni jej klimatem, zwłaszcza tchnącej historią starej dzielnicy z jej licznymi zabytkami, wąskimi ulicami, urokliwymi placami i tajemniczymi zaułkami. Co było do przewidzenia, największe wrażenie zrobiła na nich katedra Le Seu. Imponująca zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz. No i ta niesamowita, największa na świecie gotycka rozeta, nazwana wielkim okiem gotyku, zdobna w 236 kolorowych płytek. Wraz z pozostałymi licznymi rozetami miała sprawić wrażenie skąpania świątyni w słońcu. Efekt osiągnięto i stąd słusznie katedra w Palmie zwana jest katedrą światła.

Co prawda George Sand, ówczesna – jak byśmy to teraz powiedzieli – partnerka Chopina, w swojej książce „Zima na Majorce” niezbyt ciepło wspomina czas spędzony w Valldemossie, w miejscowym Klasztorze Kartuzów, ale, no właśnie, to była wyjątkowo sroga zima, wiały lodowate wiatry i nader często padało, co wzmagało tylko i tak dokuczliwą, zimową wilgoć, która na wyspie jest tak intensywna, że błyskawicznie zamienia wszystko, co metalowe w skorodowane wraki. Można się tylko domyślać, co ta wilgoć robiła też z płucami biednego Chopina, które i tak były już wtedy w szczątkowym stanie na skutek zaawansowanej gruźlicy zwanej wówczas suchotami. Jeżeli dodać do tego niemal ascetyczne warunki panujące w klasztornych celach, które zamieszkiwali, dość napięte stosunki między kochankami, pogłębiające się stany depresyjne Frycka i niechęć, a nawet wrogość ze strony miejscowych, będącą rezultatem nieuczestniczenia w praktykach religijnych, noszenia przez pisarkę – o zgrozo! – spodni i ostentacyjnego palenia papierosów, a także strachu przed nieuleczalną i zakaźną chorobą, staje się jasne, dlaczego Sand miała dość mieszane uczucia związane z pobytem w Valldemossie. Mimo to, w chwilach lepszego samopoczucia, a tym samym przypływie sił witalnych (chociaż mogło być odwrotnie, gdyż melancholia często przecież towarzyszy artystycznym uniesieniom) Chopin skomponował tu kilka fenomenalnych utworów ze słynnym Marszem Żałobnym na czele. Wrażliwość artystycznych dusz oraz okresy sprzyjającej aury spowodowały też, że mimo wszystko rozpływali się w zachwytach nad otaczającym ich pięknem natury, co najbardziej zwięźle, a zarazem najpełniej oddaje fragment jednego z listów kompozytora do przyjaciela „Niebo jak turkus, morze jak lazur, góry jak szmaragd, powietrze jak w niebie”.

Dzisiejsza Valldemossa urzeka swym położeniem wśród wzgórz pokrytych winoroślami i gajami oliwnymi. Wielkie wrażenie robi również spacer jej uliczkami i zaułkami. Wiele z nich tonie w różnokolorowych kwiatach, które mieszkańcy miasteczka eksponują z wielkim upodobaniem. Ogromne ilości doniczek z nimi osadzone są na ścianach ich domostw oraz stoją rzędami na ulicznym bruku. To dosyć powszechny, sympatyczny zwyczaj, w małych, zabytkowych miasteczkach i wioskach Śródziemnomorza, na przykład w Chorwacji, lecz wydaje nam się, że w Valldemossie jest tych doniczek z kwiatami jakby najwięcej. Ale to tylko nasze subiektywne, nieweryfikowalne odczucie. Prawie na każdym domu, przeważnie tuż przy drzwiach, wisi też niewielka mozaika z terakoty upamiętniająca jakąś scenę z życia, urodzonej tu, świętej Cataliny Thomas. W domu, w którym się urodziła, wzniesiono małą, poświęconą jej kapliczkę. Byliśmy w Valldemossie trzy razy, zawsze niestety za krótko, jednak wystarczająco długo, żeby poczuć, może nie ducha, ale na pewno magię tego miejsca. Tę magię, która powoduje, że czas płynie tu jakby wolniej, a drobne i większe problemy codziennej egzystencji schodzą na dalszy plan. Mieliśmy pewne obawy, czy napięty program i związana z tym dyscyplina czasowa, nie strywializują pobytu Adama i jego drużyny w Valldemossie. Na szczęście nasze obawy okazały się płonne, bo również na nich miejsce to rzuciło swój czar, o czym mogliśmy przekonać się wieczorem, kiedy z błyskiem w oku, w żarliwych słowach relacjonowali swoje wrażenia z wycieczki.

