Rozdział 10

Cala Millor to bardzo kosmopolityczne miasteczko. Niecałe sześć tysięcy mieszkańców tworzy społeczność składającą się z przedstawicieli wielu narodów, ras, kultur i religii. Oczywiście największą grupę stanowią Hiszpanie, ale niewiele mniej mieszka tu Niemców i Brytyjczyków. Swoją silną reprezentację mają też Skandynawowie, Chińczycy, Hindusi, czarni Afrykanie z krajów Afryki Środkowej, Arabowie z Afryki Północnej i Latynosi z biedniejszych krajów Ameryki Południowej, Środkowej i rejonu Karaibów. Wspomniałem o naszych sąsiadach Portugalczykach, słyszeliśmy o grupach Rosjan, Albańczykach i Macedończykach. Ten swoisty tygiel funkcjonował tu znakomicie. Nie było mowy o jakichś zamieszkach czy nawet pojedynczych incydentach na tle rasowym lub religijnym. Wręcz przeciwnie, rzucała się w oczy wzajemna tolerancja, poszanowanie odmienności i brak jakichkolwiek uprzedzeń. Wszystko to okraszone życzliwością, uprzejmością i częstą wymianą uśmiechów. Właściwie to najbardziej zdumiewała nas ta nienormalna normalność codziennego życia tej tak zróżnicowanej społeczności. Dla nas przybyszów z kraju, w którym niemal każdy zbyt śniady obywatel postrzegany jest jako potencjalny terrorysta lub przynajmniej złodziej i roznosiciel groźnych chorób, w którym Polacy o wybitnie niesłowiańskiej urodzie tolerowani są przeważnie tylko dlatego, że jest ich bardzo mało i wnoszą pewien element egzotyki w jednorodność rasową naszych ulic, w którym kobieta żyjąca w związku z murzynem lub muzułmaninem narażona jest na ostracyzm społeczny porównywalny z tym z czasów wojny, kiedy niektóre „upadłe” rodaczki wiązały się z Niemcami, w którym ciągle uczy się dzieci w szkole o Arianach – epizodzie w naszej historii sprzed ponad trzystu lat – jako ostatnim przykładzie chlubnej tolerancji i w którym taka mieszanka narodowościowa, żyjąca w dodatku w pełnej harmonii, byłaby czystą utopią, dla nas był to na początku mały szok, który z czasem przerodził się jednak w coś na kształt poczucia dumy wynikającej z faktu przynależności do tej społeczności.

Nigdy w Poznaniu w centrach starych dzielnic, w godzinach wieczorno-nocnych nie czuliśmy się tak bezpieczni, jak tutaj. Mogliśmy wejść o pierwszej w nocy do jakiejś arabskiej knajpki pełnej Marokańczyków, gdzieś w wąskiej uliczce mocno oddalonej od promenady i nie czuliśmy żadnego zagrożenia. Otaksowaliby nas co najwyżej wzrokiem jak każdego nowego gościa i już po chwili zajęliby się swoimi sprawami. Może co najwyżej któryś by się zdziwił, co ta para turystów szuka w takim skromnym lokaliku, w dodatku bezalkoholowym, zamiast sączyć sangrię lub kolorowe drinki i wciągać tę obrzydliwą wieprzowinę w którejś z eleganckich restauracji z widokiem na morze. Nie przyszłoby im do głowy, by nas o to nagabywać, ale gdyby zapytali, wyjaśniłbym im, iż wypicie kawy z kardamonem lub miętowej herbaty z migdałami w ich knajpce i w ich towarzystwie jest dla nas równie ekscytującym przeżyciem, jak zwiedzanie dzielnicy żydowskiej w Palmie lub zaliczenie jakiegoś fajnego szlaku. Nie jestem do końca pewien czy by to zrozumieli, zwłaszcza porównania z dzielnicą żydowską, ale w najgorszym razie uznaliby nas za trochę stukniętych czy ekscentrycznych, choć zupełnie nieszkodliwych Polacos.