Następnym etapem ich jednodniowej wyprawy była Deia, malownicza miejscowość położona u stóp góry Puig de Teix. Wspomniany już Robert Graves odkrył jej piękno w 1946 roku i od tej pory jej sława i popularność stopniowo rosła, również w środowisku europejskiej bohemy. Wkrótce w ślad za Gravesem zaczęli przybywać i osiedlać się tutaj, inni artyści szukający swobody oraz wolności twórczej. Malarze, rzeźbiarze, pisarze i poeci znaleźli w Deii idealne warunki ku temu, by wena czy natchnienie były stanem ducha, który osiągali bez problemu, a największą inspiracją były dla nich oczywiście cudowne okoliczności przyrody. Jak to często w takich wypadkach bywa w ślad za artystami pojawili się ich mecenasi, czyli ludzie z pieniędzmi. Wille milionerów można spotkać w samej Deii, ale przede wszystkim rozlokowały się one dyskretnie w piniowych gajach na okolicznych wzgórzach, bo przecież milioner musi mieć fantastyczny widok ze swojego tarasu i trudno się temu dziwić, zwłaszcza że widoki w tej okolicy warte są zainwestowanych przez nich pieniędzy. Niewiarygodne, ale wioska ma rodowód sięgający czasów prehistorycznych, a miejscowi rolnicy do dzisiaj korzystają z systemu irygacyjnego, który zostawili im w spadku, panujący na wyspie od X do XII wieku, Maurowie. Rozwinęli oni rolnictwo, opierając je głównie na uprawie tarasowej oraz nawadnianiu właśnie.

Adam z drużyną zaparkowali samochód wzdłuż stromej ulicy w niżej położonej części wioski i rozpoczęli wspinaczkę, aby dotrzeć do sławnego, aczkolwiek skromnego i malutkiego miejscowego kościółka oraz równie sławnego, otaczającego go cmentarza. Już po przejściu kilku kroków zorientowali się, że dzieje się coś niezwykłego. Miejscowość była bajecznie udekorowana girlandami z kwiatów i kolorowych wycinanek z papieru, a zewsząd dobiegały dźwięki głośnej muzyki. Mijali coraz liczniejsze grupy roześmianych i rozśpiewanych miejscowych, ubranych w odświętne, fantazyjne, ludowe stroje. W miarę zbliżania się do centrum tłum gęstniał, a natężenie muzycznych dźwięków wzrastało. Wkrótce znaleźli się u źródeł tej muzycznej kanonady, czyli na małym placyku, gdzie ustawiono niewielką scenę, na której kilku młodzieńców waliło w potężne bębny, a kilku innych dmuchało w różne trąbki, flety, piszczałki i inne niezidentyfikowane instrumenty, usiłując nadać temu wszystkiemu jakiś pulsacyjny rytm. Pod sceną w tanecznym korowodzie falował barwny tłum ludzi, a ci, co akurat nie tańczyli, obsiedli gromadnie rozstawione wokół placu stoły, racząc się jadłem i trunkami.

Tak, nie było wątpliwości, nasi goście znaleźli się w samym sercu majorkańskiej fiesty. Bycie świadkiem takiego wydarzenia i to w sytuacji, gdy zupełnie się tego nie spodziewali, było jak dar od losu, dodatkowy, niespodziewany bonus, który mogli dołożyć do kolekcji swoich majorkańskich wrażeń. Przez jakiś czas sycili zmysły tym, co działo się dookoła nich, chłonęli gorącą atmosferę fiesty, jednak po opadnięciu pierwszej fali euforii, poczuli, że nasycenie zmysłów tak energetycznymi bodźcami jest, owszem, bardzo ważne, ale nie nasyci się nimi pustych żołądków, które strawiły już dawno wczesne śniadanie i coraz natarczywiej upominały się o wypełnienie ich bardziej materialną treścią. Szczęście, uśmiech losu, opatrzność, fortuna, jak zwał tak zwał, w każdym razie to coś bardzo mocno musiało im w tym dniu sprzyjać, bo gdy ich żołądki zaczęły wysyłać SOS, nagle wśród gawiedzi pojawili się liczni kelnerzy z tacami wypełnionymi „tapasami” i zaczęli zachęcać do darmowej degustacji. W takiej sytuacji Łukasz, potężne, prawie dwumetrowe chłopisko i niewiele mu ustępujący w potrzebie konsumpcji Adam, przystąpili do szturmu. Kasia i Asia też nie były bierne, tak samo zresztą, jak większość fiestowiczów, więc jak łatwo się domyślić, po kilku chwilach tace świeciły pustkami. Na szczęście rytuał powtórzył się jeszcze dwukrotnie i towarzystwo zdołało najeść się do syta, a gdy kelnerzy pojawili się po raz kolejny, tym razem z plastikowymi kubeczkami wypełnionymi winem, stopień ich zadowolenia osiągnął najwyższy pułap.