Odkąd pamiętam zawsze na różnego rodzaju wycieczkach i wyprawach ciągnęło mnie poza utarte szlaki, była we mnie jakaś nieprzeparta chęć, by zobaczyć coś więcej niż pocztówkowe obrazki głównych ulic, powszechnie znane zabytki, prestiżowe muzea i inne emblematyczne, oblegane przez turystów miejsca. Kiedyś w Kairze po całodziennym zwiedzaniu, mocno utrudzeni, wróciliśmy do hotelu na kolację i podczas gdy reszta grupy, pokrzepiona wybornym jedzeniem, zaczęła wieczorne imprezowanie, mnie udało się namówić żonę na wieczorną wyprawę do dzielnicy slumsów. I okazało się, że było to jedno z najintensywniejszych doświadczeń tego wyjazdu. Porównywalne z doznaniami, które towarzyszyły nam podczas zwiedzanie piramid w Gizie, świątyni Hatszepsut, Muzeum Egipskiego ze skarbami z grobowca Tutenchamona, Cytadeli Saladyna czy spaceru po starym bazarze. Zobaczyliśmy miejsce, w którym czas zatrzymał się kilkaset lat wcześniej. Obrazki, o których myślałem wtedy, że istnieją tylko w filmach historycznych lub ewentualnie gdzieś w trudno dostępnych rejonach naszej planety w społecznościach niemających pojęcia o istnieniu tak zwanej cywilizacji. Ludzie żyli tam w słomiano-glinianych mini domkach, bez prądu ani bieżącej wody. Wychudzone psy i koty zalegały zbiorowo na skrawkach ziemi, jakimś cudem zacienionych, a jeszcze niezagospodarowanych w jakiś praktyczny sposób. Dzieci grały w piłkę w takich tumanach pyłu i piasku, że tylko po sposobie poruszania mogłem się zorientować, o jaką grę chodzi. Kobiety siedziały na klepisku przed chatami i albo gotowały coś w rondlach wiszących nad niewielkim ogniskiem, albo piekły chleb lub jakieś placki w prymitywnych piecykach skleconych z kawałków blachy. Pamiętam, że było niewielu mężczyzn, głównie zresztą w sędziwym wieku. Z racji tego wieku uprawiali stateczny bezruch, moszcząc się pod ocienionymi ścianami chat i bacząc na wszystko spod półprzymkniętych powiek. Młodsi zapewne ciągle pracowali, porozrzucani po rozległych terenach ponad siedmiomilionowego wtedy Kairu.

Chodziliśmy ponad dwie godziny po tych slumsach, będąc w tym czasie jedynymi obcymi. Mimo to czuliśmy się całkowicie bezpieczni. Między innymi dlatego, iż działo się to w złotych czasach nieistnienia internetu, który uświadomiłby nam czyhające zewsząd niebezpieczeństwo i naszą lekkomyślność powodującą brak poczucia strachu przed innością. Przyglądaliśmy się wszystkiemu wnikliwie, a ci biedni i nieszczęśliwi ludzie, w naszym jakże mylnym mniemaniu, cały czas się do nas uśmiechali. Jakoś nie dostrzegaliśmy na ich twarzach najmniejszych śladów zgryzoty i cierpienia ani piętna wstydu i udręki, tak bardzo kojarzącego się nam, ludziom cywilizacji materialistycznej, z niskim poziomem posiadania a w tym przypadku raczej jego kompletnym brakiem. Tak, to była dobra lekcja od losu, dająca sporo do myślenia. Jakiś czas później powtórzyliśmy tę lekcję, odwiedzając slumsy w Stambule i ponownie nawiedziły nas egzystencjalne refleksje, bo tam również ludzie wydawali się nie mieć świadomości swojego tragicznego losu. Znowu ponadnormatywnie się uśmiechali, chętnie pozowali do zdjęć, a niektórzy podchodzili do nas, by się przywitać i dowiedzieć się skąd jesteśmy.

To były sytuacje z rodzaju tych, kiedy to najdobitniej dociera do nas fakt istnienia oczywistości, że wszystko jest kwestią perspektywy. No i że ciekawość może być zarówno pierwszym stopniem do piekła, jak i pierwszym stopniem do wiedzy, motywować do myślenia i kreować naszą świadomość. A także czynnikiem warunkującym przeżywanie przygód takich jak na przykład ta w słynnej egipskiej Dolinie Królów. Byliśmy właśnie po kilkugodzinnym zwiedzaniu wszystkich ważniejszych grobowców z tym Tutenchamona na czele. Czterdziestostopniowy upał dał się wszystkim we znaki, więc pilot naszej grupy zarządził godzinną przerwę przed powrotnym marszem do autokaru. Trudno tam o cień, więc każdy zaległ gdzie bądź, aby regenerować siły i uzupełniać płyny. I wtedy, nie wiadomo skąd, pojawił się strasznie wychudzony chłopiec w mocno sfatygowanej i raczej dawno niepranej sukmanie. Łamaną angielszczyzną zaczął oferować swoje przewodnictwo w godzinnej wyprawie na pobliską górę, z której rozpościerał się ponoć fantastyczny widok na płynący w oddali Nil. I to za parę piastrów. Oczywiście, jako namiętny kolekcjoner wrażeń i doznań wszelakich, zgłosiłem się jako pierwszy i przez dłuższą chwilę wydawało się, że zarazem ostatni. Na szczęście, kiedy już prawie znikaliśmy z egipskim chłopcem w pyle pustynnego piasku, zgłosił się jeszcze jeden amator przygód i dzięki temu mam z tym chłopcem fajne zdjęcie upamiętniające zdobycie góry, rzeczywiście wspaniały widok i jego szczęście z powodu otrzymania sutego napiwku.

Tak oto żyliśmy sobie w tym „mieszanym” towarzystwie i było nam z tym bardzo dobrze. Poszczególne nacje zarabiały na życie, spełniając się najczęściej w usługach i handlu, przy czym istniała tutaj wyraźna specjalizacja. Co ciekawe, z lektury szeregu książek podróżniczych dowiedziałem się, że ta specjalizacja obejmowała swym zasięgiem wszystkie terytoria, na których te nacje występują, a więc na przykład w przypadku Chińczyków lub Hindusów niemal cały świat. Nie ma bardziej pracowitego narodu od Chińczyków. Miałem czasem wrażenie, że oni żyją wyłącznie po to, by pracować, a sen jest w ich przypadku tylko niepotrzebną stratą czasu, jakimś błędem na drodze ewolucji lub w procesie stworzenia. Otwierali swoje sklepy i bazary, kiedy większość normalnych ludzi jeszcze spała i zamykali je, kiedy większość tych ludzi już spała. Nigdy nie zdarzyło się, abyśmy spotkali jakiegoś Chińczyka wylegującego się na plaży lub chociażby spacerującego po promenadzie, ani biesiadującego w jakiejkolwiek restauracji lub barze poza chińskimi oczywiście. Niestety, jak wszystko na tym świecie, ta ich mrówcza pracowitość ma też swoją cenę. Po ponad roku dość wnikliwej obserwacji, zarówno na Majorce, jak i później na Teneryfie, mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że Chińczycy są też najrzadziej uśmiechającą się nacją spośród wszystkich wyżej wymienionych. Jednak, wbrew pozorom, niełatwo jest określić jednoznacznie przyczynę takiego stanu rzeczy. Do emanującego wprost z ich twarzy permanentnego zmęczenia będącego zapewne po części przyczyną jawnie okazywanej obojętności na wszystko, co nie dotyczyło ich interesu, czyli pewnego rodzaju zblazowania, należy chyba też dodać specyficzne normy zachowania, takie jak na przykład niestosowność okazywania nadmiernych emocji i uczuć.

Chińczycy wyspecjalizowali się w prowadzeniu sklepów zwanych Bazarami Chińskimi (znanymi już doskonale w Polsce) gdzie można kupić przysłowiowe „mydło i powidło”, sklepów z odzieżą i obuwiem – naturalnie produkcji chińskiej – oraz barów i restauracji z azjatyckim menu. Domeną Hindusów stały się sklepy z elektroniką lub z alkoholem i papierosami. Ci byli bardziej kontaktowi i uśmiechali się częściej, co zapewne wynikało z faktu, że nie podchodzili do pracy z taką nabożną czcią i determinacją jak Chińczycy. Należy też pamiętać, że ich tradycje kulturowe są ściśle związane z religią, czyli Hinduizmem lub Buddyzmem i nakazują  codzienną dbałość zarówno o sprawy ciała, jak i umysłu oraz ducha, a to wymaga rozsądnego dysponowania czasem. Czarni imigranci z Afryki zajmowali się głównie handlem ulicznym – jak to się u nas mówi: „z ręki”- i tylko nielicznym udało się zrobić krok do przodu i handlować już we własnych sklepach lub chociażby na straganach. To głównie u nich można było bez problemu kupić podróbki niemal wszystkich słynnych marek damskich torebek, zegarków, okularów przeciwsłonecznych, pasków, portfeli i wiele innych towarów powszechnie uważanych za luksusowe. Jeżeli ktoś miał taką potrzebę, mógł też zaopatrzyć się w „mocniejszy” towar taki jak marihuana, haszysz czy tabletki ecstazy. Oferowali go ściszonym głosem, a ewentualne transakcje odbywały się z zachowaniem wszelkich konspiracyjnych zasad.

Nietypowym odstępstwem od tej reguły biznesowej był zakład fryzjerski prowadzony przez dwóch Ghanijczyków, zawsze ubranych w śnieżnobiałe, długie prawie do ziemi, sukmany. Zakład mieścił się na parterze narożnej kamienicy, przy niewielkim skrzyżowaniu, zaledwie jakieś dwieście metrów od naszego mieszkania. Często zdarzało się nam przechodzić koło niego, idąc akurat w tym kierunku na spacer lub robiąc zakupy w pobliskim warzywniaku. Od ulicznego chodnika oddzielały go dwa wielkie okna niemaskowane żadnymi zasłonami, żaluzjami ani reklamowymi napisami, tak że doskonale było widać, co dzieje się w środku. Przede wszystkim rzucały się w oczy trzy rzeczy: że zakład urządzony był bardzo gustownie, w nowoczesnym, minimalistycznym stylu z dominacją bieli i grafitu, że zawsze – w odróżnieniu od całej masy innych zakładów- przebywali w nim jacyś klienci i że nigdy nie było wśród nich człowieka o nieco jaśniejszej niż czarna, skórze.