Z chęcią zostaliby dłużej, aby z widzów przeistoczyć się w aktywnych uczestników tego fascynującego spektaklu, ale czasu nie da się skorumpować, więc z niejakim żalem oddalili się od fiestowiczów, by kontynuować marsz pod górę, w kierunku wcześniej wytyczonego celu. Większość turystów przybywających do Deii, zwłaszcza tych nieco starszych, dla których mistrzowie literatury są postaciami równie kultowymi, jak – kolejne o zgrozo!- dzisiejsi celebryci dla tych, którzy i tak tego nie przeczytają, i którzy wyznają zupełnie inny system wartości, taki w którym walory umysłu i przymioty ducha wyraźnie górują nad „tylko walorami” i pamiętający czasy, w których głupota chowała się ze wstydu po kątach, a nie panoszyła się dumnie jak obecnie, mając tak wielką rzeszę swoich reprezentantów brylujących w mediach i życiu publicznym, większość tych turystów pielgrzymuje głównie na cmentarz, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie, oddać cześć i podumać chwilę przy grobie R. Gravesa, który, jak wspomniałem, postanowił złożyć tu swoje doczesne szczątki.

Nasza młodzież też poświęciła nagrobkowi autora „Ja Klaudiusz” trochę swojego cennego czasu, lecz – zwłaszcza dla Kasi i Asi – celem numer jeden był przycmentarny kościółek. Zelektryzowała je informacja przeczytana na jakimś plotkarskim portalu, że to właśnie w nim nasza najsławniejsza modelka Anja Rubik zawarła małżeński związek. Zważywszy na fakt, że Kasia to również była modelka i przez kilka lat twarz oraz trochę ciała jednej z największych polskich firm kosmetycznych, nie można się dziwić, że koniecznie chciała odwiedzić miejsce, które tak zauroczyło, bądź co bądź, byłą koleżankę po fachu. Miejsce rzeczywiście jest niezwykłe, bardzo kameralne, emanujące spokojem no i z rozpościerającymi się wokół wspaniałymi widokami na góry Sierra de Tramuntana. Wnętrze kościółka urzekło ich swoją… skromnością wystroju i prostotą formy. Jakże odmienną od nadętego blichtru, pompatyczności i, rekompensującego zaściankowe kompleksy fundatorów oraz łechtającego wybujałe ego duchownych, bijącego po oczach bogactwa polskich świątyń.

I znowu napięty grafik tego nieco szalonego dnia zmusił ich do powierzchowności. W przeciwnym razie odwiedziliby jeszcze muzeum Grawesa urządzone w jego starym domu, a potem zrelaksowaliby się w Cala Deia, kolejnej cudownej majorkańskiej zatoczce. Ale co się odwlecze, to nie uciecze, więc po takim, a nie innym „zaliczeniu” Deii ruszyli w kierunku kolejnego fantastycznego dzieła Matki Natury, jakim bez wątpienia jest Przylądek Formentor. Kilka lat wcześniej, w czasie wspólnych wakacji, realizowaliśmy z przyjaciółmi trochę podobny plan zwiedzania. Zapytałem wtedy w Deii, a konkretnie w sklepie z warzywami, którą drogą najlepiej tam dojechać. Trafiłem na szacowne grono trzech wysuszonych od słońca staruszków, uprzyjemniających sobie czas grą w domino, widać też z filozoficznym zacięciem, gdyż odpowiedziało mi pytaniem na pytanie – zależy, co dla Pana znaczy „najlepiej”, czy szybko, ale nudno, czy wolniej, ale ciekawiej? – Jasne, że wybrałem drugą opcję, w przeciwnym razie skierowaliby nas po prostu na autostradę. Wówczas jeden z nich rozłożył mapę, którą zapobiegliwie wziąłem ze sobą i zaczął wodzić palcem wzdłuż zygzakowatej linii przypominającej wykres mojego EKG lub wydruk będący efektem przesłuchania na wykrywaczu kłamstw. To była właśnie droga na Formentor biegnąca, a raczej meandrująca wzdłuż skalistego wybrzeża w kierunku północnym.