Kiedy więc, jak co miesiąc, byłem zmuszony wyzerować to wszystko, co jeszcze rosło na mojej nienachalnie owłosionej głowie, moja przekora oraz pragnienie czynienia z niemal wszystkiego, nawet tak banalnego wydarzenia jakim jest niewątpliwie wyjście do fryzjera, jakieś, choćby małej przygody, spowodowały, że skierowałem swe kroki do tego właśnie zakładu. Już z daleka dostrzegłem, że w środku, jak zwykle, znajduje się kilka osób. Tym razem wszyscy ubrani byli w owe białe sukmany, tak bardzo zresztą kontrastujące z kolorem ich skóry. Wszedłem prawie bezszelestnie do środka i stanąłem nieśmiało przy drzwiach. Towarzystwo dyskutowało o czymś podniesionymi głosami wspomaganymi żywą gestykulacją, więc taktownie milczałem. W końcu miałem zamiar oddać któremuś z nich we władanie moją głowę, a przyczepiona na wstępie łatka białego gbura mogła za bardzo podnieść u niego poziom adrenaliny. Kiedy po chwili mnie ujrzeli, raptownie również zamilkli, właściwie głos niemal ugrzązł im w gardłach i w pomieszczeniu nastała głucha cisza. Jakbym ich na czymś przyłapał i to chyba nie na studiowaniu Koranu lub Biblii. Mnie w tym momencie przypomniała się charakterystyczna scena z niezliczonej ilości westernów, kiedy to na widok nieznajomego rewolwerowca o kamiennym wyrazie twarzy, wkraczającego do saloonu po gwałtownym pchnięciu wahadłowych drzwi, pianista nagle przestawał grać w połowie taktu, a wszyscy goście przy stolikach zawieszali głos w pół zdania i kierowali wzrok w stronę wchodzącego w oczekiwaniu, iż wydarzy się coś niezwykłego. Na szczęście w zakładzie nie było baru z podłą, miejscową whisky, którą rewolwerowiec zawsze degustował, nim posłał kogoś w zaświaty, więc scena z mojej wyobraźni nie miała ciągu dalszego. Nie miałem też kamiennego wyrazu twarzy, wprost przeciwnie, uśmiechałem się najładniej jak potrafiłem, uniosłem rękę w powitalnym geście i spytałem przyjaznym tonem – Hola seniores, puedo cortarse el pelo? Moje pytanie o możliwość obcięcia się rozbawiło ich do tego stopnia, że wszyscy, wpatrując się przy tym wymownie w moją niemal łysą głowę, wydęli wargi w szerokich uśmiechach, eksponując przy tej okazji swoje imponujące uzębienie i niemal chórem odpowiedzieli na moje pozdrowienie. Jednocześnie jakby odetchnęli z ulgą, ale może mi się tylko tak wydawało. Następnie jeden z nich, najwidoczniej fryzjer, zdobył się na chwilową powagę i poinformował mnie, że owszem, może mnie obciąć, ale nie dzisiaj i również nie w tym tygodniu i że mam przyjść za trzy dni to się umówimy. Przekaz był oczywisty. W wolnym tłumaczeniu znaczyło to, że szkoda mu czasu na takich łysoli, ale jak będę mocno upierdliwy to może, ewentualnie, ale nie na pewno, wykona dla mnie tę, uwłaczającą jego fryzjerskiej godności, usługę. No cóż, nie pozostało mi nic innego jak przełknąć tę czarną polewkę. Ciągle się jednak uśmiechając, potwierdziłem ponowne odwiedziny za trzy dni, życzyłem miłego dnia, rzuciłem pożegnalne „adios” w kierunku wyszczerzonych zębów i zamknąłem za sobą drzwi od strony chodnika.

Wtedy uśmiech się przegrupował. Znikł z mojej twarzy, a pojawił się tam, gdzie stacjonuje dusza. No bo śmiałem się w duszy z całej tej sytuacji, a przede wszystkim z siebie. Z żałosnego efektu mojej naiwnej wiary w skuteczność misji mającej na celu – oprócz prozaicznego ogolenia mojej głowy – symboliczne złamanie niepisanych reguł, przełamanie barier, które jednak (musiałem to przyznać) gwarantowały sprawne działanie takiego organizmu, jakim była społeczność Cala Millor. Ale jednocześnie przypomniałem też sobie o mądrej zasadzie zalecającej traktować każde takie doświadczenie jak lekcję daną od życia, więc znacznie podniesiony na duchu, w poszukiwaniu kolejnej lekcji, udałem się jakieś sto metrów dalej do kolejnego fryzjera, tym razem latynoskiego, od którego moja żona, trzy dni wcześniej, wyszła po zaledwie kilku sekundach. Była tak zdegustowana, że w odpowiedzi na moje pytające spojrzenie machnęła tylko z rezygnacją ręką, a za cały komentarz wystarczyły dwa słowa – syf i malaria.

Nie widziałem wówczas wnętrza tego zakładu, bo był to już któryś z kolei wizytowany w trakcie trwania misji poszukiwawczej tego jednego, który spełniłby wymagania mojej szanownej małżonki, więc wolałem wykorzystać okazję, by złapać chwilę samotności i uzupełnić zapasy cierpliwości. Jednak wystarczyło bym wysłuchał jej barwnego opisu obfitującego w dużą liczbę epitetów, żeby skonstatować, że to może być wręcz idealne miejsce na przeżycie czegoś więcej niż zwyczajowe ogolenie mojej czaszki w pięć minut, jakby to miało miejsce w zwykłym, standardowym zakładzie fryzjerskim. Co prawda palmę pierwszeństwa w rankingu spodziewanych niespodziewanych przygód przyznałem moim niedoszłym czarnym braciom, ale kiedy ta pierwsza opcja spaliła na panewce, nie wahałem się ani chwili.

Po wejściu do środka dokonałem błyskawicznej lustracji wnętrza i już w następnej chwili wiedziałem, że trafiłem w samo sedno i że małżonka, tym razem, nie dokonała zwyczajowej nadinterpretacji faktów. Ściany pokryte były wyblakłą, łuszczącą się farbą, w trudnych do określenia kolorach, niepozostawiających wszakże wątpliwości, iż przy ich doborze na pewno nie kierowano się walorami estetycznymi. Dwa stare fotele obite sztuczną, popękaną a gdzieniegdzie już poprzedzieraną skórą oraz przerdzewiałe i częściowo zmatowiałe lustra wiszące przed nimi, pozwoliły mi się domyślić, że są to stanowiska fryzjerskie, chociaż w tym przypadku to określenie dalece nie konweniowało z zastaną rzeczywistością. Pod dwoma filarami podtrzymującymi sufit w centralnej części pomieszczenia stały cztery krzesła przeznaczone, jak się błyskotliwie domyśliłem, dla oczekujących klientów. Krzesła były, jakby to ująć, gustownie wkomponowane w nietuzinkową stylistykę wnętrza. Czyli bardzo mocno sfatygowane, i to na pewno nie za przyczyną wiercących się na nich ze zniecierpliwienia klientów, a raczej z powodu zakupu ich gdzieś na pchlim targu za przysłowiowe psie pieniądze. Dało się zauważyć próby wzmocnienia, a raczej utrzymania w ryzach ich konstrukcji za pomocą bezceremonialnie wbitych licznych gwoździ. Na krzesłach walały się pożółkłe ze starości gazety a na leżącym przed nimi wypłowiałym, liniejącym jak kot na wiosnę, niewielkim dywaniku dwa umorusane urwisy walczyły właśnie o palmę pierwszeństwa w dostępie do porozrzucanych kredek. Efekt ich „twórczości” mogłem podziwiać na ścianach, na szczęście tylko do wysokości ich niewielkiego jeszcze wzrostu. Na środku sufitu wisiał duży wentylator. Jego łopatki, pokryte grubą warstwą kurzu i różnego innego paskudztwa, kręciły się miarowo, rozrzucając po pomieszczeniu miliony bakterii oraz delikatnie wachlując ogromne pajęczyny szczelnie wypełniające puste przestrzenie we wszystkich czterech górnych narożnikach. Na szczęście powodowały też minimalny ruch powietrza, co czyniło znośnym przebywanie w tym, nagrzanym do jakichś trzydziestu stopni i nieco zatęchłym, wnętrzu.

Kiedy chłopcy mnie ujrzeli, natychmiast podnieśli nieprawdopodobny wrzask, który zahaczał o częstotliwości, przy których użyciu buddyjscy mnisi uśmiercali głosem ptaki. Nie zdziwiłem się więc, gdy po chwili gdzieś z zaplecza, mimo grającej głośno latynoskiej muzyki, wyłoniła się ich mama a zarazem szefowa i jedyna pracownica tego przybytku, niska, baaardzo korpulentna latynoska, jak się wkrótce dowiedziałem, rodem z Kolumbii. Dosyć zgrabnie ukryła zdziwienie na mój widok, krzyknęła coś do dzieci, które natychmiast się uciszyły, a potem przyoblekła się w uśmiech i pytające spojrzenie. Nie ściszyła muzyki, więc przekrzykując dźwięki rytmicznej salsy, zapytałem ją o możliwość ogolenia mojej głowy. Uśmiechnęła się jeszcze bardziej promiennie, niż gdy mnie ujrzała i odpowiedziała- naturalmente. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można było stwierdzić, że nie cierpiała na nadmiar pracy a tym samym na nadmiar gotówki, więc każdy klient, nawet taki łysol jak ja, był na wagę złota. Niezwłocznie odsunęła jeden z foteli, z małego stolika pod lustrem wzięła jakąś szmatkę, trzepnęła nią kilka razy o jego siedzisko, co miało oznaczać, że usunęła kurz i resztki po poprzednim kliencie, po czym poprosiła, bym na nim spoczął. Przez krótką chwilę ogarnęła mnie wątpliwość, czy aby trochę nie przesadzam z tym moim poszukiwaniem niezwyczajnego w zwyczajnym, ale nie można zapierać się samego siebie, więc przyjąłem zaproszenie kalkulując, że przecież niewiele ryzykuję a obiecujący początek zdawał się zapowiadać równie ciekawy ciąg dalszy. Z pomocą przyszedł mi też nieoceniony luz, który pomału stawał się moim nieodłącznym towarzyszem. Rozsiadłem się zatem na fotelu i czekałem na rozwój wydarzeń. Rzecz jasna, w razie wystąpienia sytuacji ekstremalnej, miałem w zanadrzu plan B. Tym razem postawiłem na prostotę, czyli na natychmiastową ewakuację, w tym konkretnym przypadku zwaną ucieczką.