Ta droga, wszystkim ją przemierzającym, dostarcza wielu niezapomnianych wrażeń. Zróżnicowane formy krajobrazowe, malownicze pejzaże, z jednej strony urocze zatoczki, prześwitujące pomiędzy skalnymi klifami skrawki plaż lub po prostu widok na bezkresne lazurowe morze, a z drugiej majestatyczne góry Sierra de Tramuntana. No i setki zakrętów, a za każdym z nich inny widok, nierzadko podziwiany z różnej perspektywy, bowiem raz śmigamy raźno w dół, by za chwilę mozolnie wspinać się pod górę. Dopiero tuż przed wjazdem na przylądek droga robi się w miarę płaska i prosta, dając co bardziej wrażliwym posiadaczom różnych lęków i fobii, parę chwil wytchnienia i sposobność wzięcia kilkunastu głębszych oddechów, które, być może, przywrócą im miarowy puls oraz pozwolą ich błędnikowi na powrót do normalnego funkcjonowania. Jednak nawet gdy tak się stanie, to ich pociecha trwać będzie krótko, a błędnik zacznie wariować ze zdwojoną siłą, gdyż zanim wysiądą z samochodu przy latarni morskiej, na samym końcu przylądka, przejdą, a raczej przejadą drogę przez mękę. Drogę, którą śmiało można by nazwać jedną wielką serpentyną i to o znacznej różnicy poziomów.

Najwięcej do powiedzenia na ten temat miał Adam, który, jako cierpiący na lęk wysokości, czuł się najbardziej upoważniony do skomentowania tego, co przeżył. Podsumowując z grubsza jego wynurzenia: przyznał, że chociaż widoki były wręcz powalające, to za żadne skarby nie chciałby przeżyć czegoś podobnego drugi raz. Po prostu horror! Niemniej dla całej reszty turystów nietrapionych przez podobne problemy droga z Deii na przylądek Formentor będzie ciągiem wspaniałych doznań, w dodatku zakończonych swoistym deserem, jakim jest możliwość delektowania się oszałamiającym pięknem natury z punktów widokowych. Na naszej prywatnej top liście spektakularnych widoków, Formentor na pewno mieści się w pierwszej piątce, a trochę takich niezapomnianych wrażeń wizualnych, w swoim niekrótkim życiu, zdążyliśmy skolekcjonować.

Niestety dla Adama, przylądek można opuścić wyłącznie tą samą drogą. Jednak powszechnie wiadomo, że aby zwalczyć swoje wszelkie lęki czy fobie należy mężnie stawić im czoła, a nawet wyjść im naprzeciw. Tak więc bladość na jego twarzy ustąpiła na powrót miejsca rumieńcom, dopiero po opuszczeniu Formentoru, tak mniej więcej w połowie drogi biegnącej wzdłuż Zatoki Pollenca, którą dojechali do Akcudii. Relaks na cudownej plaży, odprężająca kąpiel w morzu i krwisty stek w portowej tawernie spowodowały też „przebudzenie mocy”, czyli powrót energii, a co za tym idzie, poczucia humoru niezbędnego do podjęcia walki z Łukaszem na wymianę sympatycznych złośliwości. Toteż dalsza droga na wschód, tym razem wzdłuż przepięknej zatoki Alkudyjskiej, a potem na południe do Cala Millor, przebiegła już w doskonałej atmosferze, bez żadnych emocjonalnych komplikacji.

Morski park rozrywki Marineland to jedna z obowiązkowych atrakcji do zaliczenia na turystycznej mapie Majorki. A już dla dzieci i miłośników zwierząt w szczególności. I chociaż później, po rejsie wśród radośnie baraszkujących delfinów na otwartych wodach Atlantyku, niedaleko Teneryfy, radykalnie zmieniliśmy zdanie w kwestii trzymania ich w niewoli i w ogóle prawdziwego sensu określenia „miłośnicy zwierząt”, to jednak wtedy jeszcze nie doznaliśmy oświecenia w tej kwestii i z entuzjazmem poleciliśmy to miejsce naszym gościom.