Każdą tego typu sytuację starałem się też wykorzystać do szlifowania mojego hiszpańskiego, więc i tym razem zacząłem konwersację, zanim Catalina zdążyła rozpocząć proces usuwania resztek owłosienia z mojej głowy. Poprosiłem ją tylko, żeby bez skrupułów mi przerywała i poprawiała błędy. Czyniła to z ochotą, naprawdę wykazując przy tym edukacyjny talent. A że przy tym, jak większość Latynosek, uwielbiała trajkotać, to finalnie okazało się, że przez ponad pół godziny otrzymałem znacznie bardziej efektywną lekcję, niż przez tydzień nauki z książki.

Świadomie użyłem słowa „proces”, gdyż to, czego wtedy doświadczyłem, zupełnie nie przypominało innych moich wizyt u fryzjera, kiedy to „załatwiano” sprawę w kilka minut, traktując mnie przeważnie jak przerywnik między kolejnymi „kudłatymi”. Po zabezpieczeniu mojej szyi jakimś starym ręcznikiem, który kiedyś na pewno był biały, Catalina wyjęła z szuflady wielki flakon i obficie zrosiła jego pachnącą zawartością swoje dłonie, po czym zaczęła wmasowywać to coś w moją głowę. Czynność tę powtórzyła kilkakrotnie, masując mnie z wielką starannością, ba, w innych okolicznościach nie wahałbym się użyć określenia ; z czułością, co spowodowało, że zrezygnowałem z pytania o celowość tego zabiegu. Po jakichś dziesięciu minutach, po których u innych fryzjerów już uiszczałem rachunek, Catalina ujęła w swoje zwinne dłonie maszynkę i rozpoczęła golenie. Nie spieszyła się. Co jakiś czas lustrowała wnikliwie moją łysinę i znowu coś tam poprawiała. Kiedy skończyła, miejsce maszynki zajęły nożyczki, którymi wycieniowała moje brwi i wnętrza małżowin usznych. Zajrzała też do dziurek od nosa, ale tam profilaktycznie sam zrobiłem wcześniej porządek pęsetą żony. Po skończeniu tych czynności odłożyła nożyczki do szuflady, przeciągnęła się prostując kręgosłup, wzięła głębszy oddech i poprawiła fryzurę. Uznałem to za znaki zwiastujące wyczerpanie się czasu, który mogła mi poświęcić na tego rodzaju usługę. I tak przepełniony wdzięcznością, czekałem już tylko na hasło do odbębnienia procedur końcowych, gdy okazało się że to jednak jeszcze nie koniec.