Ten przykład oświecenia był dla nas kolejnym dowodem na to, jak bezcenne w naszym życiu jest zbieranie doświadczeń i wyciąganie z nich odpowiednich wniosków. To wszak na nich oparta jest cała współczesna, empiryczna wiedza. Lecz ludzie, dla których stwierdzenie „człowiek, to brzmi dumnie” nie jest pustym frazesem, potrafią wyciągać z tych wniosków własne, indywidualne nauki, które z mozołem wdrażane i praktykowane w codziennym życiu, dają szansę i nadzieję na to, aby na to wzniosłe miano człowieka w pełni zasłużyć. Doskonale ilustruje ten temat, jakże ciągle aktualne, egzystencjalne pytanie zadane przez noblistę Boba Dylana w wielkim przeboju „Blowing in the wind”: „przez ile dróg musi przejść każdy z nas, by móc człowiekiem się stać?” Niestety, przywilej świadomego myślenia o znaczeniu słowa „człowiek” i roztrząsania związanych z tym dylematów jest wyłączną domeną ludzi rozumnych, inteligentnych i dociekliwych, a ci, według różnych badań, stanowią zaledwie od 5 do 10 procent populacji. A reszta? No cóż, prawda jest bolesna. Wąskie horyzonty myślowe, mentalność stadna, przewaga instynktów nad rozumem, upartość, czyli krótko mówiąc: ciemnota i głupota – cechy, które powodują niechęć do zmiany postaw i zachowań rozciągającą się na wiele obszarów. Można mieć pewność, że choćby nie wiadomo jak dużo by tych umownych dróg przeszli, to nie starczy im jednego żywota – i to nawet długiego – aby wreszcie na miano „człowieka” zasłużyli. W tej sytuacji irracjonalna wydaje się niewiara większości z nich w reinkarnację. Jakby nie patrzeć daje im ona jakąś szansę na wydłużenie tej duchowej drogi i nadzieję na dojście do jej kresu, czyli osiągnięcie oświecenia. Ale z drugiej strony, nie spotkałem jeszcze nikogo, kto szczerze przyznałby, że jest głupcem.

Marineland znajduje się w niewielkim kurorcie Portals Nou, parę kilometrów na wschód od Palmy. Nie jest to miejsce dorównujące klasą słynnemu Loro Park na Teneryfie, lecz te trzy, cztery godziny spędzone tutaj na pewno usatysfakcjonują wszystkich, niezblazowanych jeszcze mnogością tego typu wrażeń, choć pokaz delfinów to najwyższy światowy poziom. Mając na uwadze, pełen wspaniałych przeżyć, ale dość intensywny poprzedni dzień, poradziliśmy Adamowi, żeby tym razem nastawili się na pełen relaks. Żadnego pośpiechu czy presji czasowej, zwłaszcza że miejscowość warta jest bliższego poznania. Tymczasem pobyt większości turystów w Portals Nou sprowadza się do wizyty w Marinelandzie i często nawet nie wiedzą, w jakiej miejscowości się on znajduje. Można się o tym przekonać, czytając niektóre wpisy w internecie lokalizujące Marineland, a to w Calvii, a to w Magaluff, a to w Palmanovie czy wreszcie w samej Palmie. A przecież Portals Nou to jedna z majorkańskich perełek, nie bez przyczyny nazywane małym Saint Tropez. I powodem nadania mu tego przydomka nie było usytuowanie w nim parku morskiego ani nie była nim jakaś pamiętna wizyta Brigitte Bardot – najsławniejszej mieszkanki tej miejscowości na francuskim Lazurowym Wybrzeżu – ale zaistnienie innej analogii, a mianowicie dysponowanie najbardziej snobistycznym portem jachtowym na Majorce. Adam z przyjaciółmi dokumentowali ten snobizm, robiąc sobie zdjęcia na tle luksusowych jachtów lub sportowych samochodów ich właścicieli zaparkowanych przed równie luksusowymi i naturalnie kosmicznie drogimi portowymi restauracjami. Maserati, Lamborghini, Ferrari lub Bentley udowadniają, że wciąż są na motoryzacyjnym topie. Najbardziej „wypasione” modele BMW, Mercedesa, Lexusa czy Audi to tutaj zaledwie druga liga.

Krótki spacer dzieli port od niewielkiej, ale uroczej plaży, otoczonej z trzech stron pionowymi klifami. To na niej nasza młodzież spędziła resztę dnia w towarzystwie niektórych właścicieli tych luksusowych dóbr skumulowanych w porcie. Średnia wieku milionerów oscylowała koło sześćdziesiątki, przy czym dało się zauważyć, że panowie jakby wyraźnie zawyżali tę średnią, z kolei panie – w kilku przypadkach w sposób dość rażący – ciągnęły ją w dół. Być może był to efekt melanżu przyzwyczajenia z presją środowiskową zmuszającą tych starszych panów do ustawicznego wymieniania wszystkiego na nowszy model. Znaczna różnica wieku rekompensowała w pewien sposób Adamowi i spółce ewentualny dyskomfort wynikający z różnicy na kontach bankowych. Zdawali sobie bowiem sprawę, że ich młodości nie kupią za żadne pieniądze.

W naturze, a więc i w ludzkim życiu bardzo istotną funkcję pełni tak zwana równowaga życiowa, odpowiedni balans czy harmonia. Tak więc po dwóch dniach intensywnego zwiedzania, które, oprócz niezapomnianych wrażeń, równało się wczesnemu wstawaniu, spędzaniu sporo czasu w samochodzie i częstemu spoglądaniu na zegarek, przyszedł dla naszych gości dzień totalnego relaksu. Trochę dłuższy sen, celebracja śniadania, plaża i morskie kąpiele, celebracja obiadu, krótka regeneracyjna sjesta, spacer połączony z zakupami, drink w nadmorskim barze przy akompaniamencie, całkiem niezłego, country-rockowego gitarzysty i wokalisty w jednym, przygotowanie tapasów, czyli przekąsek na wieczór, partyjka tysiąca, kilka partyjek rummikuba, wizytacja nocnego Cala Millor, omówienie planów na dzień następny i nyny, jak mówiła moja babcia, wysyłając mnie do spania. Reszta ich wakacji mijała w podobnym cyklu. Mercado w Arcie, jaskinie i plaża w Porto Cristo, dzień nicnierobienia, całodzienna wyprawa nad „nasze” cudowne zatoki, wycieczka rowerowa do Cala Morlanda, dzień pogłębiania opalenizny, piesza wyprawa na targ i po sławne już młode wino do Son Servera, ostatnie plażowanie, ostatni shoping, i tym sposobem wakacje Adama i Kasi oraz Łukasza i Asi dobiegły końca.

Wycieczkę rowerową do Cala Morlanda nazwaliśmy taką turystyczną wisienką na majorkańskim torcie. Tę wisienkę zawdzięczamy Izie, która wspomniała o Cala Morlanda, gdy poprosiliśmy ją o zarekomendowanie jakichś lokalnych atrakcji. Kilka dni później wynajęliśmy rowery i ruszyliśmy w drogę. Wycieczka okazała się super atrakcyjna. Niezwykle malownicza trasa biegnie w większości wzdłuż wybrzeża. Przy okazji z pozycji siodełka zwiedziliśmy też dwa znane kurorty, ponieważ z Cala Millor trzeba jechać do Sa Comy, a następnie do S’illot. Stamtąd jest już tylko żabi skok do celu, jakim jest przepiękna zatoczka w sennej, małej miejscowości, jaką jest Cala Morlanda. To jedno z tych majorkańskich miejsc, które, nie wiedzieć czemu, nie znajdują się na pierwszej linii frontu zwiedzania wyspy, a które szczerze pokochaliśmy i do którego mamy nadzieję co jakiś czas powracać. Rzecz jasna znalazło się na naszej liście obowiązkowych punktów programu, który proponowaliśmy wszystkim naszym gościom. Z tego powodu zaliczyliśmy tę rowerową wycieczkę sześciokrotnie i za każdym razem była to dla nas wielka przyjemność.

Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Jeszcze niedawno witaliśmy się na lotnisku, a tu, nie wiadomo kiedy, przyszedł czas pożegnania. Od rana wyczuwałem u żony i Adama gromadzące się emocje. Zniknęła z ich oblicza ta, dominująca przez ostatnie dni, beztroska i niczym niezmącona radość. Widok ustawionych przy drzwiach, spakowanych bagaży tylko pogłębiał frustrację. Łukasz próbował żartami rozładować trochę gęstniejącą atmosferę, ale nie bardzo mu się to udawało i widząc na naszych twarzach nieco wymuszone, jakby nieobecne uśmiechy, dał sobie spokój. Koło południa miał podjechać pod naszą kamienicę zamówiony autobus, który miał odwieźć naszych gości na lotnisko, więc kilka minut wcześniej dźwignęliśmy walizki i zeszliśmy na dół. Wtedy, w obliczu nieuchronności zdarzeń, nagromadzone emocje eksplodowały i polały się matczyne oraz Adamowe łzy. W takich momentach rodzą się pytania, na które nigdy nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Czy nasza decyzja o wyjeździe była słuszna? Czy to, czego doświadczamy i co zyskujemy, żyjąc tutaj, jest tak wartościowe, że rekompensuje straty spowodowane rozłąką z najbliższymi, kochanymi osobami? Czy istniało jakieś alternatywne rozwiązanie?

Po raz kolejny okazało się, że los wziął sprawy w swoje ręce i postanowił zakończyć tę melodramatyczną scenę, zastępując emocje związane z miłością, emocjami związanymi z niepokojem z powodu spóźniającego się autobusu. Łukasz po raz kolejny bezskutecznie próbuje dodzwonić się do spedytora, a gdy wreszcie mu się to udaje, dowiaduje się, że z powodu braku potwierdzenia zamówienia, autobus zatrzymuje się tylko przed hotelem, jakieś dwa kilometry od nas. Zaczynamy szalony bieg z walizkami do najbliższego postoju taksówek w nadziei, że jeszcze nic straconego i nasi goście zdążą złapać autobus. Żegnamy się w przyśpieszonym tempie – nie ma czasu na celebrację – i już po chwili taksówka z Adamem, Kasią, Łukaszem i Asią znika za najbliższym zakrętem, a my stoimy na ulicy nieco oszołomieni tak błyskawicznym rozstaniem. Żona zaczyna znowu płakać, więc ją przytulam i pocieszam, jak mogę. Czuję na sobie ciekawski wzrok przechodniów. Po kilku chwilach wraca do równowagi, zresztą nie ma innego wyjścia, bo dzwoni Adam z wiadomością, iż nie zdążyli na autobus i jadą na lotnisko taksówką. Niestety koszty wakacji zwiększą się o nieprzewidziany wydatek, ale to są tylko pieniądze i – jak nam później opowiadali – po początkowej złości szybko odzyskali wakacyjny luz.

Kiedy wróciliśmy do domu, żona przestawiła organizm na tryb działania: uruchomiła program w komputerze umożliwiający śledzenie na bieżąco lotu, powiadomiła wszystkich zainteresowanych o świeżych, jeszcze ciepłych, wydarzeniach i czekała na kolejne informację od Adama. Ja zaś wdrożyłem stary, sprawdzony wielokrotnie, program przywracania emocji na właściwy poziom. Po prostu pogrzebałem chwilę w mojej mini kolekcji płyt i wkrótce z głośników popłynęły, kojące dusze, dźwięki trąbki Milesa Davisa i saksofonu Stana Getza, co sprawiło, że mogłem pogrążyć się w myślach i spokojnie roztrząsać różne nierozwiązywalne egzystencjalne kwestie.

Nigdy nie odkładaj życia na potem!

Robin S. Sharma

 

Komentarz ( 1 )

  • Mama

    Cieszę się, że mimo zwiedzania różnych krajów, poznawania innych kultur i bogactwa przyrody, mimo próbowania nietypowych egzotycznych smaków, a zwłaszcza dobrego miejscowego wina, mimo różnych atrakcji (korzystania z morza i słońca, podziwiania pięknych zatoczek), podjeliście decyzję powrotu do Polski. Na pewno głównie zdecydowała tęsknota za bliskimi i za Ojczyzną (jaka ona by nie była).
    Dla Was była to niewątpliwie trudna decyzja, ale dla nas bliskich Wam osób Wasz przyjazd na stałe do kraju przyniósł nam wielką radość, a mnie osobiście wielką ulgę. Cieszę się bardzo, że jesteście blisko. Widzę, że tu w Ojczyźnie jesteście szczęśliwi i bardzo mnie to cieszy. Przed Wami jeszcze sporo do zwiedzania innych pięknych miejsc również w naszym pięknym kraju.

Zostaw odpowiedź