Wiadomo, że wszystko, co dobre, za szybko się kończy, ale nie doceniłem profesjonalizmu i szczerego zaangażowania Cataliny w swoją pracę. Dobyła bowiem z następnej szuflady wielki pędzel i skrupulatnie poczęła nim pędzlować moją łysą już głowę oraz okolice karku co było dla mnie tożsame z inną, bardziej wyrafinowaną formą masażu, a więc dalszym ciągiem przyjemnych doznań. Trwaj chwilo trwaj, pomyślałem w tym momencie, i widocznie moje życzeniowe myślenie się zmaterializowało, ponieważ Catalina pędzlowała mnie tak przez następne parę minut, a i tak finał był dopiero przede mną. Kiedy zakończyła tę jakże przyjemną dla mnie czynność, odłożyła pędzel z powrotem do szuflady i poprosiła o ocenę swojej pracy. Niestety w tym momencie odebrało mi mowę, ponieważ ujrzałem moją ogoloną głowę, która nawet w zmatowiałym lustrze, lśniła pełnym blaskiem niczym gwiazda polarna pod rozległym baldachimem wieczornego nieba. Oczywiście Catalina dostrzegła moją konsternację, a chyba nawet jej się spodziewała, bo aż zachichotała z zadowolenia. No cóż, jak się bawić to się bawić. Luzik przywrócił mi mowę, więc zażartowałem, że efekt jej pracy jest niezwykle błyskotliwy, ale chyba nie zamierza wypuścić mnie w tym stanie na ulicę. Znowu zachichotała, powtórnie sięgnęła do szuflady i po chwili ujrzałem w jej dłoni tekturową tubę z licznymi dziurkami we wkręcanym wieczku. Zawiesiła tubkę nad moją głową i zaczęła ją miarowo uciskać, co spowodowało, iż z dziurek na jej lśniącą powierzchnię, zaczął sypać się jakiś pachnący proszek. Konsystencja i zapach tego proszku niemal natychmiast przywołały w moim umyśle, zatarte już nieco, rzewne wspomnienia, kiedy coś takiego, tyle że w formie zasypki, wklepywałem w niemowlęcą pupę naszego Adasia, by chroniła go przed odparzeniami mogącymi powstać po dłuższym kontakcie z przemoczoną pieluchą. I o dziwo, identyczną technikę zastosowała Catalina. Wklepywała mi delikatnie ten proszek kolejne parę minut i to również było bardzo przyjemnym doznaniem. Zrozumiałem wtedy, dlaczego Adaś-niemowlę tak radośnie gaworzył i fikał nóżkami podczas wykonywania tej czynności. Kiedy Catalina uznała w końcu, że moja czaszka jest już tak zmatowiona pudrem, jak twarze podstarzałych gwiazd w telewizji, zdjęła mi ręcznik z szyi i dumnym głosem obwieściła – final. Wstałem, dla zachowania pozorów przejrzałem się jeszcze w matowym lustrze, po czym uśmiechnąłem się szeroko i powiedziałem – perfecto. Catalina klasnęła w dłonie, zakołysała potężnymi biodrami a ja w obawie przed zaproszeniem do odtańczenia zmysłowej salsy, poprosiłem o rachunek. I wtedy okazało się, że jest jeszcze bardziej „perfecto”, bowiem za najlepszą usługę fryzjerską w życiu i ponad półgodzinną, intensywną lekcję hiszpańskiego zapłaciłem jedyne pięć euro. Wracając do domu, dumałem o zrządzeniu losu, który skierował mnie do Cataliny, a że jak już wiemy, w życiu nic nie dzieje się przypadkiem, miałem dylemat ; czy chociaż w małej części zasłużyłem na ten dar, czy też zostałem właśnie losu dłużnikiem? Skłaniałem się ku tej drugiej opcji, a że dług uwiera jak czyrak na tyłku, obiecałem sobie, że najszybciej jak to będzie możliwe, ten dług spłacę. Wieczorem, kiedy opowiadałem żonie o moich „fryzjerskich” przygodach, śmialiśmy się do rozpuku, szczególnie w miejscu, w którym opisywałem jej reakcję czarnego towarzystwa na moje pytanie o możliwość skorzystania z ich usług. Mimo to, jakiś wewnętrzny głos z tyłu mojej świeżo ogolonej głowy, z niepokojącym poczuciem pewności, podpowiadał mi, że jednak nasi czarni bracia, po moim wyjściu od nich, śmiali się o wiele głośniej od nas.

Imigranci z Afryki Północnej, głównie z Maroka, Tunezji i Algierii tradycyjnie już wzbogacili ofertę gastronomiczną Cala Millor o różnego rodzaju bistra i bary, w których królowała oczywiście baranina kręcąca się na pionowym rożnie, podawana w towarzystwie surówek, sera owczego i sosu, znana powszechnie jako kebab. W ich krajach, a także w Turcji, Armenii, Iranie i Izraelu, czyli tam skąd wywodzi się kebab, jada się go popijając na ogół ajranem, napojem będącym mieszanką jogurtu i wody z dodatkiem soli. Jednak turyści oraz zdecydowana większość mieszkańców Cala Millor zdecydowanie preferują popijanie kebaba piwem i ja jak najbardziej się z tą nową tradycją identyfikuję. Arabowie prowadzili też parę sklepów, w których, ze względu na specyfikę oferowanego w nich towaru, zaopatrywali się głównie ich pobratymcy. Lubiliśmy czasem wejść do takiego sklepu, aby choć przez parę chwil poczuć tę osławioną magię orientu wyrażającą się, przede wszystkim, w oszałamiających zapachach wydzielanych głównie przez egzotyczne przyprawy, ale też przez kawy i herbaty smakowe, na przykład z kardamonem lub z bergamotką, przez różne odmiany arabskiego chleba, czyli pite, czy wreszcie przez charakterystyczne słodycze z baklawą i chałwą na czele.

Latynosi byli nieco bardziej mobilni od Arabów. Nie ograniczali swojej działalności zarobkowej do wąskiej specjalizacji. Prowadzili restauracje lub bary, gdzie zawsze można było potańczyć salsę, merengue lub bachatę, ponieważ na okrągło leciała w nich bardzo głośna muzyka rodem z krajów Ameryki Południowej, Łacińskiej i rejonu Karaibów z silną dominacją Kuby i Dominikany. Aby dać się porwać tanecznym, latynoskim pląsom nie trzeba przejść specjalnego przygotowania ani nawet posiadać jakiegoś tanecznego talentu. Według nas trzeba jednak spełniać trzy podstawowe warunki : być bardzo wyluzowanym, mieć odrobinę słuchu i koordynacji ruchowej, aby móc rytmicznie kołysać biodrami, no i może rzecz najważniejsza, trzeba napić się rumu, albowiem dla Latynosów rum i taniec to nierozłączna para jak Flip i Flap, Pat i Patachon, Bonnie i Clyde, Thelma i Louise czy wódka i zakąska. Spotykaliśmy Latynosów niemal wszędzie, stąd nasze wrażenie, że nie gardzili żadną pracą. Pracownicy budowlani, pokojowe w hotelach, właściciele wypożyczalni rowerów, zakładów fryzjerskich (Catalina), szkół tańca, sklepikarze, ale też lekarze i prawnicy. Zdarzyło się żonie skorzystać z usług dentystki wykształconej w Hawanie i wielce sobie chwaliła jej umiejętności.

Młodzi Macedończycy i Albańczycy przyjeżdżali głównie na sezon i pracowali przede wszystkim w gastronomii. Harowali od rana do nocy, ale za to w październiku, po powrocie do swych ojczyzn z wypchanymi portfelami, jak się przechwalali, byli królami życia, a wianuszek pięknych dziewczyn niemal nie odstępował ich na krok. Jednak patrząc na niektórych z nich, odnosiliśmy wrażenie, że chyba nieco za mocno ponosi ich fantazja, choć z drugiej strony nie można przecież nie doceniać magicznej wręcz siły przyciągania pieniądza oraz związanej z tym faktem starej mądrości ludowej mówiącej, iż aby pozyskać nowych przyjaciół i poznać dalszych członków swojej rodziny, wystarczy się wzbogacić.

Nacje niemieckie, brytyjskie i skandynawskie reprezentowali głównie emeryci skwapliwie korzystający przez cały rok z dobroczynnego działania promieni słonecznych. Zalety naturalnej helioterapii dla ludzi starszych są bezcenne. Nie tylko powoduje ona wytwarzanie w organizmie dużych dawek witaminy D, chroniącej przed osteoporozą, niezbędnej do zachowania odporności i sprawnego funkcjonowania układu nerwowego oraz regulującej rytm biologiczny, ale też podnosi poziom pewnych hormonów takich jak na przykład serotonina, melatonina czy testosteron. Hormony te generalnie poprawiają zdrowie i nastrój oraz, co jest jeszcze bardzo dla seniorów istotne, wbrew temu, co sądzą niektóre młodziaki, wydatnie zwiększają libido. Mając taką wiedzę, nie dziwiła już nas bijąca przeważnie z ich twarzy pogoda ducha, zadowolenie i goszczący na nich uśmiech, a także częste obrazki trzymających się za ręce lub nawet przytulonych staruszków. No cóż, polscy emeryci liczący dwa razy każdą złotówkę, aby starczyło im na przeżycie, sfrustrowani, zgorzkniali i zabijający, jakże drogocenny, bo coraz krótszy, pozostały im czas, poprzez wielogodzinne ślęczenie przed telewizorem i oglądanie niekończących się telenowel lub jeszcze bardziej żenujących tak zwanych Reality show, mogą im tylko pozazdrościć. Efekty tych drastycznych różnic w stylu i jakości życia najłatwiej można zauważyć w statystykach dotyczących częstotliwości występowania chorób i długości życia o sprawach związanych z libido nie wspominając.

Młodsze pokolenia tych nacji prowadziły rozległą działalność gospodarczą. Od niezliczonej ilości barów i restauracji przez wypożyczalnie samochodów, rowerów, skuterów, jachtów, agencje turystyczne, nieruchomości, gabinety lekarskie, kancelarie prawnicze, działalność artystyczną po kierowanie dużymi przedsiębiorstwami lub hotelami. Wystarczy wspomnieć, że takie sławne atrakcje turystyczne jak Safari Park w Sa Comie na Majorce czy fantastyczny Loro Park na Teneryfie są własnością Niemców i jest tego o wiele więcej, ale o ich roli i pozycji pisałem już wcześniej.

Każdy zna powiedzenie, iż podróże kształcą, ale dopiero poddając to stwierdzenie empirycznej weryfikacji, mogliśmy się przekonać, jak genialnie oddaje ono rzeczywistość. Nasza emigracyjna przygoda nauczyła nas wielu rzeczy, ale do tych najcenniejszych zaliczamy doświadczenie związane z życiem w tak kosmopolitycznej społeczności i związanych z tym faktem przemyśleń oraz refleksji. Takie bowiem doświadczenie było dla nas doskonałym powodem, pożywką, aby przy tej sposobności dokonać penetracji zakamarków naszych własnych umysłów, naszych uczuć i emocji, czyli poznawać samych siebie, a to samo w sobie jest innym, jakże ekscytującym rodzajem przygody wartej przeżycia przez każdego myślącego i dociekającego człowieka.

„Nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów dopóki nie poznałem internetu”

Stanisław Lem

 

 

Komentarz ( 1 )

  • Bartek

    Witam serdecznie Panie Wiesławie
    Adam nie raz mi mówił o super walorach Majorki, ale Pana relacja jest tylko wartością dodaną do moich wyobrażeń…
    Opisy ludzi , Polaków, stanów emocjonalnych …rewelacja… z
    przyjemnością czytam w klapkach… chodź w Polsce..:)
    Pozdrawiam serdecznie
    Bartek tenis 🙂

Zostaw odpowiedź